Beta hCG 29,77 ;( bol brzucha coraz mocniejszy ;( znowu!!! ;(
We wtorek, 13 stycznia wybieram sie na badanie sono-HSG. Mam nadzieje, ze da mi odpowiedz na pytanie co jest nie tak. Sperma dobrze, moje hormony - srednio, ale tragedii nie ma... Moj lekarz twierdzi, ze powod jest gdzies indziej. Mam tez nadzieje, ze jesli okaze sie, ze jajowod niedrozny - szybko podzialamy z in vitro i rezultat bedzie pozytywny 
Dzis jestem optymistka.
Moj kochany S ma w pracy prawo do kursu jezykowego za granica w ramach nauczanego jezyka w czasie pracy. Uczy sie oczywiscie polskiego - nie wiem jak przekonal do tego swoja szefowa, ale bardzo mnie to cieszy i wiem, ze ma motywacje
Na taki kurs moze pojechac raz na 5 semestrow nauki, czyli on moze za jakies poltora roku. Dzis mu mowie, ze moze do Wroclawia, Gdanska albo Torunia pojechac i ze ja wezme sobie wolne i pojade z nim. Potem stwierdzilam, ze w sumie to niech jedzie sam, bo on bedzie mial potem urlop, a ja wykorzystam caly moj - i ze nie ma to sensu. A co on na to? "Moze pojedziesz ze mna na macierzynskim"

Sensownie chlopak kombinuje...
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 10:15
dziś 23 dc można powiedzieć ze ostatnie dwa tygodnie były cudowne dużo spokoju i relaksu, dziś pierwszy dzień w pracy troszkę narobilo się zaleglosci, ale dam rade wkoncu trzeba kiedyś wrocic do rzeczywistości.
Wczoraj test ciążowy negatywny pewnie za wcześnie, choć dziwnie się czuje pewnie się przeziebilam i mam mdlosci i pewnie podswiadomosc temperatura do bani i pewnie przyjdzie @@@ 
I znów pojawiła się @. Co tu dużo mówić, jestem trochę załamana.
Nie tak to wszystko sobie wyobrażałam, myślałam że jak zdecydujemy się na dziecko to cyk pyk i będę w ciąży! A tu ponad rok starań, Aniołek w niebie i brak fasolki.
W Stary Rok dowiedziałam się że siostra męża jest w 13 tc, czy coś koło tego tygodnia. Jej synek skończy jutro rok. Pół sylwestra przepłakałam. Nie dlatego że jest w ciąży, po prostu czuję taką bezsilność. Boje się że nigdy nie uda mi się zajść w ciąże, nie wmawiam sobie tego - po prostu się tego boję. Dziś jak tylko uda mi się dodzwonić do mojego gin to umówię się na wizytę, zobaczymy co powie. Chciałam jeszcze umówić się do innego na nfz, ale problem polega na tym że nie mam do kogo. Chodziłam do dwóch ale jeden przy problemach z krwawieniem nic nie zrobił, kazał przyjść po
to wtedy może coś pomoże. A u tego drugiego byłam raz, jakoś niedługo po poronieniu. Nie wyjaśnił nic, był niemiły i bucowaty. Może najpierw zobaczę co powie mi ten prywatny, a jak on zleci jakieś badania które będą za drogie to może wtedy ten na nfz da jakieś skierowanie.
Poza tym moje życie kręci się teraz wokół strychu
przez ostatnie parę dni zrobiliśmy tam niezły porządek, zostało jednak jeszcze pracy na parę tyg. Dziś odpuszczam przez @ ból brzucha ale jutro znów idę walczyć z górą śmieci na strychu. Swoją drogą, znalazłam tam chyba wszystko. Tyle różnych dziwnych rzeczy nie widziałam jeszcze nigdzie. O ile zeszyty szkolne z 3 pokoleń jestem w stanie zrozumieć bo kiedyś się je zostawiało, to jednak rozczłonkowane lalki są dla mnie czymś dziwnym.
Nikki rośnie i zdaje się że nauczyłam ją do dobrego. Teraz gdy kładziemy się spać to wstaje ze swojego legowiska i idzie piszczeć nam pod łóżkiem. Gdy Łukasz ją wygania z powrotem na legowisko to ta stoi i patrzy na mnie - pańcia w końcu zawsze zmięknie i ją bierze do siebie z czego pańcio nie jest zbytnio zadowolony.
Jednakże że jest to pies terapeutyczny, pańcio zbytnio nie protestuje 
Zasada przetrwania i zdrowia psychicznego nr 1 - jak Ci dają L4 to bierz. Nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Always ..
Jednak powrót do pracy dość bolesny. Metaforycznie i odśrodkowo - wrzody żołądka mam na bank. Kocham moją pracę i nienawidzę tych ludzi. Kolesiostwo, prywata, rączka rączkę myje .. I ja w tym wszystkim. Mam wrażenie że ci ludzie się na mnie uwzięli, inaczej w każdym bądź razie nie jestem w stanie tego nazwać.
Dobrze że mam mur z dokumentów dziś to przynajmniej nie widzę mojej zaciążonej 'koleżanki', najwspanialszej w swoim rodzaju, chodzącej do pracy pomimo ciąży. [Btw też bym przychodziła jakbym gówno robiła ..]
Macie do czynienia z wampirami energetycznymi?
One dwie tutaj to 200% wampiryzmu.
Psychicznie powoli wysiadam ..
A i tak nikogo nie interesuje to że L4 miałam przez pracę. Bo po co .. akurat miesiąc mieli na nicnierobienie, a Ty teraz zapierdalaj za wszystkich i nadganiaj.
Rzygam tym.
Dobra decyzja podjęta, czekam do 19stego. Mąż załatwia wolne więc już nie do odkręcenia, nie do przyśpieszenia
wytrzymam 
Z pozytywnych akcentów, za każdym razem jak odczuwam lekkie mdłośći, bo ja raczej nie należę do rzygających ludzi, mam takiego banana na ryju:

Wiem że maleństwo się rozwija i ma się dobrze
czuje to
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 12:13
Dawno nie pisałam, ale też nie było o czym pisać. Byłam gdzieś daleko gdzie jest ciemno i głucho.
Chyba przeszłam drugą grubą załamkę w ciągu ostatniego półtora roku starań. Jeszcze nie stanęłam na nogi ale próbuję. Czuję się jak po dwóch wojnach światowych, przegranych oczywiście. Koniec końców comiesięczne przegrywanie bitew musiało mnie kiedyś złamać.
Trochę mnie to zmieniło, na gorsze, ale wierzę, że ta zmiana jest odwracalna. Zmieniłam się we wredotę, kłócę się ostatnio często z moim M. Mam szybki zapłon, denerwują mnie drobiazgi, czasami czepiam się bez większego powodu. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia ale nie potrafię inaczej. To jest dla mnie trudny okres ale przecież dla niego też. Gdy tak popatrzę na naszą relację z boku, to aż się zastanawiam dlaczego on wciąż ze mną chce być, przecież jestem okropna, a on to cierpliwie znosi. Inna rzecz, że mój M jest przekorny i krnąbrny z natury. Drobne przekomarzania, przepychanki, prowokacje to jego chleb powszedni, uwielbia takie drobne codzienne potyczki, już taki jest. Na co dzień to znoszę i toleruję, czasami nawet mnie to bawi
(potrafi mnie zapytać: "którą drogą jedziemy? w prawo czy w lewo?" Ja mówię: "A jedź w prawo, co za różnica" na co on: "To może jednak w lewo"
),
ale w ciągu ostatniego miesiąca takie docinki wywoływały u mnie automatycznie stan gotowości do walki i do agresji.
Przechodzimy przez kolejne etapy choroby zwanej "niepłodnością", ta choroba dotyka także relacji między partnerami. Już wiem co to znaczy "ciężki okres dla pary", już wiem jak smakuje bezradność. Posiadanie dziecka zmienia związek, jest ciężką próbą wytrwałości w uczuciu. Tak samo jest z chorobami. Każda ciężka próba umacnia bądź ostatecznie rozwala relację. Taki test, którego nie da się oszukać.
Nie mam przepisu na dobry związek, na umacnianie więzi, na poprawę relacji, na komunikację między partnerami w takich sytuacjach. Wiem za to, że większość naszych problemów wynika z mojego złego samopoczucia, ze stresu w jakim ostatnio tkwię. Dlatego postanowiłam zadbać o swoje dobre samopoczucie. Co daje mi dobre samopoczucie? Podróże i jakieś zajęcie, cokolwiek co odciągnie mnie od surfowania bezmyślnie po necie, myślenia w kółko o problemach, użalania się nad sobą.
Jakiś czas temu zrezygnowałam z pilatesu, który uwielbiam. Uwielbiam wysiłek fizyczny. W poniedziałek zapisałam się na treningi, zumba i pilates, i nie spodziewałam się że aż tak poprawi mi humor sam fakt, że się zapisałam
Nie mogę się doczekać
Częściej będę wychodzić z domu, mniej się będę widywać z moim M (co oczywiście nie bardzo mu się sodobało) ale tego właśnie chcę. Chcę się trochę oderwać od mojego M ponieważ on jedyne co umie robić to siedzieć na kanapie
Nigdzie ze mną nie wychodzi, nigdzie nie chce wyjeżdżać bo szkoda kasy na paliwo, dwa lata już nie odwiedzam rodziców mieszkających na stałe w Niemczech bo nigdy nie ma odpowiedniego terminu. Koniec z tym. Na początku lutego przylatuje do Niemiec moja siostra, przyjeżdża mój brat, ja też się wybieram, choćby sama
Jak mój nie będzie chciał jechać lub nie dostanie wolnego to jadę bez niego. Nie odpuszczę tego wyjazdu.
Sorry ale aktualnie skończył się mój czas na marnowanie życia. Kocham mojego faceta ale nie chcę umrzeć nieszczęśliwa, myśląc o tym, co zrobiłam a czego nie zrobiłam w życiu, że nie robiłam tego co lubię, tylko to co chciał mój ukochany, że nie korzystałam z okazji, że nie realizowałam marzeń. A jednym z moich marzeń jest ostatnio potańczyć, poprostu, czy to aż tak wiele? Nie ale za to jaka frajda dla mnie. Stąd zapisy na zumbę, mam nadzieję że może w ten sposób zaspokoję swoją potrzebę, bo żeby samej chodzić na imprezy to jeszcze się nie odważę. Ale co będzie kiedyś.. kto wie
Czasem delikatne sugestie nie wystarczają i potrzebny jest większy młotek 
Kobiety nie powinny rezygnować z siebie, nigdy, także po urodzeniu dziecka. Wiem że to nie takie proste i oczywiste. Ja sama jestem ewidentnym przykładem dopasowywania się do partnera i jego stylu życia. Teraz chcę trochę czasu dla siebie, trochę radości.
Cieszę się na wyjazd do rodziców, na treningi, że wypożyczyłam sobie fajne dwa kryminały w bibliotece, że na dniach powieszę sobie na ścianie w salonie zakupione dawno temu ramki do zdjęć, które stworzą pewnie piękną galeryjkę
Kolejny element do układanki "mój piękny domek" 
Przede mną też kolejny (a zarazem ostatni) cykl wspomagany inseminacją. Coś w tym jest że każdy nowy cykl to na nowo odradzająca się nadzieja. Co miesiąc męczy nas rozczarowanie ale i co miesiąc rodzi się nadzieja. Jestem realistką i 5% szansy, po już dwóch nieudanych IUI, nie napawa optymizmem, ale w tym miesiącu staram się zapomnieć o negatywnych myślach. Może to właśnie fakt, że mama jest taka zestresowana i smutna sprawia że dzieciątko nie chce zamieszkać w jej brzuchu 
Wiem, głupie to i dziecinada, ale skoro oczekiwanie na porażkę nic mi nie przyniosło to może naiwność oczekiwania na sukces coś zmieni
Trąci to hipokryzją ale to niejedna z moich wad, co zrobić
W tym cyklu zamierzam pamiętać o nadziei.
Powoli oswajam się też z tematem in vitro. Czytałam juz dużo na ten temat, wcześniej ryczałam gdy tylko wyobrażałam sobie jak robią mi punkcję czyli pobieranie jajeczek. Przerażało mnie to. Ale po to czytam żeby się oswoić. Dziś już tli się we mnie mała iskierka podniecenia i ekscytacji na myśl o ivf. Zrobię wszystko aby się udało. Jeszcze się nie poddałam. Dopóki mam jajeczka amunicji mi nie zabraknie.
Kiedyś w innych okolicznościach ktoś powiedział że mam naturę wojowniczki. Uznałam to za komplement choć nieadekwatny do mnie, nie czułam się wojowniczką.
Ale dziś?.... Czy my wszystkie tutaj nie jesteśmy wojowniczkami? Naznaczone wieloma bliznami po porażkach, pamiętając ból fizyczny i psychiczny? Los co miesiąc daje nam w dupę a my nadal swoje 
Jeśli los postanowił ze mnie zadrwić nie pozwalając mi zajść w ciążę to zapowiadam mu - będzie się musiał ze mną jeszcze trochę pomęczyć bo uparta ze mnie bitch i nie odpuszczę tak łatwo. Mam dopiero 32 lata, uważam że dopiero.
Koniec tej autopsychoterapii. Trochę realiów.
Bałam się wigilii ale ostatecznie nie było tak źle, uzbroiłam się w ciężką artylerię ale okazała się niepotrzebna. Owszem czułam się niezręcznie z moją świeżo zaciążoną szwagierką, która nie zdaje sobie sprawy że oddałabym większość swoich organów wewnętrznych żeby mieć w brzuchu to co ona ma od chcenia-niechcenia. Dodatkowo ona też nie miała nad wyraz szczęśliwej miny. Wydawało mi się że kobiety w ciąży kwitną, a ona wyglądała poprostu źle, nie wiem czy była wkurzona czymś, może ktoś ją czymś uraził. Nie wiem, ale nie chciałam pytać. Nie chcę się w najmniejszym stopniu "angażować" w jej ciążę, dopytywać, przeżywać itd. To taka moja tarcza obronna przed cierpieniem. Nie wiem czy byłabym aż tak twarda żeby swobodnie o tym z nią rozmawiać.
Podczas składania życzeń zaskoczyła mnie teściowa, na koniec powiedziała "róbcie dzidziusia". Czemu mnie to zaskoczyło? Teściowe ledwo odchowali pierwsze dziecko szwagra (poszła do przedszkola), i chcieli kolejnego wnuka do opieki. Wypadało teraz na nas. Ale pojawił się drugi wnuk znowu u szwagra. Byłam pewna że to zaspokoi ich oczekiwania a jednak, po słowach teściowej, widzę, że tak do końca nie jest. Nie ukrywam, że zrobiło mi się cieplej na duszy kiedy sobie pomyślałam, że nie tylko my z niecierpliwością wyczekujemy naszego maleństwa ale czeka także i babcia, druga zresztą też bo moja mama nie ma jeszcze żadnego wnuka
Choć podejrzewam, że teściowej to zależy bardziej na tym aby poprostu obaj synowie ułożyli sobie życie. Jeden, ten młodszy, już ożeniony, lada moment dwoje dzieci. A ten starszy nic
Co ciekawe mojemu M takich życzeń teściowa nie składała, tylko mi, czy to oznacza, że kwestia zrobienia wnuka to bardziej mój temat niż temat faceta, jej syna? No nic, nie chce mi się tego roztrząsać.
Święta przetrwałam, w Sylwestra znowu się pokłóciłam z moim M. Potem jakoś przeszło samo. Mój M twierdzi że kłótliwa się zrobiłam.
Mam nadzieję, że od stycznia wszystko się zmieni 
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 12:30
....chyba nigdy nie zapomne, kiedy zobaczylam wynik testu... ogromna radosc... pierwsza beta, druga beta, kolejne badania i wszystko pieknie.
Tak bardzo oczekiwana wizyta 16.12 i wiadomosc, ktorej sie nie spodziewalam... Serduszko nie bije... selekcja naturalna... biegiem do innego lekarza, liczac ze usg nie dzialalo w tym dniu...2 przeplakane w ukryciu noce.. zeby nie martwic innych. Potem chec walki, bo musi sie udac!!!! Moje Slonko na mnie czeka i musze mu pomoc przyjsc do nas.
Ulubiony dzien w roku.. Wigilja... zabieg i zamkniecie tego bolesnego rozdzialu. Teraz musze patrzec w przyszlosc!!!
Tysiace przeczytanych artykulow, dyskusji na forum, przeciez musze byc dobrze poinformowana.
Rozpoczety 2015 rok z nadzieja, ze bedzie to Nasz szczesliwy Rok!
Zestaw pomocny: folik, selen, witamina C, euthyrox, olej z wiesiolka
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 12:40
dziś odebrałam wyniki TSH i okazuje się ze w ciagu 5 tyg spadlo z 2,980 na 1,200 
za tydzien endokrynolog a 20.01 wizyta w klinice nieplodnosci 
Umieram. Dzis fatalnie się czuje. Bol głowy, ból pleców, zły humor i spać tak dziś mogę non stop spać 😴😴😴😴😴 a godzina 18. Masaaakra
Czy z naszego ovu można by zrobić aplikacje na telefon? 
mam swoją fasolkę
serduszko biję ale nie usłyszałam, dostałam zdjęcie, założył mi kartę ciąży, jutro idę na morfologie, mocz i glukozę. Następna wizyta 4 lutego wtedy będą mnie ważyć itp i pobierze wymaz na cytologie. dzidzia jest na USG 5 dni starsza czyli dzisiaj jest 7t 6d

Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 14:26
Kochane dziewczyny... Cóż, kolejny cykl spisany na straty bo czuję nadchodzącą @. Objawy jak zawsze. Bolace piersi, chęć jedzenia słodyczy, bóle brzucha.
W zezłym mmiesiącu tego nie było, był piękny wykres który nawet wg zaprzyjaznionego gina wyglądał na udany. Wszystko wskazuje na to (choć gin nie powiedział wprost) ze fasolka była ale jednak odeszła wraz z przyjściem @...
Smutno mi.
Ten cykl stracony, znów zajadam stres i przy 150 cm wzrostu waze 70 kg... A dopiero co udało mi się zdać kurs psychodietetyki...
W domu masakra. Mama nadal ma poważne problemy z psychiką, twierdzi ze nie ma po co żyć, ze niszcze jej zycie będąc z P... Nie wyrabiam...
W tym nowym cyklu będziemy się starac podwójnie. Oby się udało bo jeśli nie to P będzie musiał się wyprowadzić bo dłużej takiej atmosfery nie wytttrzymam...
Nie dawno wpadłam na stronę nasz bocian i jest tam forum gdzie lekarze, specjaliści odpowiadają na pytania dotyczące niepłodności no i ja też sobie pozwoliłam zadać ze trzy pytania oczewiscie odpisali mi,jedna z odpowiedzi na moje pytanie trochę mnie zasmucila bo pytałam ich dlaczego jeśli jest u mnie ciałko żółte to czemu nie ma ciąży? Więc pani doktor odpisała mi ze być może ze moje komórki jajowe są słabej jakości!!!! No i co ja teraz zrobię ryczec mi się chce bo tak liczyłam na in vitro a i z tego może być duuuupa!'!!!!!
No i wszystko jest super!!!!!
Maly skakal i krecil sie az ciezko bylo zrobic zdjecie 
Kamien z serca spadl jak zobaczylam ze serduszko bije
Zostala zmieniona tylko data porodu na 16 lipca takze teoretycznie jeden dzien dluzej bedziemy czekac na naszego groszka
Kochane milego dnia 
"Niebo istnieje...Naprawdę!"
Piękna książka, popchnęła mnie do refleksji, ale i tak znów mam mętlik w głowie.
Reflekcja mi sie nasunela podczas czytania innych pamietnikow, ktora polaczylam z tym co widze naokolo siebie. Nie wiem jak to niby ma dzialac, wydaje sie zupelnie nielogiczne i niczym nie uzasadnione... a jednak, u mnie w rodzinie, w okolicy, wsrod znajomych faktycznie sie potwierdza. Zauwazylam, ze pary, ktore bylyby wspanialymi rodzicami, ktore maja ustabilizowane zycie, maja wystarczajaco duzo pieniedzy, chcialyby potomka - im sie wlasnie nie udaje. A takie pary z przypadku, w trudnej sytuacji finansowej, nieodpowiedzialne, zbyt mlode, alkoholicy, "czarne owce" w rodzinie... tak, tak, im jest wlasnie najlatwiej.
Zaczelo sie od obserwacji mojej wlasnej rodziny. Pomine tutaj siebie i opisze te kilka par, o ktorych mysle. Moja kuzynka, od 8 lat w zwiazku malzenskim, bez dzieci. Maja piekny dom, dobra prace, ustabilizowane zycie. Staraja sie od 7 lat, bez zadnego skutku. Ostatnio kupili sobie kota. Z drugiej strony, tez w mojej rodzinie - moj kuzyn. Masa dlugow, ktore cala rodzina pomaga splacac, nieodpowiedzialnosc, zlosliwosc i chamstwo - i co? I zaplodnil dwie kobiety. Jak moja babcia uslyszala o tej drugiej ciazy, to az za glowe sie zlapala - alimenty za kuzyna placi jego matka, czyli moja ciotka... Szczescie w nieszczesciu (choc ledwo mi to przechodzi przez mysl), ta kobieta poronila...
To samo wsrod moich "znajomych". Mam taka "znajoma" jeszcze z podstawowki, co szczycila sie kiedys na facebooku cotygodniowymi wypadami do pubu na kilka kielonkow - w 5 miesiacu ciazy. Ojciec pierwszego dziecka siedzi, a nowego gacha nikt nie zna. Interesuja ja jedynie nowi faceci, alkohol i ewentualnie dlaczego jej corka taka glupia jest i ma problemy w szkole jak jej ojciec(przynajmniej o tym czytam na jej profilu
) I co? I ostatnio napisala, ze znow wpadla... Historia lepsza od tej, ktora opisywalam pare postow wczesniej, i tez wprost z facebooka...
Natomiast moja bardzo dobra kolezanka, mozna by powiedziec przyjaciolka, zwierzyla mi sie ostatnio, ze niestety dzieci miec nie moga. U nich jest to kwestia slabego nasienia. Maz pracuje w firmie konsultingowej, zarabia niezle, ona jest nauczycielka... Staraja sie i staraja - i nic. Moze nawet jest tutaj na OF i to czyta, tego nie wiem 
Nie ogarniam jak to wszystko jest mozliwe. Historie z zycia wziete. Czemu tym porzadnym jest tak trudno? 
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 14:55
Umówiłam się dziś do dentysty na sobotę. Niestety na 7:30
ale cóż zrobić. Chcę to mieć za sobą. Miałam zadzwonić do sekretariatu uczelni dopytać o powrót na studia, ale było już po 14. Stwierdziłam też że lepiej będzie się dopytać osobiście, więc jutro pojadę wcześniej i przed pracą skoczę na uczelnie. Mam nadzieję że nie będzie kolejek i pani na powitanie nie wydrze się na mnie. Te baby w sekretariatach zawsze są niemiłe. Boję się, że będę musiała albo robić jakieś różnice programowe albo wrócić na semestr na studia. Już pieniądze mnie tak nie przerażają jak to że nie wiem czy się odnajdę. Jakbym napisała i obroniła się w terminie to pewnie nie miałabym teraz pracy. Nie wiem na co mi ten mgr ale fajnie byłoby go mieć i móc spać spokojnie. Mój promotor nadal urzęduje. Zajrzę do swojej pracy. Może mnie coś natchnie
Poród
Do szpitala pojechałam we wtorek 13.04 zaraz po wizycie. Wiadomo jak to w 1 dzień to tylko ktg i czekamy. Na wejściu oszacowano mała na 3150 a mój lekarz wczensiej na 3200 więc spoko.
Na ktg pisały się jakieś skurcze ale słabe i tego nie było czuć.
Rano 14.04 po godzinie 5 znowu ktg i u małej były jakieś spadki tętna, a jak już nawet się zapisywało to cały czas na poziomie 100 uderzen/min to jest dolna granicą więc wzięli mnie szybko na wywołanie porodu.
No i to nie tak jak w filmach... Ze się chodzi, kuca, siedzi na piłce.
Od 6 rano leżałam już pod ktg i nie mogłam nawet drgnąć.
Skurcze były, pisały się ale to czuć takie napięcie w środku ale nie boli no i były te spadki ale co jakiś czas, nie często, a tętno u dziecka już było ok 120. Podali mi oxytocyne wywołująca skurcze. No i po tym zaczęło się. Na skurczach tętno spadało. Dwa razy poprosiłam o odpięcie od tego żeby iść siku. Za każdym razem po powrocie i podpięciu na ktg tych spadków i braku tętna było coraz więcej. Już nie było wiadomo czy to zmiana pozycji czy co. Odpięli mnie na godzinę od kroplówki i przerwa. Wtedy skurcze mniejsze i spokój.
Koło 12 kolejna kroplówka z szybszym przepływem.
O trzymajcie mnie! Skurcze już takie typowo bolesne w chuj, narastały aż w końcu serio zwijałam się z bólu ale nie wiedziałam czy będzie gorzej więc jeszcze nie prosiłam o znieczulenie. No i to trwało kilka godzin ale nie miałam rozwarcia na tej mojej jebanej szyjce. O 13 odeszły mi wody i były zielone. Wtedy przyszedł lekarz i powiedział, że szyjka już musi pójść. Od odejścia wód dopiero poczułam co to skurcze, były już bez minimalnych przerw i cały czas na max. Dostałam 4 czopki w dupsko na rozwarcie szyjki. To już miało mnie ruszyć na 100 %. Do dupy że nie można było się ruszyć. Mogłam tylko zaciskać sobie pieści na łóżku ale wydaje mi się, że to chodzenie dużo by pomogło. Jest to takie uczucie jak właśnie mega miesiączki stulecia i ścisku jelit jednocześnie ale biodra aż same chcą się ruszać. Każda bez trzymanki. Wokół mnie zdarzyły urodzić już 4 baby. Słyszałam, że to dość sprawnie idzie, chwilą skurczy, parte i płacz dziecka, a ja wciąż leżałam plackiem i tylko gapiłam się w ktg i te spadki.
Przed 15 poprosiłam o gaz lub znieczulenie w kręgosłup i prysznic.
Czekałam na lekarza żeby sprawdził rozwarcie i uwaga uzyskałam zabójczy 1 cm!
Lekarz zdziwiony, mówił, że to aż niemożliwe przy takich warunkach gdy głową jest tak niska, a skurcze regularne trwają już kilka godzin, a wtedy ja się odezwałam, że mam taką wąska szyjkę, że mam to w wypisie z 3 histero i jednej nie udało się nawet wykonać mimo hegarowania, do tego te spadki tętna, zielone wody itd. No i poszło... decyzja o cesarce.
Choć lekarz mówił, że bardzo chciał mi tego oszczędzić że względu na endometrioze i moja historie leczenia niepłodność, wcześniejsze operacje na macicy itd. Mówił, że cesarka mi nie pomoże w przyszłości ale już nie widzi innego wyjścia. Że tych spadków tętna jest za dużo.
Tniemy!
Bałam się, że na skurczach nie zegne się w pół żeby wypiąć plecy do narkozy ale dali jakiś strzał w żyłę i po dosłownie paru minutach skurcze zaczęły ustawać, podczas znieczulenia już nic nie było.
Samo znieczulenie luzik. Ukłucie jak komara nic nie bolało, nic nie czułam. Fajny anestezjolog.
Cesarka
No i tu też łatwo nie było. Dziecko było tak mocno w kanale, że nie mogli jej wyciągnąć. Chyba ze 30 razy tak mi naciskali na zebra że tylko czekałam aż strzela. No i cycki trzymałam bo jak naciskali łokciem to zgniatali mi cyce a one nie były pod narkozą. Sam zabieg wydawał mi się szybki. Nie było to coś złego, nic się nie czuję oprócz szarpania No i to ugniatanie było nieprzyjemne.
Później lekarz na pooperacyjnej przyszedł i mówił, że cesarka była bardzo trudna bo mała utknęła i nie mógł jej wyciągnąć i musiał użyć próżnociągu co w cesarkach jest rzadkością. Taki jakiś przejęty był. Więc chyba trwało to dłużej niż zwykle lecz dla mnie wciąż krótko.
Mała po urodzeniu była sina, musieli jej robić masaż bo odpływała i wciąż miała spadki bicia serca. Nałykała się tych zielonych wód i musieli ja odsysać żeby złapała oddech. Także tylko mi ją pokazali na sekundę i zabrali na oiom. Widziałam, że jest mała.
Zabrali ja do inkubatora pod tlen. Dostała od razu żółtaczki w pierwszej dobie co nie jest żółtaczka fizjologiczna bo ta pokazuje się w 3 dobie. Dostała jeszcze jakiegos zakażenie nie wiem od czego. Mówili, że to konflikt serologiczny ale mówiłam, że oboje z mężem jesteśmy 0+ i to niemożliwe. Już mi chyba chcieli zasugerować pomyłkę przy ivf ale mała też jest 0. Jest nasza. Wyszła skrajna hipotrofia bo mała jest z 40 tyg i ważyła tylko 2560g, długa na 52 cm.
Jak leżałam na pooperacyjnej to był ze mną 2h mąż. Chodził zajrzeć do małej. Pokazał mi zdjęcie. Płakaliśmy ze szczęścia i ze strachu jednocześnie.
Ogólnie wstałam 6h po cesarce i już u niej byłam ale co to był za widok to nie pytajcie. Ból i rozpacz.
Jestem mamą 💜 Mam piękna córkę Izabelę 💜
Dziś minęło już kilka dni. Jesteśmy w końcu w domu.
Mała dość szybko doszła do siebie jak na takie akcje. Ja w sumie też ale chyba ona mnie motywowała.
W szpitalu dostałam tylko 2 kroplówki z pyralgina. Reszta to paracetamol w tabletkach raz na 6h w 1 dobie i co 8h w kolejnych. Ból, ból i jeszcze raz ból.
A to wszytko przez to, że powiedziałam, że chce karmić piersią chyba. Dziwne bo dziewczyny mi pisały, że dostawały mocne koktajle.
No trudno... Ten ból już mam za sobą choć było ciężko.
Zaciskałam żeby i chodziłam 6 razy dziennie do małej.
W między czasie płakałam i wisiałam na laktator że z sutkami pełnymi krwi, a nie mleka żeby tylko jej coś dać od siebie. Pierwsza siara zeszła ładnie, a później 2 dni miałam porażki.
W szpitalu terror laktacyjny pełna para. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Prawie mnie wpędziły w depresję.
Raz lekarz mówił żeby przynieść cokolwiek to małej nawet dziaska natrą więc walczyłam godzinami, szlam z moimi 15 ml mleczka, a pielegniary darły się, że co to? Że tyle to im nie robi różnicy... Ze mam przynieść 40 ml.
W 1 dobie po cc... No pierdokniete, przecież dziecko nawet tyle nie je.
Wprost mi powiedziały, że wola dać gotowe. Ale jak później ja nie mogłam nakarmić małej bo nie mogla złapać sutka i po godzinie płaczu poszłam po mleko to mnie terroryzowały ze karmie mieszanką.
No nie tak to powinno wyglądać...
Ale to też już na szczęście za nami.
Dwa dni miałam w szpitalu depresji i czarnej rozpaczy. Myślałam o małej, o jej trudnym stracie, o tym co ja czeka znowu za walka o zdrowie i nadrobienie rozwoju i jeszcze ten terror i ból.
Piątek i sobota to była największą tragedia w moim życiu.
W niedzielę 18. 04 wyniki małej się poprawiły i wypisali nas do domku.
Karmimy się mlekiem choć mała jest marudna i czasem ściągam laktatorem i daje jej swoje mleko.
W szpitalu nie spałam więcej niż 2h na dobę. W domu w końcu zasnęłam 2 razy na 2h więc jest lepiej.
Cięcie nie wymaga już brania prochow. Boli przy zmianach pozycji ale jest spoko.
Na twarzy dostałam ogromnej wysypki. Jest też za uszami i na szyi. Nie wiem jeszcze co to. Trochę sędzi podczas karmienia. Obym tylko nie miała uczulenia na oxytocyne albo żeby nie wywaliło mi łuszczycy krostkowej. Tylko, że to nie wygląda jak łuszczyca, bardziej jakbym owrzodziala na twarzy. Czerwone plany i krosty z wodą. Może to tylko stres po tym wszystkim.
Jak w domu nie będzie poprawy to dermatolog.
No to jeszcze raz na pozytywne zakończenie tej trudnej historii.
Jestem mamą! Było ciężko! Kurwa cholernie ciężko! Ale było warto! Każda łza nieszczęścia jest warta tych łez szczęścia gdy dziecko przychodzi na świat!
Walczymy i nie poddajemy się dziewczyny!
Nosz ku....!!! Chciałam być dobrą mamusią i zaczęłam mu rozmrażać zapasy mleka z piersi. Pomyslałam, że przy antybiotyku to może być dobry pomysł. No i mam! Kolki, płacze, bóle, "piłkowanie", masowanie itd.! Jak zjada MM to jest super. Po porcji mleka z piersi mija godzinka i zaczyna się koszmar! I tak od kilku dni od kiedy uznałam, że sięgnę po zapasy. Pierdziele to! Raz na zawsze i ostatecznie! Co by mi nie mówili, pisali, przekonywali- koniec karmienia pokarmem naturalnym! Podczas laktacji byłam na takiej diecie, że w sumie sama woda, chleb, indyk i marchewka. Więc nie wiem co jeszcze mogłabym zrobić i zresztą to już nie ważne. Wypieprzę te zapasy z zamrażarki w cholere!
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 stycznia 2015, 15:53
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.