Nasz rozklad dnia:
Budzimy się ok 8. Chwile „gadamy” sobie w lozku. Potem Em zostaje w pościeli a ja lece do łazienki umyc żeby i twarz. Wracam do sypialni, scielimy lozko i idziemy do salonu. Pora na toalete Emila. Kiedy czekam az z kranu zacznie leciec ciepla woda (do zamoczenia wacikow) zaparza sobie kawe. Wszystko jest wykalkulowane co do sekundy hehe. Potem Emila przewijam, natłuszczam/namaszczam/smaruje popijając moja pierwsza kawusie. Myje mu pyszczek, czyszcze nosek, dezynfekuje glowke… Troche to trwa. Uch. Wtedy na ogol zaczyna marudzić wiec pora na ssanie. Jak już poje i odbeknie – pora na moja toalete. Wstawiam bujaczek do łazienki i biore szybki prysznic gadając sobie z Emilem. Ubieram się i idziemy do kuchni (Em nadal w bujaczku). Robie mój expresowy makijaż i szybkie sniadanie (owsiana, jogurt z owocami etc). Jem z Emilem na kolanach i dopijam moja (zimna już teraz) kawe. Pozniej chwilke bawimy się na macie i oto wybija 10, czyli pora na pierwsza drzemke. Często się awanturuje przy wkładaniu do lozeczka, ale cwaniak dobrze wie o co chodzi. Bo jak znajduje się w lozeczku to zaczyna trzec oczy i wykazywać wszelkie oznaki zmeczenia, ale krzyczeć i tak musi. Zatykam go cyckiem i odplywa w 3 sekundy. Odkladam go i mam chwile dla siebie. Na drugie sniadanie (kanapki) i kompa.
Kiedy Em się budzi to znow zabawy na macie (o ile jest w dobrym humorze i nie trzeba go nosic). Kiedy on się bawi, ja staram się cokolwiek zrobić w domu: odkurzyć, zmyc gary, zlozyc/rozwiesić pranie, poprasować. Trudno jest z nim cos zrobić w domu, bo się drapie… Niby lezy na macie i gryzie zabawke, ja się na chwile odwracam a on już szoruje po glowie. Dlatego prawie non stop przy nim siedze… Jak był mniejszy (lżejszy), to robiłam jakies rzeczy z nim na reku, ale teraz (ponad 7kg) to już ciężko. Ok, w każdym razie wtedy pije tez druga kawe. I najczęściej wciągam cos slodkiego… I tak się bujamy do ok 13. Wtedy nadchodzi pora drugiej drzemki. Ubieramy się i idziemy w miasto. Emil szybko zasypia w wozku. Ja ide do osiedlowych sklepikow (piekarnia, warzywniak) lub do Lidla (po pieluchy np., moje ulubione). Po powrocie czekamy już na powrot męża. Zwykle wtedy jem zupe (przygotowana dzień wcześniej wieczorem, gotuje gar na 2-3 dni). Im bliżej popołudnia/wieczora tym gorszy humorek u dzieciora hehe. Musze go wtedy więcej nosic i zabawiać non stop. Ok 16/17 przychodzi maz… Ok 16 Emil idzie na trzecia krociotka drzemke. Czasem uda nam się (mi i mezowi) zjeść obiad we 2, a czasem we 3 :oP Emil siedzi u mnie na kolanach kiedy jemy. Potem maz się trochę nim zajmuje, a ja szykuje sobie jedzenie na dzień kolejny i troszkę się ogarniam. Wtedy tez się kapie i myje wlosy. Im bliżej 19, tym gorzej… O 19 szykujemy kapiel Emila. Już widze, ze tylko krochmal lub siemię lniane maja sens… Mialam kilkanaście probek Emotopicu Pharmacerisa i nic… W dermokosmetyki już nie wierze. Probowalam tylu… W każdym razie Emil kapac się uwielbia. Caly happy. Gorzej po kapieli, kiedy znow trzeba go całego namascic, podac krople, odkazić. Wtedy często drze się tak, ze boje się, ze sąsiedzi policje wezwa. Bo jest już zmeczony i pewnie piecze go skora przy tych zabiegach. Potem cyc (na szczęście na ogol zasypia od razu) i klade go do lozeczka. Chwilke (dosłownie 15 min) gadam sobie z mezem, wypijam melise i ide do lozka. Czytam sobie (żeby mieć COKOLWIEK z zycia) i staram się jak najszybciej zasnąć. Po ok 1,5-2h już jest pierwsza pobudka… Wtedy biore Emila do siebie, bo nie mam sily wstawac w nocy 10000 razy do lozeczka. I tak cala noc. Co godzine jęki, cycek, odkładam go, trochę jeszcze jeczy, drapie się, musze mu trzymać raczki… Dzis 3 razy zmieniałam mu w nocy pieluchę (raz zasikana, 2 razy kupa). Od 4 do 6 Emil nie spal. Wiercil się, gadal, jeczal, drapal się… Ja nie spalam razem z nim. Ciezej się spi z dzieckiem, które jest już tak ruchliwe i przemieszcza się…
Tak wygląda nasz dzień, który spędzamy caly w domu. Bardzo sie ciesze, ze mamy jakokolwiek rutyne. Gorzej jak jest cos do załatwienia (lekarz mój, Emila, cokolwiek). Jestem wtedy cala w stresie żeby wszystko zgrac z drzemkami, karmieniami, kapiela etc…
Wczoraj byliśmy na szczepieniu. Em wazy 7100. Ladnie zniosl zastrzyk…
Ale mam rewolucję po tym glucophage, a biorę narazie 2x po pół tabletki. I albo sobie wkrecam albo faktycznie waga leci bo brzuch mam jakby mniejszy. Dziś z teściową zakupy i bierzemy się za uszka, pierogi i kuleczki rybne w zalewie. Pomogę jej też trochę ogarnąć chatę bo coś narzeka na biodro, a że ja nadal na L4 to mam czas. Na sylwestra wybieramy się do Ostrołęki mojej ukochanej rodzinki więc muszę zmienić datę diety na 3 stycznia.
Powtórka z rozrywki... Po wczoraj podanym ovitrelle znowu spadek mocy. Mogłabym spać całymi godzinami i ten ból głowy... Podbrzusze lekko pobolewa ale chyba jeszcze ovu nie było. W poprzednim cyklu odczułam dokładnie moment pęknięcia pęcherzyka. To był ból koszmarny. Nie mogłam się w ogóle ruszyć, usiąść, położyć czy zrobić nawet kroku. Mąż przerażony nie wiedział co się dzieje a ja zgięta w pól stałam i płakałam z bólu więc chyba nie przegapię tego momentu.
Myślę o tym czy będzie ovu, czy ovitrelle nie było za późno podane, czy w ogóle coś z tego będzie...
Dzisiaj powoli zaczynam pakować walizki i szykować się do wyjazdu bo ruszamy w sobotę nad ranem. Pewnie ok 3-4. Liczę na całkowite odmóżdżenie i pełen relaks. Już się nie mogę doczekać. Jeszcze trochę się oszukuję że z tego cyklu nic nie będzie, że nadal to czuje, że myślę już tylko o świętach ale... oszukuje sama siebie... zaczyna we mnie narastać coraz większa nadzieja... coraz mocniej liczę że coś z tego będzie... ale nie mogę dać się zwariować, muszę trzeźwo myśleć, nie nakręcać się... ale jak to zrobić ... no jak... boje się rozczarowania...
Mam nadzieje że ten wyjazd trochę mnie zajmie. Wrócę, sylwester, do pracy i testowanie... no i się okaże...
ŚRODA
Cześć!
z urlopu wróciłam... chora
z gorączką, katarem, bólem głowy, ledwo stojąca na nogach... Jednak różnica temperatur tam a tutaj okazała się dotkliwa 
Na urlopie było cudownie, leniwie, odpoczęłam (choć nie ukrywam, że jeszcze trochę mi było mało). Łaziliśmy bez celu wśród pięknych uliczek, zwiedzaliśmy również atrakcje turystyczne, podziwialismy naturę... ogólnie było super
bez pośpiechu, bez myślenia o robocie, bez tych ludzi których widzę na codzień... było tak jak być powinno
odpoczęłam, zrelaksowałam się, wróciłam... i zaczęłam przygotowania do świąt
naprawdę trafił mi się leniwy grudzień z czego jestem niesamowicie zadowolona 
to był idealny moment na relaks psychiczny... bo psychicznie było naprawdę kiepsko...
wpadłam w taki listopadowy dół, pogoda do doopy, szaro, buro, deszczowo i ponuro. Zapracowana, problemy w pracy... już nawet na siebie z mężem warczeliśmy zamiast normalnie rozmawiać. Potrzebny był nam ten odpoczynek.
Serduszkowanie wypadło akurat w czasie mojej największej choroby, więc nie wiem czy coś z tego będzie ze względu na leki które brałam (cóż...) ale było regularnie co 2 dni
trochę męcząco, ale daliśmy radę
właściwie to sama nie wiem kiedy była owu, bo śluz się pojawił bardzo późno i długo trwał. Ale myślę, że raczej się wstrzeliliśmy
zaczyna się moja "ulubiona faza" czyli odliczanie. Faza największej cierpliwości...
Dobrze, że zbliżają się święta to mam się czym zająć
czujecie juz klimat świąt? Bo ja mam wrażenie, że bardziej czułam go tam niż tutaj. Tam każdy nawet najmniejszy sklepik przystrojony, a tutaj... jakoś tak marnie, tylko centrum plus galerie, a reszta lichutko.
Mam plan zrobić pierniki na święta (co roku robię, na szczęście mam taki ekspresowy przepis, gdzie miękną w 2 dni), zupa grzybowa i pierogi, to moje zadanie tegoroczne
lubię święta Bożego Narodzenia i mimo tego, że pewnie będą dość smutne ze względu na sytuację to i tak zamierzam się nimi cieszyć. Im bliżej tym czuję się silniejsza i mam nadzieję, że dam radę odeprzeć atak pt "kiedy dzieci" 
Mieszkanie coraz bardziej wygląda jak mieszkanie
kuchnia już prawie skończona, jeszcze tylko zamontować gniazdka i ledy, w salonie już jest narożnik i meble, meble też przyszły do średniego pokoju, w piątek będą składane... Jest szansa, że na święta będziemy już żyć w normalnych warunkach
i że na święta będzie tu ładnie
przywiozę moją mini choineczkę w weekend i na razie będzie stała w miejscu telewizora, którego jeszcze się nie dorobilismy i pewnie prędko nie będzie
rolety do okien też już zamówione, jeszcze brakuje mi strasznie wieszaka na kurtki i szafek na buty, muszę po świętach to ogarnąć koniecznie
ale już coraz ładniej to wszystko wygląda
nasze gniazdko
Głupia ja:) Moje dziecko będzie mieć przewrażliwioną matkę!
Nie wiem po co mierzyłam sobie codziennie rano temperaturę... Do tej pory utrzymywała się powyżej 37 a dziś tylko 36,7 i się zestresowałam. Pobiegłam na betę pełna najgorszych obaw a tu wynik 6228 i wyliczony przyrost bardzo dobry 
Oświadczam publicznie, że wyrzucam termometr w kąt do następnych starań 
W piątek wieczorem ginekolog, szansę na zarodek i serduszko nie są duże a tak bym chciała w święta już wiedzieć
Miałam plan wizyty u gina w Wigilie (większa szansa na serduszko) ale w miescie w którym akurat będe nie da rady 
"Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić." Harlan Coben
Produkty, których nie lubię jeść na co dzień, przemycam w koktajlach. Codziennie robię 600 mililitrowy szejk ze wszystkiego, co wpadnie w ręce lub kończy się termin ważności. Marchew, jarmuż, rukola, awokado, seler, pietruszka, wszystkie owoce łącznie z cytryną, pestki dyni i inne nasiona. Dosłownie wszystko co da się zmielić :p Ale że taki koktajl warzywny jest czasem ciężki w smaku zawsze jakiś owoc trzeba dodać. Jeśli robię z samych owoców wolę dodać mleko, jeśli warzywa - woda lub sok 100% z pomidorów, pomarańczy czy nawet buraków. Mam w szafce jeszcze sok z kapusty ale tego się obawiam 
Przemycam tam również składniki do mieszanki przeciwzapalnej, czyli pieprz, kurkumę i mielony imbir po pół łyżeczki. Pierwotnie miesza się je w oliwie z oliwek i tak je w różnych potrawach, ale nie byłam w stanie zjeść tego przez cały dzień.
Przed pracą robię mieszankę wieczorem i spokojnie może wystać w lodówce. Żadnych skutków ubocznych w postaci rewolucji żołądkowych nie zauważyłam, a przynajmniej mam świadomość, że jem coś czego normalnie bym nie tknęła i bardziej odżywiam organizm.
Chciałam kompletnie zrezygnować z kawy, ale rano jestem takim kapciem, że jak nie wypiję nie jestem w stanie się obudzić.
Z herbat dodałam morwę białą, która pomaga w regulacji glikemii.
Dziś z rana nieco czułam lewy jajnik, a poza tym cisza. Śluz zniknął.
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 grudnia 2018, 15:03
Jakoś dzisiaj tak się czuje najmniej na cokolwiek, w porównaniu z poprzednimi dniami. Temperatura też jakoś nie nadaje nie myśleć. No nic jutro się wszystko wyjaśni zrobię betę i wszystkie wątpliwości będą rozwiane.
Koło południa pojawiła się sporą ilość czystej krwi i tak się wystraszylam że zadzwoniłam do mojego Gina powiedział że luteina do piątku tak jak miała być. Tryb oszczędny leżeć odpoczywać relaksować się. Jeśli nie pojawi się @ po odstawieniu to we wigilię testowanie bo teraz i tak za wcześnie żeby cokolwiek wyszło.
Dzięki dziewczyny za wsparcie! I nas wszystko w porządku na razie. Mam nadzieję, że tak już zostanie aż do sierpnia. Co prawda są lekkie komplikacje z łożyskiem, ale niegroźne więc... Cieszyć się na razie i czekać na kolejną wizytę.
17 dc. I chyba 1 D.p.o lub w trakcie.
Chcieliśmy zacząć starania już i zrobiliśmy start w niedzielę... Ale... w poniedziałek męża wysłali znów pół Polski dalej i na całe 5 dni
I jestem taka zła, bo tak bardzo ten czas się marnuje... w zeszłym miesiącu też to cały tydzień nie było, ale wtedy się jeszcze nie mogliśmy starac. Mam nadzieję że chociaż nam to na dobre wyjdzie i jak już się uda to nie będzie problemów z donoszeniem ciąży. Ale w styczniu.... Nie odpuszczę, znów trzeba kombinować z urlopem męża w dniach plodnych, no paranoja 
Ja zaczęłam od dziś urlop az do nowego roku... yh czemu ta owulacja nie mogla wypasc tak jak w zeszlym roku w swieta...przynajmniej mąż byłby w domu.
Pamiętam jak zaczęliśmy się wtedy starac, ale byłam wtedy kompletnie zielona kiedy mam owulacje i kompletnie się nie wstrzelilismy.
Kurczę to już rok... masakra... Nie tak sobie wyobrażałam ten rok...gdybym nie straciła dzidzi nosilabym teraz okrągły brzuszek, święta byłyby takie magiczne... niestety...
Ciekawe ile nam znowu zejdzie zanim się uda. W tą wigilię będę życzyć mężowi żebyśmy zostali rodzicami... po raz 2.
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 grudnia 2018, 19:05
Minęło właśnie 3 tygodnie od kiedy jestem bez lekow. Ta moja tarczyca to tańczy jak horągiewka na wietrze.
Tsh 0,15
Ft3 3,86
Ft4 0,93
Tak wiec znowu nadczynnosc ale pozostałe wyniki ładnie w normie. Jutro wizyta wiec pewnie wrócę do leków ale chyba w jakiejś mini dawce... No nie wiem i jakoś wole się nad tym nie zastanawiać. Co ma być to będzie 
Poza tym dziś mój 17 dzień cyklu i chyba dopiero mam owulacje. Od poniedziałku czuje mocny ból z prawej strony, do tego stopnia, że cieżko mi się chodzi. Ostatnio cykle takie krótkie i wydawało mi się, że owu mam w pobliżu 12 dnia. Jeśli teraz jest to dziś kub było wczoraj to zapowiada się dłuższy cykl. Pewnie znowu się wydłużył ze względu na psychikę bo seksu nam nie brakuje i tli się nadzieja, No i jestem bez leków na tarczyce co tez może mieć wpływ przez ten rollercoster hormonalny.
Z dobrych wieści to z nowym rokiem zaczynam nową prace
póki co na zastępstwo, za mniejsze pieniądze ale z możliwością rozwoju i już wiem, że z lepsza atmosfera i z zachowaniem jakichkolwiek zasad, nie to co wcześniej 
Aha, a wracając do tego co wcześniej to ta pipa co zajęła moje miejsce i pogoniła mnie ze stanowiska tak obrabiając mi tyłek razem ze swoją koleżanka kadrowa, długo nie wytrzymała i już złożyła wypowiedzenie. Tak wiec szukają kogoś na moje miejsce. Karma?
W tym roku przeszłam strasznie dużo stresu w byłej pracy związanego na początku z ogromnym kontaktem a co za tym idzie zapierniczem i nerwówką. Skończyło się jeszcze większym stresem zwiazanym z niesłusznymi oskarżeniami, potraktowaniem mnie jak psa, zgnojeniem i zwolnieniem. Zostałam bez środków do życia z dnia na dzień. Zaczęłam intensywniejsze szukanie przyczyny naszej bezdzietności, a kazda wizyta kończyła się płaczem i bezradnością. Przeszłam przez ból i cierpienie. Zachorowałam na gravesa, a moja tarczyca nie współpracuje. Cieszę się, że ten rok już się kończy. Po tym wszystkim wciąż licze, że wyjdzie słońce i wszystko się ułoży. Mimo małych tragedi wiem, że czeka mnie lepszy czas.
Nowa praca- nowy początek już jest
tzn zaraz będzie
pozostaje modlić się o wyzdrowienie i dziecko 
Powiem Wam coś jeszcze... nigdy nie ruszały mnie dziecięce ciuszki, zabawki itd. Ogólnie unikam takich rzeczy lub udaje, że nie widzę. Nigdy nie czułam się ckliwie patrząc na body i buciki. Ale dziś... w auchanie była promka na świąteczne pierdoly i oczywiście na poczet nowej wypłaty dokupilam pare pierdol. Bo przecież co roku trzeba coś dołożyć! I wśród tych setek bombek dojrzałam jedną, jedyną, która przykuła moje spojrzenie i sprawiła, że popatrzyłam na nią oczami kota ze shreka... była to bombka w kształcie niebieskich bucików. W ułamku sekundy przewinęło mi się przez myśl marzenie, że wieszam ją na choince i każe mężowi znaleźć nową ozdobę na naszym na niebiesko przystrojonym drzewku. Wzięłam do ręki i myśle kupić? Czy nie kupić? Może to głupie ale uznałam, że nie chce zapeszać, nie chce żeby w przypadku niepowodzenia leżała i sprawiła mi ból i nie kupiłam. Może nikt jej nie kupi? Była jedna. Może się gdzieś zakopie i na mnie poczeka. Ale liczę na to, że zatestuje w wigilie, w moje imieniny i będę miała prezent dla męża
głupie co... ale w tym roku postanowiliśmy nie robić sobie prezentow wcale bo oboje czekamy tylko na jedno.
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 grudnia 2018, 19:28
Święta swieta a ja płaczę sama w kącie gdzie nikt mnie nie widzi. Gdzie nie pojadę do rodziny tam dzieci. Chrzciny, wpadka, druga ciąża i każdy mnie atakuje kiedy my ze ile to będziemy czekać. Nasza kolej. Co ja mam odpowiadać? Wszystkie przyjaciółki i szwagierki wpadają, a ja muszę planować i się starać. Przykro mi. Chcę wracać do swojego domu. Nie lubię świat.
Milcia ma 16 dni! Co raz lepiej nam idzie wzajemne poznawanie się. Dni mijają mi błyskawicznie, mimo, że noworodek teoretycznie tylko śpi i je. W praktyce pomiędzy spaniem młodej staram się robić coś dla siebie i ogarnąć jako tako chałupę. Codziennie chodzimy też na spacery, obecnie ok. 40 minutowe. To jeszcze niedługo, ale wydłużamy powoli ten czas
w trakcie ciąży te spacery spędzały mi sen z powiek, nie potrafiłam wyobrazić sobie chodzenia bez celu. Jednak okazało się, że sprawia mi to przyjemność
codziennie obieramy inną trasę i jest ok. Dodatkowo jest szansa, że uda mi się zrzucić trochę dupska dzięki dodatkowej dawce ruchu, więc mam motywację dodatkową.
Dzisiaj byliśmy u lekarza, wszystko jest super. Młoda przybrała 300g
Doktor bardzo fajna i rzeczowa. Widać, że zaangażowana.
My karmimy się cycem, ale podczas karmienia ok. 22:00 "dopychamy" trochę mm, bo mała strasznie się darła. Dzięki temu ona jest spokojna, przesypia ok. 4,5h, ja też czuję się lepiej kiedy mogę ciągiem przespać więcej niż 2h. Reszta karmień jest tylko i wyłącznie cycem. Może to egoistyczne z mojej strony, może ktoś to skrytykować, ok przyjmuję to z pokorą. Ja jestem jednak spokojniejsza, Emi tez i to się dla mnie liczy.
A tak poza wszystkim OSZALAŁAM Z MIŁOŚCI
uwielbiam być mamą tej młodej damy, mimo, że czasami jest małym potworkiem 
Tosia ma już skończone 5 tygodni, czekamy na nasze pierwsze święta Bożego Narodzenia 
Wczoraj była u nas czwarty i ostatni raz położna - Mała waży 4300g, a urodziła się z wagą niecałych 3kg więc chyba całkiem ładnie przybiera - jest tylko na mojej piersi i może to nic wielkiego, ale szalenie mnie, jako mamę, to cieszy. Jeszcze będąc w ciąży bardzo chciałam po urodzeniu karmić piersią, ale wiedziałam, że bywa różnie. Cieszę się, że póki co u nas to idzie bezproblemowo i sprawia nam obu wiele radości.
Ostatnio uczyłyśmy się też wiązać chustę w celu noszenia Małej (moja bliska koleżanka jest certyfikowanym doradcą chustonoszenia) - sama idea podoba mi się bardzo, ale wiązanie póki co idzie nam średnio. Trochę mnie stresuje, że Tosia jeszcze nie trzyma główki i tak jak zawiązana jest szczęśliwa, tak sam etap wiązania trochę mnie jeszcze przeraża. Będziemy ćwiczyć 
W weekend ubraliśmy choinkę (dużą i żywą!) i upiekliśmy pierniki
Najbardziej w tych świętach cieszy mnie po prostu ten wspólny czas, który przyjdzie nam spędzić, ze sobą i z naszymi bliskimi.
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 grudnia 2018, 16:31
Problem z kp ciąg dalszy.
W nocy się wybudzała tak często bo podejrzewam, że była głodna- dzisiaj w nocy podałam jej po kolejnym wybudzeniu (ok 40 min po karmieniu) drugąpierś, zasneła i unormowało się spanie.
Za to karmienie w ciągu dnia- to jakiś dramat. Z piersi tyska, ona się krztuśi, jak się zakrztusi to się zrażą i już nie ma opcji jej przystawić. Więc usypiam ją i karmię jak prawie się wybudza.
Wieczorem to samo, pije dwa łyki, drze się, jest wsciekla, zasypia. Teraz czekam aż się wybudzi żeby ją nakarmić.
Jest możliwe, że ona będzie teraz jesc co 4 h w ciągu dnia? Któraś z mam kp coś wie na ten temat?
Dolegliwości brzuszkowe ustały, gazy mniejsze, dzisiaj kupa- po rurce windi.Ogólnie ma dobry czas, "śpiewa", bawi się ładnie- ale woli towarzystwo i to aktywne towarzystwo, czyi trzeba z nią rozmawiać, zagadywać.
A- mam nadzieję, że to nie żadna alergia. Podobno przy uczuleniu na laktozę powinny być biegunki, a u nas raczej nie ma.
Zobaczymy co pokaże jutrzejsze usg.
29 dc.
Wreszcie wczoraj była owulacja. Cieszylam się jak dziecko, jak zobaczyłam tempkę na termometrze. Niestety, ale dłutorwałe starania nie są dobre, nie wpływają dobrze na związek. Pierwszy raz robiłam zastrzyk z ovitrelle, ale bardzo mnie to stresowało, no i później to samo, jak wiedziałam, że musimy, bo wczoraj wieczorem bralam zastrzyk... Byłam w dyskomforcie. Poza tym okazało się, że znowu mam problem z gruczołem Bartholina... Jak nie urok to co innego...
Bardzo się cieszę, że jeszcze tylko jutro i piątek i 5 dni wolnego. Czuję sie przemeęczona. Mąż tak samo, tylko że on ma wolne aż do 7 stycznia. U mnie nie było możliwości pójścia na urlop. Szkoda, bo chętnie bym z mężem spędziła więcej czasu. On praktycznie nie bierze urklopu w ciągu roku. No nic, zaraz nowy rok i nowa pula urlopowa. Z tego roku zostanie mi 2 dni, więc łącznie 28 dni.
Z dobrych wiadomości - przestały mi wypadać włosy. Obstawiam, że to dzięki asparginowi i mojemu żelazu. Do tego piję skrzyp polny, co też jest nie bez znaczenia. Niestety, ale muszę pilnować żelaza, bo zaraz lecą mi włosy.
Dzisiaj kupiliśmy wreszcie choinkę, jest mała doniczkowa, już pięknie przystrojona stoi w kącie sypialni i cieszy oko 
No nic, teraz byle do Sylwestra. Wiem że szybko minie. W Nowy Rok przywita mnie @ i znowu zacznie sie kolejny rok zmagań z niepłodnością. Jutro umawiam się na laparoskopię. Mam nadzieję, że uda się jeszcze załapać na luty, bo nei chcę czekać przy moich cyklach do marca...Trzymajcie kciuki, żeby się udało!
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 grudnia 2018, 22:08
Noce to koszmar. Te jeki. Te wicie sie. Te rycie tuneli na glowie. Jestem odretwiala od lezenia na boku i trzymania go. Sory, ze ja ciagle o tym samym...
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 grudnia 2018, 06:53
Nadzieje mnie opuszczają. Nie ma ku temu żadnych powodów, po prostu myśle - czemu miałoby sie teraz udać? A czemu nie? Denerwuję się po prostu jak przed ważnym egzaminem. To chore żeby doprowadzać się do takiego stanu. Jeśli okresu nie będzie do Wigilii i tak nie będzie to pewny znak, bo już się zdarzył 32-dniowy cykl po lekach. Dziś się kończy branie luteiny, nie wiem czy przerywać żeby nie doszło ewentualnie do poronienia. Jezu... !
27 cykl starań
Wczoraj byliśmy na pierwszej wizycie w klinice leczenia niepłodności w celu konsultacji przed inseminacją. Lekarz uważa, że mamy bardzo dobre wyniki i jesteśmy młodzi. Dlatego proponuje monitoring a później stymulację i wstrzymanie się z inseminacją. Nie wiem co myśleć... Niby wszystko ok a ciąży dalej nie ma. Jedyne co mu nie pasuje to mój prawy jajnik, ponieważ - jak to określił - jest jakby przyklejony do macicy i nie zakontrastował się podczas HSG. Dlatego muszę zdecydować: czy robić znowu HSG, czy laparoskopia. Lekarz nastraszył mnie, że może mam początki endometriozy...także wtedy to dopiero byłoby ciekawie. Niestety przed nami są coraz trudniejsze decyzje...
Dziewczyny, macie rację, że mm to nie trucizna! Jednak obecnie laktoterroryzm jest tak silny, tak często ja sama go doświadczam, że cholera czuję się trochę winna. Zawsze powtarzałam, że nie pozwolę wejść sobie na głowę, że nie dam się zwariować! A okazuje się, że to wcale nie takie łatwe... Ja, która od początku powtarzałam, że nigdy nie będę przegrzewać dziecka (u nas w mieszkaniu zawsze zimą mamy max 20 stopni), przegrzałam młodą już po 2 dniach. Masakra. To samo tyczy się karmienia. Założyłam sobie, że będę starać się karmić piersią, ale jeżeli nie wyjdzie to trudno. Nie muszę być matką Polką bolesną, mój komfort jako matki też jest ważny, bo przecież szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko bla bla... I co? Mimo, ze to najprawdziwsza prawda ja czuję się winna, że RAZ na dobę dam dziecku mm. Jeszcze większa masakra. Przecież to nic strasznego! Ale ta presja wszystkich dookoła, że MUSZĘ karmic wyłącznie cycem, bo stracę pokarm itd. mnie dobija.
Na szczęście w roli mamy czuję się co raz pewniej i zacznę w końcu z tym walczyć! Tradycyjnie dzięki za dobre słowa ❤
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 grudnia 2018, 09:19
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.