23t5d



Pomyślałam sobie, jak to będzie, gdy będę karmiła piersią, a inni mężczyźni (bracia, wujkowie, kuzyni, szwagry itp.) będą się patrzeć... przynajmniej w mojej rodzinie dotąd tak było, że wszyscy patrzyli się na karmiącą. Chyba muszę ten zwyczaj zmienić, bo czuję, że będę skrępowana. W końcu po co od dzieciństwa my, kobiety, zasłaniamy biusty, skoro po porodzie mamy być obdzierane z naszej intymności tylko dlatego, że jesteśmy karmiące?
Może ktoś powie, że głupio gadam, a może ktoś inny czuje inaczej, ale jednak chciałabym wymyślić sposób, by subtelnie skryć się przed facetami z moim maluszkiem podczas karmienia. Na pewno porozmawiam o tym z najbliższymi zaufanymi kobietami w rodzinie, by jednak pomogły mi zapewnić sobie intymność.

Czas na pozytywy!!!

1. Poród w dużej mierze w domu. Na spokojnie, ze spacerem po jakimś terenie pałacowym, gdzie akurat mnie przycisnęło i szukałam toalety między skurczami (słynne oczyszczanie przed porodem?), a jak zaczęłam się domyślać że coś się święci z pysznym domowym obiadkiem, bo wszak trzeba mieć siły na wielogodzinne męki. Sami, z Mężem, z własną łazienką i prysznicem, z dobrym filmem i wygodnym łóżkiem. Dopóki nic niepokojącego się nie dzieje, super jest rodzić w domu:)

2. wsparcie Męża - Tak się cieszę że się czasy zmieniły! że poród rodzinny jest normą! Bez Męża nie dałabym rady. Był wspaniały.

3. Własna położna. Temat kontrowersyjny, dla mnie bezdyskusyjny. To była najlepsza decyzja, "wynająć" położną. Świadomość że jest ktoś kto zajmie się Tobą od początku do końca, choćby to miało by parę godzin - niesamowita. I to wcale nie było parę godzin, mogłam dzwonić do niej przed porodem, spotkać się, pogadać, poznać techniki "wywoływania", liczyć na nią podczas porodu i cały pobyt w szpitalu, a także jeszcze po powrocie do domu.
Przykład? leżę na sali załamana że jestem opuchnięta, pokiereszowana, że zamiast podwozia mam dramat. Przychodzi "moja" położna spytać co tam, opowiadam jej, więc zagląda w krocze. I słyszę radosny okrzyk "ależ to jest super! Naprawdę pięknie! Tu się wszystko pięknie goi!" Widzi moją minę i mówi; "Ty mi nie wierzysz? Ja Ci pokażę! masz lusterko?" nie miałam. "to ja załatwię. Ja ci muszę pokazać, ze tu się pięknie goi! że jest dobrze!" i wychodzi. Nie ma jej z pół godziny, słyszę jej głos na korytarzu, co chwila ktoś o coś ją pyta, zabiegana jest, pewnie zapomniała. Nagle wpada na salę.... z ogromnym lustrem wielkości co najmniej pół metra na pół metra, pewnie buchnęła je ze ściany z jakieś łazienki, i dawaj ładuje mi je między nogi! Szalona:) ale miała rację, odczucia miałam straszne, a wcale to tak strasznie nie wyglądało. Rzeczywiście się goiłam:) bardzo mnie tą akcją uspokoiła:)

4. W ogóle personel szpitala. Lekarz gbur - ten od usg przy przyjęciu do szpitala. On mnie potem szył. W trakcie szycia coś do niego gadałam, przepraszałam że tak skaczę, prosiłam żeby ładnie zszył... bo się boję, bo to boli, potem dziękowałam za wyrozumiałość do tak krnąbrnej pacjentki.
I co się okazało, to wcale nie był gbur. Codziennie (!) po obchodzie jak już wszyscy wyszli on sam jeszcze do mnie przychodził zapewnić że naprawdę będzie dobrze, i to się pięknie zagoi. Że szycie pochwy to nic strasznego, że jest dobrze.
Panie od laktacji - miałam w planie porodu że chcę konsultację, i chyba ktoś to czyta - bo przyszła pani tłumaczyć i pomagać przystawiać. Panie pomagające dojść do siebie, wziąć pierwszy prysznic... Wszyscy pomocni. Na każde zawołanie.

5. Szybkie wyjście ze szpitala - urodziłam w niedzielę o 3.35, we wtorek w południe już miałam wypis, bo Mała zdrowa, za dużo nie straciła na wadze, a żółtaczka w normie (miała 9.9 a wypisują od 10!:P)

6. Położna środowiskowa! Anioł nie kobieta! Tyle się przed porodem zastanawiałam na co mi to, jakaś baba w domu, co jeszcze w krocze będzie mi patrzeć. O ja głupia! ileż wątpliwości ona rozwiała! ile pomogła! wszystko tłumaczyła, pokazywała, pierwsza wizyta prawie 4 godziny trwała:) A jak kąpała Małą, to to było niesamowite, jakby mi dziecko zaczarowała, tak anielskiej i rozmarzonej miny u malucha jeszcze nie widziałam:) Zosia była w siódmym niebie! i tak sobie ją w rękach przerzucała, i masaż zrobiła, no Mała zachwycona! i ja też! rozczulona doszczętnie:) potem na każde zawołanie była, już w sumie 4 czy 5 razy. Super babka.

7. Sen Zosi - Kochana moja tyle śpi, że daje mi czas na regenerację:) spokojnie przesypia ciągiem w nocy 4 godziny.

8. Spokój Zosi - płacze tylko jak jest przewijana i głodna jednocześnie.

9. Zdrowie Zosi - jak na razie wszystko w porządku! pępek odpadł równo po tygodniu, Mała ma się dobrze, jest pogodna i spokojna. I wali gigantyczne, piękne zdrowe kupy:P

10. Apetyt Zosi - Mała ciągle by jadła. i pięknie się zaokrągla. Pani położna mówi że będzie z niej Pyza. I dobrze!

11. Rzeka mleka. Jakoś mleko szybko się pojawiło, i mam go w sporych ilościach, ku memu zdumieniu, bo w ciąży zasadniczo była susza. Teraz cała jestem wiecznie w mleku, kapie ze mnie jak ona płacze, nawet jak tylko pomyślę o karmieniu. Skrzętnie zbieram do muszli laktacyjnych to co kapie z jednej piersi jak karmię drugą, i tego jest po 60 ml na dzień! i mrożę. Tak się cieszę że nie mam dylematów z dokarmianiem, z tym czy jest głodna, czy się najada, czy trzeba mm. Mała je ile chce i wisi na cycu ile chce. W nocy co 3-4 godziny, w dzień nawet co pół, jak chce. i widać dobrze nam tak!

Jest super!!!!

Nowy cykl, nowy plan.
Jeśli @ pozwoli to albo w poniedziałek albo we wtorek będę mieć wizytę u jeszcze jednego lekarza, znalazłam go na ovu, jedna z dziewczyn go bardzo polecała i ma świetne opinie. Jeśli potwierdzi obecność guza to na 90 % zdecyduje się na laparo 18 czerwca.
Miałam iść na konsultacje do profesora 20 czerwca ale skoro miesiączka się przesunęła o kilka dni to myślę że warto skorzystać i spróbować z tym zabiegiem teraz bo jak od sierpnia przejdę do nowej pracy to nie pójdę od razu na L4 i wtedy zabieg dopiero gdzieś mógłby być wrzesień/październik. Nie wiem czy dobrze robię ale już taka jestem że nie mogę czekać, trzeba działać bo jak widać wszystko może pójść źle i nie ma co czekać.
Muszę się nakręcać bo boję się że się poddam...
A żeby mężusiowi nie było tak spokojnie to we wtorek ma badanie nasienia :)

Już nie mogę się doczekać kiedy zacznie się nowy cykl, jestem pełna nadziei że wreszcie się uda.
Jedna rzecz która mnie martwi to to że w mojej małej mieścinie jest tak ciężko zrobić monitoring cyklu, lekarzy ginekologów jest od zaje.... a taki ogromny problem monitor zrobić - przecież nie chcę tego za darmo i liczę się że będę musiała zapłacić za każde usg ale do cho... niech ktoś się podejmie bo to dla mnie bardzo ważne!!!

zmykam zaraz do pracy na 12 h.
Miłego dnia kobietki


Wiadomość wyedytowana przez autora 11 czerwca 2015, 09:11

Z dietą idzie mi coraz lepiej, nauczyłam się również czytać etykiety produktów. Jeśli mam ochotę na Danio czy inny serek to mogę go zjeść ale nie cały kubeczek. Muszę policzyć WW. Oczywiście jogurtu naturalnego mogę wtrąbić 200 g a serka tylko 100 ale mam wybór :). Najtrudniej policzyć dania gotowe, dlatego do końca ciąży raczej nie grozi mi jedzenie w knajpie no chyba, że kucharz przyjmie zamówienie, żeby do dania dołączyć karteczkę ile jest danego produktu w gramach i ile mąki dowalił do kotleta :P. Z racji przeprowadzki rodziców siedzę u nich 40 km od miasta i niestety kończą mi się pomysły co mogłabym jeść. Dziś mam ochotę na rybę ale w tutejszym sklepie są tylko paluszki rybne z taką zawartością węglowodanów, że mogłabym zjeść pół co najwyżej. Fajnych warzyw brak, owoców brak za to półki uginają się od batonów, coli, drożdżówek i innych "turbo doładowanych cukrem rzeczy". Do ryby zjadła bym również fasolkę albo szparagi :/

Od wczoraj mi smutno, odeszła za Tęczowy Most(nie ukrywam że z pomocą zbawiennej farmakologii) 16-letnia suczka moich rodziców (trochę też moja). Pamiętam jak ją wiozłam 16 lat temu z hodowli, taki pachnący mlekiem brzuszek i z nerwów (albo ekscytacji) obsikała mi spodnie w samochodzie. Pamiętam jak uczyła się jeść z miski, która jeździła jej po całej kuchni (najpierw odgryzła gumową podkładkę), jak mi zjadła zimowe buty ale też już jako dorosła panna obroniła przed facetem który zaczepiał mnie w lesie (myślałam, że go zeżre)
Na pewno ma tam lepiej, ma wielką łąkę do biegania, piszczące zabawki w dowolnej ilości i miskę pełną smakołyków. A ja mam pusto w sercu.........

dzabuch moja terapia 11 czerwca 2015, 09:51

20+0 50% 140 dni za mną i 140 dni do końca

Podsumujmy!
- najpierw test, radość, niedowierzanie, strach i jeszcze raz radość
-pożegnanie się z piwkiem i innymi nie zdrowymi świństwami
- sen, sen i jeszcze raz sen, przeplatany snem
- mdłości umiarkowane, jednak cały czas gdzieś krążące
- do ostatniego warzenia +3.5 kg, wiec na razie nie jest źle
- przeprowadzka, początek zmian
- wielka miłość do dziecka i tatuśka, hormony!
- pierwsze wylane łzy w strachu, aby z dzieckiem było wszystko ok i
- pierwsze tak silne uczucie troski i odpowiedzialności za drugiego człowieka
Wciąż dopada mnie strach przed nieznanym, przed porodem!!!! Czasem nawet do głowy mi przyjdzie, że w co ja się wpakowałam, jednak jestem szczęśliwa.

Jakoś nie jestem w stanie ogarnąć, że dopiero miałam test w ręku a teraz pół za mną. Drugie tyle i się dzidziulka poznamy hehe :)

A oto i foto na pół :) :) :) :) :) :) :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 lutego 2016, 13:07

NATULKA Co ma być to będzie. Czekamy... 11 czerwca 2015, 10:03

25 tydzień ciąży (24 tydz. i 3 dni) 61%

Właśnie wróciłam z wizyty. Od początku ciąży przybrałam 2,8kg.
Na usg i w badaniu dopochwowym wszystko ok. Mały idealnie znów pokazał co ma między nóżkami, także nie ma wątpliwości co do płci :) ale wyniki badania moczu są niepokojące. Zwłaszcza ta glukoza. Muszę powtórzyć badanie i za dwa tygodnie znów zgłosić się na wizytę. Jeśli nic się nie zmieni będę musiała jeździć do Poznania :/

Zastrzyk nr dwa za mna. Po wczorajszym mam krwiaka, ewidentnie trafilam w naczynko. Ja to mam farta :\ Mam juz dosc, a gdzie tam do konca. Dzis bylo nieprzyjemnie, uwazam ze te igly sa tempe, wbilam sie z takim bolem,ze az cofnelam igle. Na ogol nie jestem panikara, bolu sie nie boje, ale te zastrzyki to jakas porazka. A tu jeszcze ponad 20 razy...i oczywiscie wrazenie ze wlewam je do jelita, czy tez innej wnetrznosci- od razu mi cos ciurczy i sie przelewa...

No nie zebym byla monotematyczna ale ciag dalszy mojej bratowej :P
Mama caly czas sprzedaje mi jakies nowinki,wczoraj ze bratowa jest bardzo wrazliwa na zapachy. I dodala ze ona(mama) jak byla w ciazy to tez tak miala. Dla mnie jest to dziwne, niespotykane. Co? To ze mama mi cos o sobie opowiada. O mlodosci mamy nie wiem nic, pojawialy sie jakies informacje, np ze chidzila do liceum bardzo bardzo daleko od domu rodzinnego, ale kiedy zapytalam dlaczego,uciela zebym sie nie dopytywala. Nie znam zadnych anegdot, historyjek z mlodosci moich rodzicow. A juz na tematy ciazowe nie rozmawilalysmy nigdy, jak to bylo lat temu 20 kilka. Wiem tylko ze mama miala powazne komplikacje przy porodzie, ale nic wiecej bo nie bylo tematu. Wiec w tej chwili takie rozmowki uwazam za smieszne. Bo co, bo mamy w domu ciezarna to temat ciazy zaczyna byc trendy? Bo teraz do obiadu bedziemy wymieniac informacje o ginekologach,i gdzie warto isc? A ja mam to moze wysluchiwac i pomagac, bo wiem wiecej, a sama aplikuje sobie tony hormonow zebymiec jakakolwiek szanse na dziecko? I na dodatek mam sie usmiechac?
Moj dom mnie ogranicza, chce z tad uciec.

Wczoraj byliśmy podpisywać aneks do umowy rezerwacyjnej i jak dobrze pójdzie to jeszcze w tym miesiącu podpiszemy umowę deweloperską:) Ale się cieszę, że w końcu i to już nie długo będziemy na swoim nowym mieszkanku;)
Ale kurcze ostatnio mojego P. boli biodro i noga, niestety będziemy musieli na kilka dni spasować z titiskiem. A może akurat pojawi się okres, chociaż na razie to go ani widu ani słychu a dzisiaj jest 35 dzień cyklu według ostatniego plamienia po tabletkach.
Właściwie to nie wiem jak mam to liczyć, ale wydaje mi się że właśnie tak, bo chyba nie od dnia odstawienia tabletek.
Oby tylko moja Pani Doktor odpisała mi na maila to może się dowiem w końcu...
A plan na dzisiejszy dzień to obijanie się i to dosłownie, trzeba skorzystać z tych ostatnich dni wolnych przed pracą:)

30+6
64 dni do terminu porodu

Ostatni dzień 31 tygodnia.

Czekam na wizytkę u stomatologa. Później szybkie zakupy i do parczku z małą...

PORÓD

ostrzegam, opis będzie drastyczny i dokładny.

Jak widać jeszcze parę godzin przed porodem pisałam sobie tu o skurczach.
No i właśnie, skurcze. Uczono nas że te porodowe poznam po tym że:
są regularne
nasilają się, są coraz mocniejsze,
po prysznic nie przechodzą,
trwają około minuty.
W trakcie nie można ani mówić ani iść ani śmiać się.
A i tak (uwaga pani ze szkoły rodzenia) nikt nie wytrzymuje w domu tak długo panie przyjeżdżają dużo szybciej, jak tylko coś poczują, jak przyjedziemy ze skurczami co pół godziny czy co 15 minut to i tak jesteśmy kozaki. To sobie wzięłam do serca.

Moje skurcze były zupełnie nieszablonowe. Nieregularne, jedne mocne, potem jakieś tak słabe że nawet nie wiedziałam czy sens je zapisywać, znów mocne aż nie mogłam się ruszyć. No i krótkie były, po ok pół minuty.
Poszłam pod rzeczony prysznic po tym wpisie i ustały na jakieś 40 minut. Potem wróciły. Stwierdziłam że takie zabawy to i parę dni mogą trwać, zanim organizm zdecyduje się że to już. Udaliśmy się na spacer, mieliśmy iść też na jakiś obiad, ale mocno bolało, to wolałam zjeść w domu i nikomu nie stękać w knajpie. Na wieczór siedliśmy do filmu, a po nim Mąż poszedł spać a ja pod prysznic, bo już zmęczona byłam tymi skurczami, chciałam znów trochę je wyciszyć na noc.
było jakoś przed północą.
Prysznic był przełomowy. Nie tylko nie wyciszył, ale wzmógł wszystko. Jak wyszłam z łazienki nie mogłam usiąść, chodziłam tylko w kółko postękując, a skurcze były co ok. 5-8 min.I solidnie bolały. Nie było wątpliwości że coś jest na rzeczy. Tylko czemu były takie nierówne, krótkie, i niektóre słabe niektóre mocne? Obudziłam Męża i mówię że dzwonimy po położną. Położna powiedziała (była godzina 1) że może poczekamy do 2, czy nie zrobią się regularne. Wytrzymałam może 10 min? Następny telefon, tym razem Mąż, bo ja już nie mogłam z bólu. Położna powiedziała że sama zwątpiła w tę godzinę i że o 2 widzimy się w szpitalu. Dopakowaliśmy co nie było jeszcze spakowane, ja się przebrałam w jakiś dres i pojechaliśmy. W samochodzie skurcze były co 2-3 min i modliłam się żebym zdążyła do szpitala. Dojechaliśmy o 2.06. Na wejściu Położna mnie zobaczyła i natychmiast kazała się przebierać w koszulę do porodu. W czasie przebierania podpisywałam jakieś papiery, tylko najważniejsze bo na całą papierologię nie było czasu, to dokończył Mąż. Ja od progu sepleniłam o znieczuleniu, i gdzie mam podpisać żeby dostać. Zawsze uważałam że jestem cienki bolek jeśli chodzi o ból, poród jest masakrą, i po to są znieczulenia żeby z nich korzystać. Więc żeby nie było że już za późno czy coś to już mówiłam że chcę. Pańcia wysłała mnie do jakiegoś lekarza gbura na usg, waga szacunkowa 3200 g, rozwarcie na 5 cm, wszystko w porzo. Zaczęłam się trząść, telepało mną mimowolnie. Wiłam się na tej leżance z bólu na skurczu. A bez skurczy... było spoko. Przerwy się zrobiły dużo dłuższe, lekko po 5 min, niektóre nawet chyba dłużej (bo nadal nieregularne), no i nie każdy skurcz bolał tak samo. Bywały takie naprawdę do przeżycia. Pani patrzyła na mnie jakoś podejrzliwie, i poprowadziła na ktg. A wcześniej jeszcze badanie - na skurczu owszem 5 cm ale na luzie 8 cm. Szyjka super zgładzona. Jak tylko wsadziła rękę chlusnęły wody (do dziś się zastanawiam czy one tak do końca same chlusnęły...) i to megaaaa napędziło akcję. Tzn. z zewnątrz niby nic się nie zmieniło, ale mnie tak zaczęło boleć!!! Podpięła mnie pod ktg a ja nie mogłam uleżeć na łóżku, bolało STRASZLIWIE. To nie trwało długo, pół godziny? Ale na skurczach wpijałam się w rękę Męża myślałam że zjem swoje palce, poduszkę albo jego rękę. I sapałam że chcę znieczulenie. Pani pobrała krew i wysłała na badanie, zawiadomiła też anestezjologa, ale cały czas odradzała. Mówiła że to parę godzin, że wytrzymam, a zzo spowalnia i po co. Łatwo mówić, ja marzyłam żeby to się skończyło. W dodatku tętno Małej coś szalało i skakało i co chwila spadało poniżej normy i włączał się alarm. Pani mówiła że "jeszcze jest na granicy" i "jeszcze nie mam się martwić, w razie co zrobimy cc, ale na razie jest dobrze". A ja oczywiście bardzo się zestresowałam. Po ktg siusiu, lało się ze mnie krew z wodą, i znów badanie. I...!O dziwo! Jakim cudem?! Rozwarcie 10 cm! Czyli ten straszliwy ból to był ten słynny kryzys 7-8 cm. Niektóre kobiety mają to przez kilka godzin a ja.. pół godziny z 5 do 10!
Pańcia w szoku, Mąż też, ja nie dosłyszałam w bólu, więc ja nie. Byłam półprzytomna, jak w jakimś innym świecie. Pańcia mówi że teraz to max dwie godziny, i naprawdę znieczulenie jest bezsensu. Ale ja uparta. Koniecznie zachciało mi się do toalety. Pańcia mówiła że to główka napiera i na pewno to parcie to nie kupa. Ale mi się wydawało że muszę, i pani dała mi 5 minut na kupę. Nic nie poszło. Więc mówię że chcę lewatywę, dla komfortu drugiej fazy. Pani się zgodziła, i... to był nasz błąd. To jest jakiś dramat jak to wspominam teraz. Bo lewatywa też przecież przyspiesza akcję porodową... u mnie już i tak błyskawiczną. Siedziałam sobie na kibelku, gdy nagle, zaczęły się bóle parte. I to było tak silne, tak rozdzierające, tak okropne... to co się działo z moim ciałem... nie miałam żadnej kontroli, to się działo samo, Zośka sama zaczęła wychodzić. Byłam przerażona, tak się bałam, nie byłam gotowa, płakałam. Zawołałam Panią, poprowadziła mnie na łóżko porodowe, i wołała że mam nie przeć, że jeszcze nie, zaczęła wołać ludzi, zbiegli się lekarz i inne panie, a ja nic nie mogłam zrobić, nic, nie miałam żadnej kontroli. Chlustała krew. Lekarz zaczął szukać tętna Małej i nie mógł dłuższą chwilę znaleźć. Coś strasznego. W końcu znalazł... uf. Przyszedł następny skurcz party, pani cały czas wołała żebym nie parła! Ale jak?!?! Czułam jak ogień rozrywa mnie od środka. Zośka wychodziła n przekór wszystkiemu. Pańcia powiedziała że musi mnie naciąć, i choć dużo rozmawiałyśmy przed porodem o ochronie krocza to wiedziałam, że to konieczne, bo było za szybko, krocze nie zdążyło się zaadoptować. W następnym skurczu Zośka wyskoczyła. Była 3.35.
Położyli mi ją na brzuchu.
Tyłem do mnie.
Widziałam tylko obślizgłe, szare plecki i dupkę.
Była cieplutka. Mokra. Zwinięta jak precelek.
Szary ciepły obślizgły precel. Coś wspaniałego i niesamowitego.
I zabrali ją na badania, Mąż poszedł z nią.
Mówi się, że jak już położą Ci dziecko na brzuchu, to o wszystkim się zapomina, ból mija etc...
Ten kto tak mówi chyba nigdy nie był szyty.
Okazało się, że rozerwało mnie od środka. Krwawiłam za mocno, Pańcia i lekarz zaniepokojeni zbadali łożysko - było całe, i mnie - miałam pękniętą pochwę. Nie szyjkę a pochwę. No i nacięte krocze. Szycie, tam wewnątrz, było dramatem. Wiłam się na łóżku i skakałam pod sufit z bólu, jedna pani trzymała mnie za jedną nogę, druga za drugą, w środku skupiony lekarz szył i szył i szył... Myślałam że to się nigdy nie skończy. Bardzo się trzęsłam.
Przynieśli mi Zosię, ale ja tak się trzęsłam i wiłam, że szybko ją zabrali. Do Męża.
Po wszystkim leżałam wystraszona, zszokowana, roztrzęsiona. Pani ratowała mnie kołdrami i kocami, Mąż skarpetkami, dali mi gorącej czekolady i kroplówkę. I nic, ze mnie nadal były wystraszone zwłoki z ciśnieniem 80/40.
Położna zaczęła przystawiać Małą, ale chyba odczuła mój stres, bo jakoś nam nie szło. Ale zaczęłam się uspokajać, to jakoś chwyciła i pięknie zassała.

Poród trwał niecałe 4 i pół godziny, tak z naszych zapisków skurczy wywnioskowała położna, z czego w szpitalu jedynie 1,5 h. Parte - 15 min. Tak naprawdę parte były jakieś trzy - pierwszy - rozerwało mi pochwę, drugi, wyrzyna się główka i konieczne jest nacięcie, trzeci - Zosia na świecie.

Wszyscy zachwyceni że tak szybko, że jak fajnie.
Wg mnie wcale nie fajnie, byłam przerażona i niegotowa na tak szybką akcję, nawet nie miałam jednego skurczu, który mogłabym spokojnie przeżyć, skupić się na oddechu, poskakać na piłce. To było jakieś szaleństwo.
Ale przecież jakby było dłużej, wcale by chyba mniej nie bolało? Tylko po prostu tej męki było by więcej? Podziwiam kobiety rodzące po kilkanaście godzin.

Ja mam traumę.
Fakt, z każdym dniem patrzę na to przychylniej. Personel spisał się rewelacyjnie, porodówka była pusta, cała dla mnie. Mąż kochany, lekarz cierpliwy, zszył mnie ładnie.
No i najważniejsze - Zosia zdrowa. Położne nie mogły się nachwalić, że jaka ja wytrzymała, odporna na ból, tyle wytrzymała w domu, a poród to jak u wieloródki, bo pierworódki tak szybko nie rodzą. Och ach, bez znieczulenia, rach ciach.
Może.
Ale ja traumę jeszcze mam :)

Uff... Dobrze było wreszcie to z siebie wyrzucić!

Dzis samopoczucie duzo lepsze :) pomimo tego ze znowu o 6 rano za moim oknem od sypialni tak walilo na torach ze szok :) Wlasnie czekamy na telefon od przyszlego tatusia ijedziemy zalatwiac sprawy na miescie :)

pati87 kolejne starania, czy warto? 11 czerwca 2015, 13:14

mialam dylemat na kiedy do gina sie zapisac na 25.06 przed wyjazdem czy 7.07 po wyjedzie,
zadzwonilam do gina i pow ze 25.06 powinno byc juz cos widac wiec tak sie zapisalam,

jutro ide robic kolejna bete,

dzis juz nie mam ciezkich piersi jak mialam w 3 ostatnich dniach, bol podbrzusza tez mi juz nie dokucza, za to od rana mam metaliczny smak w ustach,
no i nadal jak wstane pozno jem sniadane, a zawsze bylo na odwrot

Terraska Czekamy na pisklaczka :) 11 czerwca 2015, 13:26

12 tc (11t6d)

Termin porodu wyznaczyl mi OF na 24 grudnia, nastepnie lekarka sprawdzajac date ostatniej miesiaczki zapisala 25 grudnia. Dzis odbylismy razem z Maluszkiem USG pierwszego trymestru, z pomiarem przeziernosci karkowej. Lekarz stwierdzil, ze dziecko rozwija sie nader szybko i zmienil date na 21 grudnia. A co przyniesie los? ;)

Dodatkowo mamy wyznaczona prawdopodobna plec dziecka (lekarz okreslil, ze na 80%).
Jak myslicie, kobietki, co nam pisane? Synek czy coreczka? :)

Przyznam sie, przyznam za chwile - ale ciekawa jestem co wytypujecie :)

Oficjalnie zaczęłam wakacje. Mam nadzieje, ze nie umrę z nudów... Jednak to wyjście nawet na godzinke to sporo. Trzeba się pomalowac, ubrać, dojechać i zawsze to jakiś kontakt z ludźmi. Ale za 6 tygodni będę się juz cieszyć chwilami spedzonymi w Polsce.

Moja mama wpadła w szal. Biega po lumkach i wyszukuje sukienek i spodenek na lato dla mnie. Aż się boje, bo z moim gustem ciężko cos upolować, a nie chce jej robić przykrości. Bo przecież się stara...

Dziś czuje się jak narkomanka na głodzie. Od rana chodze z kąta w kąt. Wszystko dlatego, ze postanowilam przystopowac po tygodniu pełnym cukru. Kostka czekolady przy każdym przejsciu kolo lodowki, do tego pryncypalki i ciasto 3bit. A teraz zapycham się nektarynkami, chociaż to nie KitKat, który czeka od dwóch dni w mojej torebce... No cóż. Dam rade.

Mąż przechodzi ciążę razem ze mną. Bierze na siebie nawet część moich ciazowych objawów. I tak np ja nie muszę juz o niczym zapominać, bo on to robi za bas dwóch...a nawet za 3. Aktualnie zgubił kartę na siłownię. Specjalnie budzi się o 4(!) i chodzi jak nikogo nie ma... I dziś jego karta zaginęła gdzieś w samochodzie. Oczywiście na liście podejrzanych zajmowalam 1 miejsce. Ok 4:30 sama wstalam i poszlam przeszukiwać samochód. Nie było. I nie ma do tej pory. Ślad po niej zaginął. Codzienne poszukiwania kluczy/portfela/telefonu są juz na porządku dziennym...
Wahania nastrojów tez mogę sobie darować, bo mnie z tego wyrecza ;) szczególnie jak cos zgubi. Jakbym to ja gdzieś chowała przed nim te wszystkie rzeczy.

Mała daje o sobie znać coraz wyraźniej i coraz czesciej. Wczoraj to aż sama nie mogłam wyjść z podziwu, ze tyle się kręciła, wiercila i kopała...

No to by było na tyle ;)

15cs
25dc
10dpo
czwartek

USG piersi mam na 14.07. na godzinę 14:25.

Temperatura mi spadła. Jutro lub w niedzielę krew mnie zaleje. Jakoś mnie to nie dziwi. Postanowiłam, że muszę robić wszystko, co w mojej mocy, aby wpływać na swój rozwój. Tylko to zależy ode mnie. Może nigdy nie będę mieć dzieci, ale nie mam na to wpływu, więc żył sobie nie wypruję i potomka nie wyczaruję. Mogę natomiast robić to, za co jestem sama odpowiedzialna i co sama kształtuję.

1. Na tyle na ile potrafię wziąć łaskę i miłosierdzie - zbliżenie się do Boga.
2. Zdrowie i szczupła wysportowana sylwetka
3. Doskonalenie j. angielskiego.
4. Nauka j. szwedzkiego i szykowanie się do emigracji.
5. Rozwijanie swoich pasji. A ja w ogóle je mam? Może zacznę od tego: co lubię robić i robić to regularnie.

Zrezygnowałam z podjęcia pracy w Helen Doron. Stwierdziłam, że nie chcę pchać się do pracy z 2-3 latkami pod czujnym okiem rodziców. Nie mam nic do ukrycia, ale cotygodniowa wizytacja na moich zajęciach na nic mi nie jest potrzebna - po co mi ten dodatkowy stres? Z resztą ciągle jęczę, że mam dość pracy z dzieciakami (i ich rodzicami) za takie marne grosze, to jeszcze sobie dowalę Helen Doron? Licencja metodyczna kosztowałaby mnie 2500 zł na dzień dobry, wszystkie materiały muszę sama sobie przyszykować (za własne pieniądze kupić papier, laminaty i inne pomoce dydaktyczne)... Jakoś chęć na uczenie w HD mi przeszła... Odmówiłam w poniedziałek i czuję w tym pokój, więc myślę, że wybrałam właściwie. Od września zamierzam sobie wziąć kilka grup dzieciaków na angielski bez żadnej licencji i bez żadnych pośredników. Mam też od marca już grupę 4 dorosłych kobitek od podstaw i uczę też męża od podstaw. Babki tak się zaangażowały, że chcą kontynuować w wakacje i koniecznie po wakacjach.

ma_pi Demotywator 11 czerwca 2015, 14:17

Za tydzień wyjeżdżamy na urlop :) Już nie mogę się doczekać!!!! Ruszamy 19 czerwca wieczorem, a wracamy 4-5 lipca. Rezerwację noclegów mamy na pierwsze 10 dni. Potem czysta improwizacja.

Co za głupi cykl. Od 3 dni ból, dzisiaj trochę plamienia, okresu póki co brak. Testy negatywne, temperatura coraz niżej. Mam nadzieję, że mi się jakieś torbiele nie porobiły, bo tak to trochę wygląda. Albo powrót do pracy tak na mnie działa :(

Witam sie ja.
Po nocy spedzonej na poloznictwie jestem znowu w domu.
Mialo byc wywolywanie,bo cisnienie itd a wyszlo tak,ze mialam tam lezec tylko dlatego,zeby dostali za mnie kase...
Zostalam przyjeta na oddzial ze skierowaniem z wielkim zalem i zlosliwosciami odnosnie mojej wagi...
Lekarz dyzurny zapytal co ja tu robie i dlaczego mam skierowanie (nie rozumiem,przeciez wszystko bylo na nim napisane)...
3 razy KTG,mierzenie cisnienia co chwile.. w granicach 120/80 i caly czas ksiazkowe...
cukrzycy brak bo pomiary super..
TSH-to ich zaniepokoilo i zwiekszyli mi dzisiaj dawke eutyroksu do 150.
Lekarz rano powiedzial,ze nie mam problemow z cisnieniem bo tego nie widac,stwierdzil,ze to jakis zart (....)
Jezeli mam dostawac tylko wieksza dawke tabletek na tarczyce to wole robic to w domu.
Poszlam wiec do mojego gina rano,mial teraz on dyzur,porozmawialam z nim i powiedzial,ze jak najbardziej moge wyjsc na wlasne zyczenie bo wlasciwie wszystko jest okej,poza TSH ale z tym oboje juz walczymy. Widzial,ze nie wytrzymam psychicznie tego pobytu wiec uznalismy ze bedzie mi lepiej w domu. Jeszcze jedna noc tam i dzien i nie wytrzymalabym tego,ze uznaja mnie za okaz najwiekszej slonicy na oddziale. Jezeli dla nich to nie problem i smieja sie z mojej ciazy,to ja dziekuje za taka opieke...
co szpital to gorzej...kuzwa.

urodze w terminie albo po,malemu nic nie grozi.tyle wiem.



ide spac.






Wiadomość wyedytowana przez autora 11 czerwca 2015, 14:46

RofTW Przegrałam bitwę ale nie wojnę! 11 czerwca 2015, 15:22

Pamietam jak będąc małolatą, po kolejnym nieudanym "zwiazku" wyczekiwałam upragnionego okresu. Pamietam jak wtedy mocno sie bałam, myślałam, ze zajście w ciaze to tylko formalność... Pamietam jak siedziałam na ubikacji wpatrując sie w swoje suche majtki i płacząc modliłam sie:

"Panie Boże, proszę Cie! Błagam bym nie była w ciazy! Mam szkole! Rodzice mnie zabiją! Proszę! Nawet jesli miało by to oznaczać, ze nigdy nie bede mogła zostac mamą. Amen."

Bardzo sie boje, ze Bóg mnie wtedy wysłuchał...

Siostrzenica K. jest w ciazy z drugim dzieckiem. To będzie dziewczynka, otrzyma imię "Winter". Oddam jej rzeczy ktore kiedyś kupiłam dla córki przyjaciółki, a których nigdy nie wysłałam. Ktore miały pozostac dla małej KM, a ktora być moze nigdy sie nie narodzi...

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)