U mnie nowego nic... Raz lepiej, raz gorzej, raz się godzę z myślą o tym, że prawdopodobnie będziemy bezdzietni, raz nie. Byliśmy w ośrodku adopcyjnym - i wyszłam stamtąd załamana. Trzeba być naprawdę silnym i wytrwałym człowiekiem, żeby przez to przejść, a ja na dzień dzisiejszy taka po prostu nie jestem. I tak póki co nawet nie możemy złożyć podania na kurs rodziców adopcyjnych, bo mamy za krótki staż małżeński. Gdybyśmy mogli złożyć go w dniu naszej wizyty, to i tak nie rozpoczęlibyśmy tego kursu w tym roku, bo wszystkie miejsca były już zajęte!! A byliśmy na przełomie stycznia i lutego!! Najwcześniej możemy składać takie podanie za rok, więc jeśli się zdecydujemy, to z tą procedurą ruszymy pewnie w 2019... Jeśli jeśli, wszystko takie jeśli. No i miałam masę wątpliwości odnośnie samych dzieci, ich biologicznych rodzin różnych problemów które się w przyszłości mogą pojawić - i pani pracująca w ośrodku wszystkie je potwierdziła. Ale po to chyba każą tyle czekać, żeby albo odsiać albo wzmocnić takich jak ja. Namawiam męża na jeszcze jedno ivf, ale on nie chce. Nie mogę go zmusić, muszę to uszanować. Może zmieni zdanie i zrobimy ivf? Może uznamy, że dawca to jednak nie był taki zły pomysł i wrócimy do niego? Może może, wszystko takie może. Wiem tylko, co się stać już nie może - cud.
Poza tym moje postanowienia noworoczne idą mi wyjątkowo dobrze, dieta ok, siłownia 3 razy w tygodniu. Już mogę kupować ciuchy w mniejszych rozmiarach, ale nie szaleję, bo mam plan jeszcze się zmniejszyć troszeczkę. Niestety pierwsze co się zmniejszyło to biust
Będę teraz musiała nadrabiać osobowością 
12 dpo.
Rano było sikane i oczywiście NIC. Nawet cholernego cienia cienia. Test o czułości 10 powinien już coś pokazać...
Od rana po kątach popłakuję, czuję, a właściwie to wiem, że nic z tego... Wiele z Was napisze pewnie, że jeszcze jest czas, że jeszcze może być dobrze, ale ja w to już nie wierzę.
Jestem wściekła, że znowu się wkręcam, że znowu tak to przeżywam
miałam mieć spokój na co najmniej rok...
Dzisiaj jest dzień doła. Ehhh...
Dziś Dday, czekam na @ i błagam o to by nie przyszła...
Jakie to życie potrafi być zawirowane, pełne zakrętów, dróg pod górkę i z górki...
Zaczyna mi chyba odbijać... Mój instynkt macierzyński sięga zenitu.. Gdy tylko zobaczę jakiegoś maluszka to rozklejam się lub zachwycam w niebo głosy bo czy może być coś słodszego na świecie?...
niby nie czuję się jakoś nadmiernie dziwnie ale też nie czuje by @ miała przyjść... Dziś kupię testy ale znając moje szczęście pewnie dostane przed jego wykonaniem @ albo i tak pokaże się negatywny wynik a @ jak nigdy w życiu mi się spóźni...
Ah, zapomniałam dodać 
Napisałam do sióstr Dominikanek o pas św.Dominika
ale zero odzewu
..
mam wrażenie że im więcej obowiązków tym mniej myślenia. Wyłączyć myślenie jak najbardziej, jak najbardziej.
Pozytywny test! Boże dziękuję.
Ale tak bardzo się martwię....
15 dc
Od jakiegos czasu znajduje swego rodzaju ukojenie w muzyce. Odnajduje piosenki, ktore oddaja moj nastroj i moje mysli, pozwalaja mi przezyc bol, z ktorym zmagam sie od kilku miesiecy i ktory starannie ukrywam przed swiatem. Stworzylam sobie taka mala enklawe, do ktorej nikt nie ma wstepu, w ktorej czuje sie bezpiecznie i moge w koncu pobyc sama ze soba i nikomu niczego nie tlumaczyc.
Coraz czesciej lapie sie na mysleniu, ze game over, ze kolejna szansa nie bedzie nam juz dana. "Starania" traktuje troche jak placebo, zeby nie miec do siebie pretensji, ze nie probowalam, ale w glebi duszy czuje, ze sie nie uda. Przynajmniej nie w sposob naturalny.
"Comfortably Numb"
Hello,
Is there anybody in there?
Just nod if you can hear me.
Is there anyone at home?
Come on now
I hear you're feeling down
Well, I can ease your pain
And get you on your feet again
Relax
I'll need some information first
Just the basic facts
Can you show me where it hurts?
There is no pain, you are receding
A distant ship smoke on the horizon
You are only coming through in waves
Your lips move but I can't hear what you're saying
When I was a child I had a fever
My hands felt just like two balloons
Now I've got that feeling once again
I can't explain, you would not understand
This is not how I am
I have become comfortably numb
I have become comfortably numb
O.K.
Just a little pin prick
There'll be no more aaaaaaaah!
But you may feel a little sick
Can you stand up?
I do believe it's working, good
That'll keep you going through the show
Come on, it's time to go.
There is no pain you are receding
A distant ship smoke on the horizon
You are only coming through in waves
Your lips move but I can't hear what you're saying
When I was a child
I caught a fleeting glimpse
Out of the corner of my eye
I turned to look but it was gone
I cannot put my finger on it now
The child is grown
The dream is gone
I have become comfortably numb.
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lutego 2017, 10:49
Wracam po prawie roku przerwy oczywiście od pamiętnika, nie od starań o dziecko, o to to nie. Już w listopadzie chciałam kolejne crio ale zachorowałam, nabawiłam się zapalenia ucha okropny ból i dostałam antybiotyki, więc uciekł mi cykl, potem grudzień święta wypadały w sam środek cyklu więc nie szło po naszej myśli, styczeń znów byłam podziębiona, więc cykl stracony. Zrobiliśmy sobie przerwę do kwietnia żeby minęły wszelkie przeziębienia, w między czasie monitorowałam cykle i działaliśmy naturalnie. W planach był powrót po zarodek wiosną. Niestety w marcu sytuacja epidemii koronawirusa popsuła nam plany, klinika wstrzymała wszelkie prodecury....
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 września 2020, 07:02
8 dc.
Podobno ostatnio trochę mniej krzyczę na męża
Zosia 1 rok 8 miesięcy
Bliźniaki 27tc
Zośka jest taką małą wariatką pozytywną że szok. Uwielbiam ją
Jest wesoła, pogodna. Czasem miewa głupawki skacze tańczy fika, ale na ogół jest spokojnym, fajnym dzieckiem.
Rewelacyjnie układa puzzle 2,3,4, czy nawet 5 elementowe. Bardzo lubi rysować kredkami. Chętnie używa różnych kolorów, koloruje albo rysuje kropki:) cała kartka w kropki:)
Lub klocki duplo, piasek kinetyczny, książeczki i naklejki. Oj naklejki to super sprawa! cała szafa w salonie jest w naklejkach:)
Ma fantastyczne długie włosy, które pozwala sobie wiązać w kiteczki, warkoczyki etc.
Ma nadal apetyt ale bardziej wybiórczy - to co lubi pochłania w ogromnych ilościach, czego nie chce nie zje i już.
Nie chce gadać uparciuch. Wszyscy mówią że taka widocznie uroda i ma jeszcze czas. ale i tak... Skłaniam się ku wizycie u logopedy.
Nadal córeczka Tatusia. Ostatnio w środku nocy się przebudziła, wyszła z łóżka i gdzieś na wpół śpiąco po omacku szła. wpadłam na nią po ciemku i niechcący prawie staranowałam bo nie spodziewałam jej się za drzwiami, tylko w łóżeczku, wiadomo. Rozpłakała się i nie dała się mi utulić, tylko płakała Tata Tata. Nie było rady, musiał przyjść Tata.
Ja i Bliźniaki:
Brzuch już ogromny. Na serio. A dzieciaki przy wypisie ze szpitala miały 700 i 800 g. Co będzie jak będą miały po 2 kg? Swędzi mnie ten brzuchol niemiłosiernie. Bardzo boli mnie spojenie łonowe, szczególnie boli przewracania się w łóżku z boku na bok. Mam niską hemoglobinę (9.7) i muszę brać żelazo, biorę Feroplex - takie w płynie ampułki. Rzeczywiście lepiej się wchłania, jest z wypróżnianiem ciut lepiej niż było przy tabletkach, ale za to nie dobre toto że masakra. JEstem dość słaba i wiecznie śpiąca.
Mam paskudne żylaki, noszę te pończochy, ale poprawy nie ma.
Mam też niestety okropną cerę i ściema że w ciąży poprawia się skóra, włosy i paznokcie jest oszustwem:(
Z pozytywów... hm. Mam wspaniałego Męża który jest BOHATEREM. To jak on ogarnia całą tą sytuację, Zośkę, mnie, dom i jeszcze pracę - jest niesamowity. Mam też wspaniałe siostry które bardzo mi pomagają.
Będziemy się przeprowadzać (znowu!) ale tym razem wreszcie na swoje Zosia będzie miała swój pokój, Bliźniaki też. Bardzo się cieszę.
Mam tylko nadzieję że zdążymy przed porodem:)
Jutro kontrola u mojej ginki. Ciekawe jak Maluchy się mają, jak tam wody płodowe u Łucji. Oby wszystko było dobrze!
7tydzień
Jest serduszko, nawet usłyszałam bicie:) Coś niesamowitego, jeszcze to do mnie nie dociera... Następna wizyta 27 lutego, potem 13 marca badania prenatalne:)
Mdłości trochę ustąpiły..choć i tak nie jest idealnie. No ale nie mam wyjścia, muszę to przetrzymać. Mam nadzieję że II trymestr będzie nieco łatwiejszy.
Co do kliniki jeszcze nie chcą się mnie pozbyć, dopiero w 13 tygodniu będę mieć chyba ostatnią wizytę, badania prenatalne też w klinice, bezpłatne gdyż po in vitro są refundowane.
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lutego 2017, 12:38
zeszła noc spędziłam w szpitalu. trafiłam tam z bólami. okazuje się że wszystko wporzadku. beta hcg 804. lekarz stwierdził 5 tydzień.
termin na 8.10. chyba dopiero teraz naprawdę zrozumiałam że jestem w ciąży!!! I jestem super szczesliwa
5 cs
1 dc
Jest i @.
Przynajmniej jest zajebiście regularnie. Trochę za długo, ale co cykl się skraca. Może w końcu wrócę do 31 dniowych.
Doszlam do wniosku, że może dopiero teraz wszystko w środku wróciło do normy. Po poronieniu nie miałam objawów @. Może to był problem z progesteronem albo prolaktyną? Bo na swoich wykresach widzę taki postęp w bolesnosci piersi. Co cykl coraz bardziej. Dlatego teraz myślałam, że to ciąża. A to po prostu normalność 
Może coś ruszy w końcu skoro najważniejszy hormon odczuwalnie pracuje.
Mąż zaczął brać ten suplement na nasienie, zmieniam też nasze nawyki żywieniowe, ostatnio bardzo niezdrowe. Sport uprawiam. Nie palę (choć ostatnio chęci znów są
). Idę do gina przed owu, niech oceni czy nadal wszystko ok. Zaczynamy znów!
Listopadowe dziecię?

3dc
Działamy w kierunku cukrzycy i insulinooporności.
Skierowanie do diabetyka już jest.
Kolejne badania do wykonania:
-helicobakter pyroli
-prolaktyna
-p/c plemnikowe
Zaatakujemy immunologie...
W głowie pełno myśli...
10 tydzień (9t+2d) wtorek
Wizytę lekarską u dr "Gbura" którego wybrałam na lekarza prowadzącego miałam na 11:00. O 10:30 stawiłam się w poradni K. Położna założyła mi kartę ciązy zważyła, sprawdziła ciśnienie itd.
Do lekarza weszłam zadowolona i z optymistycznym nastawieniem. Na dzień dobry, gdy lekarz zajrzał w kartę i zobaczył, że byłam na usg 2 tygodnie temu (u innego lekarza) spytał :
"Po co pani przyszła"??? pytanie coś jakby nie na miejscu do cholery! Odpowiedziałam:
"jak byłam na stwierdzeniu ciązy w 6 tygodniu to doktor kazał się pokazać za 3 tyg. z wynikami wiec jestem" odpowiedziałam nawet z uśmiechem choć w środku się zagotowałam.
On na to:
A w klinice kiedy pani była za wizycie. Odpowiedziałam
"W poprzednim tygodniu"
A on na to :
To co pani chce ode mnie? to pytanie rozwaliło mnie na łopatki.
A potem mnie opieprzył, że nie można tak często USG robić .
po czym kazał mi się połozyć na kozestkę i zaczął robić usg
Trwało 2 minuty, może mniej przyłozył sondę do brzucha i tak uciskał jakby chciał mi zabić fasolkę. Aż mu zwróciłam uwagę. Stwierdził, że serduszko bije 181 uderzeń i to było koniec badania. nawet wielkosci dzidzi nie sprawdził.
Na koniec spytał gdzie bede badanie w 13 tyg robić. Odpowiedziałam, że tu. sprawdził kalendarz i kazał być około 27 lutego i tak zakonczyła się wizyta.
Jak wyszłam to, aż położna się zdziwiła i spytała. "To już? "
Jedno jest pewne wiecej do niego nie pójdę. Ciąże bedzie prowadził mi moj ginekolog, który prowadził mi pierwszą ciąże, ten co mi pomagał podczas leczenia niepłodności. Ma mniejszą wiedzę (ale prenatalne i połówkowe i tak w klinice zrobię) ale znam go , jest narmalnym życzliwym człowiekiem. Nie mam zamiaru mieć wiecej do czynienia z dr "gburem"
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lutego 2017, 14:15
27cs z OF - start 1 IVF (IMSI)
27dc
Całą noc śniły mi się jakieś koszmary. Rano wstałam niewyspana, połamana i czułam wręcz, że łapie mnie jakieś choróbsko:/ Nie dałam nawet rady usiedzieć w pracy do końca dniówki. Pewnie hormony w zastrzykach, sterydy i inne medykamenty po tylu dniach znacznie osłabiły mój organizm i mam szczęście, że i tak trzymałam się nieźle do tej pory... Dobrze, że od jutra mam mieć zwolnienie.
Trzęsę strasznie portkami przed narkozą. Świadomość braku kontroli nad swoim ciałem strasznie mnie przeraża. Nigdy nie dałabym się namówić na jakiekolwiek narkotyki z tego samego powodu. Dopóki czuję, że jestem w stanie zareagować - czuję się bezpiecznie. Poza tym mam może głupie myśli, ale jednak nęka mnie, że się nie obudzę
Jakby tych strachów jeszcze było mało, to pomyślałam sobie, że pewnie im spadnę ze stołu gdy będą mnie próbowali nieprzytomną przerzucić na łóżko po zabiegu:P M. mnie wyśmiał, że takie rzeczy się nie zdarzają. Wystarczyła chwila i w "Faktach" pojawił się reportaż na temat człowieka, który w trakcie operacji ześlizgnął się ze stołu razem z materacem, pomimo rzekomo zastosowanych zabezpieczeń
Los ewidentnie się ze mnie naigrywa!
Sama sytuacja w pracy również niezmiernie mnie stresuje. Nie dość, że od jutra 3 dni będę przebywać na zwolnieniu, to jeszcze bez żadnej zapowiedzi nie przyjdę im przez kolejny tydzień po transferze (zalecenie naszej lekarki). Niby starałam się podomykać co się dało, ale nie wszystko mogłam. Część spraw pewnie wyskoczy w trakcie mojej nieobecności i współpracownicy będą wkurzeni, że mnie nie ma. Niech jednak będą wkurzeni, byleby nie pytali co mi dolegało! Nie wpadłam jeszcze na mądre wytłumaczenie, a przecież prawdy im nie powiem!
Eh... chyba dzisiaj nie zmrużę oka. Punkcja jutro ok. 8:30. Trzymajcie kciuki!!!
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 lutego 2017, 20:37
Dziennik pokładowy:
123 dc, 18 tydzień - jaaazda...
Ech... 2015 rok. Jaki to był dobry rok! Dopiero co zmieniłam pracę, już na dobre mieszkałam z M., liczyliśmy, ile jeszcze musimy dokulać na koncie do naszego wesela i jedynym moim zmartwieniem było to, czy ćwiczyć w domu czy może wziąć ten karnet na siłownię. No i co powiedział o mnie ktoś tam w biurze. "Dziecko" to był jakiś mglisty projekt na daleką przyszłość. Tak samo jak "mieszkanie".
A teraz to dopiero kręcą się problemy dorosłego życia... Nasz kredyt stoi pod ogromnym znakiem zapytania. W grudniu przedłużyliśmy okres rezerwacji mieszkania, wtapiając w nie spory zadatek, do 15 lutego. Na początku stycznia załatwialiśmy pośrednika, MDM, przebieraliśmy w ofertach banków. Najbardziej kusząca wydawała nam się z PKO BP - w miarę normalna rata i spoko warunki. Po prawie miesiącu oczekiwania spłynęła od nich umowa, co by ją wreszcie podpisać, skoro termin rezerwacji goni, i coś nam nie grało - koszta były zdecydowanie wyższe niż na symulacji. Wyjaśnialiśmy to w sobotę, pośrednik stwierdził, że to na pewno jakaś pomyłka po stronie banku i wyprostuje to. Okazało się, że bank wymyślił sobie jakąś ofertę z palca, której nigdy nie było i już nie będzie, więc albo się zgadzamy na to, co nam zaproponowali, albo wypad. Decyzja była szybka - wybłagaliśmy u developera kolejne trzy tygodnie, znowu sypnęliśmy kasą, normalnie jakbyśmy spali na niej, i czekamy na decyzję kolejnego banku, tym razem PKO SA.
Śmieję się, kiedy moja matka stawia mojego męża za męski wzór, bo, uwaga - umie sobie zrobić śniadanie, chodzi do pracy i (UWAGA!) myje się i nie śmierdzą mu stopy, ale sama naprawdę cieszę się, że go mam, bo w gąszczu tych finansowych zakrętasów on jako jedyny zachowuje zimną krew, uspokaja mnie, że moje zmartwienie to jak urodzić i się przy tym nie obrzygać, a on już się zajmie bankiem. I dodaje mi to dużo otuchy. Ale z drugiej strony...
Rok 2015 to był rok swobodnego hulania po świecie. Dalej nie było mnie na nic stać, "Ty w tej samej kurtce szósty rok..." itepe, ale nie byłam nigdzie zadłużona. Nawet na raty chyba nigdy niczego nie kupiłam. A teraz spada na nas ogromne zobowiązanie. I żeby tylko ono... mam świadomość, że przez najbliższe kilka lat będziemy bez oszczędności, bo teraz wszystko ładujemy we wkład własny, a potem będzie regularne ciułanie na wykończenie mieszkania. Łazienka, kuchnia, podłogi, ogrzewanie, ściany, meble... Czuję, że wisi nade mną widmo prowizorki, najbadziewniejszych gratów i niewykończonych detali, które będą dopięte tak byle, żeby były, za minimalną cenę. Odbudowanie finansowej poduszki zajmie nam pewnie sporo czasu. A gdzie tu dziecko i jego potrzeby? Matko, o czym myśmy myśleli?
Takie myśli kotłują mi się w głowie od wielu dni i równocześnie czuję się bezużyteczna. M. zdał wczoraj egzamin i zgarnął certyfikat od Microsoftu, biedak rył po nocach i wyrył, byle, żeby zbierać karty przetargowe do negocjacji podwyżki. A ja... siedzę na dupie, ciągnę kasę na L4 ale nie robię nic więcej. Śpię do dwunastej, do drugiej snuję w pidżamie, czytam kryminały na potęgę i wieczorem czekam, aż mąż wróci, żeby móc do niego japę otworzyć i obejrzeć serial. Tak mijają mi dnie. Odhaczam tylko tygodnie ciąży. A już niedługo będę już totalnie do niczego, bo zacznie się ciężki brzuch, spuchnięte stopy i ból kręgosłupa i dodatkowo zacznę jojczyć. "Misiu, daj mi jeść, bo ja nie mam siły iść do kuchni!". O nie... dlaczego...
Moje dziecko milczy, czym "dokłada" mi kolejnego zmartwienia. Dopplera nie mam i mieć nie będę, bo nie wiem, czy w obecnej sytuacji to coś, na co mnie stać, USG hen daleko za dwa tygodnie, a ruchów nie ma. Czasem myślę, czy aby wszystko dobrze, czy sobie... nie poszło? Ale chyba gdyby było źle, to bym czuła. A czuję tylko od czasu do czasu, kiedy zmienię pozycję, kichnę albo się zaśmieję, że naciągają mi się więzadła w podbrzuszu. Objawów jako takich już nie mam i nawet czasem zapominam, że jestem w ciąży. Przypomina mi o tym tylko brzuch, którego już nie mogę wciągnąć.
Czasem biorę się w garść i mówię sobie, że stres jest pewnego rodzaju oznaką inteligencji. No bo gdybym w obecnej sytuacji nie miała żadnych wątpliwości do tego, co robimy, to faktycznie można by mi zarzucić brak piątej klepki. Przeczytałam kiedyś takie piękne zdanie, że odwaga to nie jest brak lęku, ale robienie czegoś wbrew niemu, każdego dnia, konsekwentnie. I że nikt z nas nie jest zmotywowany na wysokim poziomie cały czas, nam wszystkim się nie chce, ale trzeba ciągnąć wózek, niezależnie od okoliczności, bo tylko to powoduje jakieś posunięcie się naprzód.
Dlatego nie przestaję się martwić, ale myślę sobie, że kiedyś przyjdzie taki moment i taki rok, dokładnie taki, jak 2015. Może nie będę rozmyślać, czy ćwiczenia w domu czy na siłowni, ale będę miała inny dylemat. Kotlety czy naleśniki? Ściana gładka czy w cegłówce? Śpiochy niebieskie czy szare? Spacer z wózkiem starą trasą czy nową?
Tak, to jedyna rzecz, która daje mi nadzieję.
Ciąża rozpoczęta 6 marca 2017
Oczywiście mój mąż do lekarza cały czas nie poszedł jak mu przypominam to robi maślane oczka że pójdzie ale jak pójdzie to będzie chciał go kroić (lekarz)no nie wiem zmusić go nie mogę.
Pod koniec marca mąż zrobi ponowne badanie nasienia(o ile zrobi)wtedy minie trzy miesiące i zobaczymy czy jest poprawa po tych tabletkach co faszeruję męża.
Od jakiegoś miesiąca mąż nie nosi po domu bielizny (tylko szorty luźne) i spi na golasa kąpie się też już nie w 42 stopniach tylko w 35 jak mu powiedziałam że ma być dwa stopnie niższa temperatura niż ciała. zobaczymy co z tego będzie.
Mówiłam mężowi że nie wiem ile pociągnę jeszcze miesięcy tych starań bo z każdym miesiącem u mnie jest coraz gorzej:(
No i chyba zaczynam wariować.Mamy chomika w domu kupiony dla synka kochane zwierzątko a ja złapałam się na tym że mówię do niego jak do dziecka ,tulę go i mówię "pańcia do chomiśiowi papu ale żeby chomiś był grzeczny i nie uciekał"to jest tylko przykład ale gorzej jest z moim synkiem który kiedyś śpiewał mu kołysanki by lepiej mu się spało.
Naprawdę nie wiem ile jeszcze pociągniemy z synkiem prawie przez cały czas wyobrażam sobie wspólne spacery we czwórkę spędzanie czasu razem:(
z wyliczeń wynika że zaczynam 6tc. czyje się troszkę przestraszona gdyż jedyne co mi dolega to lekkie pobolewanie w podbrzuszu. czy nic złego się nie dzieje? w czwartek mam wizytę tzw "potwierdzajaca" nie mam pojęcia czego mogę się spodziewać kiedy zacznę czuć że naprawdę jestem w ciąży i kiedy to do mnie dotrze.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.