Jabłkowesny Ile uniesiemy? 8 lipca 2024, 20:51

Nie planowaliśmy dziecka, ale też nie używaliśmy antykoncepcji. Podoba mi się idea stosowania naturalnych metod planowania rodziny, ale nigdy nie byłam na żadnym kursie, a wizyty w poradni rodzinnej przed ślubem jakoś ominęliśmy. Byliśmy otwarci na nowe życie, nie zapobiegając mu w żaden kategoryczny sposób, a jedynie staraliśmy się unikać współżycia w okolicach owulacji, którą dość prosto, choć raczej na oko, wyznaczałam z regularnych, prawie jak w zegarku cykli.

Szukałam pracy. Wysyłałam CV w przeróżne miejsca, ale albo się do mnie nie odzywano, albo zapraszano na rozmowy kwalifikacyjne, z których nic nie wynikało. CV składałam do miejsc poniżej moich kompetencji, wiedząc, że z tych prac "wygodniejszych" i lepiej płatnych nikt się do mnie nie odzywa. Nie uważałam tego za plamę na honorze, przyjmowałam raczej moje wizje kariery zawodowej takimi, jakimi są. Po kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej w kolejnym niezbyt ciekawym miejscu wyznaczono datę: "do tego dnia na pewno damy pani znać, jaka będzie decyzja". Przyjęłam to zapewnienie z wdzięcznością, bo nie jest to standardem - jeżeli decyzja rekruterów jest odmowa, rzadko kiedy informują o tym małe żuczki, które śnią o pracy w ich firmie. W jakiejkolwiek firmie.

Złożyło się tak, że w dzień, w którym miałam otrzymać odpowiedź, miałam wyznaczoną wizytę u ginekologa, aby potwierdzić ciążę. Zadzwoniono do mnie, gdy z niej wracałam i siedziałam w tramwaju. Do pracy oczywiście mnie nie przyjęto, lecz po raz pierwszy z takiej odmowy się ucieszyłam, a na pewno się nią nie przejęłam. Przecież, najprawdopodobniej, byłam w ciąży.

Najprawdopodobniej, bo ginekolog na USG niczego jeszcze nie odkrył. Była to wcześniutka ciąża, a ja byłam w dniu po terminie spodziewanej miesiączki. W dniu terminu zrobiłam test i pokazał równe dwie czerwone krechy, wyraźne jak namalowane markerem. Lekarz, raczej nieskory do rozdawania uśmiechów, ale bardzo konkretny, stwierdził, że na USG widać tylko powiększone endometrium i że wszystkie moje objawy wskazują na ciążę - bolesność piersi, ból w podbrzuszu, jakbym zaraz miała dostać miesiączki, problemy ze snem. I oczywiście test ciążowy. Dostałam skierowanie na wymazy (z powodu objawów infekcji), na USG piersi i polecenie udania się na wizytę kontrolną za tydzień, kiedy najprawdopodobniej na badaniu ultrasonograficznym będzie już COŚ widać, a także gdy odbiorę badania wymazów. Posłusznie zastosowałam się do wszystkiego, Piersi okazały się wolne od wszelkich nieprawidłowości, co uciszyło moją hipochondrię (bo parę razy w ciągu dorosłego życia wydawało mi się, że czuję ciągnięcie w piersiach), a wymazy wykazały jak byk infekcję grzybiczą. Powiedziałam o dwóch kreskach i wizycie mężowi. Szczęście, radość, niedowierzanie. Ja nie chciałam się jeszcze za bardzo cieszyć, nie chciałam głaskania po brzuchu, mówienia do niego, wiedziałam o nieubłagalnych statystykach i o tym, że szczęście bardzo nieoczekiwanie może zamienić się w wielki ból. Przez tydzień oswajaliśmy się z nową sytuacją, a życie toczyło się swoim rytmem. Mąż pracował, popołudnia spędzaliśmy razem, planowaliśmy majówkę. Jedną z niewielu różnic było moje wstawanie wcześnie rano, moje, osoby, która za dodatkową godzinkę snu sprzedałaby zazwyczaj wszystko. Budziłam się skoro świt pełna energii, ona mnie wręcz rozpychała, jakbym chciała zrobić milion rzeczy na raz, przenosić góry, nie marnować czasu, pokazać dziecku w moim brzuchu wszystko i jeszcze więcej moimi oczyma. Bo że jestem w ciąży, byłam już pewna: miesiączka wciąż nie przychodziła, a bolesność piersi nadal się utrzymywała, trochę inna niż miałam zazwyczaj przed comiesięcznym krwawieniem, bolesność tępa, bardziej rozpierająca. Raz na jakiś czas pobolewał mnie brzuch. Myślałam z przyjemnością o tym, że macica się powiększa dla najdoskonalszej istoty na świecie.

Po tygodniu udałam się posłusznie na wizytę, tym razem do innej pani doktor, z zamiarem prowadzenia u niej ciąży. Na datę mojej ostatniej miesiączki zareagowała: "A, czyli jest pani dwie minuty w ciąży", co bardzo mnie wtedy rozbawiło. Nie nastawiała mnie na to, że zobaczymy coś na usg, a jednak zobaczyłyśmy: migającą, wyraźną, szybką kropko-kreseczkę. "Ta kreseczka to pani dziecko", powiedziała, Powtarzałam to zdanie w swoich myślach cały czas po wyjściu z gabinetu. Wracając do domu, uśmiechałam się w komunikacji miejskiej, czytałam o przepisanych mi lekach na infekcję, byłam optymistyczna jak nigdy w życiu. Patrzyłam w aplikacji na zlecona badania krwi i chociaż bałam się igieł jak niewielu rzeczy w życiu, planowałam, jak dobrze będzie zrobić te badania po powrocie z majówkowego wyjazdu i trzymać rękę na pulsie nad zdrowiem moim i mojego dziecka.

Wyjazd majowy zaplanowaliśmy na Mazury Garbate, gdzieś pomiędzy Mazurami a Podlasiem, w gospodarstwie agroturystycznym, które i w nazwie swojej, i w nazwie miejscowości w której się znajduje, ma jabłka. Pobyt tam był najszczęśliwszym okresem mojego życia. Wstawałam wcześnie rano i parzyłam sobie zioła, by wypić je nad jednym bądź drugim stawem w najbliższej okolicy gospodarstwa. Po chwili miałam stopy mokre od rosy, a w moim brzuchu rozlewało się przyjemnie ciepło naparu. Patrzyłam, jak budzi się świat i pisałam dziennik lub czytałam książkę. Słuchałam niesłyszanych wcześniej nigdy ptasich odgłosów, patrzyłam na bociany w gnieździe, myśląc, jak dobrze, że coś nam przyniosły. Modliłam się codziennie co najmniej jednym Zdrowaś Maryjo, trzymając dłoń na brzuchu, wciąż jeszcze płaskim, mówiąc w myślach do naszej Fasolki, jak już ją wtedy nazywaliśmy, "mamusia cię obroni. Przed wszystkim". Byłam gotowa stanąć w walce ze wszystkim i wszystkimi, co może stanąć na drodze mojego dziecka, co może przynieść życie. Ale chyba zapomniałam, upojona szczęściem, że nieodłącznym elementem życia jest śmierć. Właśnie przed tym obronić mojego dziecka nie zdołałam.

Po powrocie do domu, po pobraniu krwi i odebraniu wyników badań, w oczekiwaniu na kolejną wizytę, zobaczyłam krew. Myślałam, że to może jakaś pomyłka, jakiś ślad po oderwanym strupku w okolicach miejsc intymnych, pochodzącym np. z golenia, ale oczywiście tak nie było. Z bijącym sercem zdjęłam zupę z gazu, robiłam wtedy żurek, i udałam się do lekarza, pierwszego z brzegu, który miał wolny termin na ZnanymLekarzu. Powiedział, że nic mi nie jest. Zalecił brać luteinę. Dwa dni później udałam się jeszcze do kolejnego lekarza, który dodatkowo przepisał mi duphaston i kazał powtórzyć wynik beta hcg dwa razu w odstępach 48-godzinnych. Stwierdził w pęcherzyku pulsowanie delikatne, prawie niewidoczne, które mogło lecz nie musiało być biciem serca zarodka. Podczas badania trzęsłam się tak, że nie mogłam utrzymać nieruchomo nóg. Lekarz nieprzyjemnymi słowami kazał mi się nie poruszać, bo nie może sprawdzić, czy to bicie serca, czy moje ruchy wywołują to pulsowanie. Przerwał mi, gdy mówiłam, że przepraszam, ale to przez ogromny stres. Padło wiele okropnych słów, które nadal obijają mi się o czaszkę. "Natura radzi sobie w ten sposób z niektórymi zarodkami", "są państwo jeszcze młodzi, proszę się nie zrażać". Na koniec z u śmiechem powiedział "330 złotych, kartą czy gotówką?", podsuwając terminal. Wyszłam stamtąd ze łzami w oczach, bez kurtki, mimo chłodnej pogody, by w drzwiach minąć kobietę z najogromniejszym ciążowym brzuchem, jaki widziałam, i by rozpłakać się na zewnątrz, ze łzami i smarkami cieknącymi po twarzy.

Plamienie nie ustawało mimo dwóch leków. Na wizycie u doktor prowadzącej ciążę dostałam skierowanie do szpitala z II stopniem referencyjności, ze względu na słabe tętno płodu. W szpitalu w rejestracji spojrzano na mnie niechętnie, kazano mi powtarzać dwa razy okoliczności, które skłoniły panią doktor do wystawienia skierowania, kazano jednak usiąść w poczekalni i poczekać na wezwanie doktora. Siedziałam z torbą z moimi rzeczami, które spakowałam po drodze, w dziwnie ustabilizowanym humorze - w końcu serce mojego dziecka biło, słabo ale jednak, nie było to pulsowanie spowodowane moimi trzęsącymi się kończynami i całym ciałem, jak przekonywał pan od terminala. W poczekalni patrzyłam na kobiety, które zgłaszały się na poród i były wprowadzane na oddział. Na przeciw mnie siedziała jedna z czerwoną walizką, z pękatym brzuchem, w brudnych dreso-legginsach, z obstawą w postaci jej ojca, ojca dziecka i kolegi ojca dziecka. Wszyscy wyglądali jak pijani bądź naćpani, co chwilę wychodzili na papierosa. Zastanawiałam się, dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy.

Lekarz ze szpitala odmówił przyjęcia. Stwierdził, że nie ma do niego podstaw, że poprzedni lekarze nie powinni mnie w ogóle informować o tętnie płodu. Że sytuacja w ciągu dwóch tygodni pójdzie w jedną lub w drugą stronę (czyt. w stronę śmierci lub życia). Że ciąża jest żywa. Że "zapraszamy, gdy dojdzie do poronienia, wtedy panią przyjmiemy". Tak, naprawdę tak powiedział.

Po kolejnych kilku dniach moje plamienie zamieniło się w krwawienie, następnie w krwawienie o takiej intensywności, że wyglądało jak miesiączka. Aż najprawdopodobniej 17 maja poroniłam, w jeden z pięknych, słonecznych, ciepłych majowych dni. Od godziny 13 do nocy odczuwałam ciągły ból. Dało się go przeżyć, był taki jak miesiączkowy, z tą różnicą, że jednostajny. Długo nie brałam żadnych tabletek przeciwbólowych. Zupełnie jakbym chciała zrosnąć się z tym bólem, jakbym już wiedziała, że nie urodzę, więc niech te bóle będą chociaż namiastką tego doświadczenia. Podczas gdy roniłam, oglądaliśmy komedię i leżeliśmy na łóżku. Płakaliśmy z naszej sytuacji i śmialiśmy się z komedii.

Po kilku kolejnych dniach wizyta u pani doktor. Mąż czekał tym razem w korytarzu, bo na tej wizycie, gdy dostałam skierowanie do szpitala, był blady jak ściana i bardzo mnie dekoncentrował. Miałam wyrzuty sumienia, że proszę go o pozostanie, ale chyba chciałam mu też zaoszczędzić usłyszenia tych okropnych słów od obcej osoby, wolałam, by usłyszał to ode mnie. Bo wiedziałam, czego się dowiem i tego też się dowiedziałam - jama macicy jest pusta. Widać w niej tylko wciąż jeszcze utrzymujące się krwawienie. Ulżyło mi, że te słowa już padły i że nikt nie powie mi "trzeba mieć nadzieję" lub "poczekamy, co powie lekarz". Mojego dziecka już nie było, wypłynęło ze mnie w którymś momencie razem z potokiem krwi. Czułam pustkę. Niewiele płakałam, bo chyba większość łez wypłynęła ze mnie w tych najgorszych dniach niepewności. Wróciliśmy do mieszkania i zajęłam się sprzątaniem, żeby o tym nie myśleć. Sprzątałam tak, że z bólu niemal pękły mi plecy, bo wciąż krwawiłam; umyłam podłogi, odkurzałam, czyściłam kazdą możliwą powierzchnię, wyrzucałam niepotrzebne rzeczy. Pojechaliśmy też na zakupy, na których kupiłam małe tekturowe pudełko, do które włożyliśmy wszystkie pamiątki po naszej fasolce. Naszym ziarenku maku. Naszej kreseczce. Zdjęcia usg, test ciążowy, mój kanciasty wiersz na pogniecionej kartce. Mąż przed zamknięciem pudełeczka położył je sobie na piersi i leżał tak przez chwilę. Nie mogłam na to patrzeć, nieodparte było skojarzenie, że tak ojcowie przytulają swoje nowonarodzone dzieci. A on co? On może przytulić jedynie pudełeczko.

Byłam pusta, wydrążona po tych dniach codziennego płaczu i oczekiwania, tego zawieszenia miedzy życiem a śmiercią. Byłam mauzoleum, potwornie pustym i smutnym. Od jakiegoś czasu nie modliłam się, nie rozumiałam, jak Bóg mógł pozwolić na coś takiego, byłam i jestem nadal na niego zła, wściekła, smutna. Przecież jest wszechmogący! Gdyby chciał, mógł zrobić to, o co go prosiłam, to, czego najbardziej w życiu pragnęłam - mógł uratować moje dziecko. Nie zrobił tego jednak, ergo nie chciał. Z jakiegoś powodu zignorował modlitwy moje i to jestem w stanie zrozumieć, bo nie jestem doskonała, lecz co niedoskonałego było w modlitwach mojego męża, najlepszego człowieka, jakiego znam? Który nie opuścił ani jednej wieczornej modlitwy przed snem, gdy ja odwracałam się do niego plecami, ani jednej mszy w niedzielę podczas tych okropnych tygodni?

Od czasu poronienia minęły już prawie dwa miesiące. Czas leczy rany, to prawda. Ale zdolność do modlitwy wciąż do mnie nie powróciła. Nie potrafię też udać się do konfesjonału. Na porannej niedzielnej mszy siedzę milcząca i jeśli jakiekolwiek prywatne, modlitwopodobne myśli pojawiają się w mojej głowie, pytam tylko: dlaczego? Dlaczego nie pozwoliłeś mojemu dziecku żyć?




Wiadomość wyedytowana przez autora 9 lipca 2024, 08:23

Już po wszystkim... Nie ma nawet pęcherzyka... to naprawdę koniec, żegnaj mój okruszku, pamiętaj że mamusia Cię kocha... 😭

Jabłkowesny Ile uniesiemy? 9 lipca 2024, 23:04

Jeszcze rozpracowuję ovufrienda. Nie mam zamiaru prowadzić tutaj szczegółowych obserwacji cyklu. Podczytywałam to forum googlując np. objawy poronienia, wasze historie, rady dotyczące suplementacji, zalecanych badań. Do założenia konta zmotywowała mnie ostatecznie funkcja pamiętnika. Zdałam sobie sprawę, że mimo prowadzenia papierowego dziennika i posiadania najlepszego męża na świecie, potrzebuję miejsca, gdzie mogłabym pisać tylko i wyłącznie o stracie i o dziecku. O dwóch tych sprawach odmienianych przez wszystkie przypadki. Dlaczego? Bo inaczej eksploduję, spalę się, pójdę na dno. Nie będzie mnie. Stanę się tylko kupką smutnych wspomnień.

Zaskoczyły mnie Wasze komentarze (najchętniej odpowiedziałabym na nie, ale... chyba nie wiem jak!). Dziękuję za wspierające słowa. Dziwowałam się przedtem niezmiernie, gdy gdzieś w jakimś wątku widziałam, jak dziewczyny, a raczej dzielne, waleczne kobiety, które niewątpliwie z was są, piszą, że czują na tym forum wsparcie. Uważałam to za przesadę, ale teraz i ja widzę w tym ogromną wartość. Tak po prostu, klikając w ikonkę, można wejść w świat, w którym mówić można o swoich największych bolączkach. A do tego wcale nie okazuje się, że jest się mniejszością.

W moim otoczeniu jest tylko jedna kobieta (o której wiem) z doświadczeniem straty dziecka - moja Teściowa. Straciła dość wysoką ciążę, nie wiem w którym tygodniu, nie mam odwagi zapytać, bo wiem, że to wciąż bolesny temat. Przyjechaliśmy tu teraz na kilka dni i podczas którejś z szczerych rozmów, kiedy to zazwyczaj padają różne "opowieści z życia", dopadła mnie chwilowa ochota na wyrzucenie z siebie wszystkiego. Stłamsiłam ją w sobie i jestem z tej decyzji zadowolona. Nie chcę, żeby rodzina męża wiedziała o naszej stracie i dopatrywała się zaraz oznak kolejnej ciąży lub wypytywała bądź rozprawiała przy naszej nieobecności o naszym stanie zdrowia. Wystarczy, że dowiedzieli się moi rodzice, a to już o dwie osoby za dużo. Gdy zaczęłam plamić, mieliśmy jechać na pogrzeb mojej prababci, lecz oczywiście odrzuciliśmy ten pomysł, wtedy jeszcze licząc, że leżenie pomoże utrzymać ciążę. Jakoś musieliśmy wyjaśnić moim rodzicom naszą nieobecność, a wiedziałam, że nie uwierzą w żaden błahy powód, bo śmierć babci przeżyłam i nie opuściłabym pogrzebu. I takim sposobem zafundowałam sobie codzienne telefonowanie i pytanie o mój stan, które doprowadziło mnie na jeszcze gorszy skraj rozpaczy. Rozumiałam ich martwienie się, ale oni nie rozumieli, jak bardzo wycieńcza mnie odpowiadanie na wciąż te same pytania, podczas gdy miałam ochotę wykopać dziurę w ziemi i się w niej skryć.

***

Co tyczy się starań, nie wiem, kiedy będziemy je podejmować. Na początku ta myśl wydawała mi się nie do zniesienia. Nie chciałam innego dziecka, a tego konkretnego, tego które rosło we mnie z poranka na poranek, które otaczałam największą miłością, jaką mogłam. Oddajcie mi je! Prześwietlcie mnie jeszcze raz, może gdzieś się skryło, przestraszone, w zakamarkach macicy, przetrwało ten wodospad krwi i czeka na odkrycie! Okrzykniecie to cudem, przecież lubicie kwitować różne przypadki tym, że medycyna nie zna wyjaśnień na wszystko, może napisze o tym jakiś portal i gazeta, a potem wszystko wróci do normy i znowu zacznę wyszukiwać w internecie, co można jeść kobiecie w ciąży, a czego nie. Ale przecież to bzdura. To już nie nastąpi. Moje dziecko odeszło i zdaję sobie z tego sprawę doskonale. A kolejne? Chciałabym je mieć, bardzo. Najlepiej kilkoro. A równocześnie chciałabym tak wiele zbadać, zdiagnozować, już sama nawet nie wiem, co dokładnie. Wariuję. Śnią mi się zespoły antyfosfolipidowe, już nie wspominając o snach, w których występują dzieci. Zawsze to dziewczynka. Już po poronieniu pomyślałam, że gdyby okazała się córką, nazwałabym ją Józia, po prababci, i w moich snach i myślach już tak pozostała.

A na razie zbadałam poziom witamin i minerałów oraz żelaza. Żelazo nie za wysokie, ale w normie. Niski cynk, witamina b12, witamina D też mogłaby podskoczyć, ale zasadniczo wszystko mieści się w normach laboratoryjnych, tyle że przy dolnej kresce. A więc suplementuję, razem z kwasem foliowym. Mąż tez go bierze, do pary z kwasami omega-3. I tak sobie powoli żyjemy, pomijając w codziennych rozmowach temat starań. Dzisiaj byliśmy odwiedzić działkę, na której będziemy stawiać dom (choć jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie, zanim do tego dojdzie).

-Kupiłbym ten lasek od sąsiada - powiedział mąż, wskazując na brzózki za granicą działki.
-No fajny, ale po co? - Pytam. - Nie wiadomo ile by sąsiad za niego chciał.
-Żeby dzieci miały się gdzie bawić. Chociaż i tak pewnie będą się tam bawiły, nawet jak nie kupimy.
-Mam nadzieję - odpowiedziałam tylko ze ściśniętym gardłem.

Bo mam okropną, wielką nadzieję, że będziemy mieli kiedyś dzieci, na które będzie można nakrzyczeć, bo bawią się w sąsiadowym lasku.


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 lipca 2024, 23:32

2 tygodnie bez mojego Okruszka...
Nadziei już nie było od poniedziałku... minęły 2 tygodnie, a ja czuje jakby minęły wieki...
Nie chce tak żyć... Nie chcę czekać każdego dnia żeby się skończył... wstawać rano i tylko czekać żeby już było po tym dniu...
Jutro wizyta, chciałam spisać listę pytań... a tak naprawdę mam jedno... kiedy? 😢

Okruszku, wierze ze jest Wam tam dobrze razem... 💔💔

Mam wyniki. Jest zdecydowana poprawa <3
FSH: 2,92 - norma zaczyna się od 3,03 więc jest blisko normy
LH: 3,22 - norma zaczyna się od 1,8 więc jest w normie
ESTRADIOL: 28,68 - norma zaczyna się od 21, więc jest w normie

Wiem, że wyniki mogłyby być lepsze ale coś ruszyło w końcu.
To moje najwyższe i zarazem najlepsze wyniki jak do tej pory. A zwłaszcza LH, zawsze było poniżej 0,7.
Stosunek LH do FSH zawsze ok. 0,22 dziś 1,1.

Jutro (4dc) pierwszy dzień monitoringu. Zobaczymy czy będzie stymulacja czy uda się naturalnie?
Nadal nie wiem czy to dzięki dostinex i guz zaczyna się poddawać, czy suplementacja z dietą a może cykl stymulowany clostilbegyt i pojawienie się owulacji rozkręcił organizm? Mam nadzieję, że wszystko na raz.

"Staję na głowie, by lecieć do chmur"
piosenka Sanah Hip Hip Hura stała się moim hymnem na walkę z niepłodnością. Słucham jej codziennie. Działa na mnie kojąco :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2024, 09:31

S.Roszpunka W pogoni za marzeniem 18 lipca 2024, 18:28

Nadeszły wakacje, nadszedł mój urlop. A razem z nim - urlop mojego cyklu, urlop w staraniach.
Prawdopodobnie małe szanse na naturalną ciążę. Nie wiem czy moja psychika udzwignie IVF. Jak pisałam wcześniej, nie mam absolutnie nic przeciwko temu. Ale czuję się jakbym w twarz dostała. Potrzebuję oddechu, potrzebuję czasu.

Widziałam malucha 🥹 Wszystko jest w porządku, idealnie, zgodnie z terminem transferu 7+0. Serduszko bije 145/min. Kolejna wizyta 02.08, bo mój lekarz idzie na urlop i nie chce mnie zostawiać na 5tygodni. Wciąż nie wierzę 🥹🥹🥹

Iza97 Chce być Mamą 19 lipca 2024, 16:30

Jest !!
Mój mały cud ma 2 cm , serduszko bije 160/min
Cudzie bądź 😻🥹

To moja trzecia ciąża w dwóch pozostałych na USG widziałam tylko puste pecherzyki a teraz piękne 2 cm maleństwo z nóżkami ,rączkami i pięknie bijącym serduszkiem emocje jakie nam towarzyszyły nie do opisania - płacz wielki płacz SZCZĘŚCIA 😻🥹🙏


Rok starań , dwie stracone ciążę czy da się o tym zapomnieć i uwierzyć w cuda 🥹
Mój brzuch przypomina pole minowe , zastrzyki zostawiają ostatnio coraz więcej śladów (siniaków )
Ale wszystko dla ciebie maluszku 😻

Po odstawieniu AH pojawiło się kilka objawów:
- bóle głowy
- bóle zatok
- codzienne bóle lewego jajnika

Niestety po odstawieniu AH nie pojawiła się miesiączka, a testy były negatywne. Lekarz mówił, że przy odstawieniu AH miesiączka może wrócić nawet po 3 miesiącach. Także czekałam bez stresu aż do listopada. Wtedy zaczęłam czuć niepokój i zapisałam się do ginekologa na styczeń.


Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2024, 09:18

Lusiao Burzowe niebo 10 lipca 2024, 18:58

Dzień dobry wszystkim :)
Obserwuję Was od jakiegoś czasu, ale dotychczas nie miałam odwagi napisać, miałam być tu tylko na chwilę.
Do wpisu zmotywowała mnie kolejna biel. Czekam na spóźniającą się @..
Czekam też na deszcz, żeby oczyścił dzisiejszy dzień.


Trzymam kciuki za Nas wszystkie.

Długo nie pisałam.. Nie miałam sił.. Wpadłam w bezsilność. Z ekscytacji, wielkiej radości, po strach i smutek.
Więc tak... udało się! udało się za pierwszym razem! Testy ciążowe nie kłamały :) chciałam odczekać z wizytą do 08.07 żeby cokolwiek już widzieć na usg, no ale zaczęłam plamić... Na następny dzień po plamieniach zrobiłam test ciążowy, gruba krecha wciąż była więc umówiłam termin do ginekologa. Nie mojego, ale takiego co był dostępny. Gin na usg oprócz grubszego endometrium nic nie widziała, skierowała na badanie Beta. Jaka była moja radość kiedy wyszło idealnie: pierwsza beta - 181, druga beta - 385. A po plamieniach ani śladu. Szalałam ze szczęścia. Po tygodniu miałam się zgłosić do swojego ginekologa. Na wizycie 03.07 był już widoczny pęcherzyk płodowy i ciałko żółte. Szczęsliwa że teraz to już na pewno będzie wszystko dobrze wróciłam do domu dumna ze zdjęciem usg.
Gdzieś z tyłu głowy był strach... który został potwierdzony plamieniami zaraz na następny dzień. Wyszłam z pracy szybciej. Krew była brunatna, raczej wymieszana ze śluzem. Izba przyjęć. Godzina czekania. Ale kto by brał tak wczesną ciąże pod uwagę. Trzęsłam się i płakałam cała. Doktor sprawdziła, wszystko ok. Do domu.
Strach pozostał. Bałam się chodzić do toalety. Niedziela 07.07 - krwawienie. Nie byle jakie - czerwone, intensywne... Załamka. Szpital. Izba przyjęć. Fotel - Pani ma polipa na szyjce macicy. Nikt go wcześniej nie widział? Może powstał w ciąży? Może. A raczej na pewno. Przed staraniami zrobiłam wsyztskie niezbędne badania żeby wiedzieć że wszystko ok. Najpóźniej na cytologii ten polip zostałby ujawniony... Lekarka bardzo młoda, nie budziła mojego zaufania. Bez usg sugerowała że skoro plamie, krwawie to ciąża może się nie rozwija i ona to by obstawiała. Tak, na pewno to chciałam usłyszeć. Mało tego! Będąc na fotelu próbowała mi tego polipa usunąc!! Czułam ciągnięcie i powiedziałam że to strasznie nieprzyjemnie żeby przestała, odłożyła narzędzie i przestała. Powiedziała że kiedyś trzeba będzie tego polipa usunąć. Widziałam że odkładała takie narzędzie przypominające lasso - nie podobało mi się to co próbowała zrobić, ale wtedy jeszcze byłam zielona. Na usg powiedziała że nic się nie zmieniło. I odesłała do domu. Kazała jechać bawić się z dziećmi do domu bo przecież niedziela... Nie zaufałam jej nic. Umówiłam się do swojego gina na następny dzien. W poniedziałek opowiedziałam mu wszystko co spotkało mnie w szpitalu, kazał pokazać mój wypis i powiedział że pogada sobie z tą lekarką (on też pracuje w szpitalu). I że na pewno nie mam sobie pozwalać tego polipa ruszać... A na usg... CUDO!! Widziałam bijące serduszko (5+5tc). Uspokoił, że z dzidziusiem wsyztsko w porządku, a krwawnienie jest z polipa. I że niestety, ale mogę tak krwawić, plamić, podkrwawiać całą ciąże. Muszę się do tego przyzwyczaić, chociaż psychicznie jest ciężko za każdym razem. Mam nie jeździć na IP bo oni nic nie zrobią. A dopóki mnie na prawdę nie zalewa i nie boli przy tym brzuch to mam wiedzieć że to tylko polip, a dzidziuś jest bezpieczny. Łatwo mówić. Świruje już. Luteina dopochwowo do 36 tc. I tak zaczyna się ta moja ciąża nieciekawie. Mam nadzięję za to że szczęśliwie 05.03 się zakończy <3 Dzisiaj 6+1 tc, i tylko trochę plamię więc już sukces. Marzyłam o tej ciąży po ostatniej stracie w 19 tc. Odważyłam się na nią zdecydować, ale tego chama polipa nie przewidziałam! Trzymajcie mocno kciuki <3


Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2024, 14:09

Lilinka Walka o marzenia ❤ 16 lipca 2024, 11:56

Kolejny cykl, kolejna nadzieja, dzisiaj pierwsza konsultacja z dietetyczką kliniczną. Udało mi się namowic męża na badania nasienia, oby u niego wszystko było dobrze ❤

15.07.2024
Wypoczęta po urlopie, gotowa do działania, troszkę przetyrana przez klątwe faraona po powrocie i przeziębienie, rozpoczynam przygotowania do transferu na cyklu sztucznym.
Teraz niech rośnie to co ma rosnąć, a nie wzrasta to co wzrastać nie ma,a będzie dobrze i będziemy za tydzień wyznaczać termin transferu.
Tym razem 2x1 estrofem oraz 2x1 acard.
Na kilka dni przed transferem będzie wlew z immunoglobulin, będzie też accofil.
Może do trzech razy sztuka? 🍀Może ten transfer będzie tym szczęśliwym? 😊


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 lipca 2024, 18:53

14w0d

Ostatnie dni mijają mi pod kocem z gorszym samopoczuciem. Nie mam na nic siły. Ciągle mi niedobrze. Żołądek stoi, nie wydaje dźwięków, boli :( Niby jestem głodna, jem, ale zero poprawy. Nie jem dłuższą chwilę, ból się nasila. Zwariować można... Taki piękny, zimowy krajobraz od wczoraj u mnie. Młody wybłagał wyjście na górki żeby pozjeżdżać na sankach, będę musiała spiąć poślady 🙃 Cieszę się, że weekend za rogiem. Uwielbiam wspólny, rodzinny czas. Doceniam każdą chwilę, cieszę się z tego co mamy i na jakim etapie w życiu jesteśmy. Niebawem ten spokój się skończy, ale nie, nie myślę tutaj o pojawieniu się Maluszka. Musimy dokończyć dom żeby zdążyć przed narodzinami. Będzie bardzo ciężko, ale damy radę. Mam nadzieję 🫣

15.02 - 14w1d - progesteron na samej luteinie dopochwowej ( 600/ dzień ) 49,7.


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lutego 2025, 10:08

15+5 tc

Dawno nie pisałam. Może to dobry czas zebrać najważniejsze myśli ostatnich dni, tak, żeby nie uciekły w niepamięć 😊

Prawie dwa tygodnie temu zaczęłam drugi trymestr - 110 dni ciąży już za nami. Niesamowicie szybko zleciał ten czas. I dobrze wiem, co to za uczucie patrzeć na czyjąś ciążę z perspektywy staraczki - forumowe suwaczki idą na przód z zawrotną prędkością, podczas gdy my mamy wrażenie, że nadal stoimy w miejscu. Bo co się zmieniło? Parę nowych badań, pokłutych żył, kolejny negatywny test, stan zawieszenia - a zewsząd tylko kolejne informacje o czyimś szczęściu. I piszę "my", bo nadal czuję się częścią tej społeczności, nadal czuję się staraczką. Nigdy nie będę w stanie przejść obojętnie obok cudzej tragedii, jaką jest niepłodność, nigdy nie będę w stanie rozmawiać i myśleć o ciąży bez cienia strachu. Nawet teraz, gdy wszystko przebiega dobrze, towarzyszy mi myśl "Ale jak to? Przecież ja nie zasłużyłam!". Ogromnie jednak wierzę, że szczęście idzie do każdej z nas wielkimi krokami i to tylko kwestia czasu, gdy pojawi się na horyzoncie.

Ciąża to taki nierealny stan. Niby wiesz, że nosisz w sobie życie, a jednak (może póki nie czuć ruchów?) jest to tak absurdalne i nierealne, że nie mieści się momentami w mojej głowie. Chyba dopiero po prenatalnych, gdzie widziałam każdą część Jego malutkiego ciała i lekarz zapewnił, że ani jedna rzecz nie odbiega od normy, dotarło do mnie, że nie śnię.

Dokładnie w 13+3 tc mdłości zaczęły ustępować po raz pierwszy. Cały dzień czułam się zaskakująco dobrze, ale mieliśmy rodzinną imprezę i nie było czasu myśleć o samopoczuciu. Przyjaciółka (mama) powiedziała mi, że pod wpływem adrenaliny potrafiła nawet powstrzymywać ciążowe wymioty, więc może i ja tak mam. Nie myliła się - po powrocie do domu objawy z całego dnia skumulowały się i powróciły ze zdwojoną siłą 😅 Ale później faktycznie zaczęły powoli tracić na sile i obecnie prawie całkowicie zanikły. No, z rana czasami mnie zemdli, ale jak coś zjem to już jest w porządku. Razem z mdłościami odeszła też chęć ciągłego podjadania, a moją jedyną ciążową zachcianką jest "Jeśli opowiesz mi o tym, co jadłeś, ja MUSZĘ zjeść to co Ty, bo inaczej ta myśl nie da mi spokoju przez kolejne dni" 😅

Czuję się też mniej zmęczona, ale nadal bardzo emocjonalna. Zauważyłam zmiany w moich preferencjach filmowych - nie mogę nawet patrzeć na thrillery czy filmy akcji, które do tej pory kochałam. Dosłownie odrzuca mnie na sam widok krwi lub po usłyszeniu niepokojącej muzyczki - przerzuciłam się na nudne romansidła, które kiedyś oglądałabym za karę 😅

W pierwszym trymestrze czułam też ból pleców po środku kręgosłupa - od dwóch tygodni całkowicie zniknął. Może ze dwa razy w tej ciąży czułam jakieś ciągnięcia czy kłucia w podbrzuszu, od dnia samego transferu było spokojnie. A jednak brzuszek rośnie i chyba to on najbardziej przypomina mi o naszym synku. Często go dotykam, głaszczę, nie potrafię przejść obojętnie koło lustra widząc tę małą kuleczkę. Aktualnie +4 kg 🤭

Na wynik NIPT czekaliśmy dokładnie 10 dni roboczych. W czwartek dostałam maila, którego przeczytałam ze zmrużonymi oczami, żeby przypadkiem nie dowiedzieć się sama o płci dziecka. Było napisane "Z radością informujemy, że wynik Pani testu jest prawidłowy. Pisemna informacja zostanie przekazane w późniejszym terminie." Bardzo się ucieszyłam, jednak zdecydowanie potrzebowałam dokładniejszych informacji 😅 Zadzwoniłam do kliniki i pani mi powiedziała, że dopiero w przyszłym tygodniu dostanę maila z dalszymi szczegółami. No testują moją cierpliwość na maksa - pomyślałam. I dodałam cicho "Bo bardzo byśmy chcieli poznać płeć..". Pani coś poklikała, pomyślała i niespodziewanie usłyszałam w słuchawce:

-"Hmmm.. Proszę mi podać swoją datę urodzenia. Jaką płeć Państwo obstawiają?"
(Aaaaa! Czyli to jest TEN moment! 🙈)
- "Nie mam zielonego pojęcia. Ale mąż od początku mówi, że będzie chłopczyk."
- "To Pani mąż ma rację 😉."

I w taki sposób sama dowiedziałam się płci naszego maluszka, choć totalnie tego nie planowałam 😅 Zadzwoniłam do męża w tej samej sekundzie, w której rozłączyłam się z panią recepcjonistką i przekazałam mu, że będziemy mieć zdrowego synka. Odpowiedział jak typowy, dumny ojciec "Widzisz! A nie mówiłem!" 🤣

W drodze do domu mąż zadzwonił do teściowej. Ponoć popłakała się z radości słysząc te wieści. Ja swojej stronie jeszcze nie mówiłam - planuję przygotować babeczki z niebieskim kremem i zawieźć rodzinie i przyjaciółce w ramach niespodzianki. Może uda mi się nagrać reakcję 🧁

Dziś przyszedł pisemny wynik. Zdrowy chłopiec, dobrze usłyszałam 🩵 Frakcja płodowa wynosiła 16,2% - ponoć na tym etapie jest ona najczęściej w okolicach 10%. Internet podpowiedział mi, że jeśli to nie ciąża bliźniacza, to taki wynik może wskazywać na bardzo dobrze rozwinięte łożysko, które produkuje dużo DNA płodu. I poza tym wynik jest jeszcze bardziej wiarygodny 🤍

Imienia dla chłopca póki co nie mamy. Z dziewczynką było prościej - już w tamtej ciąży zgodnie wybraliśmy Emilię (nie bez powodu mój nick to Lia). To poszło jak z płatka, propozycja, zgoda, piątka 🙌🏼😅 Dla chłopca natomiast miałam wybrane 3 imiona, jednak nie podobają się one mojemu mężowi. Przeglądaliśmy listy imion, wiele brzmi ładnie, ale żadne nie jest takie w 100% nasze. Musi być ono też w miarę międzynarodowe, więc na tym etapie odpadło już kilka propozycji. Niestety żaden Staś czy Wojtuś nie przejdzie, bo koledzy synka połamaliby sobie na nich język. A chciałabym już wiedzieć, jak mówić do naszego chłopczyka 🤍 Mam nadzieję, że niedługo coś wybierzemy - a przynajmniej postaramy się parę dni operować danym imieniem i zobaczymy, czy się przyjmie 😊

W czwartek wieczorem wizyta, to będzie już 17 tydzień. 3 tygodnie przerwy dają jednak w kość - często zastanawiam się, czy wszystko jest ok z naszym synkiem. To taki stan zawieszenia - objawy 1 trymestru minęły, a z drugiej strony to czas, kiedy jeszcze nie czuję ruchów. Od dobrego tygodnia jestem chora, staram się nie wychodzić na dwór, bo mój obecny stan może przekształcić się w zapalenie oskrzeli albo płuc. Przez tę chorobę i niską aktywność fizyczną martwię się o przepływy między mną a dzidziusiem. Ostatnio ze stresu wyciągnęłam detektor i udało mi się znaleźć puls powyżej 150, jednak bardzo szumiący - nie wiem czy nie pochodził z pępowiny lub czy bicia serduszka nie tłumi łożysko na przedniej ścianie. Nie chciałam jednak za długo męczyć maleństwa i teraz mam taki niedosyt. Postaram się jednak dotrwać do wizyty i pomyślę o jakiejś jodze przed telewizorem, może uciszy ona moje wyrzuty sumienia 😉 Mam nadzieję, że Malutki ma się dobrze 🙏🏼

10 kwietnia badanie połówkowe ⏳

Edit - na pamiątkę, 27.02.2025, 16+1 tc 📝
Kolejna wizyta za nami, wszystko jest dobrze 🥰 Jak na tlusty czwartek przystalo, synek dostał pączka przed badaniem i znowu leżał na głowie 😂 Następnym razem nie jem słodyczy, bo zawsze robi jakieś dziwne pozy 🙈 Doktor chciał sam sprawdzić płeć, ale przez te akrobacje wysnuł tylko przypuszczenie - akurat trafne, bo mówił o chłopcu 😃
Dźwięk serduszka był taki sam jak na dopplerze - przytłumiony, więc myślę, że łożysko z przodu naprawdę działa jak poduszka 🙈 W każdym razie lekarz był zadowolony, wszystko ideolo, synek rośnie. Wagi nie podał, tylko wspomniał że mierzy ok. 14 cm.
Najbardziej niesamowity jest dla mnie fakt, że ten mały człowiek jest częścią mnie, a równocześnie posiada już własną wolę i niezależne ode mnie odruchy. Nie mam wpływu na to, czy aktualnie się rusza czy śpi, siłą myśli nie zmuszę go do obkręcenia się w brzuszku. Widok machającego rączkami maluszka i świadomość, że robi to właśnie w tym momencie, jest dla mnie absolutnie niewiarygodna. Wydaje mi się, że nawet nie potrafię do końca opisać swoich uczuć w tym temacie. Ale jestem taka wdzięczna, że jest 🩵


Wiadomość wyedytowana przez autora 28 lutego 2025, 13:01

Wyniki z rezonansu: podejrzenie mikrogruczolaka 3,8 mm. Wróciłam do endokrynologa, powiedziała, że miesiączka wróci jak prolaktyna wróci do normy. Myśli, że 2 za miesiące będzie już ok.

Na forach dziewczyny pisały że miesiączka wracała po 2 tygodniach, po miesiącu. Po 4 tygodniach brania dostinexu prolaktyna wynosiła 27,93/ norma 26,53. A miesiaczki nadal nie było, bóle piersi ustały.

Wizyta u ginekologa nr 3
Niestety nie było aparatury USG. Tylko cytologia, która wyszła ok i wybłagane skierowanie na morfologie, kwas foliowy i żelazo. Na inne nie chciała dać. Oczywiście nie wrócę również do tego lekarza nigdy więcej. Zero wiedzy, zaproponowania od siebie podstawowych badań.

Mąż był na badaniach nasienia. Wyszły ok, ruch postepowy szybki do lekkiej poprawy, morfologia 6%, reszta w normie.


Wiadomość wyedytowana przez autora 11 lipca 2024, 09:20

Maj 2024
Udało mi się dostać do kliniki leczenia niepłodności.
Niestety i tam się zawiodłam. Miałam iść do ginekologa-endokrynologicznego. Niestety nie było go, był inny.

Wizyta u ginekologa nr 5
Cóż dostałam recepte na dostinex, badanie prolaktyny i tyle.. wrócić w grudniu. A jak chce tabletki to szukać lekarza prywatnie. Wyszłam z płaczem, że kolejny raz zostałam olana. Naprawdę ani jeden ginekolog nie wie co może mi pomóc żeby zjeść w ciążę? Ani jeden nie chce szukać głębiej czemu nie ma miesiączki mimo prolaktyny w normie lub chociaż mi to wytłumaczyć jakoś sensownie.

Kupiłam plodnosciowego e-booka ze wskazowkami dot. diety wspierającej płodność i wdrożyłam suplementację:
- omega 3
- witamina D3
- witamina C
- cynk
- magnez
- korzeń maca
- B-complex
- kwas foliowy
- inozytol
- jod
- olej z wiesiołka
- rano po przebudzeniu woda z solą kłodawską
- witamina E + A

Stymulacja na clostilbegyt była bez monitoringu. Nie było owulacji zgodnie z ulotka mimo że śluz był. Owulacja możliwe że była ok 22 dnia cyklu. Ale po 10 miesiącach w końcu 1 czerwca przyszła MIESIĄCZKA. Płakałam, ze szczęścia. Wróciła nadzieja.

Zbiegły się 3 rzeczy (dieta z suplementację, stymulacja owulacji, dostinex), które mogły spowodować miesiączkę chociaż uważam, że stymulacja clostilbegytem pomogła.


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lipca 2024, 14:51

Ach co to był za wieczór. Wzruszenie, radość, płacz. Mrożon wie 💜 Ukrywałam prawdę od 10.30 do 19.30. Było bardzo ciężko 🤥Zwłaszcza, że Kuba czyta ze mnie jak z otwartej księgi. Teraz chcemy się już tylko cieszyć, po prostu ☃️

26+4 i przekroczyliśmy pierwszy kilogram. Dokładnie 1100g 🥰 Za trzy tygodnie ostatnie prenatalne. Mam nadzieje, że wszystko będzie tak samo dobrze widoczne jak na poprzednich i uda się uchwycić buziunie. Już coraz bliżej 🥹

Nastąpiło symboliczne pożegnanie Okruszka... mamusia zawsze będzie o Tobie pamiętać 😭

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)