I po wizycie...beta podskoczyła do 11400! Szok Szok. Na Usg na razie tylko pęcherzyk z ciałkiem żółtym, 6 lutego następne usg już serduszkowe:) Jestem dobrej myśli:)
Heh, wczorajszy wpis ucielo. Kolejny test potwierdza, że za kilka miesięcy dołączy do nas mały człowiek. Trochę się boję, jak to będzie. Jak dam sobie radę? M. będzie daleko od domu, co 2 tygodnie będzie zjezdzal do Polski. A my z F
sami. No chyba, że babcia się przeprowadzi. A to bardzo by nam ulatwilo życie. Mdłości delikatne, wstręt do jedzenia. Przy F. w pierwszym trymestrze wpieprzalam wszystko jak szalona. Teraz tylko mi się chce pić. W tym tygodniu wybiorę się do lekarza. Sprawdzimy czy wszystko jest ok.
F. dziś niemożliwy. Płacze, krzyczy, histeryzuje. Zasnął spokojnie, mam nadzieję, że troszkę pospi to i ja odpocznę.
38 dc. 11 dpo.
Chyba załącza mi się PMS.
Nie pisałam, bo nic ciekawego się nie działo. Cierpliwie czekaliśmy na wizytę u androloga - odbyła się wczoraj.
Zalecenia dla męża:
- Clostilbegyt 1/2 3x/tydz (???- lekarz powiedział, żeby się nie przejmować ulotką bo mężczyźni też to biorą na spermiogenezę)
- Stymen - też w te dni co Clo - hmm... nie wiem na co, bo akurat mojego m. nie trzeba zachęcać do przytulania 
- DIH 500 - poprawia żylaki, więc chyba na krążenie i na jego ewentualne mikro-żylaki
- Profertil - nadal, bo widać, że po 3 mies. zwiększył objętość/ilość, ale poza tym nic się nie zmieniło.
Doktor powiedział, że ma jeszcze jakiś plan leczenia awaryjny na jakość, ale na razie mamy się zastosować do ww. kuracji. Zrobił na mnie dobre wrażenie, chociaż mógł więcej nam wyjaśnić i pogadać. Chyba mu zaufamy - w zasadzie nie mamy wyjścia.
Szłam na wizytę z M. raczej z nastawieniem, że doktor powie - zalecam inseminację, albo co gorsza - za słabe plemniki na cokolwiek. A tu kolejne leki, pożyjemy, poserduszkujemy, zobaczymy...
A co do mnie - zalecił mi Ovarin - po co, nie wiem, bo mnie nie diagnozował, nie rozmawiał o moim zdrowiu, tylko zapytał, czy mam jakieś konkretne leczenie. Ja mu, że w zasadzie, to nie, na co on mi zapisał na karteczce ten Ovarin.
Czytam w Necie, że to jest dla PCOS, u mnie tego nie stwierdzono...??? Trochę drogie te pigułki, więc jeszcze się waham czy w ogóle kupować. Może któraś z Was ma doświadczenie z tym lekiem, niekoniecznie na POCS?
Test owulacyjny mi wyszedł wczoraj pozytywny, poprzednie były negatywne, a dziś mi już skoczyła tempka. Ale chyba jeszcze nie miałam owulacji, bo byłaby bardzo ekspresowa. Hmmm, akurat wczoraj zrobiliśmy sobie wieczorkiem przerwę w przytulaniach, więc byłoby szkoda
ale piłam lampkę wina, więc się zastanawiam, czy alkohol nie podwyższa temperatury, a poza tym dzisiaj najpierw skoczyłam do wc, a później zmierzyłam temperaturę, jak na złość, więc tych przyczyn skoku tem. jest sporo.
Ostatnio nie pisałam, ale czytałam dużo pamiętników na Ovu. Jak to dobrze, że tylko z nich kończy się fioletową stroną życia
Ja też tam chcę!!!!
Mąż zabrania mi wchodzić na tą stronę i czytać wszelkie pamiętniki, zdecydowanie to źle na mnie działa (moje samopoczucie), ale ja jestem chyba już lekko uzależniona!
Lubię czytać Wasze historie, dają dużo do myślenia - i są tak bardzo prawdziwe...tutaj ukryte jest prawdziwe życie żadna sielanka. Zjadłam 2 jabłuszka i jestem gotowa do przygotowań na dzień jutrzejszy.
Dostałam dziś przesyłkę z apteki z paskami owulacyjnymi, czeka nas cykl mieszenia liczenia...szkoda, że ziółka ojca Sroki jeszcze nie dotarły.
Chyba odpuszczam, nie mam już siły, nic nie pomaga..
Zrobiłam dziś badanie progesteronu w 20 dniu cyklu 4,42ng/ml czyli owulacji raczej nie było.
Tak czułam bo boli mnie podbrzusze, pewnie pęcherzyk rośnie do gigantycznych rozmiarów i znowu będzie się wchłaniać. LUF jak malowany.. Po tym cyklu pójdę do gina i ostatnią deską ratunku przed in vitro będzie Clo+Pregnyl bo tego jeszcze nie próbowałam, a serio mam już dość tych rozczarowań... Jak nie endometrioza to niepękające pęcherzyki, skąd się biorą te wszystkie problemy jak wyniki badań mam ponoć książkowe?
7 tydz i 6 dni.
Mdłości nadal dokuczają, od wczoraj delikatny ból podbrzusza. Dziś pojawiły się plamienia takie brązowawe, nie wiem co mam robić
Boje się 
7cs
I znow 1dc. To juz 7 miesiecy staran. Tamten cykl byl pierwszym z mierzeniem temp. W tym zamierzam kontunowac mierzenie i testy owulacyjne. Dodatkowo juz nie bede brala wit b12 (bralam 3 msc). Nie wniosla w sumie nic nowego do moich cykli a ewentualny niedobor prawdopodobnie zostal wyrownany. Teraz wprowadzam zelazo. Nie czuje sie pelna energii i wiary ale probuje nic innego mi nie pozostaje. W 6cs generalnie wszystko szlo nie tak sluzu bylo malo testy wyszly nie calkiem pozytywne i w sumie sex też rzadko. Moze teraz bedzie inaczej. Poki co nadal probuje w ciemno. Do lekarza najszybciej dopiero w lipcu jak cos. Czuje sie tak jakby mialo mi sie nigdy nie udac...
Okazalo sie na usg ze pecherzyk jednak pekl i owulacja byla, najprawdopodobniej w srode wieczorem. Ovufriend poki co nie wyznaczylo owulacji. Czekamy na brak okresu 
Ciąża rozpoczęta 4 grudnia 2016
Dziewczyny idę na ten fiolet. Nadal pełna obaw, ale bez wzgledu na moje obawy moja ciąża się rozpoczęła, takie są fakty.
Tym razem BĘDZIE DOBRZE. Mam takie przeczucie. Ufam Bogu.
Dziękuje Wam Kochane, że zawsze jesteście ze mną. Bardzo, bardzo to doceniam i ściskam mocno każdą z Was 
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 stycznia 2017, 21:21
7dc/ 6ds
Leki:
Gonal 150
Menopur 150
Orgalutran
Pęcherzyki:
JP: 11, 10, 9, 8mm
JL: 8mm
Estradiol: 553pmol/l
Progesteron: 0,2 nmol/l
Nie jestem zadowolona i co raz bardziej dopada mnie myśl, że nic z tego nie będzie tym razem.
Na tym etapie już nic więcej się nie da zrobić - zwiększenie ilości leków i tak nic nie da.
W sumie to mamy trzy rokujące pęcherzyki.
Odebraliśmy dzisiaj wyniki badań nasienia. Nie są nawet takie złe.
Tylko upłynnienie długie - 50 min. i ruch obniżony: 22%
A pozostałe parametry bardzo dobre jak na nas:
koncentracja 37mln/ml
całkowita ilość 81,4mln
morfologia prawidłowe: 6%
49 dc
3 cykl starań z ovu nadal trwa... A po owulacji ani śladu
.
Dawno nie pisałam gdyż trochę odizolowałam się od ovu, starań i wszystkiego co wiąże się z ciążą choć działamy nadal w tym kierunku. No i podczytuję pamiętniki na belly bo lubię szczęśliwe zakończenia
. Cykl skopany na całego: owulacji nadal nie ma, przeszłam niedawno grypę i to pewnie dlatego, na te suplementy diety i witaminy patrzeć nie mogę bo i tak nic nie dają. No ogólne zniechęcenie...
Mąż zrobił badania nasienia i prezentują się w następujący sposób:
1. CASA- według mnie pogorszenie. Dalej 2% plemników o prawidłowej budowie ale o połowę praktycznie zmniejszyła się ich liczba no i koncentracja plemników w ml jest poniżej normy (wynosi 10,78 mln/ml a powinna być wyższa od 15 mln/ml). Więcej niż poprzednio jest też nieruchomy plemników- teraz 52,25%, przedtem było 35%. Poprawiła się jedynie ich żywotność. Przedtem było 68% a teraz 79%.
Także za ciekawie to nie jest.
2. Test MAR na przeciwciała przeciwplemnikowe- wynik ujemny (tylko 1%) więc tutaj jest ok.
3. Test HBA (test wiązania z hialuronianem)- wynik ujemny, obniżona dojrzałość i funkcja fizjologiczna plemników (71%). Podejrzewam, że tutaj nie ma tragedii ale cudownie też nie jest.
Mamy wizytę u ginekologa w połowie lutego, dopiero teraz pokażę mu też swoje wyniki badań i zobaczymy co nam powie. Mam nadzieję, że czas do wizyty szybko nam zleci.
Ja wzięłam się za zęby. Na kontroli u dentysty okazało się, że mam mega stan zapalny i musiałam usuwać a i tak to jeszcze nie koniec- teraz czeka mnie usuwanie chirurgiczne. No i leczenie kanałowe- wszystko prywatnie bo to co robiłam u dentysty na NFZ jest do poprawki- czyli bardzo dużo. Dobrze, że teraz to wyszło i przed ciążą mam nadzieję zdążę zrobić jak najwięcej (jeśli nie wszystko bo w naszym przypadku to nie wiem jak długo będę czekać na to moje maleństwo). 
Inny argument, ze jednak to, co jem ma wplyw na dziecko: kolor kupki np po buraczkach 
Mdłości trochę się nasiliły, doszła senność. Po położeniu F spać wieczorem, sama ide się kąpać, potem siadam na kanapie, żeby cokolwiek sobie obejrzeć w TV i nie mija 5 min a ja śpię. M mnie wygania do sypialni i śpię dalej. Dobrze, że słyszę jak Fifi się budzi ☺ w środę wizyta u dr.
1 dc
Uczucia? Luuuzik
Następną owulację przewiduję w Walentynki, więc muszę uwieść P. potajemnie 
Nie wiem, czy to prawda, że jak się zajdzie w ciążę na 3 miesiące przed końcem umowy o pracę, to pracodawca nie musi wydłużać tej umowy do porodu? Bo jeśli tak, to muszę przerwać starania w okresie marzec-czerwiec. Umowę mam do końca czerwca.
Ps. kończy mi się tydzień super urlopu
Arturka wysyłaliśmy do żłobka, a sami z P. byliśmy w kinie i na randce w wegetariańskim barze, w którym podają pyszne potrawy. Trochę też w domu poszaleliśmy, dlatego urlop zakończyliśmy miłym dwukrotnym serduszkowaniem. Zakochanie odżyło, zbliżyliśmy się do siebie i na prawdę wypoczęłam jak nigdy od bardzo dawna
Następny urlop w wakacje letnie, ale to już głównie we trójkę z Arturem. 
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 stycznia 2017, 22:17
Dziennik pokładowy:
113 dc, 17 tydzień - czas, start!
Ufff. Sytuacja z poprzedniego wpisu rozeszła się jakoś po kościach. Po części postarałam się zrozumieć mojego męża, który w sumie jest teraz zdany na łaskę i niełaskę teściów i sam nie wie, na ile może sobie pozwolić, ale, co ważniejsze, dotarło do mnie, że przecież pochodzi z domu, w którym jego ojciec notorycznie wali na temat kogoś z rodziny średnio przyjemne komentarze. Dodam, że komentarze aktywowane byle gównem (dogadałby się z moją mamą). Mój mąż wyniósł z tego domu jedną zasadę, którą, z tego, co zdążyłam zauważyć przez prawie osiem lat, praktykują wszyscy jego najbliżsi - że takie rzeczy się olewa, a nie, jak u mnie w chacie, reaguje się na nie wścieklizną. I być może przy teściowej odpala ten sam, powielany przez lata, schemat. Nie zmienia to faktu, że staram się przynajmniej raz dziennie odpalić tekst "widziały gały, co brały" i z rozkoszą rozpływam się nad tym, kiedy mąż wali dłonią w czoło i ja wiem, że on wie, iż nie zapomnę tego do końca życia pewnie. A mama... cóż, mama, nawet, gdy nie jest wywołana żadnym tekstem do tablicy, to nagle ni z tego ni z owego straszy mnie, że jeszcze będę do niej dzwonić, jeszcze będę jej potrzebować w środku nocy, oooj, jak się urodzi, to jeszcze, jeszcze, jeszcze... Z każdym kolejnym "jeszcze" czuję się, jakby przybijała mi w mózgu gwóźdź, a pod nim widniała stalowa płyta z napisem: "NIGDY JEJ O NIC NIE PROŚ!".
Wczorajszy dzień był za to o wiele bardziej stracho-napędzający. Rano pojechałam zbadać morfologię i mocz, oczywiście na czczo, więc kiedy wyszłam z laboratorium, zdałam sobie sprawę, że jestem cholernie głodna i do tego jakieś 30 km od domu, bez nikogo, kto by mnie przyłapał... Tak, tak... Dobrze myślicie. Zatrzymałam się pod biedronką i całkiem solo wpierdzieliłam (bo jedzeniem bym tego nie nazwała) zakupioną tam dużą paczkę karbowanych, paprykowych laysów. Na pusty żołądek. Już w połowie czułam, że mam dość, ale żarłam, żarłam, żarłam. Potem "szczęśliwa" wysiadłam z samochodu konfiskując dowody i pojechałam do domu. Cały dzień odbijało mi się tym cholerstwem i myślałam, że mi brzuch pęknie! Oniemiała zasnęłam, po czym obudziłam się jakieś 40 minut przed potencjalnym wyjazdem na ciążowy fitness. No i wyobraźcie sobie ten dylemat... Żołądek jak balon, więc poruszanie się w takim stanie to jak prośba o kolki. Z drugiej strony zeżarcie czipsów i rezygnacja z jakiejkolwiek aktywności to jak dwa faile jednego dnia. No to pojechałam. I w sumie nie wiem, czy pojechanie tam potraktować jednak jako błąd, ale miałam takie przeczucie, bo prowadząca tym razem była jakąś totalną psycholką. Mocno spłycałam poziom trudności, ale i tak byłam nieźle zasapana. Babka non stop kazała nam zmieniać przyrządy, bez żadnej większej przerwy na wodę czy odpoczynek, do tego narzuciła takie tempo, że miałam ochotę krzyknąć z końca sali, czy aby na pewno to są zajęcia dla kobiet w ciąży. A kiedy był czas na cooldown, to nie miałam żadnych wątpliwości, że zajęcia prowadzi jakaś fitness-solara, która dała komuś pińset złotych za uprawnienia do prowadzenia tego typu zajęć, bo w momencie przeznaczonym na KONTROLOWANY relaks i stretching, usiadła sobie na stepie i powiedziała, autentyk - "To jest ten moment, kiedy odpoczywacie. No. Połóżcie się, czy coś.". Ktoś zapytał, czy może się rozciągnąć, a ona: "No, spoko, róbcie, co chcecie". JA PIERDZIU! Zostanę chyba przy środowych treningach... Tak czy siak - do domu wracałam dziwnie "rozklekotana", dalej nie wiedziałam, czy to od tego obżarstwa, przerwanej drzemki czy bardziej intensywnych ćwiczeń. Intuicja kazała mi pójść do łazienki i sprawdzić bieliznę. No i zobaczyłam... małą, bordową kropeńkę na wkładce. Pełna strachu zaaplikowałam luteinę i położyłam się do łóżka. I w sumie piszę Wam to z trzech powodów. Pierwszy - by udokumentować, jak nisko upadłam, pomimo mojej wiedzy na temat odżywiania. Drugi - by utwierdzić się w przekonaniu, że wolę ufać sobie niż jakiejś babce w ładnym dresie, która w makijażu prowadzi fitness. Trzeci - żeby mieć punkt odniesienia, gdy plamienie wróci, ale już teraz Wam powiem, że nie wróciło. Uf.
Wow, w końcu, mogę przejść do dzisiejszej wizyty! Zaczęło się oczywiście od sprawdzenia, skąd plamienie, ale było czysto - szyjka długa, śluz, jaki trzeba, żadnych krwiaków czy odwarstwień łożyska. I niech tak będzie, amen! Potem była milsza część, bo oglądanie Bakłażana. Bakłażan, jak to Bakłażan - pozycja "mam wywalone", w większości obrócony bokiem lub tyłkiem. Ma - pi razy drzwi - 135 gram i uwielbia pokazywać kręgosłup.

Zaczęłam znowu nalegać na informację o płci, ale dziecko oczywiście standardowo - nie ułatwiało nam życia, krzyżowało nogi i robiło wszystko, by nie zrobić coming outu krocza. Ginekolog pyta męża, jakie ma przeczucia. On wali, że dziewczyna, bo się pewnie bidok zasugerował prenatalnymi. Ginekolog pyta mnie o moje, na co ja zrobiłam tylko głupią minę - nie wierzę w swoje przeczucie, bo dwa razy mówiło mi, że jestem w ciąży, gdy nie byłam, a gdy byłam, to milczało jak zaklęte. Ale spojrzała mi w oczy i powiedziała, że ja czuję chłopca (jak się okazuje, moja ginekolog jest też wróżką). Kurna, cholera wie - czuję się bardziej mamą Miłosza niż jakiejś dziewczyny (nie mam imienia), ale ja to ja, a dzieć to dzieć. Potem zasiała mi ziarnko niepokoju, gdy stwierdziła, że przez jedną setną sekundy widziała pindziora. Nosz by to szlag! Ja już nic nie wiem!
Bakłażan akurat w momencie dywagowania nad płcią i nad faktem jego/jej niezwykłej krnąbrności przy badaniach, zareagował tym:

Pani ginekolog powiedziała, że ma śliczną buzię, ale zgodnie z M. w aucie przyznaliśmy, że oboje byliśmy przerażeni i nasze dziecko ma nieco creepy twarz. I w ten sposób dalej nie znamy płci, ale potomek zyskał parę dodatkowych imion, i od dziś zwie się Bakłażan - Wersja Robocza - Predator.
Na koniec wklejam Wam zdjęcie brzuchola, choć chyba właśnie poza dzieckiem mam w nim jeszcze te czipsy, jakiś obiad i winogrona. Albo tylko się oszukuję.

PS - tak, to nie magia fotoszopa i żaden fotomontaż, z pępka naprawdę wystaje mi siodełko!
PS 2 - Wyobraźcie sobie, że dziś byłam dobrą żoną i zrobiłam obiad. Wow! Poprosiłam tylko męża, żeby domył jeden garnek, bo robi to zawsze bezbłędnie, a ja, sierota, nie radzę sobie z nim i niewymiarowym zlewem moich rodziców. Zgadnijcie, co usłyszałam z dołu, gdy zapisałam wpis: "A Ciebie, M., znowu ta moja niewdzięczna córka wykorzystuje? Teraz gary musisz myć po niej? Boże jedyny, do czego to doszło...". POZDRAWIAM MAMUSIĘ!
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 lipca 2017, 17:02
Ciągle nie czuję żebym była w ciąży i to mnie przeraża...dobrze ze wizyta już za 2 dni i w końcu będę wiedziała na czym stoję,oczywiście mam już milion czarnych scenariuszy w głowie.
33t2d
No i mamy 34 tydzień. 35 tydzień jeśli wierzyć, że malutka jest 10 dni do przodu z terminem sądząc po rozmiarach. Ale ja wiem kiedy ona powstała i ta data idealnie pokrywa się z datą z pierwszego USG czyli 17 marca. Za 3 tygodnie ciąża będzie donoszona i będziemy gotowe na spotkanie.
My jesteśmy. Wczoraj mierzyliśmy czy wózek zmieści się do samochodu. Zmieści, ale bardzo na styk. Na wyprawę nad morze będziemy musieli zorganizować jakiś inny samochód.
Jestem ciekawa tego porodu. Ale w ogóle się nie boję o siebie. Ja dam radę, zniosę wszystko. Całe swoje życie marzyłam o dziecku i nie zabierze mi tej radości głupi strach o to, że poboli. Wiem, że poboli. Dziwne żeby nie. W końcu wydobędę na świat człowieka. Ale boje się, że mała będzie się bała. Z ciepłego, cichego, ciemnego brzuszka nagle trafi w miejsce gdzie będzie głośno, jasno i zimno. Chciałabym ją schować, żeby nie musiała się tego bać. To musi być okropne uczucie. Strach nie do opisania. Nic dziwnego, że maluszki nic nie pamiętają ze swoich pierwszych dni. A potem ją wezmę w ramiona i opowiem jak bardzo ją z tatusiem kochamy i jak ważna jest i że zrobimy wszystko żeby już nigdy nie musiała się bać.
U nas Pączek nadal choruje. Wczoraj nasikał do łóżeczka. Na całe szczęście materacyk był tak obwarowany foliami, że samemu łóżeczku nic się nie stało. Nawet się nie gniewam, rozumiem, że ma zapalenie pęcherza. Wczoraj minął 5 dzień jak przyjmuje antybiotyk. Dwa zastrzyki dziennie, bardzo mnie to stresowało, chociaż znosił dzielnie, jak to on. To fantastyczny kot. Bardzo źle znosi kurację. Zaraz po zastrzyku jest ekstremalnie pobudzony, syczy na Nobla, nerwowo się liże, a potem całą noc wymiotuje. Lekarz kazał zmniejszyć dawkę. Zmniejszyliśmy, ale i tak jest to samo. Dobrze, że wczoraj ostatnia dawka. Teraz tylko czekać aż malusi poczuje się lepiej.
Myślimy o mieszkaniu. Chcemy kupić coś 3 sypialniowego + salon i kuchnia. Około 75m. Każde z nas będzie miało swój pokój. Braciszek lub siostrzyczka Michalinki też. Nie będą to jakieś gigantyczne apartamenty, ale każdy będzie miał swój kącik. A jak nas jeszcze przybędzie to kupimy dom. Ale to bardzo dalekie plany. Póki co zastanawiamy się za co kupić bułki na śniadanie.
Ah, dzisiaj jedziemy na niedzielny obiadek do mamusi 
Nasza dzisiejsza beta 916.
To 14 dpo.
Chyba dobra, przyrost okolo 160% na dzień.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2018, 22:18
Hej kochane,
od piątku 27.01 jestem w domu. Wypuścili nas wreszcie, po dwóch tygodniach. Niemiarowa akcja serca jest nadal u Synka, choć już widać poprawę. Tego zresztą nie da się leczyć w szpitalu, więc powód zatrzymania na oddziale to były te wody. Ostatecznie nie wiadomo czemu się zmniejszyła ich ilość u Córci, nic się nie sączyło, nie wiem. W każdym razie ilość wód przez te dwa tygodnia się poprawiła, sytuacja jest stabilna, mam chodzić na kontrole, ale to już mogę z domu, nie trzeba leżeć w szpitalu.
Chwała Bogu.
Bardzo bardzo dziękuję za wsparcie, modlitwę i dobre słowa!
jesteście przekochane:*
Tak bardzo już tęskniłam za Zosią, za Mężem, za domem... Dobrze być znów u siebie:)
ściskam Was serdecznie!
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.