Mam jakieś takie przeczucie, że @ niebawem przyjdzie...
niby na razie nic na to nie wskazuje, ale jakoś nie mam przekonania żeby się udało... nic mi ostatnio nie wychodzi, nawet jajecznice przesole, ciągle coś mi z rąk leci, o pamięci nawet nie wspomnę. Więc dlaczego z zajściem w ciążę miałoby się udać? Ehhh. Nie lubię końca cyklu. Zawsze popadam w dolinę, tyle razy widziałam biel na testach
.
Ciężki dzień i w dodatku taki senny przez tą pogodę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 maja 2017, 11:14
36dc. @ nadal brak. Brzuch przestał boleć.
Test zrobiłam - nagatyw. Ale nie spodziewałam się niczego innego będąc na monitoringu cyklu w tym cyklu 
11 tc (10t2d)
Bardzo zły dzień, oj bardzo... Mężul jak mu się ostatnio często zdarza, wyszedł wczoraj w nocy korzystając z tego, że ja wiecznie śpię. Przebił sam siebie - wrócił dziś o 6 rano, a zapewniał mnie, że mam się nie martwić i iść spać, bo on tylko na piwo idzie do kolegi. Taaa... To nie jego pierwszy raz, gdy traci rachubę czasu i myślałam, że jak zajdę w ciążę to trochę się z tym ogarnie. Ale nie - fajnie, bo żona sobie śpi.
I jak zwykle, ja zasypiam ze zmęczenia, a potem obudzę się w środku nocy i nie mogę spać. On nie odbiera telefonu i mam noc z głowy.
Jak już udało mi się zasnąć to spałam jak zabita i nie mogłam się obudzić. Przeleżałam tak do południa a potem ledwo się zwlekłam z łóżka. Dzisiejszy dzień zaliczam do tych słabszych, bezsilnych, beznadziejnych... I oprócz samego samopoczucia najbardziej wkurza mnie to, że ON nie jest dziś dla mnie wsparciem i że wykorzystuje sytuację żeby się bawić...
Dzisiaj miejsce po zastrzyku OKROPNIE boli!! takze chyba jednak dobrze zrobilam ten zastrzyk 
Rano bylam u gina, bo spanikowalam i musialam zobaczyc jakie sa pecherzyki i czy warto podchodzic do procedury teraz.
Są co najmniej 3 ladne pecherzyki: 2.2, 2.1, 1.7, a i czwarty 1.6mm wyglada obiecujaco. A kto wie, moze jeszcze jakis sie schował.. Endometrium pieknie urosło do 11.6mm. Śluz piękny.
Gin tylko skarcił mnie za noszenie spodni.. Takze od jutra tylko w spodnicy, zeby nie bylo infekcji pochwy przed transferem.
Od dzisiaj juz nie biore zadnych zastrzykow, tylko suplementy swoje.
Jutro przed 6 startujemy zeby byc o 8 w Krakowie.
Potem to tylko stres, zeby moje dzieciaczki sie zaplodniły 
Dzisiaj byłam tez na akupunkturze, żeby przygotować jajniki do punkcji.. No ciekawe czy to coś działa. Kolejna wizyta po transferze żeby zarodek się ładnie wgryzł.
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 maja 2017, 20:17
25 dc
13 dpo
Sen - zły, średnio co 2 h wybudzam się i nie mogę zasnąć. I latam w nocy do wc mimo wieczornego ograniczania płynów.
O wybujałych snach już się nawet nie wypowiadam.
Od soboty mam wzmożone wydzielanie śliny, a od niedzieli jest mi niedobrze.
Śluz kremowy, ale rozwodniony.
Jeśli jutro temp nie spadnie, to zrobię test.
Paradoksalnie trochę boję się go robić.
7 DC
Badanie nasienia coraz bliżej , podekscytowanie i strach toczą ze sobą zawziętą walkę. Miejmy nadzieję , że będzie lepiej. Chociaz troszkę. Pogoda dzisiejszego dnia jest okropna, najpierw grad ,potem śnieg,później słońce ... Idzie oszaleć, samopoczucie dostaje niezły wycisk. Sennosc i ból głowy dzisiaj ze mną wygrywają , niestety nie jestem zwolennikiem brania tabletek przeciwbólowych więc pozostała tylko ciepła herbatka i kocyk...
Dziennik pokładowy:
dzień później
No tak. Niewypracowane do końca problemy wracają ze zdwojoną siłą. Chyba do końca nie pokonałam w głowie swój kryzys, tylko po prostu pozwoliłam mu zasnąć. No i wystarczyła mała iskierka... i jebs! Znowu jestem w punkcie wyjścia. Ten wpis miał być nieco inny. Chciałam Wam napisać o swoich obawach, jeszcze wczoraj do południa byłam przekonana, że mimo wszystko zepnę go raczej w optymistyczną klamrę, wiecie - "bo jak nie my, to kto?". Dzisiaj z kolei mam już taki humor, że mam ochotę powiedzieć "KURWA, NIKT". O tak, ostrzeżenie - mogę przeklinać dużo dzisiaj, chociaż jeszcze nie wiem.
Zacznijmy od tego, że w moim domu wszyscy kaszlą i prychają, więc i ja od jakiś dwóch dni wykazuję znów objawy przeziębienia. Cudownie! Wygląda na to, że mamy małą tradycję - jedna zaraza na trymestr. Całe szczęście, że nie ma ich czterech albo pięciu. Daję słowo - w życiu tak często nie chorowałam, jak w ciąży. Także człowiek nie dość, że czuje się rozlazły, to jeszcze MUSI leżeć w łóżku, nie mogąc wesprzeć się jakimikolwiek "normalnymi" lekami. No ale ok, jakoś sobie tłumaczyłam - jeżeli już miałaś zachorować, to lepiej w 31 tygodniu, niż w 38. Już to przechodziłaś, przejdziesz i teraz, znasz "procedury"... Moje napięcie znowu zostało uśpione. Po czym wieczorem dokonałam odkrycia, o którym Wam wczoraj napisałam... Hemoroid Stefan. Ja pierdolę! Od razu pomyślałam sobie o porodzie i połogu - pęknięciach, szwach, krwawiącym odbycie, problemach z wypróżnianiem... I to cholerne uczucie niesprawiedliwości, że hodujesz pod sercem człowieka, Twoje ciało podczas ciąży bardzo wiele znosi, mało tego - ludzie rzucają głupie komentarze, każdy wie, co dla Ciebie najlepsze, musisz tego wszystkiego słuchać, a gdy już wydasz dziecko na świat, to dopiero zaczynają się schody... Musisz być na posterunku 24/7, dopada Cię wyczerpanie, psychiczne i fizyczne, a tu jaka niespodzianka? Piekący hemoroid, przez którego boisz się oddać stolca! No mówię Wam... coś we mnie pękło na nowo (dobrze, że nie hemoroid - hehehe).
I tu przechodzimy do obawy numer jeden... Bo wiecie co - faktycznie, to przecież wszystko jest do przeżycia. Nawet, jeżeli kobieta ponosi jakieś straty w tym boju, to ma też niewspółmierny do wszystkiego zysk - swoje wyczekane, ukochane dziecko. W tym wypadku powiedzenie "cel uświęca środki" jest jak najbardziej adekwatne. Tylko... hm... lepiej znosiłoby się te wszystkie niedogodności, gdybym czuła wsparcie. A nie czuję go w ogóle.
Mój mąż, nie powiem - Anioł. Gdy go o coś proszę, to nie przewraca oczami. Ugotuje, przyniesie obiad nawet pod nos, poleci napełnić moją butelkę z filtrem wodą, której piję ostatnio ogromne ilości. Pod tym względem nie mam co narzekać, chociaż nie wiem, czy stan, w którym Twój partner zachowuje się po prostu jak partner, to jakiś stan nadzwyczajny, ale wszystkie kobiety w moim otoczeniu tak twierdzą. Tylko z drugiej strony, jako przyszli rodzice, patrzymy w zupełnie innych kierunkach. Nie powiem, żebym rwała sobie włosy z głowy i myślała tylko i wyłącznie o przykrych aspektach bycia mamą, ale zwyczajnie mam świadomość, że będę niewyspana, że będę bała się chwycić niemowlę, że prędzej czy później przypałęta się jakieś choróbsko i spanikuję. A mój mąż... cóż. Wychodzi z założenia, że dziecko to głównie "agugugu", przebieranie nóżkami w pozycji leżącej i szczerzenie bezzębnych dziąseł. Kiedy mówię mu, że jestem przerażona, że ja, taki naczelny przodownik spania, będę chodziła bez snu jak na haju (i to już raczej nie chodzi o mnie - boję się, że w takim stanie mogłabym zrobić krzywdę Miśce), to on mi mówi, iż, cytuję: "A może nasze dziecko będzie spało całymi nocami?". Wtedy jestem osrana jeszcze bardziej, gdyż A: żyję z człowiekiem, który twierdzi, że prawdopodobieństwo przesypiania przez noworodka nocy jest wyższe, niż nieprzesypiania, B: żyję z człowiekiem, który nie wiem, o czym myślał przez ostatnie siedem miesięcy, kiedy ja dowiadywałam się, że noworodka trzeba wybudzać na karmienia nawet co 3,4 godziny, nie ważne, czy noc, niedziela czy inne święto. Długo zastanawiałam się, skąd w nim taka utopijna wizja bycia tatą, do momentu, kiedy w majówkę nie odwiedziłam teściów. Trochę z przekorą, pół-żartem, pół-serio (no dobra, całkiem serio), rzuciłam "mamusi", że "mój wspaniały mąż twierdzi, że dziecko nie płacze, nie choruje i śpi jak zabite od momentu narodzin", a "mamusia" na to... "I ma rację - po co zakładać najgorsze?". Najgorsze?! Chyba "prawdopodobne" to lepsze słowo w tym przypadku. Miałam ochotę wstać i wyjść, nie żartuję. Żeby nie było wątpliwości - nie mam potrzeby, żeby mnie ktoś głaskał i dopingował. Po prostu marzy mi się, żeby mój mąż usiadł koło mnie i powiedział: "Też mam stracha, to wszystko, o czym mówisz, może mieć miejsce, ale będziemy się nawzajem wspierać i mniej lub bardziej idealnie wypracujemy sobie metodę działania. Oboje pchamy ten sam wózek, nie jesteś jedyną osobą, która ma świadomość, jak bardzo zmieni się nasze życie". A nie... "Dlaczego zakładasz, że Twoje dziecko będzie płakało, dostanie kiedyś kolki i wyrżnie głową w szczebelki od łóżeczka? PRZECIEŻ TO NIEKONIECZNIE MUSI SIĘ STAĆ!". Dżizas!
No ale mówię - to chyba jakaś rodzinna przypadłość. W święta Wielkanocne dostałam ataku paniki i aż mnie sparaliżowało. Siostra męża nachyliła się do mnie ze swoim rocznym synem, aby dać nam w kopercie magnes ze zdjęciem małego, w podziękowaniu za obecność na roczku. W międzyczasie młody skrzywił się niesamowicie, spojrzałam kątem oka i zobaczyłam... Szwagierka wsadziła stopę malucha w świeżo zaparzoną kawę teściowej. Kurwa - nie wiem, jak mogła tego nie zauważyć. Ja jednak, zanim zdążyłam zareagować, widziałam, że mały trzymał ją tam dobre kilka sekund. Szybka akcja - ściąganie śpiochów, pod zimną wodę, ktoś rzucił jakimś sprayem na odparzenia. I ten krzyk dziecka... nie zapomnę go do końca życia. Serce biło mi jak głupie, źrenice wypełniłyby całe moje oczy, gdyby mogły. Miśka wierzgała się niesamowicie. Mam doskonałą świadomość, jak to jest się poparzyć - nie raz zdarzyło mi się na ułamek sekundy dotknąć palcem rozgrzanego piekarnika, piekło mnie to potem parę dni. No ale tutaj mówimy o dziecku, które ma dużo cieńszą, niezahartowaną skórę, która miała parosekundowy kontakt z wrzątkiem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wszyscy mówili, że "aaa, nic mu nie będzie", a teściowa... zaparzyła sobie drugą kawę zaraz po incydencie. Następnego dnia mały chodził strasznie marudny, płakał, wył i nie dało się go utrzymać na kolanach. Już chciałam powiedzieć - może dlatego, że lata po całym domu z poparzoną stopą owiniętą w jakąś poliestrową skarpetę i z pewnością uciskające go plastikowe papucie? Nikt jednak na to nie wpadł. "Pewnie ma gorszy dzień". Tak, kurwa. Takie ewenementy po jednej stronie rodziny. Także już wiemy, że tam nie mam co szukać wsparcia, gdyż z pewnością każda moja obawa, lęk i myśl zostanie skwitowana: "Nic jej nie jest!". A po drugiej stronie...
Cóż. Po drugiej stronie mamy ekstremum w drugą stronę. Moja matka jest w czarnowidzeniu jeszcze lepsza, niż ja, a do tego wszystko bierze do siebie - też dużo bardziej niż ja. Przykład? Schodzę sobie do kuchni. Po weselu. Zmordowana, jak po maratonie. Nie uśmiecham się od ucha do ucha, bo nie mam siły, na twarzy "resting bitch face". No i ten tekst...
- A panienkę co w dupkę użarło, że ma taką minę?
- Boże, mamo, nic... Jestem zmęczona.
- Zmęczona?! Haha! Gnijesz całymi dniami, Ty jesteś zmęczona?
- Tak, jestem, po weselu.
- Dobre sobie...
- Ja pierniczę - a Ty każdego dnia wstajesz prawą nogą, masz idealny makijaż, włosy i ciuchy i skaczesz pod sufit ze szczęścia?
- No proszę, jaka agresywna... MOŻE POWIEDZ MI OD RAZU. MASZ COŚ DO MNIE? MASZ COŚ DO MNIE, HEEE?! NO DAWAJ! ZJEDŹ STARĄ! NIECH CI ULŻY!
A potem słyszę, jak wypytuje mojego męża, "co ja taka sfochowana", on jej na to, że nie zauważył nic dziwnego, na co moja mama: "no tak... to mamy konflikt na lini matka-córka". KURWA, CO?!
Nie inaczej było dziś rano...
- Idziesz do sklepu?
- Mamo, sorry, ale nigdzie się nie wybieram.
- A to dlaczego?
- Bo boli mnie gardło.
- Jezus Maryja... weź se Tantum Werde!
- Kiedy ja nie mogę ot tak brać byle jakich leków.
- Jakbyś raz sobie psiknęła to by Ci nic nie zaszkodziło!
- Mamo - NIE. Nie mogę. Przerabiałam to już dwa razy. Mam to pod kontrolą.
- Ach tak?! A jak Ci to zejdzie niżej i zarazisz małą, to co zrobisz?!
- ... kurwa nie wiem, powieszę się!
- ... A WIDZISZ, WIEDZIAŁAM! MASZ DO MNIE ŻAL, ŻE CIĘ ZARAZIŁAM! NO, DALEJ, HEEE?! POWIEDZ MI TO W TWARZ! MASZ DO MNIE PRETENSJE! JAAASNE. WSZYSTKO WINA STAREJ MATKI...
Także tego... rozumiecie. Po stronie mojej rodziny też za bardzo nie mam na co liczyć. Moja rodzicielka wszystko przepuszcza przez siebie. Patrzy na mnie jak w lustro i nie wiem, czego szuka - chyba odbicia dla swoich kompleksów i zaniedbań. Tym bardziej boję się pod jej okiem popełniać błędy wychowawcze, które będą nieuniknione. Od złotych rad też nie ucieknę - gdy pokazałam jej kupioną chustę, to stwierdziła, że jestem gópia, że tyle dałam, bo mogła mi obszyć stare prześcieradło. Inna sprawa, że w tym domu czuję się jak królik doświadczalny - nie zliczę, ile razy w ciągu tygodnia puszczają na mnie miarę z siostrą i dywagują nad tym, czy przytyłam, czy nie przytyłam, czy wyglądam, czy nie wyglądam... Chuj mnie strzela normalnie. Raz zresztą pękłam i po tym, jak siostra powiedziała: "A pokaż brzuch, czy masz rozstępy!" odparłam: "Pokażę, jak pokażesz mi dupę. No weź pokaż, pliz!". Zamknęła się.
Moje życie towarzyskie też umarło i nie zapowiada się na rychłą poprawę. Po tym, jak ostatnio zawiozłam do pracy L4 kapnęłam się, że nie mam już żadnych wspólnych tematów do rozmów z ludźmi, z którymi jeszcze jakiś rok temu latałam co parę godzin na kawę i papierosa i marudziliśmy na trudy życia w tym kraju. Moja jedyna przyjaciółka chyba trochę kursuje po innej orbicie niż ja i mam wrażenie, że to tylko kwestia czasu, aż kontakt wykruszy się do zera, bo z pewnością przytłoczy ją fakt, że mam dziecko i nie będę w stanie wejść w jej skórę, gdy będzie mi opowiadała o pracy, chłopaku i życiu studenckim. Obym się myliła, bardzo bym tego chciała. A tak... pozostają inne mamusie. Ale i tu zonk - w zachwalanej przeze mnie ostatnio grupie na fejsie wydarzył się w mojej obecności pierwszy fakap. Ktoś doniósł rodzinie jednej z matek, a dokładnie porobił chyba screeny postów i pokazał je. Zrobił się mega szum. Gdzieś ktoś napisał, że to wina tego, iż ciągle dochodzą nowe gęby i nie można nikomu ufać! Wiecie... ja też jestem stosunkowo nową gębą. Jak tu więc znaleźć wsparcie, gdy ktoś łypie na Ciebie bez zaufania?
Także tego... Jesteśmy przy pierwszej obawie, a ja już napisałam referat.
Druga... dochodzenie do siebie po porodzie. Tak zupełnie serio, to nie boję się bólu. Głównie dlatego, że odkąd pamiętam mam bardzo bolesne miesiączki. Nie, żebym była na tyle naiwna, że twierdzę, iż pól porodowy jest identyczny, ale doskonale znam ten stan, kiedy chwyci skurcz, rozmazuje się obraz, chce się rzygać i nie dociera nic, co ktoś do Ciebie mówi. Można powiedzieć, że do porodu ćwiczyłam całe życie. Za to połóg spędza mi sen z powiek... Rozwalone krocze, pęknięcia, albo co gorzej - nacięcia, bolesne szwy, strach przed zrobieniem siku, obolałe mięśnie... kto wie, może na dokładkę też zapalenie piersi od nawału pokarmu? W sumie odkąd dziewczyny poruszyły na grupie temat nacięcia to jestem przerażona jeszcze bardziej - każda z kilkudziesięciu kobiet napisała, że nacinanie i szycie wspomina gorzej niż sam poród, a niektóre to nawet i rok po czują bliznę. Bardzo intensywnie myślę o tym, żeby zamówić olejek migdałowy i zacząć robić masaż krocza wraz z ćwiczeniami mięśnia Kegla... tylko czy mi kuźwa teraz wolno, z Hemoroidem Stefanem?!
Trzecia obawa... życie łóżkowe. Jakiś czas temu odkryłam, że mój zastój libido miał nie tyle związek z hormonami ciążowymi, co z moją głową. Co jak co, ale zmartwień w drugim trymestrze miałam co nie miara. Niedawno chętka zaczęła mi wracać i byłam tym faktem podekscytowana, od razu podzieliłam się tą wiadomością z mężem. Kurna, mało tego, powiedziałam wprost: "Dziś. Wieczorem. Ściągasz majtki i idziemy się całować.". Byłam przekonana, że po takim poście to rzuci się na mnie niczym zwierz. Co się stało... owego wieczora mój mąż wybrał, kurwa, wirtualizację i zabawę na kupionym z Chin serwerku, i klepał komendy w Linuksie, kiedy ja pachniałam w pościeli. Na koniec podszedł, dał mi buzi i powiedział "dobranoc". Oczywiście, jak to baba - sprułam się dopiero następnego dnia, co to miało być. Dostałam w odpowiedzi, że dałam za mało oczywisty sygnał. Kumacie, co nie? "Pokochajmy się dziś" to mało oczywisty sygnał. Wygląda na to, że z moją gracją słonia i zachwianym środkiem ciężkości powinnam może odstawić zmysłowy striptiz w koronkowej bieliźnie i odstawić mojemu mężowi "50 twarzy Greya" w wersji kobiecej. Ach, i jeszcze dostałam zachętę. "Jak chcesz to proszę - możesz mi zrobić to, to i to...". Haha, już ja Ci zrobię... Serio... Szczerze - czuję się jak słabe ogniwo, na którym stanęła cała nasza intymność. No bo przecież nie kochamy się albo, bo JA mam ciążę zagrożoną, albo MNIE dopadły ciążowe hormony, albo JA daję "za mało oczywisty sygnał". Za chwilę to JA będę zmęczona (no bo przecież nie mąż, według którego dziecko nie jest absorbujące), bo JA mam odchody połogowe albo po prostu to JA będę ta wredna, która nie daje się dotknąć. Jest mi z tym cholernie źle.
No i jeszcze czwarta obawa związana z naszym koczowaniem i upychaniem się w małym pokoiku. Tak zupełnie szczerze - zdarza mi się zapomnieć, że w ogóle kiedykolwiek kupiliśmy mieszkanie. Niektóre decyzje odwlekają się w czasie jak głupie. Ach, szkoda gadać.
W tym wszystkim dobrze, że jest pamiętnik. I Wy, które może choć trochę mnie rozumiecie.
I Miśka, którą i tak, kuźwa, kocham nad życie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 maja 2017, 14:19
1dc 2cs
Nawet nie narzekam, dobrze ze juz @ przyszla, przemecze sie, potem histeroskopia i do przodu:)
I po wizycie. Lekarz zapisał kwas foliowy metylowany i femibion. Nie kazał badać kwasu foliowego. Twierdzi, że tę mutację ma połowa populacji i że to raczej nie powinno mieć wpływu na powodzenie transferu, ale po nim zaleci na wszelki wypadek acard. Jestem trochę spokojniejsza. Może ta mutacja faktycznie nie ma większego znaczenia, ale skoro już ją mam to chyba lepiej łyknąć jakiegoś tabsa - na wszelki wypadek.
Crio zaplanowane na przyszły cykl. Za kilka dni scratching endometrium. Lekarz uznał, że skoro pierwszy transfer zakończył się ciążą biochemiczną, a cykl wcześniej miałam usuwanego polipa i doktor "zadrapał" macicę, to może tym razem to jakoś pomoże. Lekarz uspokaja (taka jego rola), że trzeba czekać na właściwy zarodek. Mam jeszcze dwie szanse. Dużo i niedużo.
18t5d
Maluch co raz czesciej daje o sobie znac,czekam na mega kopniaka 
A poki co rosne,pojawia sie bol nog i kregoslupa
32 tydzień ciąży (31+4)
59 dni do porodu
48 dni do ciąży donoszonej
2 dni do wizyty
Jak się patrzę na swój ostatni wpis z masą serduszek i uśmieszków to rzygać mi się chcę. A to dlatego, że dzisiaj jest mi chujowo. Jakby ktoś dzisiaj zapytał jak się czuję to z przyjemnością jebła bym go w twarz.
Dzisiaj boli mnie kurwa chyba wszystko. Nie chodzi tylko o moją fizyczną stronę, ale i o psychiczną.
Jestem raczej pewna, że moja sytuacja nie zmieni się diametralnie o 180 stopni, że będę mogła nagle chodzić jak gdyby nigdy nic, rozpromieniona i szczęśliwa jak nigdy, bez żadnych dolegliwości, więc pokuszę się o stwierdzenie, że szczerze nie lubię być w ciąży. Niestety. Bo przecież to kurwa taki PIĘKNY stan..
Mimo, że leżę no praktycznie CIĄGLE to bolą mnie plery..może z tego jebanego leżenia? Miałam dzisiaj plan żeby się zbuntować. Wstać i iść w cholerę. Niech się dzieje co chce, ale kurwa leżę dalej. Jak zdechlina.
Chodzę do kibla lać co 20 minut..brak słów.
Od wczoraj musiał dojść jeszcze jakiś ból bioder, a jeszcze plus te plecy to makabra. A i nogi mnie rwą..zajebiście.
Nawet to, że pojutrze mam wizytę mnie nie cieszy. No, bo z czego tu się cieszyć? Że dalej dostanę nakaz leżenia? Może inaczej znosiła bym te dolegliwości gdybym nie musiała tak leżeć, a tak chce mi się tylko beczeć.
Po prostu mam dość.
23dc, 15cs, 2 cpp
Jak to dziś napisałam do jednej z moich koleżanek na naszym ovu "...cykle lecą jak szalone, a my dalej stoimy w tym samym miejscu.Jedyne co się zmienia to PODPASKI x_X". Takie właśnie mam przemyślenia odnośnie całych tych starań. W myślach zadaję sobie pytanie - ILE JESZCZE ?
PMS narasta z każdym dniem...wraz z nim wkurw. To czekanie po prostu dobija, tak samo jak słuchanie non stop w pracy znajomych chwalących się swoimi szkrabami. Nigdy nie podejrzewałam,że starania mogą stać się taką gehenną.
W każdym bądź razie zaczynam odliczać dni do @. Zjawi się jak nic...5 dni i zaczynam zabawę od nowa.
8 maja
21 dzien cyklu
Pojechalam do miasta pozaplacac rachunki na male zakupy.
Nagle olśnienie dzwonie do przyjaciółki z pytaniem: co robi i co u niej.
Zaprosila mnie do siebie. Siedziałyśmy popijałysmy kawe.
Zostawilam synka po dobra opieką.Ale czlowiek ma wyrzuty ze
w ogole wyszedl gdzies miedzy ludzi z domu.Stos pytan zaraz w glowie:
Czy nie za dlugo mnie nie ma?A czy babcia da rade?itp, itd
Taki już los matczyny że matka sie wydaje niezastapiona...
A co do staran..czekam na testowanie..
Kolejny miesiąc i kolejna wizyta. Odzyskałam nadzieję
Zrobiłam wszystkie badania, które lekarz zalecił, praktycznie wszystko w normie oprócz prolaktyny i progesteronu. Prolaktyna podwyższona dostałam już bromergon na zbicie jej. Na temat wodniaka tyle się w internecie naczytałam, że już byłam myśli "usuwamy jajowód", a tu doktorek powiedział, że będziemy go zbijać antybiotykami i plus taki, że w większości przypadków się wchłania
Jutro idę na sonoHSG zobaczyć czy mój "przyjaciel" zapchał mi jajowód. Minus wizyty taki, że na usg nie widać żadnego pęcherzyka
i do tego nie mam PIKu owulacyjnego i mam za niski progesteron, ale podobno to najmniejszy pikuś, bo da się to unormować
Jestem dobrej myśli, mam nadzieję że nie ma co się bać jutrzejszego badania
08. maja 2017
I juz po nastepnej wizycie. Mam zrobic testy na nietolerancje (wyniki bede miala do tygodnia), test na stres, glukoze i insuline. No i oczywiscie zastrzykow ciag dalszy, progesteron, Naltrexone i suplementy. Boze, czy to kiedys sie uda? Jestem juz na diecie niskoglikemicznej i chodze juz glodna. A co bedzie jezeli wyjdzie jeszcze jakies go...?...
Moze nie wyjdzie, ale juz nic mnie nie zdziwi. Zastanawiam sie jeszcze nad genetyka. Czy moze to zbadac? W koncu juz raz poronilam, i nie chce juz tego przechodzic.
Ale jakie badania tu zrobic? Zrobilalbym MTHFR. Ale to tyle kasy znowu... Chyba poczekam do konca roku i moze z klinki mnie skieruja...
Do tego jeszcze przeszlosc mojego meza przesladuje i dobija. Ten stres mnie wykonczy i wiem, ze do niczego dobrego nie prowadzi. Musze wyluzowac... Postaram sie.
20 cykl starań, 16 dc, dziś pregnyl.
Chyba zaczynam wyluzowywać
Kiedyś musi się udać, prawda ?
Mam wrażenie, że pomaga mi Nowenna, nei myślę już tyko i wyłącznie o dziecku
Jest łatwiej, znów mam nadzieję, a jednocześnie brak parcia 
Zostało mi jeszcze tylko 19 dni Nowenny. Już prawie koniec !
Boże, pozwól mi kolejną odmawiać o zdrowie dziecka, a nie o jego poczęcie....
Wróciłam do dietu o niskim IG - czuję się o niebo lepiej
Nie mam takiej ochoty na słodkie, mam ochtę się ruszać
Ogólnie sam plusy. No i endometrium ładniejsze 
Póki co data testowania wypada mi w Dzień Matki - ale staram się nie myśleć o tym jak jakimś znaku, ot tak wyszło 
Dziś śnił mi się pozytwny wynik bety, na niebieskiej kartce z laboratorium Diagnostyki. Tego, które ostatnio wykazało mi biochemiczną. Wynik 7,08, a ja prawie na skrzydłach leciałam po zwolnienie ! Tylko przez moment pojawił się strach - co jeśli znów zacznie spadać ?
No ale to tylko sen. Myślałam wieczorem o ciąży, więc mi się przyśniła - bywa... ;/
4 maja miałam pierwszą wizytę, która zapoczątkowała długi protokół.
Przez dwa cykle brałam pigułki antykoncepcyjne, a teraz od niedzieli codziennie wstrzykuję gonapaptyl daily 0,1., jakoś tak przez 15-17 dni.
Przed procedurą zrobiliśmy badania nasienia i fragmentację DNA plemników.
Niestety nie wyszły one zadowalające. Plemników z fragmentacją jest 38,8%, a koncentracja 16 mln/ml, morfologia 3%. Zwiększona też jest lepkość i upłynnienie.
Ze względu na wysoką fragmentację DNA plemników lekarka zaproponowała nam MACS, czyli magnetycznie aktywowane sortowanie plemników. Podobno metoda, która oddziela plemniki skłonne do apoptozy od tych poprawnych.
Podsumowując, tym razem robimy:
- długi protokół,
- MACS,
- ICSI,
- aktywację komórek,
- Embryogen.
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 maja 2017, 09:11
Zaczęłam kolejny cykl.
Ta @ jest mi na rękę, w sobotę wyjeżdżam z chórem do Niemiec i przynajmniej nie będę musiała się martwić 
I będę mogła pić, a wyjazd z chórem bez picia to nie wyjazd 
HSG umówione. Będzie robione w 12 dc, ale owulacja zazwyczaj jest najszybciej około 16 więc zdążymy 
Walczymy dalej 
Dwa miesiące zawirowań życiowych... i dwa miesiące bez owulacji! Szok. Cykle 35 - dniowe przekształciły się w 18 - dniowe. Wszystko stanęło na głowie. Miesiączki baaaardzo skąpe, wodniste, bez bólów brzucha. Jedyne co je zwiastowało, to migrena... Temperatura stale niska. Starania poszły na bok, od tego miesiąca znów zaczniemy próbować. Trochę się podłamałam brakiem owulacji, ale na szczęście wszystko zaczyna się normować, bo od wczoraj boli mnie cały bok, czyli stara, dobra owulka wraca
cieszę się przeogromnie! Może ten cykl będzie nasz? Zamówiłam zioła ojca sroki na regulację cyklu... Na pewno nie zaszkodzą, a mogą pomóc
W prawdzie to za wcześnie jak na moją owulkę, ale skoro wszystko tak mi się przestawiło, to widocznie tak ma być.
25dc
Piersi chcą mi wybuchnąć !!!
Mam do Was pytanie Kochane: Czy któraś z Was brała luteine ( pod język 2x1 od 15 do 25dc)?
Jeżeli tak czy 25 dnia powinnam zrobić test ciążowy ?
I jeżeli jest pozytywny brać dalej luteine?
Czy zaprzestanie brania luteiny może wpłynąć na ciąże ??
Wiem że powinnam skonsultowac to z lekarzem ale w UK to dla nich czarna magia 
Ps. I jak człowiek ma nie myśleć skoro jest tyle pytań, tylko niewiadomych ?...
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.