MaBi Marzenia o rodzinie... już spełnione :) 2 października 2018, 14:12

Przed chwilą dostałam informację, że dziewczyna która akceptowała zamówienia jednego z naszych klientów zmarła wczoraj na nowotwór płuc... Wszystko poszło szybko, w kwietniu zachorowała a wczoraj był koniec...

Nie znałam jej osobiście, ale jest mi strasznie, strasznie przykro.

Dawno mnie tu nie było. Ale jak przeczytałam, że nawet nie mam prawa do swoich przemyśleń to mi się odechciało. Jedyne miejsce, gdzie mogłam wylać żale. Odpuściłam totalnie, nie biorę leków, nie ma monitoringów, mężowi tez kazałam przestać się faszerować. W niedzielę śniła mi się znowu pozytywna beta i o ironio obudziłam się z bólem brzucha i zbiera mi się na @. Lewa, chora strona brzucha boli aż pod żołądek. Czuję, że życie ze mnie drwi. Z nikim na temat starań nie rozmawiam. Z mężem również, stał się to temat tabu. Jest cholernie bolesny i chyba żyjemy obok tego problemu udając, że wszystko jest ok. Każdy pochłonął się swojej pracy i czas szybko leci. Zaczynają mi wracać bóle związane z endometriozą. Skoro się poddaje, nie mam sił walczyć i jeździć po lekarzach, może ja zwyczajnie nie zasługuje na dziecko? Serce mi jedynie pęka na miliony kawałków, gdy widzę cierpienia dzieci/noworodków wyrządzone przez rodziców w reportażach.

Młoda skończyła wczoraj 8 tygodni. Wazy 5,2 kg. Używa pampersów nr 3 (kupiłam na allegro, bo taniej). W piątek idziemy na szczepienie, mam nadzieje że dobrze je zniesie bo w sobotę mamy wesele... I z tej okazji odciągam mleko laktatorem. Staram się małe porcje o 60 ml, bo po większych mam tak rozhuśtane cycki, że produkują jak głupie, zatykają mi się kanaliki, to boli i stresuje (mam lęk przed zapaleniem piersi i powikłaniami). Po początkowych trudach z kp stwierdzam, że już nie jest tak źle. To wygoda. Nie myślisz o butelkach, przygotowanej wodzie etc. nocy gdy mam dość biorę młodą do łóżka, dostawiam do cyca i zasypiam. Fakt, że czasem je często i po trochu, ale jest znośnie. Choć początkowo miewałam kryzysy zasypiając na siedząco, kiedy ona jadła i jadła.. i nie dziwiłam się dziewczynom które przechodzą na mm.

No i każdy płacz dziecka był komentowany przez osoby postronne: "Ale ty masz pokarm w ogóle? może sie nie najada? nie starcza jej?" no bo przecież jem byle co (tak niektórzy nazywają zdrowe odżywianie czyt osoby otyłe, przekononane o słuszoności kuchni tradycyjnej).
Na szczęście z moją psychiką już lepiej i w głębokim poważaniu mam złote, NIEPROSZONE rady typu : nie noś, nie kołysz, bo rozpieścisz, bo sobie nie dasz rady, nic nie zrobisz. Aż mam ochotę powiedzieć: skubana, przyzwyczaiła się do jedzenia i teraz co chwilę muszę ją karmić.
Wkurwia mnie, jak ktoś się wtrąca i namawia do pasywnego macierzyństwa, które dla mnie jest zaniedbywaniem dziecka.
Teściowa mnie odwiedza czasem, niby miła ale czasem wbije szpilę. Jak to teściowa. Stresuję się, kiedy przewija mi dziecko, kiedy widzę jak tą chusteczką nawilżającą jedzie od tyłka do przodu(!), jak zapina pampresa tak mocno że dziecko ma wszystko później odgniecione, albo całuje dziecko po rękach (a jest palaczem). Już nie mówiąc o próchnicy. Poprosiłam męża by z nią pogadał, to twierdzi że przecież nie całuje po rękach.
Mąż dalej pracuje dużo. Takie to chwilowe, że dziecko zaraz skończy 2 miesiące. Już mi się szkoda dyskutować. Dobrze, że moja mama mnie czasem odwiedza i mogę się drzemnąć za dnia, bo moje dziecko dopolone jest.
I przeszło pierwszy katar. Nie, nie katarek, tylko wstrętne okropne katarzysko, gdzie smarki miała na połowę długości ciała. I przez ten katar spała mi w dzień po 15 minut i ryk. A w nocy nieraz wcale, np. obudziła się o północy i zasnęła o 5. Byłam z nią u lekarza, dostała leki, miała pobran wymaz z nosa (na szczęście wyszedł ok), morofolgię i crp, do tego w domu robiłyśmy inhalacje 4 razy dziennie (które b. lubi - zasypiała podczas ich trwania).
Żeby nudno nie było zaraziłam się od niej tym nieszczęsnym katarem i tak zasmakrane wegetowałyśmy przez tydzień.
Do tego dziecie moje nie uznaje czegoś takiego jak rytm dnia. W sobotę jedne jedyny raz zasnęła zaraz po kąpieli o 19:30 i dzięki temu zrobiłam sobie sałatkę na kolację, obejrzałam mam talent i dychłam. No a wczoraj łaskawie zasnęła o 2 w nocy i obudziła się o 3:40. Raz śpi całą noc, inny razem wybudza się co 1,5-2 h albo nie śpi wcale. Dziś chciała się bawić, wyciągając rączki do karuzeli, rozkopując kocyk. Tak więc nigdy nie wiem, co danego dnia mnie czeka. Mam co chciałam :P
Pięknie się uśmiecha, gaworzy sobie. Interesują ją wszystkie światła w domu (dlatego podczas usypiania muszę chodzić po ciemku bo się rozprasza). Lubi być noszona.
Dostałam chustę. Elastyczną. Nie miałam jeszcze spotkania z doradcą, ale zawiązałam kangurka wg instrukcji na youtubie, wsadziłam małą a ona odpłynęła. Momentalnie. Bez śpiewania, kołysania etc. A ja czułam się, jakbym była w ciąży - w IV trymestrze.

Młoda skończyła wczoraj 8 tygodni. Wazy 5,2 kg. Używa pampersów nr 3 (kupiłam na allegro, bo taniej). W piątek idziemy na szczepienie, mam nadzieje że dobrze je zniesie bo w sobotę mamy wesele... I z tej okazji odciągam mleko laktatorem. Staram się małe porcje o 60 ml, bo po większych mam tak rozhuśtane cycki, że produkują jak głupie, zatykają mi się kanaliki, to boli i stresuje (mam lęk przed zapaleniem piersi i powikłaniami). Po początkowych trudach z kp stwierdzam, że już nie jest tak źle. To wygoda. Nie myślisz o butelkach, przygotowanej wodzie etc. nocy gdy mam dość biorę młodą do łóżka, dostawiam do cyca i zasypiam. Fakt, że czasem je często i po trochu, ale jest znośnie. Choć początkowo miewałam kryzysy zasypiając na siedząco, kiedy ona jadła i jadła.. i nie dziwiłam się dziewczynom które przechodzą na mm.

No i każdy płacz dziecka był komentowany przez osoby postronne: "Ale ty masz pokarm w ogóle? może sie nie najada? nie starcza jej?" no bo przecież jem byle co (tak niektórzy nazywają zdrowe odżywianie czyt osoby otyłe, przekononane o słuszoności kuchni tradycyjnej).
Na szczęście z moją psychiką już lepiej i w głębokim poważaniu mam złote, NIEPROSZONE rady typu : nie noś, nie kołysz, bo rozpieścisz, bo sobie nie dasz rady, nic nie zrobisz. Aż mam ochotę powiedzieć: skubana, przyzwyczaiła się do jedzenia i teraz co chwilę muszę ją karmić.
Wkurwia mnie, jak ktoś się wtrąca i namawia do pasywnego macierzyństwa, które dla mnie jest zaniedbywaniem dziecka.
Teściowa mnie odwiedza czasem, niby miła ale czasem wbije szpilę. Jak to teściowa. Stresuję się, kiedy przewija mi dziecko, kiedy widzę jak tą chusteczką nawilżającą jedzie od tyłka do przodu(!), jak zapina pampresa tak mocno że dziecko ma wszystko później odgniecione, albo całuje dziecko po rękach (a jest palaczem). Już nie mówiąc o próchnicy. Poprosiłam męża by z nią pogadał, to twierdzi że przecież nie całuje po rękach.
Mąż dalej pracuje dużo. Takie to chwilowe, że dziecko zaraz skończy 2 miesiące. Już mi się szkoda dyskutować. Dobrze, że moja mama mnie czasem odwiedza i mogę się drzemnąć za dnia, bo moje dziecko dopolone jest.
I przeszło pierwszy katar. Nie, nie katarek, tylko wstrętne okropne katarzysko, gdzie smarki miała na połowę długości ciała. I przez ten katar spała mi w dzień po 15 minut i ryk. A w nocy nieraz wcale, np. obudziła się o północy i zasnęła o 5. Byłam z nią u lekarza, dostała leki, miała pobran wymaz z nosa (na szczęście wyszedł ok), morofolgię i crp, do tego w domu robiłyśmy inhalacje 4 razy dziennie (które b. lubi - zasypiała podczas ich trwania).
Żeby nudno nie było zaraziłam się od niej tym nieszczęsnym katarem i tak zasmakrane wegetowałyśmy przez tydzień.
Do tego dziecie moje nie uznaje czegoś takiego jak rytm dnia. W sobotę jedne jedyny raz zasnęła zaraz po kąpieli o 19:30 i dzięki temu zrobiłam sobie sałatkę na kolację, obejrzałam mam talent i dychłam. No a wczoraj łaskawie zasnęła o 2 w nocy i obudziła się o 3:40. Raz śpi całą noc, inny razem wybudza się co 1,5-2 h albo nie śpi wcale. Dziś chciała się bawić, wyciągając rączki do karuzeli, rozkopując kocyk. Tak więc nigdy nie wiem, co danego dnia mnie czeka. Mam co chciałam :P
Pięknie się uśmiecha, gaworzy sobie. Interesują ją wszystkie światła w domu (dlatego podczas usypiania muszę chodzić po ciemku bo się rozprasza). Lubi być noszona.
Dostałam chustę. Elastyczną. Nie miałam jeszcze spotkania z doradcą, ale zawiązałam kangurka wg instrukcji na youtubie, wsadziłam małą a ona odpłynęła. Momentalnie. Bez śpiewania, kołysania etc. A ja czułam się, jakbym była w ciąży - w IV trymestrze.

23cs - 27dc - 10dpo

sezon na rzut okiem w gacie uważam za otwarty
w tym cyklu dla odmiany cycki cudownie mnie nie bolą a powinny już dzień dwa po owu
i to tak nie do zniesienia a tu przyjemna odmiana ..bez bólu
no może lekko po bokach ale nie wiem czy nie od siłowni :-)
w gatkach jakby mokro ale zaglądam sucho :-(
wychodzi na to, że w tym cyklu owu była później więc może i cykl się wydłuży? bo w sumie powinny być już plamienia
no nic czekamy .. ale trzeba mieć nerwy ze stali ;-)
marzę marzę marzę..
bo już mi się nie chce siedzieć w szpitalu w poczekalni ..nuda
pleased04.gif

33tc (32+1)

Moje sny są co raz dziwniejsze. Dzisiaj śniło mi się, że urodziłam... mojego chrześniaka 10 mies, 12kg żywej wagi. Po urodzeniu tego kolosa od razu przystawiłam go do piersi, a on ciumkał jak szalony :) Rano koszula zalana mlekiem.


Powoli myślę nad pakowaniem torby do szpitala. Niby mam jeszcze trochę czasu, ale gdzieś tam z tyłu głowy mam myśl, że kiedy na koniec października zdejmą mi pessar wszystko może nagle ruszyć z kopyta... A ja ciągle w polu jeżeli chodzi o organizację wszystkiego.

Co raz częściej wyobrażam sobie jak Emilka będzie wyglądać, jak fajne wpasuje się w nasze życie i jak bardzo pokocha ją cała nasza rodzina ❤

Jestem dziwnie spokojna jeżeli chodzi o poród. Nie boję się bólu jako takiego. O małą też się nie boję, czuję, że wszystko będzie dobrze. Boję się tylko, że coś może się stać ... mi samej. I nigdy nie utulę tego mojego szczęścia. Wiem, to głupie i egoistyczne, ale naprawdę cholernie się tego boję.

DOROTA. ENDOKOBIETA W oczekiwaniu na cud 2 października 2018, 15:32

Jutro odbiór wyników męża, a w czwartek hsg. Od piątku się już tym stresuje. Spokój, jedynie spokój może nas ocalić...łatwo powiedzieć

1 dc. 2 pazdziernik... 8 cykl staran po cp. Tyle sie wydarzylo tyle sie dowiedzialam. Musialam odpoczac od tego miejsca bo pierwsze co robilam jak sie obudzilam to sprawdzalam ovu... Czytalam namietnie..... Wiecie co.... Mialam hsg. Pierwsze w lipcu. Co sie okazalo? Prawy jajowod niedrozny. A lewy przeszedl z oporem. Tak mysle ze my nie mielismy szans na dziecko... Ze cos tam calkiem nie tak bylo... Zmienila lekarza. Koniecznie musialam go zmienic ta kobieta wgl mnie nie sluchala... Jak z placzem tam wchodzilam tak i z placzem wychodzilam... Po drodze uslyszalam ze jedynym ratunkiem dla mnie jest scalenie macic... Ze co ?! Szok i ogromny bol. W zyciu nie podjelabym sie tego. Wole miec 2 niz nie miec zadnej. A potem trafilam do kolejnego doktora. Tam trafilam juz z mezem. I wiecie.... Pierwszy raz nie plakalam trafilam do czlowieka ktory mna kieruje... Ma konkretny plan dzialania i ani razu nie czulam tej watpliwosci zawahania przed tym co mowi i robi. Jestem po 2 gim hsg potwierdzilo niedroznosc prawego jajowodu lewy jest drozny. Robilam rezonans miednicy potwierdzil on 2 odrebne macice bez zadnej przegrody. Przegrode mam ale w pochwie i z tym musze zglosic sie do szpitala na operacje... 7 grudnia.... Tak dlugo.... Czekamy w nadziei

To jeszcze raz uzupełnienie wczorajszego wpisu bo mi skasowało jak dopisałam.
============
Wrzesień zakończył się dobrze.
Październik nie rozpoczął się łatwo.

23.40 - pierwsze wybicie ze snu.
2.30 - słodka muzyka (pochrapywanie = śpi)
2.50 - gwałtowne wybicie ze snu 'wszystko wróciło'
4.22 - cisza. Nie wiem czy śpi. Oddech niby słyszę, rytmiczny, ale czy to sen?
---
6:00 - słyszę lekkie chrapanie i w myślach przeklinam budzik, który za chwilę się odezwie.

Tymczasem budzi się Witek.
- Dzień dobry
- Dzień dobry
- Patrz mamo, słoneczko świeci, to trzeba wstawać
- Tak synku. Myjemy zęby?
- Tak. Tata śpi?
- Tak - tata śpi, ciiichutko.
- Masz mamo - mówi Wit podając mi szczoteczkę po tym jak umył zęby
- Zdejmujemy pieluchę?
- Tak.
- Wyjmiesz sobie z szafy gacie i założysz sam?
- Tak.
/czyli nadspodziewanie gładki poranek po niełatwej nocy/
- Nadmuchasz mi balonik? - pyta Wit.
- Tak, postaram się go odwiązać.

Odwiązać się nie udało, za duży supeł. W międzyczasie wstał mąż. Zmęczenie wypisane na twarzy, a mimo wszystko zagadał do Witka, podjął próbę dodmuchania balonika. Balonik nadal nie chciał się rozwiązać... więc wpadłam na genialny pomysł, że mam jakieś zapasowe... No cóż... niewyspany mąż + balonik, który nie chce się nadmuchać + balonik, który jak już się nadmuchał to pękł Witkowi blisko ucha. Niewyspany mąż + wyjący Wit. Po chu chu te baloniki wyjmowałam - zastanawiam się retorycznie, przeklinając swoją pomysłowość. Wywalamy baloniki, próbujemy przebrnąć przez poranek. Mąż wychodzi do pracy, my z Witkiem zbieramy się do przedszkola. Niby w dobrym tempie, a jednak przybywamy wyjątkowo późno.

Mimo kiepskiego poranka dalej dzień idzie dobrze. Zmierzam się z papierami i kartonami... trochę nawet wywalam. Muszę się z tym jak najszybciej uporać - moim zdaniem wizyty w starym domu mężowi bardzo nie służą (zawsze po takiej wizycie jest skopana nocka...). Dlatego im szybciej zamkniemy ten temat tym lepiej. Po walce z pudłami wsiadam do auta i robię objazd załatwiając to i owo:
- pasmanteria przedłużki zapięcia stanika oraz naprasowanki na dziury
- sklep z materacami - lepsza poduszka dla mężowatego (może coś w spaniu pomoże)?
- Lidl - polowanie na kurtkę i buty dla Witka (buty rozmiaru brak, kurtka rozmiaru brak. Za to mieszanka orzechów dla mężowatego kupiona i trochę spożywczych zaległości)
- stary dom - sprawdzam skrzynkę pocztową (jest! oczekiwana przesyłka), robię foto liczników, zabieram trochę papierów do przebrania

Wracam i już gnam po Wita. W szatni niespodzianka. Przed weekendem dostaliśmy pościel do wyprania. W poniedziałek rano zaniosłam. Po południu, Wit i Tym, solidarnie mieli zasikane paczki do odbioru. Pościel, piżama. Wit jeszcze dodatkową awarię miał w ciągu dnia. Duuużo śmierdzących rzeczy. Zgarnęłam chłopaków na plac zabaw... Wit radosny... do czasu wejścia na plac zabaw. Tam nastąpiła kolejna awaria i od tego momentu z grubsza wszystko źle ;)

Ale... udało się jakoś ten dzień wybronić. Mąż mimo wszystko poszedł po pracy na ściankę. A do nas zlądował Tymek z rodzicami. Chłopaki razem i dość zgodnie się bawili, my posiedzieliśmy przy kolacji - jak za dawnych dobrych czasów sprzed wyprowadzki. (Dzień wcześniej tzn. w niedzielę to my zajrzeliśmy do nich). Teraz znów jest blisko - 5 minut spacerkiem.

Wrócił mąż, małe chłopaki jeszcze chwilę się pobawiły, duże chłopaki ustawili razem nowe radio. Potem Wita do szybkiego mycia, tata opowiedział bajkę, Wit padł. Mąż poszedł po chwili w ślady Witka, ja długi prysznic, jeszcze kawałek książki i też do snu.

Noc... spokojna. Mąż chyba nawet ciągiem do 5:50 przespał. Mi się wydaje, że raz wstawał, ale to nie ważne. Ważne, że to dobra noc była. Rano w kuchni nawet usłyszałam, że lekko pod nosem podśpiewuje. A to bardzo dobry znak.

I tak dla równowagi...
Wstał Wit. Przemierzył w ciszy ze 2 razy mieszkanie, patrząc czy wstaliśmy. Oblicze chmurne, nastrój nieszczególnie przyjaźnie do świata nastawiony. Otworzył usta i wydał z siebie donośne kaszlnięcie. A potem już 'gładko' - nie, nie, nie chcę, nie mogę, nie mooogę, ta łyżeczka nieee, rozlało sięęęęę… ;))

Ale nic to. Noc dobra za nami więc i pokłady cierpliwości na fazę 'wszystko źle' zdecydowanie większe ;)

trójeczka trójeczka? nie tym razem... 2 października 2018, 19:51

w trzecim wpisie pamiętnika znajduje się początek mojej historii.


nic się nie dzieje. czekam.
w usg wszystko ok, do 2 tygodni wszystko się powinno samo oczyścić, z resztą przy tak niskiej i spadającej becie nie ma się co martwić - tak twierdził dziś lekarz.
no i dobrze, chociaż ja bym chciała już, teraz, natychmiast.

dziś podczas badania powiedziałam coś w stylu "kiedy skończy się ten cykl", ale lekarz poprawił mnie, że to była ciąża. cóż, dla mnie nie była. nie na tym etapie. nie potrafię myśleć teraz o tym jak o ciąży, stracie dziecka, bo jak zacznę myśleć w ten sposób to zwariuję. a zwariować nie mogę, bo ktoś musi wspierać męża. mój mąż to kochany, czuły mężczyzna, ale on już planował ustawienie mebli maluszka w pokoju, przeprowadzkę naszą do salonu i oddanie naszej sypialni młodszym i wspólne zabawy małych z roczną obecnie kuzynką. teraz musi pozmieniać z powrotem wszystkie plany na wersję sprzed testu...

lekarz stwierdził też, że chociaż zalecenia ogólne są takie, że należy po poronieniu odczekać 3 miesiące, to on nie widzi na chwilę obecną (czyli de facto przed poronieniem :P) przeciwskazań do starania sie od razu. tylko ja nie mam obecnie w ogóle ochoty na seks. na nic nie mam ochoty, nawet na przytulenie, pocałunek w policzek, pogłaskanie.

ale nie przeszkadzają mi w ogóle kobiety w ciąży, życzę im najlepiej, mam nadzieję, że żadna z nich nie doświadczy problemów w ciąży, urodzi w terminie zdrowe dzieci. nie zazdroszczę. to chyba dobrze :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2018, 15:53

trójeczka trójeczka? nie tym razem... 3 października 2018, 07:19

zapowiada się piękny dzień. ciekawe, czy "endometruim jednorodne grubości 9 mm" (opis z wczorajszego usg) zechce zacząć się dziś złuszczać. a jeśli nie dziś, to czy zacznie w tym tygodniu...

w poniedziałek mam iść na betę. absurd, ale będę szczęśliwa, jeśli zobaczę wynik poniżej 5.

No nie wierzę... rozpisałam się na 2 strony A4 ;) i wszystko mi się skasowało... o masakra. Za 2 dni kończę 18 tydzień i wkraczam w 19. Czas zaczyna pędzić. Byłam wczoraj u gina i mam potwierdzone 100%, że chłopak. Jajka mu świecą aż z daleka ;) Rozmyślam między dwoma imionami Ernest lub Gabriel. Ernest jednak bardziej do mnie przemawia, pomimo mało przychylnych opinii innych ludzi na jego temat ;) Zawsze jak je mówię to panuje chwila ciszy :D Myślałam ewentualnie nad Ignacym również, ale mąż od razu je odrzucił i obstaje za Ernestem. Jak to mi wczoraj babcia powiedziała imię dla syna wybiera ojciec :D:D hahahaha ;) Za 3 tyg mam badania połówkowe, nie mogę się doczekać. Chce usłyszeć, że wszystko jest ok i mieć to z głowy. Teoretycznie mogłabym iść już nawet w piątek, ale gin który będzie je wykonywał powiedział, że zdecydowanie lepiej zrobić je później. U mnie to jakoś wypadnie na początku 21 tygodnia. Remont prawie skończony, czekamy na ostatnie meble. Jest pięknie... W końcu tak jak chce, a nie tak jak ktoś urządził. Teraz jeszcze porządki, układanie itp. Pokój dziecięcy zostawiłam na sam koniec. Póki co pełni trochę funkcje składzika ;) Ale ściany już pomalowane i dywan kupiony ;) Nie mogłam się oprzeć, taki był puchaty. Powoli powinnam zacząć myśleć o wózku. Niby jeszcze dużo czasu, ale znając mnie obudzę się w końcu w 40 tygodniu bez wózka ;) Priorytetem jest dla mnie to żeby w całości mieścił się do bagażnika, razem z gondolą. Nie ma opcji żeby woziła ją z tyłu na siedzeniu, bo mam dwa psiaki, które podróżują z nami i podróżować będą nadal ;) Za tydzień w niedziele planuje iść na targi mamaville, pooglądać i być może kupić coś małego. Wypatrzyłam dziś w necie, że istnieje coś takiego jak kurtka dla dwojga. Kurna jaki to hit, zaraz przewertuje internety żeby jakąś znaleźć! Nadaje się na ciąże, żeby nosić dziecko w chuście a po wyjęciu wkładki można nosić normalnie... Musze ją mieć ;) Bo mówiąc szczerze bolało mnie kupno kurtki na 3-4 miechy ciąży. A na taką to już mniej żal... Od dzisiaj mniej jem ;) Przytyłam już 4,5kg!!! OMG. Pora też włączyć jakieś ćwiczenia poza spacerami... Ale zapomniałam oczywiście wczoraj o zaświadczeniu od gina, że mogę brać udział w zajęciach, eh. Ale to nie wymówka, w domu też można się poruszać. Pełno jest filmików na youtube.

Jestem w szoku ile dziewczyn traci ciąże na bardzo wczesnym etapie. Dopóki nie czytałam tego forum żyłam w błogiej nieświadomości. Strasznie Wam współczuje dziewczyny i myślę o Was.


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2018, 09:24

Krew oddana na betę bardzo proszę o kciuki za ładny przyrost tym razem wierzę że będzie ok

MaBi Marzenia o rodzinie... już spełnione :) 3 października 2018, 13:09

5dc

Okres praktycznie się skończył, jeszcze troszkę plamię, ale bardzo niewiele. Jedyne co mnie dziwi to to że nie spadła mi temperatura za specjalnie. Przez całą fazę lutealną miałam w granicach 37,1, podczas okresu też, dzisiaj dopiero spadła do 36,9.
Może to dlatego, że jestem troszkę chora(coroczny problem z zatokami).

Wczorajszą informację postarałam się przespać, chociaż nie ukrywam, że gdy wróciłam do domu to się popłakałam. Stałam się taką egoistką! Zdałam sobie sprawę, że z własną Siostrą nie rozmawiałam prawie 3 tygodnie, a z Mamą tydzień. Wczoraj to nadrobiłam, gadałam z nimi chyba z półtorej godziny. Co nie zmienia faktu, że cały czas myślę tylko o sobie, badaniach, zabiegu... Muszę to koniecznie zmienić.

Również wczoraj kierownik stwierdził, że nauczy mnie kończyć miesiąc. O_O, że co proszę słucham? Po 5 latach mojej pracy nagle stwierdził, że będzie mnie uczył? Zaskoczył mnie, aż nie wiedziałam co mam powiedzieć. Raczej nie podejrzewa, że chcę się zwolnić, bo nie daję powodów do takich podejrzeń, więc nie wiem o co kaman.


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2018, 13:10

DOROTA. ENDOKOBIETA W oczekiwaniu na cud 3 października 2018, 13:28

Miało być już tylko lepiej, a wyszło jak zawsze. Dlaczego, dlaczego znowu my? Dlaczego te światełko w tunelu zamiast się przybliżać to jest coraz dalej? Prawie rok temu morfologia męża wynosiła 2%, a po rzucenie palenia, zmianie diety i brania witamin morfologia 0%. Stało się to czego obawiałam się najbardziej. W jaki sposób wesprzeć męża gdy on nie mówi co czuje? Tysiąc pytań a zero odpowiedzi.

* Druga bardzo dobra noc pod rząd.
* Wit - przedwczoraj w zabawie powiedział, że auto ma zimowe opony. Do tej pory zastanawia mnie gdzie on o tych zimowych oponach usłyszał. Drobiazg, ale zaskakujący.
* Moje wyniki - hemoglobina dobiła do dolnej normy czyli 12 jednostek. Bardzo dobrze! TSH poniżej 2 więc tfu tfu ta ciąża chyba bez Euthyroxu się obędzie.
* Polowanie... nie jestem zaorawiona w polowaniu na promocje w Lidlu, ale w tym sezonie przyłączyłam się do gry. Buty oczywiście już przebrane, ale dziś upolowałam kurtkę. Yeah! Buty to mój koszmar, nie znoszę kupować Witowi butów!
* dziś przedpołudnie na warsztatach - komunikacja w rodzinie. Pozytywnie... parę spraw do przemyślenia, wdrożenia...

[to już jutro...!!!!!!!!!!!!!!!!!] <3 <3 <3
ŚRODA
Wprost nie mogę uwierzyć, że ten czas tak szybko zleciał! To już jutro! Od jutra zaczynamy ciężką i mam nadzieję, że nie za długą walkę o nasze upragnione szczęście! :) doczekałam się w końcu :) tak się cieszę, emanuję pozytywną energią :D ciekawe ile mnie będzie kosztowało sprowadzenie na ziemię, ale mam nadzieję, że doktor da mi nadzieję, zamiast ją tłamsić :) Dzięki, że jesteście :* . Jakoś mi było łatwiej przetrwać ten czas - pisząc tutaj :) oczywiście dam znać co i jak po wizycie :)
Odebrałam dzisiaj ostatnie wyniki badań: homocysteina w normie, wynosi 6,9 :) więc całkiem całkiem ;) to juz sama nie wiem skąd taka wartość tego kwasu foliowego <zonk>

anemic Wielkie chcenie ... 2 grudnia 2018, 21:00

Okazało się, że moje dziecko jest lwem towarzystwa :D
Ostatnio wypad do centrum handlowego w pełni udany. Na początku była niezadowolona z jazdy w foteliku, ale babcia ją zagadała. W centrum grzeczna, nie płakała, 2 x się nakarmiła. Bardzo się cieszę, że można ją zabrać "w tłum".
W sobotę babcia zajmowała się Hanką, a ja poszłam do fryzjera...nie było mnie 2,5 h - Hanka nawet nie zapłakała :D W chwili, w której pojawiłam się na horyzoncie to rozpłakała się bo przypomniało się jej chyba, ze głodna :D Aha, a ja wróciłam z bólem żołądka ze stresu :D
Haneczka z resztą uwielbia moją Mamę.
Z smutniejszych tematów, mamy epizody kolkowe. Głównie wieczorem, po kąpieli i położeniu do łóżeczka. Tak przerażający płacz, że moje serce pęka. Niestety na jej płacz tak przeraźliwy reaguję płaczę, na który nie mam wpływu, co wiem, że jej nie pomaga. Ostatnio D>jechal wieczorem do apteki po krople, które chyba bardziej pomogły mi, niż jej. Mi- myśl, że "coś" zrobiliśmy.
Wczoraj też był ciężki dzień, nie mogła zrobić kupy, niby wiem, że na piersi może nie robić kilka dni, ale widać było, że próbuje przeć a nic z tego i powoduje to dyskomfort. Cały dzień markotna, płaczliwa, a że miałam mnóstwo pracy (dzisiaj chrzciny były) to byłam przerazona. Na szczęście przyjechała Mama i pomogła mi się ogarnąć. Na prawdę Matki to skarb.
Dzisiaj były chrzciny, HAneczka wyglądała cudownie, miło spędziliśmy czas. HAnka w siódmym niebie - chętnie się nosiła, ucinała drzemki to u chrzestnej, to u babci, smiała się, gaworzyła.
Ja dzięki babci, która rano zajęła się Hanką, ogarnęłam się i wyglądałam w końcu jak człowiek, miałam czas pogadać ze znajomymi, było fajnie.
A, i jeszcze jeden sukces - w ciągu dnia Hanka drzemki ma w łóżeczku, casami 30 min, czasami godzinę, ale zawsze to jakiś czas kiedy mogę np. nic nie robic.

Adaś całą niedzielę miał biegunkę, a o 3 w nocy zaczął wymiotować. Na szczęście nie ma gorączki, mówi, że brzuszek go nie boli i choć nie chce jeść, sporo pije, więc wygląda na wirus. Ale na Wigilię do moich rodziców nie pojedziemy, a tak się na nią cieszyłam :( W zeszłym roku byliśmy na święta u teściów, a to jednak zupełnie co innego. Wiem też, że naszą nieobecnością sprawimy wielki zawód mojej rodzinie, bo też się za nami stęsknili, ale wyjścia nie ma :( Nawet jeżeli Adaś poczuje się lepiej, nie chcę ryzykować zarażenia innych, zwłaszcza dzieci. Moja rodzina na szczęście, poza babcią, wykazuje pełne zrozumienie, ale tak strasznie, strasznie mi szkoda!

Najbardziej niesprawiedliwe w tym wszystkim jest to, że specjalnie przetrzymaliśmy Adasia w domu przez ostatni tydzień, bo w zeszły weekend był przeziębiony i nie chcieliśmy, żeby złapał w żłobku coś na święta i wyjazd do teściów zaraz po. Pracowaliśmy z mężem na zmianę zdalnie, co wcale nie było takie łatwe do zorganizowania. I co? I wszystko na nic, bo mały i tak jakimś cudem złapał to paskudztwo :( Naprawdę czuję, że to okropnie nie fair.

Tłumaczę sobie, że mogło być gorzej i powinnam się cieszyć, że nie mam gorszego powodu do zmartwienia, ale chyba dzisiaj pozwolę sobie na rozżalenie i przeżywanie rozczarowania. Wieczorem urządzimy sobie Wigilię w piżamach we trójkę i do tego czasu muszę się doprowadzić do pionu.

Anakin A gdyby tak... Jeszcze raz? 3 października 2018, 13:50

Ok... Kupilam Linomag. Zobaczymy jak bedzie... Dzieki za rady. A tak btw to myslalam, ze tylko u nas takie problemy ze skora...
Jem za duzo słodyczy. Zdecydowanie za duzo. Krowki. Rafaello. Mleczko z tubki (o zgrozo). Domowego ciasta nie uwazam za slodycze (i tak jem go sporo). Wczoraj po poludniu powiedzialam sobie "dość". Slodycze tylko w sobotę. Reszta tygodnia post. Dzis jadlam chlebki Wasa z dzemem, ale nie liczę tego jako słodycz... Dżem domowy. A musze cos slodkiego, bo mi od razu slabo. Obwiniam kp... Wczoraj postanowilam tez wrocic do cwiczen, bo spacer z wozkiem to za malo. Zaczelam wczoraj od 10min na tzw orbitreku. Dzis pocisne 12min... Malymi kroczkami.
Emil ma ost problemy ze spaniem w ciagu dnia. Odmawia. Jest zmeczony, oczy mu sie kleja i walczy... A jak drzemka to najlepiej przy cycu... Dobrze, ze w nocy spi.


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2018, 13:51

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)