W sobotni wieczór Mądrość Syracha powiedziała mi tak :
(...)
Wierny bowiem przyjaciel potężną obroną,
kto go znalazł, skarb znalazł.
Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty
ani równej wagi za wielką jego wartość.
Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia.
(...)
Tak, tak... mam w życiu szczęście... do ludzi! Szczęściem jest spotykanie na swojej drodze takiego, a nie innego człowieka.
A teraz chrzanić owulacje, śluzy płodne, rozciągliwe, torbiele i inne cuda. Chce mi się spać i właśnie idę spać!
13 dc. 1 dzień po hsg.
Przeżyłam hsg, jajowody udroznione
ale mój wpis zacznę od tego ze kocham mojego gina, darze go platoniczna miłością
nie wiem co ja bym bez niego zrobiła ;p Wczoraj rano stawilam się w klinice w Katowicach na zabieg, myślę że poszło dosyć szybko wszytsko. Mój gin założył mi kartę, powiedział żebym się nie martwila, że nic nie będzie boleć i zaprowadził na oddział i tam jak juz dostałam łóżko swoje i ciuchy szpitalne to się zaczął stres i odezwał się mój syndrom białego fartucha a ciśnienie osiągnęło szczyt juz nie wspominając ze z nerwów dostałam jeszcze rozwolnienia no ale cóż... Pani pielęgniarka była tak miła ze aż za bardzo, kojarzyła mi się z taką Panią ekspedientka która chodzi za mną krok w krok w sklepie jak ja chce na spokojnie coś obejrzeć :p ciągle mówiła o jaką pani biedna taka zestresowana, ojej ojej nawet mi się przebierać pomagała i biżuterię ściągać bo uznała ze mnie poparzy nawet od obrączki. I potem okazało się ze anestezjolog się spóźni i pielęgniarka juz przeżywała ze dałaby mi coś dobrego na uspokojenie a nie może bo musze być świadoma podczas rozmowy z anestezjologiem i tak zawiozla mnie na salę, moje ciśnienie skończyło jeszcze bardziej jak zobaczyłam te sprzęty wszystkie, ułożyło mnie jak na fotelu ginekologiczny, jedna ręką w lewo na kroplowke, druga na ciśnieniomierz oprócz tego przypieli mi nogi pasami jakimiś i tak czekam na laskawego anestozjologa i to był moment ze byłam taka obsrana ze prawie się popłakałam śle przyszedł on mój gin uśmiechnął się oczko puścił i mówię ok przeżyje. No a potem jak się zjawił anestezjolog szybko wywiad waga wzrost na co choruje, poprosiłam od razu o przeciwwymiotny, podali mi, potem tylko pielęgniarka na koniec stwierdziła że ojej jak mi ładnie w tym fioletowym czeku i zasnęłam. Obudziłam się już w lozku na sali pomacalam tylko odruchowo co tam mam za majtory szpitalne i czy jestem cała, przyszedł mój mężu i gin oczywiście uśmiechnięty pokazał kciuka do góry i się rozplakalam i tak jeszcze trochę minęło zanim się dobudzilam, wtedy przyszedł i powiedział dokładnie co i jak. Mówi ze jajowody miałam bardzo zwezone i zapchane jakimiś rombkami? Ale ze poprzepychal wszystko i teraz jest bardzo ładny przepływ i wszystko tam pracuje dobrze i żeby działać bo największe szanse są w pierwszych 4 miesiącach. Potem położyłam jeszcze trochę, pielęgniarka mnie podniosła,mówiła ze mam nic nie dźwigać i się oszczędzać przez tydzień, potem wypłynęła ze mnie masa krwi, ubrałam się i taka jak na dobrym kacu poszłam do gina, powtórzył mi wszytsko jeszcze raz, mówił żeby być dobrej nadziei ze nic się nie powinno mi dziać chciał dać l4 no i zaczął opowiadać o pacjentkach co zaszły zaraz po hsg jedna ponoć 5 dni po
on jest przejebany tak mnie potrafi na duchu podnieść jak nikt i do tego jest naprawdę super fachowcem i specjalizuje się głównie właśnie w takich chorobach czy problemach z niepłodnościa i skończyliśmy rozmowę ze na następnej wizycie chce mnie widzieć z juz zatrzymanym okresem
i tyle z moich przeżyć teraz w domku dba o mnie mężu moja prawdziwa miłość 
Wczoraj 2dc - krwawienie jak za dawnych czasow. Bromergon chyba dziala!
wczoraj bylam tez na badaniach prolaktyny z obciazeniem, fsh, lh, estadiol, progesteron. Jutro powinny byc wyniki i jutro tez wizyta u gin. Zobaczymy czy wszystko ok.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 kwietnia 2015, 12:25
32dc
Wczorajsze popołudnie miałam wolne, dzisiaj cały dzień.. takie niby bo popracować na kompie muszę.. Ale wszystko po kolei.. Wczoraj byłam z dzieciakami na zawodach, biegałam z Nimi.. I po biegu zauważyłam takie delikatne plamienie, i od razu myśl owulacja, plamienie owulacyjne?? Nigdy czegoś takiego nie miałam, ale również nigdy nie miałam cyklu dłuższego niż 30 dni (sama nie pamiętam bo może raz za dzieciaka się jakiś dłuższy trafił) i od tego momentu cały czas mi ta owulacja po głowie chodzi.. Była, nie była? Zgłupiałam jeszcze bardziej jak zrobiłam test owulacyjny i chyba piąty w tym miesiącu wyszedł taki, że sama nie wiem czy pozytywny czy negatywny.. I taka myśl się pojawiła czy to normalne, że zawsze u mnie na teście jest druga kreska?? Bo jak czytam inne pamiętniki to widzę, że niektóre dziewczyny tak nie mają.. Wiem, że jutro na monitoringu wszystkiego się dowiem czy owulacja była czy nie i o to LH zapytam, ale już taka głupia jestem, że z głowy pewne myśli mi wyjść nie mogą..
Dodam jeszcze, że wczoraj super dzień, rano te zawody, potem umówiona byłam ze znajomymi na rolki (na których jeździć nie umiemy, zatem laba na maksa), potem szybciutko ze znajomymi do mojego G. do pracy, zrobić mu niespodziankę bo miał urodzinki, powrót do domu, grill z sąsiadami, a potem ciąg dalszy urodzinowego party mojego G. Uwielbiam dni w biegu, takie aktywne i wesołe:)
05.10.2019r.
Dzisiaj o godz. 10:17 w 36t2d przyszedł na świat Adaś mój cud 🙂 10/10 w skali apgar, 3310 g, 51 cm długości, zdrowy bez oznak wczesniactwa. Poród odbył się siłami natury bez znieczulenia z czego jestem niesamowicie dumna, że tego dokonałam bo ból skurwysynsko bolesny. Teraz kiedy patrzę na te mała twarzyczke i słyszę jak słodko steka przez sen wiem, że wysiłek był tego warty. Z każdą sekunda moja miłość do tego małego człowieka rośnie. Jest moim ideałem.
Jest dobrze.
napisałam 22 maja 
hej dziewczyny, nieśmiało do was dołączam bo wg kalendarza termin mam na 30 stycznia więc jeszcze się łapię. A pierwsza wizyta w środę
Już nie mogę się doczekać żeby zobaczyć chociaż samą fasolkę.
W piątek w południe pojechałam z tatą i Elą do kopczyna. Poleniuchowałam, pooddychałam śiwezym powietrzem
W piątek na nieszczęście coś mi łupnęło w krzyżu, jak nigdy, przeszywający ból w poprzek pleców...
wczoraj zrobiłam Kluskowi jego pierwsze zdjęcia w Kopczynie
zdziwi się jak mu je kiedyś pokazę
wczoraj tak siedziałam i myślałam, próbowałam sobie wyobrazić jak to możliwe, że taka 12cm klucha siedziw brzuchu, rusza się, wierci, robi miny...a dziś nadszedł ten dzień kiedy dotarło do mnie że jestem w ciąży. Wzruszyłam się, rozpłakałam głaszcząć brzuch...naprawdę tam jest...niesamowite...
ukradłam to od OŁOWIANEJ WRONY ... wydrukuje to i dam do przeczytania mojemu T.
Szczypta psychoanalizy.
Nie jest łatwo radzić sobie z kolejnymi nieudanymi próbami bez upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym. Aby to przetrwać potrzeba dużej dojrzałości, umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, ale przede wszystkim zdolności do wspierania się nawzajem.
Zdarza się, że to zaczyna parę przerastać i zamiast pomagania sobie nawzajem stopniowo się od siebie oddalają czując coraz większe wzajemne rozczarowanie.
Dlaczego tak czasami bywa? Ponieważ sposób radzenia sobie w trudnych sytuacjach często jest odmienny u mężczyzny i u kobiety. Kiedy para nie zdaje sobie z tego sprawy może stopniowo się od siebie oddalać czując wzajemne rozczarowanie.
Czym zatem się różnią?
Mężczyzna zwykle przekonuje swoją partnerkę, że wszystko będzie dobrze, że przecież kiedyś im się uda, bo dlaczego miałoby być inaczej? I faktycznie ma rację, bo tylko niewielki procent osób nigdy nie doczeka się własnego dziecka.
Celem mężczyzny jest rozwiązanie problemu i tak było od początku naszego istnienia. To mężczyzna miał zapewnić rodzinie środki do przetrwania i jego działanie skierowane jest na to jak ten cel osiągnąć. Do braku dziecka zatem także podchodzi w sposób zadaniowy. Jeśli coś się nie udaje trzeba znaleźć inne rozwiązanie i liczyć, że to kolejne powinno się udać. Często jednak nie potrafi tego kobiecie jasno wytłumaczyć,że według niego to najskuteczniejszy sposób zmagania się z problemem.
Co zwykle słyszy kobieta?
„ Mój mąż mówi, że wszystko będzie dobrze, po to, żeby mnie na chwilę uspokoić, chociaż wcale tak nie uważa. To puste słowa pocieszania, za którymi nic nie stoi. Bagatelizuje problem. Nie rozumie co ja przeżywam. A może tak naprawdę wcale mu nie zależy na dziecku? Czasami czuję się w staraniu o dziecko zupełnie osamotniona.
To niebezpieczny moment dla związku, ponieważ ich odmienne sposoby radzenia sobie mogą doprowadzić do niezrozumienia i zamiast wzajemnego wspierania do konfliktów w parze, które nie będą sprzyjały trudnemu leczeniu.
Często dopiero w trakcie rozmowy z terapeutą uświadamiają sobie jak myśli i co tak naprawdę czuje druga strona i, że nic nie jest wymierzone przeciwko drugiej stronie.
Mężczyzna faktycznie czasami nie rozumie napięcia jakie pojawia się u jego żony, która wpada w pułapkę comiesięcznej paniki. Kobieta potrzebuje w tym trudnym momencie zupełnie innego wsparcia, niż jej mąż stara się jej zapewnić. On chce wymyślić jakieś rozwiązanie, kiedy tak naprawdę ona potrzeba przytulenia i wysłuchania bez dawania rad. Jej zamartwianie się wydaje mu się stratą czasu. Na pytania „Co będzie jeśli znowu nam nie wyjdzie? najczęściej odpowiada: „Wtedy się zastanowimy.” Kobieta zazwyczaj nie traktuje tego jako konstruktywne rozwiązanie bo jej psychika potrzebuje zupełnie czego innego. Przede wszystkim chce zwentylować emocje, wypłakać strach, a potem przeanalizować setki scenariuszy, zwykle tych najgorszych, które mogłyby się zdarzyć. Konsekwentnie wraca do analizowania spotkań z lekarzem, zamartwia się badaniami, zastanawianiem się „co by było gdyby”. Kobieta zwykle czuje się bezpieczniej kiedy ma w głowie ułożony jakiś plan działania na każdą okoliczność. Wtedy łatwiej jej funkcjonować.
Kiedy oboje uświadomią sobie, że tak naprawdę każde na swój sposób przeżywa ten sam problem nie robiąc niczego przeciwko sobie przede wszystkim mogą łatwiej wzajemnie się zrozumieć, ale także dać to, co potrzebne drugiej stronie. Do tego jednak potrzebna jest przede wszystkim szczera rozmowa.
Słowa, które mogą zabrzmieć znajomo
Myśl o niepłodności przenika do każdej sekundy Twojego życia. Testy ciążowe z uporczywą tylko jedną kreską zdają się piętrzyć i tworzyć mur odgradzający Cię od całej radości tego świata. Masz poczucie, że utknęłaś. Twoje ciało staje się Twoją obsesją. Stale skupiasz się na jego reakcjach, wyczekujesz sygnałów okresów płodności i – oczywiście! – ciąży. Odwiedzasz ginekologa, endokrynologa, poddajesz się medycznym zabiegom i farmakoterapii. Twoja dusza cierpi, ale wydaje Ci się, że podczas leczenia niepłodności wsparcie psychoterapeutyczne byłoby zbędną fanaberią.
Trudniej o jednak jaskrawszy przykład sprzężenia zwrotnego między ciałem a umysłem niż w przypadku terapii niepłodności. Skorzystanie z profesjonalnej psychologicznej pomocy – doradztwa, warsztatów, psychoterapii – może okazać się kluczowe dla odzyskania życiowej harmonii, naprawienia relacji z partnerem, odzyskania radości życia. Badania Alice Domar, badaczki zagadnień niepłodności pokazują ponadto, że wsparcie takie zwiększa znacząco prawdopodobieństwo zajścia w ciążę i szczęśliwego jej donoszenia.
Dlaczego nie powinnyśmy skakać na bungee próbujac zajść w ciążę?
Stresujące wydarzenia pociągają za sobą wydzielenie się w naszym organizmie „hormonu stresu“, czyli kortyzolu i enzymu alfa-amylazy. Zbyt wysokie stężenie tego ostatniego zmniejsza prawdopodobieństwo zajścia w ciążę. Naukowcy z Uniwersytetu w Oksfordzie przebadali 247 zdrowych kobiet starających się zajść w ciążę. Kobiety, w których ślinie stwierdzono najwyższe stężenia alfa-amylazy miały o 12% mniejsze prawdopodobieństwo zajścia w ciążę niż kobiety z najniższymi stężeniami tego enzymu.
Analogicznego związku nie wykazały badania nad kortyzolem. To bardzo ciekawe, bo to kortyzol jest reakcją organizmu na stres chroniczny, długotrwały, alfa-amylaza pojawia się zaś w naszej krwi w odpowiedzi na presję krótkotrwałą i towarzyszący jej wyrzut adrenaliny1. Według opisanych badań długotrwały stres w miejscu pracy nie powinien obniżać zatem znacząco płodności. Na drodze ku szczęśliwemu poczęciu stać zaś mogą m.in. sporty ekstremalne i jednorazowe traumatyczne przeżycia (np. śmierć bliskiej osoby).
Pamiętajmy jednak, że wysokie stężenie kortyzolu wpłynąć może na obniżenie popędu płciowego, co w oczywisty sposób pośrednio może zaważyć na efektach starań o poczęcie dziecka. Naukowcy odkryli też związek między stresem, zaburzeniami lękowymi i depresją a gorszymi wynikami zapłodnienia pozaustrojowego.
Depresyjne koło zamachowe niepłodności
Gdy umysł zalewają negatywne myśli i uczucia, od razu reaguje na to ciało. Wystarczy samo wspomnienie porannej kłótni z partnerem, by serce zaczęło nam szybciej bić, mięśnie karku napięły się bezwiednie, zęby zacisnęły. Podobnie jest w przypadku niepłodności, już sama myśl o niej (zwłaszcza jeśli uporczywie powraca) powodować może bardzo silne emocjonalne reakcje na poziomie naszego ciała (łzy, płytki oddech, ból głowy itp.). Czujemy się coraz gorzej, a dla naszego umysłu to sygnał, że jest nam źle. Nie możemy zajść w ciążę > zadręczamy się myślami > nasze ciało cierpi > im bardziej cierpi, tym bardziej nam źle... i tu koło się zamyka, koło najczęściej prowadzące do depresji lub innych zaburzeń nastroju.
W badaniu obejmującym 200 par zamierzających poddać się zabiegowi in vitro, 48% kobiet wskazało zmagania z niepłodnością jako najbardziej przygnębiające doświadczenie w ich życiu2. Spójne jest to z wynikami otrzymanymi przez Alice Domar, które wykazały, że kobiety doświadczające niepłodności odczuwają depresję porównywalną do stopnia, w jakim doświadczają jej osoby chore na nieuleczalne choroby. Powyższe wyniki pokazują, że zagadnienia płodności stoją często w centrum kobiecego funkcjonowania psychicznego.
Ponad 20% kobiet poddających się zabiegowi in vitro cierpi na depresję. Powszechnie (i potocznie) uważa się, że odpowiada za to terapia hormonalna towarzysząca temu zabiegowi. Według doktor Miki Blocha z Uniwersytetu w Tel Avivie, bardziej prawdopodobny wpływ na depresję mają wcześniejsze lęki kobiet związane z leczeniem niepłodności niż sama ekspozycja na hormony. Tak jakby nasz umysł, zmęczony długotrwałym cierpieniem emocjonalnym i paraliżująca niepewnością, wraz z dokonaniem zabiegu in vitro nie miał już zasobów, by walczyć dalej3.
Długość bezskutecznych starań o dziecko przyczynia się do intensyfikacji uczuć depresyjnych. W badaniach przeprowadzonych Domar najintensywniej doświadczały depresji kobiety, które próbowały zajść w ciążę co najmniej 2-3 lata. Domar wyjaśnia to następująco: To ma sens z punktu widzenia klinicznego. Pierwszy rok kobiety te próbowały zajść w ciążę bez pomocy lekarzy. Drugiego roku odwiedziły lekarza, mając nadzieję, że jego wsparcie pomoże im w ich staraniach. Ale po kolejnym takim roku zaczynały myśleć, że już nic nie pomoże. A to może być bardzo przygnębiające.
Czy chroniczny smutek zmniejsza szansę na zajście w ciążę?
Niepłodność może przyczynić się do depresji, to nie ulega wątpliwości. Czy możliwy jest związek odwrotny? Poniżej dwa ważne wyniki badań:
Kobiety, które doświadczyły w przeszłości objawów depresji, 2 razy częściej - niż kobiety, które nigdy depresji nie doświadczyły - zmagały się z niepłodnością;
U kobiet, które przed zabiegiem in vitro, doświadczyły przynajmniej jednego wcześniejszego niepowodzenia związanego z tą metodą i które zmagały się z depresją przed zabiegiem, procent ciąż wynosił jedynie 13 (u kobiet bez symptomów depresyjnych było to 29%).
Domar nie wskazuje jednak na występowanie zero-jedynkowego związku pomiędzy depresją a niepłodnością. Mówi ona jedynie o tym, że może ona obniżać jakość komórek jajowych, obniżać i/lub destabilizować poziom potrzebnych hormonów czy sabotować kobiecy układ odpornościowy. A każdy z tych czynników może w potężny sposób stanąć na drodze do upragnionej ciąży.
Powolutku zblizamy sie do polowy ciazy...
Dzisiaj mam dokladnie 16w0d, choc na bestbelly pokazuje troszke inaczej 
Dzisiaj po raz drugi widzielismy Dziabaga oboje, ja dodatkowo widzialam fasolke dodatkowe 2 razy z racji wizyt z NHSu 
I po ostatniej wizycie, gdy lekarz powiedzial, ze w 80% bedzie chlopak, dzis niespodzianka! (ba kupilam nawet niebieski kocyk...ale sie dopasuje do chmurek
)
Bedziemy mieli DZIEWCZYNKE ( juz podobno na 100%) !
Nie czuje jeszcze ruchow ale lekarz powiedzial, ze to kwestia dwoch tygodni ( i jak bede rodzila 5 dziecko to rozpoznam je od razu hehe)
Po mierzeniu wyszlo, ze dziabaga ma 16w1d ale wiadomo to sie ciagle zmienia,
zreszta jak pozycja naszego bobasa, bo dzis pokazala sie do gory nogami.
Ma charakterek - po mamie oczywiscie 
Uwielbiam te nasze spotkania we trojke (minus lekarz) i uwielbiam widziec ta wielka radosc na twarzy mojego Meza! 
Skrabie nie mozemy sie juz na Ciebie doczekac! xxx
Za dwa dni malutka kończy trzy tygodnie 
Tata w czwartek wrócił do pracy, więc przez trzy dni bawiłyśmy się same. Mała jest coraz bardziej aktywna. Wczoraj byli goście do późna, a mała chyba z godzinę siedziała u taty na rękach i ani myśli spać.
Robi się coraz bardziej pyzata, wydaje mi się, że mleko przestało jej wystarczać tak jak wcześniej, bo coraz częściej domaga się obu piersi, więc nie mają czasu żeby odpocząć między karmieniami... Najczęściej niecierpliwie wpycha łapki między siebie i cycka i potem się wkurza, że nie może się napić
I jak jedną zabiorę, zaraz wpycha drugą, przydałyby mi się jakieś dodatkowe kończyny
Poza tym jak wcześniej ślicznie otwierała paszczusię tak teraz czasem tak chwyci płytko i pociągnie, że aż mam ochotę jej oddać
I dzieje się dziwna rzecz, nie spodziewałam się czegoś takiego - jak pociągnie chwilę i puści taką nieopróżnioną pierś, to mleko tryska takimi strużkami jak fontanna, już raz dostała prosto w oko O_o Innym razem tuż po kąpieli zrobiła to samo i pach - całe włosy w mleku, bo ja oczywiście nigdy nie zdążę zareagować na czas...
Rytuał jedzenia i zmieniania pieluchy jest głupi. Jak je to zasypia, a potem trzeba zmienić pieluchę i budzi się spowrotem, to potem znowu trzeba karmić albo usypiać i tak w koło macieju. Pielucha powinna mieć wmontowany jakiś autoclean 
Jest przesłodka. Patrzy dookoła tymi swoimi małymi oczkami. Skrzeczy, skrzypi, charczy, warczy, stęka, piszczy, do wyboru do koloru tych dźwięków. Uśmiecha się bezwiednie, niby wiem, że to bez podtekstu, ale wygląda wtedy na taką szczęśliwą, że każdy kto patrzy też się uśmiecha. A patrzeć muszą WSZYSCY. Bo mamusia jest dumna i się chwali swoim słodziakiem i nie ważne czy ktoś lubi dzieci, czy nie, ma się zachwycać tak samo jak mamusia
A najlepsze są jej włoski - z przodu jest ich malusieńko, a na czubku głowy stoi taki wielgachny kogut 
Ropnieje jej oczko - przemywam solą fizjologiczną, wkurza się na mnie tragicznie wtedy, nie wiem czy nie będzie trzeba iść do lekarza. Następna wizyta położnej w środę. Chociaż nie do końca jej ufam - kazała mi plastrować pępek. Oho, never again! Mała wpadła w taką histerię jak jej to ściągaliśmy i miała potem brzydki czerwony ślad na brzuszku. A ten pępuszek tak mocno nie odstaje wcale.
Cały czas mam schizę czy nie jest za grubo/za cienko ubrana. Niby staram się jedną warstwę więcej poprostu stosować, ale czasem ma tak lodowate rączki i nóżki, chociaż karczek ciepły, że odczuwam zwątpienie. A spróbujcie jej te ręce przykryć kocykiem! Niedoczekanie! Zaraz pół Zosi spod kocyka wystaje. Niby nie powinno się niczym luźnym przykrywać, żeby sobie małe na łepek nie naciągnęło. U mojego nie ma takiej opcji. Każde okrycie ma jeden tor ruchu - w dół.
Osiągnięcie Zosi z dnia dzisiejszego - leżąc na brzuszku obróciła główkę z jednej strony na drugą 
Mój cud, moje kochanie, mój kogucik 

Wiadomość wyedytowana przez autora 27 kwietnia 2015, 20:39
Dzisiejszy test z 13:00 pozytywny:) Udało mi się skoczyć od razu na usg i lekarz potwierdził owulacje 

Pęcherzyk ma ok. 26mm. Nie wiem czy to dużo czy nie. Teraz czekamy na skok temperaturki 
Macie racje dziewczyny co ma Byc to bedzie. Ja bardzo dbam o siebie. Jak tylko moge. Nic wiecej juz nie zrobie jak wierzyc ze moj fasol ma wole zycia I chce Byc z nami. Poczekam do czwartku z kolejna beta. Moj test mam zostawiony na Oknie w lazience I tak sobie na niego patrze jak ide na siur.
Bylam dzis na chrzcinach siostrzenca mojego P., przezylam Jakos. Moj P. Tylko do mnie powiedzial ... Mam nadzieje ze nasze beda nastepne. Ja tez.....
Nic nikomu jeszcze nie mowilam poczekam do usg albo I dluzej. Dobrze ze tu moge sie wygladac
7 dc.
Tydzień bardzo intensywny w doznania. Z Dawidem kłótnie co chwilę - ja chodziłam wkurzona, bo znów się nie udało, bo on nie pomaga w domu, wszystko na mojej głowie. Bo zawsze jest tAK, że chcę podjąć jakąś decyzję razem z nim, a on mówi - "rób jak uważasz" - kiedy okazuje się, ze coś jest nie tak, to ma do mnie pretensje. Bo nie spędza ze mną czasu, tylko ciągle ma nos przyklejony do matrycy laptopa albo telefonu. Doszło do takiego nagromadzenia emocji, że w piątek ( no, raczej już sobota, bo około 1 w nocy) spakowałam walizkę, ubrałam się i wyszłam. Chciałam od tego odpocząć, wyjechać do siostry na kilka dni. Zabrałam tą walizkę, ale D. wyleciał za mną i dogonił mnie na półpiętrze. Złapał, przytulił. Rozpłakałam sie jak mała dziewczynka. Tak bardzo się cieszyłam, że wreszcie jest, tutaj ze mną, a nie znowu na jakimś forum. Staliśmy tam chyba z 20 min, ja przytulona do niego,on z tą walizką w ręce.
Rano poszliśmy nawet na spacer (sam to zaproponował)
. Idąc przez miasto, zauważyłam sklep z ubrankami dziecięcymi, gdzie była wyprzedaż,ale zaraz odwróciłam wzrok. A D. to zauważył - i zaprowadził mnie do niego. Powiedział, żebym wybrała 2 rzeczy, które mi sę spodobają,że to będzie pierwszy krok do spełnienia NASZEGO marzenia - rodzicielstwa. :)Ależ ja mam cudownego męża.
A oto NASZE nabytki:
http://www.iv.pl/images/77736073100790999841.jpg
http://www.iv.pl/images/05342475702674161777.jpg
A dziś miałam piękny sen - zrobiłam test ciążowy (swoją drogą 2 dni po miesiączce
) i ledwie tylko zanurzyłam, od razu pojawiły się 2 tłuste, czerwone krechy. Ale to było realistyczne. A później nagle scena przekoczyła na szpital, poród. Mieliśmy synka. Zapamiętałam każdy szczegół jego twarzy. Miał
czarne, wielkie ooczka.. A potem zadzwonił budzik. I skończyła się moja przygoda z macierzyństwem... Na pewien czas.. Mam nadzieję że niedługi 
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 kwietnia 2015, 17:22
11 dzień cyklu - 41 dzień drugiej Nowenny Pompejańskiej
51,6 kg
ciśnienie: 83/52
tętno: 68
test owulacyjny - negatywny
Dlaczego weekendy trwają tylko dwa dni? To jest szalenie niesprawiedliwe!
Nasz kot ewidentnie nie lubi jeździć gdziekolwiek. Był dziś z nami u moich rodziców, ale nie był tym raczej zachwycony. Do tego stopnia, że będziemy musieli pomyśleć o zabraniu go z nami na ewentualny urlop.
____________
1 śniadanie: Jajecznica z cebulą i szczypiorkiem + sok pomarańczowo - grejpfrutowy (wyciskany)
Obiad: Medaliony z kurczaka, kasza bulgur z oliwą z oliwek i sałata lodowa z pomidorami koktajlowymi
Podwieczorek: Koktajl truskawkowy + melon
Kolacja: Koktajl z mleka sojowego i banana + migdały
Ciężko mi w to jeszcze uwierzyć ale zakwalifikowali nas
)))
Ale warunkowo - muszę jeszcze przedłożyć zaświadczenie od mojego gina o tym że od dwóch lat się leczymy i że to leczenie nie przyniosło skutków.
Trochę to naginanie prawdy bo tak naprawdę to pojawiłam się u mojego gina w sierpniu zeszłego roku, choć fakt - starania trwały już dobry rok a zanim do niego trafiłam to wcześniej próbowałam się "leczyć" u jeszcze 3 innych lekarzy. Więc boję się cieszyć bo teraz tak naprawdę to całe nasze ivf jest w rękach mojego gina.
On zawsze szedł mi na rękę i była pomoc z jego strony, mam nadzieję że tak będzie i tym razem. Ale stresik jest
Bo co jeśli mu cos odwali i powie że nie da? wtedy kaplica.
W klinice podpisaliśmy juz wszystkie stosowne umowy, upewniali się czy aby na pewno jestem w stanie takie zaświadczenie załatwić. Zarzekałam się że na pewno załatwię
Nie mogę teraz odwalić maniany.
Lekarz który z nami rozmawiał w Bocianie powiedział że tak naprawdę są trzy warunki do tego aby dostać się do programu: endometrioza, pcos albo jakieś tam inne choroby związane z jajnikami oraz niepłodność immunologiczna,leczona i trwająca przynajmniej 2 lata.
Tak naprawdę za dużo badań to im nie pokazałam bo nie miałam. Informacje jakie od nas otrzymali to:
- badanie nasienia które wyszło kiepsko, tylko jedno, lekarz dopytywał dlaczego nie zrobiliśmy drugiego dla kontroli,
- info o cyklach stymulowanych i nieudanych inseminacjach, dopytywali ile tych cykli stymulowanych było, widać to ważne,
- moje wyniki tsh, oraz informacja że leczę się na niedoczynność, pytali jakie dawki leków biorę,
- wynik badania drożności, ale po wizycie mi go oddali,
- przekazałam in info o tym że miałam operację wycięcia wyrostka z zapaleniem otrzewnej.
I to chyba wszystko. Oczywiście był jeszcze wywiad i badanie usg. Na usg wszystko ok.
Zrobili nam też na miejscu badanie nasienia i moich hormonów.
Mojemu M wyniki badania nasienia skoczyły z 2% do 10% prawidłowych plemników!
strasznie się ucieszyliśmy. Widać moje zalecenia i suplementy być może coś pomogły
Lekarz powiedział że wynik jest wzorowy i tylko nielicznym facetom udaje się uzyskać wynik dwucyfrowy 
Potem wyniki moich hormonów - wszystko ok, wszystko w normie
Ja się nie znam ale tak ten lekarz powiedział.
LH - 5,73
FSH - 9,47
PRL - 16,26
E2 - 36
PRG -0,96
T - 0,132
Mówił to co powiedział mi kiedyś mój gin, że to że mam drożne jajowody nie musi oznaczać że rzęski w środku funkcjonują prawidłowo. Że zapalenie które kiedyś tam mialam z powodu pęknięcia wyrostka mogło spowodować znaczne zniszczenia w środku, łącznie z uszkodzeniem tych rzęsek. Powiedział że mógłby zlecić laparoskopię ale uważa że jest to zbędne w tym przypadku. Przez zrosty i różne inne rzeczy które mi się w środku porobiły mogą i tak nie dojść do przyczyny problemu a tylko niepotrzebnie narażą mnie na dodatkowe procedury medyczne.
Potem powiedział jakie leki mam brać i w jakich dniach. I tu się właśnie pojawił zonk bo dopiero teraz zajrzałam do opakowania z zastrzykami, jest ich siedem, a mi na kartce napisał że te zastrzyki mam brać od 13 do 26 maja, czyli 2 tygonie
Nie kumam. Zdenerwowałam się, muszę do nich jutro zadzwonić i zapytać jak to z tymi zastrzykami
No i muszę pogadać czym prędzej z moim ginem alby mi to zaświadczenie wydał.
Przez to narazie nie umiem się jeszcze w pełni cieszyć chociaż mam świadomość, że dotknęlo nas olbrzymie szczęście - dostaliśmy się do programu i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem juz na początku czerwca jadę na punkcje i transfer. Szybko
Cudnie
Nie spodziewałam się, marzyłam o tym ale nie spodziewałam się, że się uda. Bo przecież różnie bywa z tymi klinikami, a to wołają różne dziwne badania, a to terminy długie, a to jakaś bakteria się przypałęta do wyleczenia, a to z jajnikami problem. Różnie jest.
Cieszę się ale uspokoję się dopiero jak wyjaśnię te dwie kwestie: zaświadczenie i zastrzyki.
27 maja mamy się stawić na wizytę kontrolną. I potem już na początku czerwca mamy sobie zarezerwować około 2 tygodnie na całą procedurę.

No i jak wracaliśmy z kliniki tacy rozanieleni zgodziłam się z tej całej euforii na to aby powiedzieć rodzicom. Potem jak już ochłonęłam to pomyślałam "o Ty głupia"
Już mi nie było tak wesoło. No ale taka jest prawda, że za jakis czas i tak trzeba by było im powiedzieć bo mamy zwierzątka w domu, którymi trzeba się zajmować codziennie i gdy wyjedziemy na dwa tygodnie to ktoś będzie musiał się nimi zająć. Poza tym co innego gdy ktos mnie zmusza lub stawia pod ścianą, i co innego gdy już mamy się czym pochwalić - dostaliśmy się do programu i to nas bardzo ucieszyło.
No więc byliśmy u teściów 3 godziny temu, serce waliło mi jak młot, powiedzieliśmy. I muszę powiedzieć że myliłam się. Zachowali się ładnie. Żadnych głupich pytań czy komentarzy. Na początku wyczułam szok i skrępowanie ale potem już jakoś poleciało. Mój M był tak dumny z wyników swojego badania że nawet zabrał je ze sobą z domu żeby im się pochwalić 
Co jest wspaniałe oni sami powiedzieli abyśmy o tym nikomu więcej nie gadali bo po co. Widać sami wiedzą że głupich ludzi nie brakuje i nie chcą aby ktoś nas krzywdził tekstami o dzieciach z probówki itp.
Chciałam żeby wiedzieli, bo będziemy potrzebowali ich pomocy i wsparcia, ale nie czułam się na to gotowa, trudno było powiedzieć to na głos, no ale stało się, wreszcie. Pojawiła się okazja. Zrobiłam to, skoczyłam z trampoliny do basenu i na szczęście nie utonęłam.
Mój M chodzi teraz jak w skowronkach, cieszy się że mógł wreszcie opowiedzieć o naszych problemach rodzicom. Przytula się do mnie i nadskakuje mi
Jeszcze nie pora ale niedługo będzie musiał o mnie naprawdę zadbać, wyręczać mnie w domu przy najcięższych pracach, nie pozwalać mi więcej targać stosu reklamówek z zakupami itd.
Moi teściowie oprócz wad mają również zalety, jak każdy zresztą. Są bardzo opiekuńczy, teść to już nawet dzisiaj butelkę z wodą mi zabiera żeby samemu otworzyć, żebym ja się nie musiała siłować. To są takie właśnie gupki
Z jednej strony nieba chcą Ci przychylić, z drugiej walną czasem jakimś komentarzem, że aż gacie z dupy spadają. A jeszcze jak trafia na mój zły humor albo stresowy okres to już kapica, mam ochotę ich zagryźć. Whatever. Dobrze, że mamy to z głowy. Narazie nie żałuję. Temat zamknięty. Teraz niech się za nas modlą.
Jedna gorzka piguła połknięta. Teraz została jeszcze jedna, ostatnia - moi rodzice. Nie wiem, czy to nie jest dla mnie jeszcze trudniejsze niż rozmowa z teściami. Jakoś ostatnio nie czuję się stuprocentowo swobodnie przy moich rodzicielach. Co poradzić. Oni tez są specyficzni. Ostatnio powiedziałam o jedną opinię za dużo i była afera na kilka tygodni. Przy czym najwięcej stresu to chyba ja się przy tym najadłam. Moja mama też jakaś dziwna, robi dziwne ruchy. Ostatnio np. zamiast to mnie zapytać o szwagierkę (notabene moją przyjaciółkę ze szk. średniej) jak się czuje w ciąży itd, to zapytała mojego M. A przecież to chyba raczej mnie powinna pytać, kobietę. Może sama się krępuje poruszać temat ciąż ze mną
Nie wiem.
Wolałabym powiedzieć im przez skypa, napisać im kilka słów, schować sie bezpiecznie za ekranem. Ale mój M mówi że powinniśmy poczekać aż przyjadą do Polski na majówkę, i wtedy im powiedzieć, twarzą w twarz.
Boże, dlaczego to takie trudne. No ale teraz nie ma wyboru, teściom powiedzieliśmy, teraz trzba moim. Oni też zasługują na to żeby wiedzieć. Ich córka będzie drugi raz usypiana do narkozy. Pamiętam jak moi rodzice przeżywali gdy wylądowałam w szpitalu i usypiali mnie do operacji wyrostka. Mama się poryczała.
Ehhhh... takie rzeczy to nic przyjemnego. Teraz jest taka różnica że z tych wszystkich procedur medycznych ma wyjść dziecko. Ma wyjść coś pozytywnego, coś co zmieni życie nas wszystkich. Moja mama pierwszy raz zostanie babcią, oczywiście jeśli w ogóle się uda.
Czekam na tą rozmowę z wielką niechęcią. Mam nadzieję, że po wszystkim też nie będę żałować.
Więcej nikomu nie planujemy gadać. Może jeszcze rodzeństwu ale to juz dalszy temat.
Głupia sytuacja...
Dobra, musze się teraz jakoś zrelaksować, jakiś może filmik albo coś innego. Jestem spięta... Martwię się.. Daleka droga jeszcze przed nami...
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 kwietnia 2015, 08:30
3 września Weronika się ujawniła i pokazała, że będzie dziewczynką
na USG
Aaa i jeszcze same wrażenia z kliniki.
Klinika taka niepozorna z zewnątrz, wygląda jak taki sobie zwykły budyneczek mieszkalny. Gdyby nie mała tabliczka na drzwiach i neonik na budynku to nawet nie podejrzewalibyśmy że w środku zajmuja się czymś tak poważnym jak ivf.
W środku już wszytko elegancko, ładnie, czyściutko, mnóstwo pomieszczeń, korytarzy, pokoików, schody na górę, kilka pięter zagospodarowanych.
Mnóstwo personelu, mnóstwo pielęgniarek które wszystkiego pilnują. Jak nie pamiętają kto siedzi w poczekalni i nazwisk to do ciebie podejdą i dopytają "proszę przypomnieć nazwisko".
Nie ma możliwości żeby siedzieć tam zapomnianym czy zignorowanym.
Przed wizytą czekaliśmy długo bo dużo za wcześnie przyjechaliśmy. Ale weszliśmy chyba o czasie, o umówionej godzinie. Lekarz trochę mnie na początku zmierził bo dziwnie gadał, jakby nas pouczał. Ale to chyba dlatego że źle odczytałam jego intencje. To chyba chodzi o to że oni chcą robić ivf możliwie jak największej liczbie osób ale program rządzi się swoimi prawami i oni sami mają związane ręce. Stąd chcą moje zaświadczenie jako podkładkę dla siebie w razie kontroli itd. Ucieszyło mnie to. Bo człowiek ma wrażenie że nie utrudniają ci życia tylko starają się pomóc.
Po tym pierwszym cierpkim wrażeniu starałam się zachować mimo to pozytywne nastawienie, przypomniały mi się miliony innych dziwnych lekarzy z dziwną miną, który poprostu wydają się dziwni ale to nie oznacza niczego.
Potem gadał z nami bardzo ciepło, spokojnie, poważnie, żadnych żarcików uśmiechów czy luźnej atmosfery. Chyba można użyć słowa - profesjonalnie.
Wpisał nas na listę zakwalifikowanych i kamień spadł z serca.
Po pobraniu od nas materiału na badania mieliśmy trochę czasu wolnego. Przeznaczyliśmy go na zwiedzanie przepięknego Pałacu Branickich który znajduje się zaraz przy klinice. Piękne miejsce. W ogóle Białystok jest piękny
Cieszę się że jeszcze tu przyjedziemy bo chciałabym tu jeszcze parę miejsc pozwiedzać 
Na szczęście już po @
Kurcze ja nawet nie wiem jak liczyć sobie ten cykl ; czy od pierwszego krwawienia , czy drugiego?! Chyba nic nie będę liczyła w tym miesiącu:) Jak fajnie , że nadchodzący tydzień będzie tylko czterodniowym tygodniem pracy! Nie przepadam za swoją pracą, jest bardzo stresująca! Zawsze w poniedziałek myślę już o piątku ! Teraz myślę już o weekendzie majowym
No a później w czerwcu dwutygodniowy urlopik!
12 listopada szpital z powodu krwawienia
12 listopada szpital z powodu krwawienia
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.