Dobra czas zrobić aktualizacje.
Ostatnio nie mam czasu na forum ale może to dobrze, może to czas ruszyć naprzód. Czasami zaglądam szybko zerknąć jak dziewczyny którym kibicuje sobie radzą, jak im zasuwają suwaczki i jak prężnie idą po swoje.
A żeby nie było ja też działam ale może nie tak jak bym chciała.
Jak zwykle jak już ułożyłam plan mega to go ch%j strzelił.
A więc od początku... Plan był na 2 mini stymulacje pod rząd, zebranie zarodków i zrobienie pgta.
No ale przyszedł czas na start, oczywiście choroba mnie dopadła i zaciskałam zęby jak tylko się da ale w końcu wylądowałam na antybiotyku. Zatoki. Więc bez gorączki ale mocno mocno mnie trzymało. Kilka tygodni ropa się lała z kinola.
Zaczęłam stymulację menopurem 13 lutego w dawce 200 więc całkiem małej dla uzyskania mniejszej ilości komórek ale może lepszych jakościowo.
No i cóż... Moje jajniki zareagowały bardzo mocno. Komórek było grubo ponad 20, estradiol na koniec stymulacji wywaliło mi 7 tysięcy, a później już nawet nie badałam.
Ale ostatecznie w dniu punkcji nie mogłam już nawet chodzić. Myślałam, że nie wejdę do kliniki. Lekarz oceniał, że pęcherzyków jest tak dużo, że liczy że będzie z tego 8 zarodków i odpuszczamy bo mam ryzyko hiperki. Na tyle nie liczyłam ale rzeczywiście taki rekordowy wynik estradiolu utwierdzal mnie w przekonaniu, że jest dinrze.
Po punkcji ból brzucha nie odpuszczał ale było trochę ulgi i działały leki więc w miarę ok. Później dostałam informację, że pobrano 15 pęcherzyków, bez szału myślę no ale cóż to i tak super.
No i tu zaczęły się schody bo te pęcherzyki były pełne komórek ale niedojrzałych, tylko 5 z nich było M2, a 10 M1 więc stymulacyjna klapa.
Nie zareagowały na trigger albo punkcja była za szybko. No już trudno wyrokować ale lekarz nie mógł mi dać ovitrell jako triggera przy takim estradiolu dał mi 2 szt. Orgakutranu i to było standardowe postępowanie przy takim wysokim wyniku. Wcześniej też miałam te leki i jako trugger spełniały swoje zadanie.
Ale nie tym razem.
Zawsze na etapie zapłodnienia już nam odpadało część komórek, po prostu nie ruszały wcale ale tym razem chociaż wszystkie się zaplodniły.
Bałam się z że zostaniemy z niczym ale w 5 dobie udało się zamrozić jedną blastkę 4BB.
Jedną. Cios w serce, w ryj i kop w dupę na jaki nie byłam gotowa.
Tym bardziej, że pierwsze 3-4 doby to myślałam, że zejdę. Za nic nie chciałam iść do szpitala ale byłam w takim stanie, że byłam na granicy. Punkcja była w środę, dobrze, że wzięłam te dodatkowe 2 dni l4 i jeszcze był weekend to w poniedziałek mogłam iść do pracy, ledwo mogłam.
Pierwsze 3 doby nie mogłam się wyprostować, chodziłam zgięta w pół ale chodziłam to dużo powiedziane. Nie mogłam się wysikać ani wysrać. Z moczem ogólnie był problem, widziałam, że obwód brzucha rośnie, a moczu jest coraz mniej. Jednej nocy też miałam duszności ale jak podłożyłem więcej poduszek to ta woda w bebechach chyba inaczej się układała i lepiej się oddychało.
Ogólnie przez tydzień nie mogłam się w nocy nawet obrócić z boku na bok, jajniki jak się przesuwały to wyłam z bolu. A nagle z dnia na dzień ból zszedł do 30% i już było z górki.
Także cierpiałam fizycznie i psychicznie. Mój mistyczny plan się po prostu rozwalił na kawałki.
Jest jeszcze opcje punkcji po punkcji ale na kontroli w 4 DC, po miesiączce, którą dostałam w sumie już 5 dni po punkcji (wtedy w sumie zaczęło mi się robić lepiej) okazało się,że jajniki są ogólnie pełne komórek jajowych. No ale lekarz powiedział, że jest duże ryzyko, że one są już zdegradowane, że to już za późno.
Więc czekamy aż to się wchłonie, modlimy się żeby nie zrobiły się torbiele i czekamy.
Także koj licznik prób i błędów jeszcze się nie wyczerpał.
Stan starań na dzisiaj.
5 procedur invitro
10 transferów
11 podanych zarodków
1 mrozak
3 stracone życia
1 cud na ziemi
Plan na stymulację nr 6: długi protokół.
Tak z ciekawosci policzylam ktory to nasz cs. I juz 40 😱 z czego 18 w klinice...
Wtedy czulam ze wszystko przed nami,a teraz czuje ze wszystko juz za nami
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 marca, 21:02
No cóż stało się, Nelcia idzie do przedszkola, a ja ? Ja płakałam jak jakaś wariatka z aplikacją w ręku po dość obwitym przemyśleniu czy wysłać ją do przedszkola czy też nie 🫣 pomimo tego, dziś nie jestem na to gotowa ale wiem że jutro też nie będę i po jutrze również nie.. więc wyszłam z komfortu bańki mydlanej którą sama stworzyłam i każde moje “samotne 5min” kończy się płaczem. Przeżywam to gdzieś tam w samotności, bo nie wiele osób rozumie dlaczego jest dla mnie to tak emocjonalne skoro już raz przez to przechodziłam.. tyle że mój syn miał 4 lata gdy szedł do przedszkola mówił, ba opowiadał pełnymi zdaniami i rozumiał że wrócę. A z Nelą? Nie wiem jak będzie, nie wiem czy będzie płakać jak jej starszy brat, czy to dobrze dla niej czy też źle, wiem że oszczędności życia się kończą a ja muszę wrócić do pracy, a innej możliwości niż przedszkole nie mam..
No i tak z nie lubości przeszłam do nienawiści ich taty, to on nie dał mi wyboru 😮💨 ktoś winny musi być.
Co do spania, ah śpimy razem bo tak wygodnie i ciepło i mniej miejsca i więcej przytulania no i dużo miłości. 😍 mniej stresu 😆 same pozytywy 😂
Jesteśmy po okuliście, puki co wszystko w porządku. W lipcu będą głębsze badania i te nieszczęsne krople to się okaże co dalej.
Póki co spokojnie, jeszcze chwilę czasu mamy dla siebie.
https://www.tiktok.com/@natis12131?_r=1&_t=ZN-954bdKYCjG2 Trochę więcej nas 🙂
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 marca, 20:09
I tak tez tym razem w 1 dc cos we mnie peklo na dobre
czuje totalne zderzenie ze sciana. Wiem juz ze cud sie nie wydarzy, ze jedynie zostaly takie opcje jak histero czy ivf bo klepanie dalej tego samego nie ma juz sensu. Tak tez staram sie "pocieszyc" ze cos sie skonczylo, ale gdzies tam cos jeszcze jest i zawsze gdy tylko dojrzeje bede mogla wykonac ten telefon i sie umowic.
Nie wiem kiedy i czy w ogole bede na to gotowa. Czas pokaze.
Narazie musze sie zdystansowac i jak najbardziej wrocic do mojego dawnego zycia sprzed staran. Koniec z dieta i odmawianiem sobie wszystkiego. Koniec z zyciem pod dni cyklu, teraz na 1 miejscu wszystko inne. Jak nie bedzie ❤️ w te dni to najwyzej nie bedzie. Jak zmierze temp czy wezme suple to wezme jak nie to nie. Kupie sobie kilka drobnych rzeczy na dobry stary zeby wyjsc z tego gowna. Od 3 lat nic sobie nie kupilam bo po wizycie w aptece nie mialam juz za co. Teraz najwyzej w aptece nie kupie bo nie bedzie juz za co.
Mysle zeby lato przezyc normalnie i zajac sie ogrodem. Pozniej jeszcze gdzies pojechac. I moze zima ewentualnie wrocic do tematu chyba ze jakims cudem uda mi sie sobie wmowic ze tak ma byc i juz nigdy nie bede chciala do tego wracac.
Dzis cos sie dla mnie skonczylo, musze sobie pewien koniec oplakac i znalezc jak najwiecej bodzcow ze starego dobrego zycia.
I tak tez tym razem w 1 dc cos we mnie peklo na dobre
czuje totalne zderzenie ze sciana. Wiem juz ze cud sie nie wydarzy, ze jedynie zostaly takie opcje jak histero czy ivf bo klepanie dalej tego samego nie ma juz sensu. Tak tez staram sie "pocieszyc" ze cos sie skonczylo, ale gdzies tam cos jeszcze jest i zawsze gdy tylko dojrzeje bede mogla wykonac ten telefon i sie umowic.
Nie wiem kiedy i czy w ogole bede na to gotowa. Czas pokaze.
Narazie musze sie zdystansowac i jak najbardziej wrocic do mojego dawnego zycia sprzed staran. Koniec z dieta i odmawianiem sobie wszystkiego. Koniec z zyciem pod dni cyklu, teraz na 1 miejscu wszystko inne. Jak nie bedzie ❤️ w te dni to najwyzej nie bedzie. Jak zmierze temp czy wezme suple to wezme jak nie to nie. Kupie sobie kilka drobnych rzeczy na dobry stary zeby wyjsc z tego gowna. Od 3 lat nic sobie nie kupilam bo po wizycie w aptece nie mialam juz za co. Teraz najwyzej w aptece nie kupie bo nie bedzie juz za co.
Mysle zeby lato przezyc normalnie i zajac sie ogrodem. Pozniej jeszcze gdzies pojechac. I moze zima ewentualnie wrocic do tematu chyba ze jakims cudem uda mi sie sobie wmowic ze tak ma byc i juz nigdy nie bede chciala do tego wracac.
Dzis cos sie dla mnie skonczylo, musze sobie pewien koniec oplakac i znalezc jak najwiecej bodzcow ze starego dobrego zycia.
Cześć dziewczyny 🤍
Chciałam się z Wami podzielić czymś, co ostatnio często siedzi mi w głowie… Może któraś z Was też tak ma.
Od niedawna staramy się z partnerem o dziecko, więc teoretycznie „krótko” jestem na tej drodze. Ale moje doświadczenia są trochę bardziej złożone… Straciłam dwie ciąże – jedną bardzo wczesną, biochemiczną, a drugą pozamaciczną, po której straciłam lewy jajowód.
I wiecie co… za każdym razem, kiedy widzę ogłoszenia ciąż u znajomych – te piękne zdjęcia, szczęśliwe posty – z jednej strony naprawdę się cieszę. A z drugiej… pojawia się taka myśl: „Czy ja też kiedyś tak będę mogła?” albo „Może ja też bym dziś coś ogłaszała, gdyby nie to wszystko…”
Dziś zobaczyłam post koleżanki z liceum, rok młodszej ode mnie… ogłoszenie ciąży. I znowu mnie to uderzyło.
Łapię się też na tym, że potrafię w głowie wyliczać, ile dziewczyn z mojego rocznika ma już dzieci… a ja wciąż stoję w miejscu. I to gdzieś we mnie zostaje, nie umiem tego tak po prostu odpuścić.
Czasem to tylko chwila, a czasem zostaje ze mną na dłużej.
Zastanawiam się, czy to normalne? Czy któraś z Was też ma takie mieszane uczucia, widząc takie posty? 🤍
Będę wdzięczna, jeśli podzielicie się swoimi doświadczeniami.
I tak tez tym razem w 1 dc cos we mnie peklo na dobre
czuje totalne zderzenie ze sciana. Wiem juz ze cud sie nie wydarzy, ze jedynie zostaly takie opcje jak histero czy ivf bo klepanie dalej tego samego nie ma juz sensu. Tak tez staram sie "pocieszyc" ze cos sie skonczylo, ale gdzies tam cos jeszcze jest i zawsze gdy tylko dojrzeje bede mogla wykonac ten telefon i sie umowic.
Nie wiem kiedy i czy w ogole bede na to gotowa. Czas pokaze.
Narazie musze sie zdystansowac i jak najbardziej wrocic do mojego dawnego zycia sprzed staran. Koniec z dieta i odmawianiem sobie wszystkiego. Koniec z zyciem pod dni cyklu, teraz na 1 miejscu wszystko inne. Jak nie bedzie ❤️ w te dni to najwyzej nie bedzie. Jak zmierze temp czy wezme suple to wezme jak nie to nie. Kupie sobie kilka drobnych rzeczy na dobry stary zeby wyjsc z tego gowna. Od 3 lat nic sobie nie kupilam bo po wizycie w aptece nie mialam juz za co. Teraz najwyzej w aptece nie kupie bo nie bedzie juz za co.
Mysle zeby lato przezyc normalnie i zajac sie ogrodem. Pozniej jeszcze gdzies pojechac. I moze zima ewentualnie wrocic do tematu chyba ze jakims cudem uda mi sie sobie wmowic ze tak ma byc i juz nigdy nie bede chciala do tego wracac.
Dzis cos sie dla mnie skonczylo, musze sobie pewien koniec oplakac i znalezc jak najwiecej bodzcow ze starego dobrego zycia.
Wizyta w Invicta - jak widać po długiej przerwie we wpisach - rozpoczęła zupełnie nowy rozdział w naszych staraniach, choć, co ciekawe, w zasadzie niewiele wniosła.
Sama wizyta była dość... Dziwna. Niewiele się dowiedzieliśmy, USG było zrobione dość szybko, a lekarz nawet nie chciał przejrzeć płytki z HSG. Zostaliśmy jednocześnie skrytykowani za brak badania AMH i pochwaleni za szczegółową diagnostykę. W każdym razie werdykt był szybki i konkretny: jesteśmy superzdrową parą, problem musi być jakiś głębszy, szkoda czasu na diagnostykę - in vitro. Na pytanie o przewlekły stan zapalny lub endometriozę dostałam odpowiedź, że szansa, że mam endometriozę nie jest większa niż 1%.
Jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się na wizytę kwalifikacyjną na luty. Nie byłam zaskoczona taką propozycją, ale mój mąż musiał się z tym oswoić.
Mimo wszystko ciągle coś mi nie grało, czułam potrzebę poznania problemu, więc zapisaliśmy się do Gamety, do której mamy znacznie bliżej. Tam wizyta przebiegła zupełnie inaczej. USG było robione bardzo szczegółowo, trwało długo i było dość bolesne. Lekarz znalazł mięśniaka, o którym nie miałam pojęcia, dwa potencjalne ogniska endometriozy i torbiele przy strzępkach jajowodów. Byłam w totalnym szoku, bo wizyty u ginekologów odhaczałam regularnie, a wszystkie te informacje były dla mnie nowością. W związku z tym oczywiście odwołaliśmy wizytę w Invicta, wdrożyliśmy dietę przeciwzapalną, zrobiliśmy wymazy MUCHa i wykonaliśmy biopsję endometrium. Wszystko wyszło bardzo dobrze, więc głównym sabotażystą wydają się być torbiele przy strzępkach, które prawdopodobnie mechanicznie blokują przechwycenie komórki.
Koniec końców po tych trzech miesiącach jesteśmy w zasadzie w tym samym punkcie, w którym byliśmy wychodząc z invicty, ale czuję się zaopiekowana i spokojniejsza po zmianie lekarza.
Jesteśmy już po pierwszych badaniach już z projektu rządowego i pojutrze jedziemy na kolejną wizytę, podpisać umowę... Liczę na receptę na leki stymulujące i rozpoczęcie procesu.
2 dzień cyklu - start in vitro
Już prawie kwiecień. Od ostatniego wpisu minęło 40 dni - tyle czekałam na okres, by rozpocząć stymulację. Nie chce nawet wspominać tutaj o tym, co mi to zrobiło z głową.
A jednak, dotarłam. Po dwóch latach walki zaczynam jej kolejny rozdział. Pierwsza dawka Bemfoli wstrzyknięta. W piątek podgląd.
Niech się dzieje co ma się dziać 💆♀️
24 dc. Lub 1 dc nowego 🤦♀️
Rano byłam na kontrolnych posiewach. Mykologia i bakteriologia z pochwy i odrębnie ze sromu oraz, żeby chuchać na zimne - ureaplasma PCR. Tyle mi napobierali, że plamię do teraz. Możliwe więc, że to okres się rozkręca i dziś mam 1 dc. Zobaczymy. Jeśli jutro 2 dc, to od jutra 3x1 estrofem.
🤞🤞🤞
Dieta i suple tak sobie. Nie przeginam ze słodkim, ale i nie trzymam rygorystycznie diety. Z supli na bieżąco jestem z ubichinolem i wit. E. Bywa i tak.
A jednak mamy to. Dziś 2dc i wjeżdża estrofem 3x1. Do 8dc. Na kontrolne usg jestem umówiona 10 i 12 dc. Wczoraj dopakowałam suple. Dziś też już pięknie łykam. Czekam na wyniki posiewów i mam nadzieję - odbiór i zainstalowanie na pokładzie - bobo.
Bardzo proszę o kciuki. Oraz o wspólną modlitwę.
26.05.2026 Dzień mamy
6 lat temu o tej porze byłam w 28tc+2d.. odliczałam dni do porodu, modliłam się żeby było mi dane trzymać dzieciątko spod serca w ramionach. Bałam się i byłam szczęśliwa jednocześnie. Zastanawiałam się, czy już zawsze dzień mamy będzie rozrywał mi serce na fragmenty. Dwa miesiące później przyszedł na świat K.i zmienił go na zawsze. Na lepsze. Odczarował każdy 26.05. Dzisiaj jestem najszczęśliwsza na świecie! Warto było walczyć 
PS.
Mały chłopiec jest czasem zaskakujący. Sytuacja z wczoraj, plac zabaw, wysoka konstrukcja, dwóch starszych chłopców weszło na sam szczyt i rzuca tekst "a ty tutaj wejdziesz?", młody spojrzał i zupełnie spokojnie rzucił "nie, ale jak będę starszy to pewnie wejdę" i był w tym taki totalny luz, brak zawstydzenia, że czegoś nie umie i brak konieczności udowadniania komuś czegokolwiek. Zaskoczyło mnie to, niby człowiek stara się wychowywać pewne siebie i asertywne dziecko, a jednak co innego jest zobaczyć to w praktyce, oby tak zostało!
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 maja, 08:36
Ledwo zadzwoniłam do kliniki, a czas tak zachrzania, że nawet się dobrze nie obróciłam, a mam już wyznaczony termin kolejnego transferu.
Na początku maja powtarzałam wirusówkę i jak żadnego gówna nie miałam, tak nie złapałam dalej. Szczęśliwie mam już przeciwciała toksoplazmozy i cytomegalii, więc luzik.
W połowie maja spotkałam się z lekarzem, który prowadził mnie przy procedurze i robił pierwszy (udany) transfer. Zalecił estrofem dwa razy dziennie.
Jak powiedział, tak robiłam.
28 maja znów stawiłam się w klinice. Zaczęłam od USG u położnej, która powiedziała: "endometrium 9 mm, pięknie to wygląda". I z moim pięknym endometrium przeszłam do gabinetu lekarza. Ten popatrzył na mnie, popatrzył na zdjęcia i stwierdził, że nie ma na co czekać: "proszę dalej przyjmować estrofem dwa razy dziennie i do tego luteina - trzy razy dziennie. Zapisuję panią na transfer".
Więc biorę leki i odliczam do "dnia zero": wtorek, 02 czerwca 2026
Wszystko idzie aż za dobrze. Nie wiem, czy bardziej się cieszę czy boję, że w kulminacyjnym momencie coś pierdyknie.
Oprócz tego miałam kilka innych drobnych "wpadek".
Najpierw jęczmień na oku, duży i upierdliwy i wizyta u okulisty.
Później okazało się, że przez ten jęczmień (który zdążył już pęknąć) nie mogę mieć usuniętej ostatniej ósemki. Szkoda tylko, że dowiedziałam się o tym siedząc już na fotelu w gabinecie. Na szczęście ta ekstrakcja nie jest turbo pilna.
Potem pojawiła mi się gulka na szyi. Początkowo myślałam, że coś mnie ugryzło, ale gulka urosła, więc zestresowana pobiegłam do dermatologa w Medicover. Wizyta trwała 2 minuty. Lekarka stwierdziła, że to węzeł chłonny, ale dała skierowanie na USG tkanek miękkich.
W rejestracji okazało się, że jest termin praktycznie od ręki w innej placówce, jakieś 3 km dalej. No to wzięłam, do wizyty miałam godzinę, więc poszłam na spacer.
Na USG lekarka stwierdziła, że to nie węzeł, że ona nie wie co to, że natychmiast mam iść do chirurga. Mówiła to takim tonem jakbym miała zaraz wykitować od tej gulki.
I oblał mnie zimny pot. Oczyma wyobraźni już wybieram sobie urnę, a co gorsza w swojej głowie już odwoływałam transfer. Idę do rejestracji. Mówię jaka jest sytuacja, że sprawa jest pilna i na kiedy są terminy do chirurga. Koordynatorka serio starała mi się pomóc i wali tekstem: "jest dostępny termin za 25 minut, w drugiej placówce, która jest od nas 3 km" - tak dokładnie w tej, w której już byłam na wizycie u dermatologa.
Myślę sobie "chuj, teleportuje się", ale termin klepnięty, więc biegnę.
Nie było sensu brać Ubera, zanim by przyjechał i zanim przebiłabym się przez zatłoczone warszawskie ulice w godzinach szczytu minęłoby za dużo czasu. Z drugiej placówki Medicover wyszłam o 17.55, wizytę u chirurga miałam na 18.15. Do placówki, w której byłam na wizycie u dermatologa wpadłam o 18.16.
Nie mam pojęcia jak ja to zrobiłam.
Chirurg mnie przyjął, starszy sympatyczny facet. Nie weszłam dobrze do gabinetu, gdy stwierdził "ooo kaszak się pani zrobił". I od słowa do słowa powiedział, że mam iść na transfer, nie martwić się i można to spokojnie usunąć jak już urodzę. No jakby ktoś mi zdjął tonę z ramion.
Przygoda jak przygoda, mąż mówi, że to na szczęście, że teraz "sypią się" takie małe rzeczy żeby wyczerpać limit pecha przed transferem.
I oby miał chłop rację.
Wracając do domu po Medicover Run uderzyła mnie jednak jedna myśl. W 2015, gdy miałam 21 lat byłam w bardzo toksycznym związku. Zaszłam (naturalnie) z tamtym gościem w ciążę, którą finalnie straciłam ok 9-10 tygodnia (najprawdopodobniej wynik przewlekłego stresu). Dużo mnie to kosztowało - zwłaszcza psychicznie. Do tej pory myślę o tamtym maleństwie, kim by był/a... Pierwszą ciążę straciłam w lipcu 2015 roku, a równo 10 lat później w lipcu 2025 urodziłam moją małą J. Gdy liczyłam termin porodu tej pierwszej ciąży rodziłabym w drugiej połowie lutego 2016. Policzyłam sobie też, kiedy będę rodzić, jeśli wtorkowy transfer się uda i będzie to... Druga połowa 2027.
Pewnie to głupie, ale mam wrażenie, że moja pierwsza, stracona dziecina... W ten sposób do mnie wraca.
Śnił mi się dzisiaj pozytywny test ciążowy. Tego jeszcze nie było, oby to był dobry znak ❤️
Zaczynamy cykl transferowy
Poza tym: płytki w końcu wybrane i lada moment zaczynamy wykończeniówkę!
Szalony czas. Od 18 do 27 maja byliśmy na kamperowych wakacjach.
30 maja ślub i wesele kumpelki.
Jutro 40-stka innej przyjaciółki.
Wmiędzyczasie podglądy.
W sobotę, 7 dc, dwa pęcherzyki na prawym jajniku, tak po 13-14 mm, endometrium 5,8 mm. Dziś, 9 dc, dwa pęcherzyki na prawym jajniku, 15 i 18 mm. Na pewym jajniku pęcherzyk 13 mm. Endometrium 9,5 mm. Czekam na wyniki hormonów.
No i miałam wypadek rowerowy. Przemieszczałam się między indibą a podglądem usg i na kratce kanalizacyjnej mnie wywaliło do góry. Lewe kolano, lewa ręka bardzo, prawa ręka trochę, lewy policzek i lewa część górnej wargi mocno poturbowane.
Kask rozwalony, okulary przeciwsłobeczne roztrzaskane. U ginekologa położne obmyły rany i zabezpieczyły je przed brudem. Teraz jestem na SOR. Czekam na triaż. Nudy nie ma. A Mężulek dziś pierwszy dzień w nowej pracy.
38+2
Dawno tu nie pisałam, szok.
Ciąża już od 9 dni donoszona. To jest bardzo dziwne i niesamowite zarazem. Mentalnie przygotowałam się już do porodu i szczerze, nie mogę się go doczekać. Fizycznie ciągle ćwiczę miednicę, jestem aktywna, spaceruję i jednocześnie wykonuję masaż krocza. Piję napar z liści malin, aplikuję dopochwowo olej z wiesiołka.
Na ostatnie wizycie w czwartek (37+6) na KTG pisały się już skurcze o sile 60-70, brzuch mi opadł, w badaniu palpacyjnym szyjka była miękka i od dołu się rozwierała, ale na USG jej długość była wciąż ponad 3cm i była również zamknięta od strony Kuby. Doświadczyłam wielu różnych bóli "miesiączkowych" i skurczów przez ostatnie dni, ale od wczoraj wszystko uległo wyciszeniu. Tak więc moje nadzieje na poznanie Kuby przed PTP spadły do całkowitego 0. Dzisiaj za to ulokował się jeszcze głębiej w miednicy niż do tej pory, bo czuję kłucia... w cewce moczowej i to nie z powodu infekcji.
A tak poza tym, to sobie standardowo puchnę. Relaksyna tak mi rozluźniła stawy, że w połączeniu z puchnięciem dłoni, gdy w nocy podnoszę się z łóżka do toalety, to potrafią mi się odgiąć boleśnie w całkowicie drugą stronę w dłoniach. Umiem już z tym żyć, no trzeba mieć jakieś "bolączki" tej ciąży przecież, bo tak poza tym to uważam, że czuję się świetnie.
Torby do szpitala spakowane od jakiegoś czasu, lista "do dopakowania" spisana, komoda złożona, ciuszki wyprane i ułożone w całym zapleczem innych rzeczy... Jutro mam nadzieję wrócić z nowym autem do domu. Więc wszystko mamy dograne i jesteśmy gotowi. Teraz tylko czekać po prostu, aż się rozpakuję.
Czas wolny spędzam na czytaniu książek o porodzie, karmieniu piersią itd. oraz graniu w WoWa. 

34+1 vs 38+1 
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 marca, 22:39
Mam receptę na bemfolę!
Wczoraj chwilę zajęło mi przyswojenie co mój niespełna 2,5 latek do mnie powiedział, obejmując mnie i podnosząc na mnie swoje niebieskie oczka - kocham Cię 🥰🥰🥰🥰 tak bezinteresownie, tak niewiele, a tak wiele🥹
A 6latce zamówiłam My i Ty z Tumilu, bo ona już nie wierzy że ja kocham🥺
Nawet nie wiedziałam, że tak trudno być emocjonalnie rodzicem, że tak łatwo powielać błędy swoich rodziców🫣
Z dnia codziennego....
Wzięłam urlop wychowawczy by trochę się pouczyć i podnieść kwalifikacje. W tym czasie 3 tygodnie chorowania - zatoki i zapalenie ucha, głuchota i Augmentin. Z jednym dzieckiem w CZD, z drugiej dzieckiem w CZD. Jak ja wyzdrowiałam na tyle by się mobilizować do sensownego wykorzystania tego bezpłatnego wolnego, to najpierw starsza chora, teraz młodszy.
Życie nigdy nie układa się po mojej myśli.
Liczę, tylko że to wszystko ma jakiś sens.
Maluch dostał się do publicznego przedszkola. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo spadła już dzietność w kraju. Córka była 4 lata temu w tej samej placówce 400 na rezerwowej liście, a ten mając te same warunki formalne dostał się.....i teraz nie wiemy czy posłać go do publicznego (świetnego wg opinii) z 25 dzieci w grupie,czy tam gdzie córka do prywatnego z 10-15 dziećmi w grupie, znanego nam, że świettna kadrą i w tej samej cenie co publiczne, acz z nieco bogatszą ofertą edukacyjną, ale też z obawą, ze przedszkole będzie się wygaszać i będziemy szukać mu zerówki w innej placówce, albo będzie jedyną ostatnią grupą w całym budynku z niewielką ilością dzieci, co nie bardzo mi się widzi w perspektywie rozwoju społecznego 🫣
Ech życie🫠
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 kwietnia, 16:09
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.