Dzis dramat. Leje. Emil marudzi na maxa. Non stop chce byc na rękach. Jest senny i nerwowy, drapie sie, przysypia przy cycku. Mąż jest więc jakoś sie trzymam, ale jakbym miała byc z nim sama... Zmiana czasu wiec od 6 jesteśmy (ja i Emil, bo mąż spal...) na nogach. Wiadra kawy nie pomagaja...
365 dni.
... 365 dni odkąd nie ma Cię z nami ...
Żyjemy i czekamy na Ciebie.
13dc
Kolejny wpis, kolejne mysli..
Nie uwierzycie jakie emocje dzis mi towarzyszą. Zastanawiam sie czy chce byc matka, czy dalabym rade tak bardzo poswiecic sie innej istocie. Nie wiem czy umialabym sie nim zajac. Jestem juz w pewnym wieku, z przyzwyczajeniami ktore ciezko wyplewic. No i tak po ludzku boje sie podjac tak ciezkiego zadania.
Skad taki strach? Juz tlumacze. Bylismy dzis u chrzesnicy mojego Malża. Szczerze powiem - nie chcialo mi sie zajmowac ta mala dwulatka. Denerwowalo mnie, ze potrzebowala tyle uwagi i wszystko krecilo sie wokol niej. Probowalam sie troche z nia pobawic ale bylam "sztywna" jakos tak mi nie wychodzilo. Moze stalam sie juz starym drewniakiem..
Byc moze nie powinnam umieszczac tu takiego rodzaju notatki, ale w koncu to pamietnik. Gdzie jak nie tu wylewac swoje spostrzerzenia i obawy?
Dziś 5 dzień 7 cyklu starań. Koniec @. Parę dni temu odebrałam wyniki hormonalne: z odchyleń LH/FSH ok 2 no i ta prolaktyna 26 (norma do 25). Czuję, że to ona może być przyczyną niepowodzeń. Próbuję się tego uczepić, bo łatwiej znać przyczynę
Będę próbowała skonsultować się z ginekologiem, może akurat będzie zdania że warto coś zacząć brać na tą prolaktynę. W tym miesiącu z planów również badanie nasienia- pierwsze podejście.
Dziś byliśmy u znajomych- mają 2 miesięcznego synka. Myślałam że będzie mi ciężko ale takie maleństwo dało mi dużo pozytywnej energii i takiego kopa że musi być dobrze. Że się w końcu doczekamy a wtedy w ramionach będę nosić swoje ukochane dziecko 
15dpp
Dziś 2 tygodnie po poronieniu, L4 do 8 listopada. Wszystkich świętych przeleci i ani się obejrzę a ten 8 już będzie. Nie chcę wracać do pracy, nie jestem gotowa tym bardziej w takim czasie przedświątecznym niebawem (pracuje w handlu) gdzie zacznie się ogólne szaleństwo ludzi, mi na kark więcej pracy a najwięcej tego niepotrzebnego stresu. Będę walczyć o L4 do końca roku. Po dwóch poprzednich poronieniach chciałam wrócić jak najszybciej bo myślałam że mi to pomoże przestać myśleć o tym co bolało niestety odbiło się to na moich najbliższych wspolpraciwnicach a ja faktycznie głowę tak zajęłam praca że olałam wszystkie badania jakie chciałam zrobić wmawiajac sobie że jak to.... Ja napewno jestem zdrowa i kolejnym razem się uda. Niby chciałam zajsc jak najszybciej ale strach po tych przejściach był tak silny że co miesiąc odkładam te starania, a to za miesiąc, a to za kolejny i zrobił się prawie rok. I znów powtórka. Dlatego teraz nr 1 jestem ja, nie pieprzona praca JA! Badania wszystkie jakie się da, zmiana gin. Dzwoniłam do Warszawy aby się dowiedzieć jak wyglądają zapisy do słynnej dr Jerzak i jak będę miała badania to w auto i 300 km prosto do niej.
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 października 2018, 18:14
Za nami 9 tyg. Jak minęły? Różnie.
Ogolnie myślałam, że jestem dobrze przygotowana merytorycznie - jak się okazało nie do końca.
Hanna jest dzieckiem grzecznym. Oprócz kilku szaleństw i skoków jest jak marzenie.
Po porodzie najtrudniejsza była dla mnie samotność. D.szybko wrócił do pracy ("zaleta" posiadania własnej firmy), mama nie mogła być ze mną tyle ile potrzebowałam. Czułam się przytłoczona i rozbita. Hormony nie pomagały. Wielkie szczęście, że po cc doszłam błyskawicznie do siebie. Wylałam wiele łez z bezsilności. D. pomagał jak mógł, ale wobec mojego rozchwiania był bezradny. Gdy Haneczka miała czas na ciumcianie i byłam "uwiązana", a po odłożeniu jej był ryk - czułam się beznadziejną matką ( w końcu byłam nią od ok.5 dni to myślałam, że powinnam być blisko ideału). Poza tym zaszokowało mnie, że tak przytłoczyła mnie niemożliwość wyjścia gdzieś samej.
Wychodząc ze szpitala, koleżanka z łóżka obok powiedziała mi, że przy pierwszym dziecku najgorsza była dla niej samotność. Pomyślałam, że mi to nie grozi. A jednak, mimo kochającego partnera, Mamy i ogromnego wsparcia przyjaciółek dopadła mnie ta samotność.
Szczerze podziwiam "samotne matki", które radzą sobie same.
Będąc w ciąży, planowałam i wyobrażałam sobie siebie jako matkę nowoczesną, będącą na czasie z nowinkami. W szkole rodzenia położna miała też dość nowoczesne podejście. Jak się okazało, nie wszystko się u nas sprawdziło. Np. Mieliśmy nie odbijać. U Hanki bez odbijania był dramat. Płacz, ulewanie.
Kłaść mieliśmy na plecach, po czym położna na patronażu kazała kłaść na bokach, a po 4 tyg ofuczała mnie, że za długo kładę na plecach.
W szkole mówili o braku diety, tym się też kierowałam, ale dietę trzymałam 6 tyg.
Ach, i miałam w planie zrobić "plan dnia". Powinnam go była zrobić w twardej okładce żeby bić się tym po głowie
Na tą chwilę mogę dopiero powiedzieć, że zaczynamy mieć jakąś namiastkę planu dnia.
I tak np.
Rano wstajemy ok 8.30, szykowanie się, ogarnianie sypialni,
ok. 9.30-10.00 sniadanie, Hanka "bawi się" w bujaczku, albo leży w koszu (jakkolwiek to brzmi)
o 11.00 musze ją utulić do snu, i jak tylko mam możliwość pozwalam jej spać na mnie, wtedy śpi nawet do 13.00 Jak ją odłożę to śpi z 30-45 min (wspomagam się okapem kuchennym
).
Między 13-14.00 wychodzimy na spacer - ok 1,5-2 h. Ostatnio przy tych kijowych pogodach spacerowalysmy tylko godz.
I od 15/16 robimy obiad, Hanka się bawi. Koło 17 wraca D. i przejmuje Hankę, jemy obiad. I od tej 17/17.30 Hanka robi się marudna i już woli tulić się, albo jak ktoś się nią zajmuje, zagaduje w bujaczku.
18/18.30 kąpiel, karmienie,usypianie
20.00 Hanka śpi już w łóżeczku.
Karmi się ok. 2.00
Teraz chyba rezygnuje z karmienia ok.4, bo wybudza się, musze ją przystawić, ssie 3 razy i zasypia. Później je 6.00 no i dalej róznie, bo czasami dośpi do 8, a czasami już o 7 trzeba znowu się karmic.
Mniej więcej tak to wygląda. Ale na początku nie było najmniejszych szans na plan.
Zaczełam też rozróżniać płacze. Wyczuwam kiedy pojękuje bo jest znudzona albo kiedy głodna co bardzo mnie cieszy. Ogólnie nie pozwalam jej na "wypłakiwanie się", chyba, ze coś robię i słyszę, że to po prostu znudzenie, to nie odrywam się na gwałt, tylko zagaduję, kończe i dopiero biorę.
Jaką jestem Matką? O dziwo spokojną i cierpliwą (choć to nigdy nie były moje zalety
). Staram się też zawsze być "w miarę ogarnięta", mieć porządek w mieszkaniu. Ale też jeżeli mam do wyboru prasowanie a spacer z Haneczką to zawsze wybieram spacer. Jeżeli nie mogę zrobić obiadu to coś zamawiamy. Ale też zaczęłam angażować trochę D.
Czasami gdy mamy odwiedziny, ktoś jest mocno uperfumowany, albo po prostu średnio go lubię (
) nie pozwalam brać Małej na ręce. Nie pozwalam też głaskać po buzi, a już w ogóle dawania buziaków.
Wyprawkę dla Hanki miałam przygotowaną dobrze. Może powinnam mieć więcej o kilka śpiochów w rozm. 54, ale szybko wyzbyłysmy się tego rozmiaru więc to nie problem. Mogłam kupić wanienkę z organizerem. Zabrakło szumisia, ale okap kuchenny dał radę, a teraz mamy karuzelkę z szumem 
Na początku żałowałam, że kupiłam dość wysoki kokon, ale teraz gdy Haneczka zaczyna brac rozmach do obracania się zmieniłam zdanie. Mogę ją spokojnie zostawić na łóżku.
Żałuję, że fotelika nie wybrałam z bazą. Jest to na pewno mega ułatwienie.
D. ładnie zajmuje się Haneczką choć boi się np. kapać. Dzisiaj już bacznie się przyglądał kapieli i może przy następnej kapieli będzie Małą trzymał. Nie chce na siłę, ale nie chcę popuszczać bo im dlużej będzie zwlekał tym trudniej będzie mu się przełamać. Ale zostaje z Hanką na ok. 1,5 h i mogę wtedy wyskoczyć do sklemu czy cos załatwić. D. jest ogólnie oszczędny w okazywaniu uczuć, ale sprawa ma się inaczej względem Córki. Nie ma cudniejszego widoku niż D. wpatrzony w Haneczkę i opowiadający jej coś. Albo mówi jej jaka jest piękna i, że musi jej dać mnóstwo buziaków. Albo gada jej co będą jedli ( w ich wizji zaczynają od golonka) 
Umiejętności Haneczki na tą chwilę:
- uśmiecha się do zabawek, reaguje na twarze. Żeby było śmieszniej, największą radość wykazuje na widok mojej siostry 
- "śledzi" mnie wzrokiem
- piszczy i gaworzy, mam wrażenie, że czasami "odpowiada", choć może to przypadek
- macha rączkami i nóżkami czasami sama jest zaskoczona, że aż tak macha 
- powoli zanika odruch moro
- bierze zamach jakby chciała się odwracać z plecków na boczek, w szczególności gdy lezy na przewijaku. Z boczku na plecy się odwraca, ale to chyba "samo się robi".
- leząc na brzuszku podnosi główkę, pomaga sobie rączkami. Czasami gdy położę Dziobaka (czarno białego z czerwonym nosem ) umie leżeć tak kilka minut.
- mniej ulewa (choć dzisiaj mielismy "ważne zozieraczki", wystroiłam ją i siebie, po czym na 10 min przed wizytą...ulała na siebie, na mnie, na bluzkę, spodnie i pantofle...
To chyba tak ogólnie.
Ach, laktacja znowu w trakcie aktualizacji. Nosz kuźwa jak mnie bola te cycki, można zwariować. Musze kupić wieksze staniki i modlić się, żeby się ustabilizowalo bo łaże jak debil z kapuchą na cyckach.
Warto było czekać 7 lat. Wylać każdą jedną łzę, zrobić wszystkie te badania, łazić po lekarzach. Warto było przesiedzieć 9 msc w domu i przytyć 20 kg. Warto było znieść to wszystko. Dla tej Małej Istotki, która wpatruje się we mnie, w tą jej ufność, że zatroszczymy się o nią, która w naszych ramionach czuje się najbezpieczniej. Mimo czasami zmęczenia, bezradności i niepokoju jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Warto walczyć o takie szczęście.
Wróciłam ze stand-upu więc humorek dopisuje, pośmiałam się, oderwałam myśli i czuje się zajebiście 
Emocje opadły i już staram się znaleźć pozytywy w zaistniałej sytuacji. Oczywiście fakty są następujące i niezmienne.
1. Fakt nr 1: chciałam wrócić do pracy w poniedziałek, byłam na badaniach, nie miałam zaświadczenia o zakończeniu leczenia, ogólny lekarz nie dał, przedłużył chorobowe do piątku, do wizyty u endo. Endo uznał, że mogę wrócić do pracy, nie mam już zwolnienia chorobowego. Zostaję bez zasiłku.
2. Fakt nr 2: W poniedziałek byłam w pracy, zapewniono mnie, że wracam na stare stanowisko. I... we wtorek wysłali mi zwolnienie dyscyplinarne!!! No świnie...
3. Fakt nr 3: Opcja nr 1 na naprawę sytuacji: Odwołanie do sądu. Radca prawny mówi, że sprawa jest wygrana na 200%. Oskarżyli mnie o coś wyssanego z palca, o coś co mam w głowie, nie wiem co sobie ubzdurali. Wiem, że wpływa na to miały 2 osoby fałszywce z mojej BYŁEJ pracy. Bo uwaga! Wzięłam swój kalendarz z terminami wizyt u lekarzy a oni nagadali pracodawcy, że tam miała hasła. Hasła mam w głowie, znam je na pamięć. Kropka. Idąc na zwolnienie zapisałam je pracownikom na kompie.
No i jak mówił prawnik możliwości mam dwie:
Opcja 1. Sąd. Sprawa wygrana. Odszkodowanie 3xmoje wynagrodzenie wiec szału nie ma, byłam sekretarką i oczywiście poprawa świadectwa. Minusy: min pół roku trwania sprawy, prawdopodobny brak pracy ze względu na dyscyplinarkę, mażliwa ugoda z pracodawcą z mniejszym lub zerowym odszkodowaniem.
Opcja 2. Przed pozwem dogadać się o rozwiązanie za porozumieniem stron. Plusy: od razu szukam innej pracy i zapominam o tym wariatkowie, nie latam po sądach, oszczędzam sobie stresu, który jest tak niewskazany w mojej chorobie. Minusy: brak jakiegokolwiek wypowiedzenia, brak zasiłku z bezrobotnego. Zostaje z niczym.
No i byłam u pracodawcy. Chyba chcą iść już na ugodę i dać mi normalne świadectwo pracy. No ale tak jak pisałam rewelacji nie ma bo zostaje z niczym, bez pracy, bez środków do życia i bez satysfakcji, że dostali za swoje. Ciągle zadaje sobie pytanie czy mam siły na batalie po sądach i w mojej aktualnej sytuacji chyba nie mam 
Za to mam teraz nowe możliwości. Jedno jest pewne... przeżyłam w tym miejscu pracy koszmar. Wytrzymałam tam najdłużej, wcześniej rotacja pracowników była co pół roku, czasem co dwa miesiące. Ja też już chyba siedziałam tam za długo. Jeszcze głupia byłam bo szukałam roboty początkiem roku ale nie chciałam ich zostawić więc wszędzie mówiłam, że normalnie musiałabym przejść przed okres wypowiedzenia chociaż z miesiąc no i nikt czekać nie chciał, a miałam wtedy możliwość pójścia do naprawdę fajnej roboty. No głupia ja! Za dobro przypłaciłam teraz takim świństwem. Ale myśl o tym także daje mi jakąś gwarancję, że przecież teraz jestem wolna i rachu ciachu znajdę coś lepszego. Pewne jest jeszcze to, że z deszczu pod rynnę nie wpadnę bo już z pracą gorzej być nie może
Tego jestem pewna 
Cyc do przodu
cv już się aktualizuje, jutro ruszam na podbój lokalnego rynku pracy 
20+2 tydz
w zeszly czwartek (25.10) bylam w szpitalu na wizycie USG polowkowym. Potwierdzila ze to bedzie dziewczynka:) Z dzieciatkiem wszystko w porzadku, tylko lozysko jest nisko I z tego powodu chciala mi zabookowac wizyte w 32 tyg ale jej powiedzialam ze mam juz w 31 grow scan. Dala mi 2 zdjecia ale powiedziala zebym zaplacila za 1 (5£).
Dzisiaj mialam miec wizyte u poloznej, ale nie bylam pewna na ktora godzine, wiec zadzwonilam I sie okazalo ze mam wizyte dopiero w 25 tyg, ale bylam przekonana ze musze miec dzisiaj I mnie umowila, potem sprawdzilam ze jednak nie powinnam dzis miec. Nie wiem co mi sie ubzduralo. No coz, dodatkowy dzien wolny;)
95% ciąży
37+6
Eh i już od tygodnia ciąża DONOSZONA. Nie wierze... jeszcze w lutym bałam się, że będziemy bezdzietni, że mój brzuch nie wytrzyma obciążenia... że blizna pęknie, że niedrożność jelit wpłynie na rozwój mojej córeczki. Co prawda jeszcze nie mówię HOP bo to kamień milowy do porodu i szczęśliwego rozwiązania. Jednak bardzo się ciesze, że dotrwałam do tej pory.
10 dni do poznania mojego szczęścia
Zapomniałam o najważniejszym... byłam u endo, kazał już zejść na dawkę 5 mg na dobę metizolu i kontrolować raz w miesiącu hormony. Mówił, że jak trochę mi się sytuacja z nerwówką uspokoi to żebym pomału rezygnowała też z propranolu (na kołatania serca). I co? Nakazał zachodzić w ciążę. Mówił, że taka dawka metizolu jest już nieszkodliwa, że moje traby nie mają znaczenia bo jak mam genetycznie sprzedać dziecku chorobę tarczycy to zrobię to mimo trabów, mimo leków, mimo leczenia, mimo wycięcia tarczycy. No i nie wiem co mam z tym zrobić... od 3 miesięcy słuchałam tylko, że mam się zabezpieczać i ciąża niewskazana. A on mi gada, że mam zachodzić, tarczyca się w ciąży wyciszy lub jakoś z nią przeżyje te 9 miesięcy, a później wrócimy do mojego leczenia.
Podoba mi się jego zdroworozsądkowe podejście do tematu, przekonuje mnie taka ludzka rozmowa i jego argumenty. Ale nie chce zaszkodzić mojemu nawet teoretycznemu dziecku. Wiem, że szanse są małe... ale lekarz mówił, żebyśmy nawet nie czekali z takimi działaniami jak inseminacja. Mówił, że w moim przypadku najpierw ciąża, później leczenie.
Może to dlatego, że ja tak ładnie się czuję?? Nie wiem co teraz, co począć... Dzisiaj mój 16dc, wydaje mi się, że owu była (o ile była) w 13 dniu więc chyba pojadę na krawędzi i bzyknę się bez gumki.
Każdy mi do tej pory mówił, że mam un9kać ciąży jak ognia i zabezpieczać się na wszelkie sposoby. Że ciąża to zło.... a ten mi mowie "Działajcie".
Mąż mi nie odpuścił, słyszał co mówił lekarz.
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 października 2018, 14:03
W moim mężu mam ogromne wsparcie. Jest nie tylko partnerem, ale też najlepszym przyjacielem. To on potrafi mnie ustawić do pionu, pocieszyć, wesprzeć... To on wciąż powtarza, że damy radę, musimy uzbroić się w cierpliwość i wierzy, że nam się uda.
Od początku cyklu zawsze jest ok... a później przychodzi owulacja i oczekiwanie.
Do tej pory zakończone rozczarowaniem.
Boję się jutra - że temperatura spadnie. Jeszcze bardziej obawiam się wtorku, że ta małpa przyjdzie.
Najgorsze te wieczory, gdy człowiek ma za dużo czasu na myślenie i analizowanie..
_______________________________
księżyc hak
gwoździe gwiazd
przytrzymują niebo
co na głowę chce mi spaść
17 cs, 7dc, 3ds
W sobotę ginekolożka obejrzała wyniki, mnie, i powiedziała że wszystko jest ok. Na jajnikach mam 5 i 7 pęcherzyków antralnych, ale w wyniku stymulacji może się zadziać bardzo różnie, ilość może się powiększyć albo zmniejszyć.
Menopur biorę przez tydzień, do kolejnej soboty, dwa pierwsze dni w dawce 300, potem 225.
Gonapeptyl oczywiście został dalej. Sobotę 3.11 nastąpi decyzja, kiedy pick up.
A więc, od teraz kłuję się dwa razy dziennie. Nawet to polubiłam. Idzie szybko, trochę boli, ale brak siniaków. Zdziwiło mnie trochę, że przez tydzień nie mam żadnego podglądu jajek. Wytłumaczono mi to w ten sposób, że dawka leków jest tak podana, aby nic się nie działo, ale jeśli się COŚ zadzieje, to mam dzwonić. No dobra, pomyślałam, choć przyznam, że średnio mi się podoba takie podejście Invicty. Może to dlatego, że nie mam za sobą nieudanej próby ivf i w zasadzie, nikt nie wie co się wydarzy, więc postępują ze mną taśmowo? Czuję lekkie podenerwowanie, boję się o te swoje jajka, najbardziej o ich jakość. Jednocześnie nie mogę się doczekać pick upu i tego co będzie dalej.
W każdym bądź razie plan na ten tydzień jest taki: czule mówić do swoich jajek, słuchać i śpiewać mantry, nastrajać się pozytywnie, bo przecież wiadomo, ze pozytywne myślenie przyciąga pozytywne zdarzenia...
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 października 2018, 07:47
Wieje, pada, 4 stopnie. Nie mam jeszcze tego spiworka, chyba dzis nie wyjde z domu. Wstalismy 6.20, ale Emil teraz dosypia. Gorsze dni. To jego drapanie sie doprowadza mnie do szalu. Bardzo sie martwie, ze on cierpi przez to i jest nerwowy. Nawet jak ma dobry humor (czyt. nie miauczy), to nie mozna go zostawic na macie, zeby sobie ogladal swiat, bo zaraz sie drapie. NON STOP trzeba byc przy nim i odganiac te male lapki od glowki. Byc moze przez to tak czesto wybudza sie w nocy (co 1,5/2h) na karmienie. I jeszcze od kilku dni zauwazylam, ze jakos tak dziwnie sie wygina w pałąk, odchyla glowe do tylu i plecki w łuk. Wczesniej tego nie robil, wyglada to jakby odczuwal jakis dyskomfort... Biedactwo. Myslalam, ze Fenistil pomaga, ale jednak nie... A moze pomaga a bez niego byloby jeszcze gorzej? Lekarz 05.11, przy okazji szczepionek.
21t3d
W piątek miałam połówkowe badania. Lekarz powiedział, że wszystko super. Tylko kurcze wszystkie poprzednie kobiety siedziały pół h, a mi badanie zrobił w 15 min. Jak to mam wpisane w wydruku kręgosłupa nie uwidoczniono, bo mówił, że dziecko leży na plecach i nie widać. To chyba powinnam pochodzić czy coś żeby zmieniło pozycje? Na szczęście kręgosłup miał sprawdzany już wcześniej przez innego lekarza to się nie martwię. No i zastanawia mnie jeszcze czy on mógł sprawdzić długość szyjki macicy bez USG waginalnego? Bo mam wpisaną długość i nawet nie wiem kiedy zbadał. Poza tym serce, nerki, itp. mniej więcej opowiadał nam co widzimy. Zrobił też jedno zdjęcie 3d twarzy.
Od wczoraj w końcu wiem, że czuje ruchy. Może czułam wcześniej, ale się nie zorientowałam? Od wczoraj czuje wyraźne kopniaki. Mąż jak przyłożył rękę też poczuł kilka razy pod rząd. Jego mina jak poczuł pierwszy ruch bezcenna 
Udało mi się wczoraj upolować na olx kosz mojżesza z płozami kidney valley za 150zł po małych negocjacjach
Cena nowego to 500zł z płozami. Piękny jest.
ehhh, nie pisze, b ojakos naprawde nadal weny nie mam. ledwo sie zebralalm, zeby zrobic jakis wpis do pamietnika, jaki prowadze dla Oli (zalozylam jeszcze w ciazy, chce spisac najwazniejsze wspomnienia, piekne momemnty, rozwoj itp, a potem kiedys w przyszlosci wreczyc jej taka pamiatke). staram sie przynajmniej raz w miesiacy zrobic dla niej wpis 
a co u nas. jestem prawie pewna, ze za chorobe Oli znowu wine ponosi niewinna wizyta w przychodni. poszlysmy badac bioderka, a nastepnego dnia katar itp.... tylko tym razem wszyscy troje jestesmy chorzy. moj maz byl z nami tego dnia i oboje jednoczesnie dzien po zaczelismy smarkac, bol gardla i tak ciagnie sie do teraz. no zesz w morde! my tak rzadko chorujemy... tzn chorowalismy ... Ola nadal zakatrzona. ten katar jest jakis inny niz poprzedni, nie gesteniej tak szybko i jakby dluzje to trwa wszystko, ale Ola fizycznie lepiej to znosi, jakby bardziej odporna byla. nie bylo lzawienia oczu i takiego dnia, ze widac, ze dziecko chore. Slychac, bo chrobocze jej w nosku i sapie itd, ale po budzi ine widac choroby
na szczepienie jutro nie idziemy.
mialam problem z podjeciem decyzji. bo na nfz gdzie chodzimu (rzut beretem, dlatego), najblizszy wolny termin to.... 27 listopada.! czyli miesiac po terminie!.... niestety w Medicover nie jest lepiej. mamy wizyte 14 listopada. i dobrze, ze nie wykupilam szczepionki 6 w 1, bo do medicover nie mozna swojej przyniesc. niby rozumiem, ale bylabym 200 zeta w plecy.... no i niestety w Medicover szczepienie kosztuje 290... wiec tak to wyglada. no ale trudno. cyba przeniesiemy tam szczepienia, bo przynajmniej z terminami lepiej i nie musze sie marwtic czy dostane szcsepionke w aptece. mam tylko nadzieje, ze takie 2 tyg opoznienie szczepienia jest ok, bo jak sprawdzam rozpiske, to niestety bedzie pozniej niz powinno.
no, takze tak u nas.
zmiana czasu nie pomogla. Ola trzyma sie wlasnego garfiku, wiec zamiast o 7 wstajemy teraz o 6.... wczoraj ze zmeczenia poszla spac o 16!!!!! balam sie imprezki o 2 w nocy, ale przebudzila sie na szczescie ok 23, wiec ja w pidzamke przebralam i odciagnelam katar na noc i szybka inhalacja.... bo nie spodziewalam sie, ze drzemka sie tak zakonczy
na szczescie tez dala sie uspic w okolo 40 minut, takze dramatu nie bylo. ale ja niestety nie wyspana. to charczenie w nocy i pokaslywanie przez splywajacy katar po gardle, powodowaly, ze budzilam sie co chwile i patrzylam czy z mala wszystko ok.... ehhhhhh
dzieki Dziewczyny za odwiedziny, zainteresowanie i Wasze komentarze.... jakos na duchu mnie podnosicie
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 października 2018, 09:29
16dpp
Dziś zrobiłam przemeblowanie salonu i cieszę się jak małe dziecko. Uwielbiam zmiany:-) jutro jadę zrobić badania tarczycy, zespół antyfosfolipidowy i wszystko inne co tam mam na tej liście. I męża umowie na to badanie nasienia jak koleżanka wyżej radziła. No a teraz lecę kończyć sprzątanie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 października 2018, 18:14
Pogroziłam, pokrzyczałam i się nie dałam! Rozwiązanie za porozumieniem stron z dniem dzisiejszym, świadectwo poprawione, odebrane od razu. Ruszam na podbój lokalnego rynku pracy
trzymajcie kciuki żeby się szybko coś znalazło 
Teraz już może być tylko lepiej!
Niech żyje wolność, wolność i swoboda.
Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda!
Brzuch przestał mnie boleć jak tylko stamtąd wyszłam, czuje jakbym zdjęła z siebie 100 kg ciężar.
Dni tak szybko lecą. Była impreza i szybko minęła.
Jak się wybawilam, już nie pamiętam jak tak dobrze się bawiłam
Wypiłam ile mogłam. Wytanczylam. Jak mi tego brakowało. Już koledzy myślą nad kolejną imprezę, ja jestem na tak.
Dobry kumpel pytał mnie kiedy bociany do mnie przylecą powiedzialam mu prawdę że niestety dzieci naturalnie mieć nie mogę jedynie ivf. Po 2 nie mam stałej pracy w razie ciąży wywala mnie na bruk,a w moim mieście praca tylko po znajomości.
I powiem że stosunek mego kolegi bardzo się zmienił. Inaczej zaczął rozmawiać, myślę że dobrze jest powiedzieć prawdę niż ukrywać.
2 mój kochany kumpel.ktory już wiedział.o moim problemie pochwalił się że będzie miał 2 córkę. O pierwszą starał się 5 lat więc mnie doskonale rozumie. Jak on wyzywał że życie jest niesprawiedliwe. Tym bardziej powiedział mi historię jego znajomej która dzieci nie chce mieć i 2 razy dokonała aborcji. Mówi że szlak go trafia na takich ludzi. A mi kazał zwiraz kasę na ivf i próbować, ale bez kredytów. Bym miała czyste sumienie że próbowałam.
On jest bardzo rodzinny i dzieci są dla niego wszystkim. Nawet proponował mi abym zaadoptowała malucha, ale ja nie chcę.
Ehhhhh gdyby to wszystko było łatwe.
Mój stwierdził że mamy pecha w życiu. Ani własnego M ani stabilnej dobrej pracy. Jeszcze samochód używany na kredyt może za rok go spłacimy.
I zamiast z górki mamy pod górę. Mój chciał zmienić pracę. Dostał takie oferty że musiał podpisac umowę w starej pracy. Bo jak nie oferowali zarobki 13 zł / godziny to praca 5 dni po 12 h. To umowy 2 tyg na agencji. A ryzykować zima.nie.ma.co
Jakoś los nas nie oszczędza.
Do tego ja już sama nie wiem czy chce tego dziecka czy nie. Człowiek czym jest starszy tym się wszystkiego odechciewa. Ostatnio może przez pogodę stałam się nygusem.
Mój stwierdził podejdziemy do ivf wydamy z 25 tys za 2 próby i będziemy z niczym. Bo tym bardziej mało komu się udaje z naszym problemem. A tym bardziej że mój organizm nie reaguje na te leki.
Mój stwierdził baby kasę przeznaczyć na sprzęt górski i korzystać z życia, póki go mamy, bo nie wiadomo kiedy odejdziemy z tego świata. Ja go rozumiem bo stracił.ojca nagle w wieku 18 lat umarł mu na rękach.
Cykl 22.
16 d.c.
Mea culpa, cofam swoje słowa z ostatniego wpisu i bycie negatywnym prorokiem. Nastawiałam się negatywnie, żeby się mniej rozczarować. Poszłam dziś na monitoring a tu... OWULACJA! Była dziś rano.
Wyniki badań ok - LH skoczyło (dziś rano 40), Estradiol spada (280). Progesteron malutko rośnie.
Seks był wczoraj wieczorem, kolejny będzie dziś wieczorem - lekarz kazał lecieć do domu, ale ja musiałam po wizycie wracać do roboty. Zresztą mąż też w pracy, więc jajeczko musi poczekać.
To moja pierwsza owulacja..pewnie od lat. I zero objawów, poza delikatnymi bólami jajników.
I teraz rozkmina - czy jeśli wczoraj wypiłam butelkę wina (francuskie czerwone, pyszka) z depresji, że nie będę miała owulacji i leczenie znowu nie zadziałało, a dziś rano miałam owulację, to moje dziecko będzie pijane???? No oby nie.
5dc, 4cs
Wpadam w wir pracy, na weekend przylatuje moj brat, potem dalej duuuzo duuzooo pracy, obawiam sie ze nawet nie zauwaze kiedy minie ten miesiac. 
Mialam zrobic jakis plan na ten cykl, ale kompletnie nie moge sie za to zabrac, skupic. Mialam pilnowac sie i lykac codziennie prenatal uno i wit. b12, ale jakos marnie zaczelam... Do tego wzbogacic diete, pilnowac posilkow, wody, zaczac cwiczyc...
Do rzetelnego pomiaru temperatury wroce na kilka dni przed owulacja, tymbardziej ze zawsze jest pozno - 20-22 dc.
Mam jakis ponury humor, zero motywacji, nadzieji, woli walki. Do tego jesienno- juz zimowa aura nie pomaga.
Wroce do Was pozniej 
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.