Ciąża rozpoczęta 3 sierpnia 2020
No jak w zwykle idealnie nie jest.
Leki na grzybka w końcu damy efekt, uruchomiłam wszystko, nawet to czego się bałam ale nie pytajcie... Ważne, że coś w końcu pomogło. Teraz musiałam wrócić do dopochwowe luteiny więc zobaczymy czy efekt się utrzyma.
Jednak z uwagi na zawirowania to dziś zrobiłam badania żeby wykluczyć problem z pęcherzem. Nie ukrywam, że ostatnio przed snem chodzę do kibelka 4 razy w przeciągu pół godziny albo i krótszym.
Zrobiłam kilka badań i posiew moczu. Niestety na wynik posiewu czeka się 7 dni roboczych więc nieprędko się dowiem konkretów.
Za to wlasnie odebrałam podstawowe wyniki.
Hemoglobina i hematokryt poniżej norm więc chyba wpadam w anemię.
Ku*wa zawsze miałam nisko żelazo i ferrytyne ale morfologia jeszcze trzymała się w ryzach. Teraz czuję, że to poleciało na łeb na szyję. No ale włosy od 2 tyg lecą mi garściami. Może to tutaj leży przyczyna.
Cukier co wcześniej był wysoki to teraz tylko 74. Takie skoki też chyba nie są zbyt dobre. Tendencja jest jednak spadkowa. Zaczęłam od 98,98,87,82,80,74... Jednak czeka mnie krzywa? Czuję takie zjazdy energetyczne. Po jedzeniu albo zasypiam albo muszę zjeść coś słodkiego bo aż mnie telepie. No ale bądźmy szczerzy, przykluta jestem do kanapy to mam wrażenie, że spanie i żarcie to moja jedyna rozrywka.
Tyle, że czuję się jak wrak... No ale jak mam się czuć? Z domu wyjść się nie da. Pogoda do dupy, ludzi mam unikać... No czekolada to moja najlepsza przyjaciolka, a kocyk przyjaciel.
No i mocz podstawowy. Bakterie wyszły nieliczne (jakimś cudem?) ale znowu pokazały się leukocyty i erytrocyty. Wcześniej doktor z kliniki pisała, że jak nie ma leukocytow to nie infekcja pęcherza. To nie wiem jak to traktowac teraz.
Nie wiem jakim cudem co tydzień szczam do kubka i co tydzień inny wynik. No kosmos jakiś.
No i moja ukochana tarczyca... Wyniki w miarę ale tsh cały czas spada (0,57) jednak wolałam jak trzymał się w okolicy 1-1,5 także muszę tego pilnować, żeby znowu nie popaść w nadczynność bo jej leczenie w ciąży jest bardzo niebezpieczne dla dziecka. Zostawiam to do kontroli i najwyżej spróbuję manewrować dawką. Ale to dopiero po kontroli.
Akurat mam endo 29.10 więc jeszcze zbadam przed samą wizyta chociaż tsh.
Co jeszcze? U nas czerwona strefa... Ach... Mi to jakoś różnicy nie robi ale dziś byłam rano w przychodni i siedziałam dość długo i na własne oczy widziałam wyłączony telefon. Sama próbowałam się tydzień dodzwonić. Jak mi się udawało po 8 to się Pani na mnie darła, że trzeba dzwonić o 7.
Wczoraj dzwoniłam 74 razy. W końcu dodzwoniłam się o 8 i udało się uzyskać wizytę telefoniczną i skierowanie. A dziś na badnaich widziałam jak Panie piły kawę w grobowej ciszy w przychodni, a telefon włączymy od 7.50 bo po 8 zaczęli się schodzić lekarze do pracy.
Cyrk... Nie wiem czy tak jest wszędzie. Nie oceniam... A chociaż może jednak oceniam. Uważam, że to nie fair, a składki na NFZ powinny być na ten czas skasowane lub porządnie zmniejszone skoro świadczenia nie są realizowane.
Mój tato od marca czeka na operację ratującą życie. Gdzie? W szpitalu na koszarowej we Wrocławiu, który jest szpitalem zakaźnym. Nie przyjmują. A jego lekarz słynny w TV prof Simon ma czas na ciągle wywiady ale pacjentow swoich olał.
Moja mama od 3 tyg próbuje się dostać na oddział neurologiczny ale albo lekarze na kwarantannie albo oddział zamknięty i tak w koło macieja.
Ja nie mogę znaleźć ginekologa...
No mam dość! Wierzę w tego covida i wychodzę z założenia, że lepiej zabezpieczać się niż leczyć ale służba zdrowia mnie po prostu wkurwia.
Mdłości mnie wykończą. Czuję się tragicznie. O tyle dobrze, że nie wymiotuję, ale mam wrażenie, że to kwestia czasu 😭 Jutro wizyta. Zobaczymy co słychać u lokatora i sprawcy tego całego zamieszania 😊
Z rzeczy przyjemnych- Emila w końcu pozbyła się pieluchy. I udało nam się to właściwie w 2 dni!! Jestem z niej strasznie dumna ❤️ Dzisiaj zaczyna się rekrutacja do przedszkola. Nie mogę uwierzyć, że moja mała dziewczynka jest już tak samodzielna.
5 cs po cp, 4 dpo
Sama nie wiem już co czuję w tej przedziwnej podróży. Z jednej strony trzymam kciuki za ten cykl, liczę, że za tydzień zobaczę dwie kreski. Z drugiej próbuję nie robić sobie zbytnio nadziei, bo wiem jak później boli.
Temperatura wzrosła bardzo mało po owulacji, nie wiem co jest grane. Już zaczęłam podejrzewać cykl bezowulacyjny, ale czułam ból, który mam po owulacji. Albo znam dobrze swoje ciało albo pocieszam się na siłę.
Zrobiłam testy DNA na trombofilię i celiakię i czekam na wyniki. Jak nienormalna odświeżam codziennie.
Ogarniam swoje życie. Umawiam uczniów na korepetycje. Mąż mówi, żebym nie przesadzała z ilością, nie wiem czy boi się, że znajdę w ciążę i nie dam wtedy rady? Nie mogę się ciągle oglądać na ciążę, która niewiadomo kiedy przyjdzie. Nie śmierdzę groszem, więc muszę się odkuć. Nawet jest będę pracować całe dnie. Znajomy trochę wrzucił mnie w projekt, będę miała okazję przypomnieć sobie jak rozmawia się po angielsku z dorosłymi. Może to mi zajmie głowę?
Chciałabym żeby ktoś mi dał w końcu odpowiedź "zajdziesz w ciążę w styczniu", "już jesteś w ciąży", "nigdy nie będziesz mieć dzieci". Planowanie daje mi duży komfort psychiczny, a tak ciągle odmawiam sobie różnych rzeczy bo "jak będę w ciąży". Dziewczyny, może któraś z Was jest wróżką i odpowie mi w komentarzu? 😂😂
Dobre wiadomości są takie, ze aplikacja wyznacza mi dni płodne tak samo jak testy owulacyjne, przynajmniej do tej pory się sprawdzało. A w związku z tym, ze mój mąż w tym miesiącu ma szkolenie w innym mieście to widujemy się tylko w weekendy - wg aplikacja w poniedziałek powinnam mieć dni płodne, wiec nie jest nawet tak najgorzej!
Na początek października umówiłam się luxmed do dobrej i polecanej Pani Doktor 🤞
14 ms starań, 10 cs, 2 dc
Wczoraj - 1 września przyszedł okres. Fizycznie milion razy lżejszy niż w ciągu ostatniego pół roku. Psychicznie.... Chyba najcięższy od roku. Od poprzedniej ciąży biochemicznej.
Była wizyta u ginekologa. Z nowości - wchodzę na lamettę. Zauważył, że mój organizm chyba uodparnia sie na leki. Po zastrzyku z ovitrelle będzie monit czy jeden zastrzyk mi wystarcza wciąż. Dupek po owu. I badania do wykonania. Mutacja MTHFR i w kierunku zespołu antyfosfolipidowego. Chciałam badanie zrobić rano, ale od miesiąca biorę acard i nie wiem czy nie zafałszuje wyników (ktoś ma wiadomości na ten temat i doradzi czy trzeba czekać?). Ostawiam acard na jakiś tydzień - dwa i wtedy zrobię badania.
Jutro zamawiam test na mutacje z testDNA. Od razu rozszerzony.
Nie chcę myśleć o tym co się stało. Mam plan, muszę się na tym skupić, żeby nie rozsypać się na milion kawałków. Już na prawdę nie wiem co więcej mogłabym zrobić ...
25 dc
Mam już wyniki badań p/c p. antygenom łożyska i p. plemnikowe, są ujemne. Kir wyszedł bx, więc ponoć dobry i mam wszystkie te najważniejsze Kiry implantacyjne, oczywiście wynik do interpretacji dla lekarza. Ale dziewczyny na forum i Internety mówią że to nie tutaj jest problem. Wczoraj byłam u gin, zrobiła USG, jajniki już doszły do siebie, wypełniliśmy wszystkie dokumenty do crio ale powiedziałam gin że immunolog zlecił mi badania i dopiero po wynikach i wizycie u immuno mam zgłosić się przed owulacja w celu przygotowania się do crio. Gin powiedziała, że zastosuje się do zaleceń immuno i wszystko świetnie, tylko co jak tutaj nic nie wyjdzie?? Czego szukać dalej?? Wybieram się jeszcze do rodzinnego, po skierowanie na krzywe, chociaż narazie odkładam to w czasie. Więc jak chodzi o starania to znowu nic się nie będzie działo. Zostało mi kilka testów owulacyjnych i o dziwo teraz wyszły pięknie, byla mocna kreseczka w piątek popołudniu i wtedy było ❤️, chciałam w sobotę znowu małża zbałamucić ale bolała go głowa 😁🤣 więc odpuściłam, bo już nie chcę robić wszystkiego po ,,te dni,, ale oczywiście w głowie jest myśl, że może akurat się uda 🙄 ta nadzieja chyba nigdy się nie skończy.
Na weekendzie przebiegliśmy z małżem Runmageddon, było super, trasa dłuższa niż dwa lata temu, ale moja kondycja to porażka, ale w sumie odpuściłam treningi od stymulacji, później transfer, ciaza biochemiczna, oczekiwanie na @. Ale daliśmy radę, to nic że mam siniko krwiaki i wyglądam jakby mnie ktoś pobił ( gin ani słowem nie skomentowala podczas badania moje krwiaczki na udach i ogromne siniaki na kolanach 😅).
Od wczoraj wieczorem jesteśmy w zakopcu, niestety jutro już powrót. W pracy coraz więcej obowiązków, oczywiście bez dodatkowej kasy. Chyba czasami lepiej udawać że czegoś się nie potrafi i dają spokój, a jak zobaczą że dajesz radę to będą dorzucac kolejne rzeczy. 🙄 Urlop?? Chyba w tym roku już nawet nie będę planowala, ze może się uda się pójść w kolejnym miesiącu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 września 2020, 08:48
Dziś 46 dc jak dojdę do poniedziałku to pobije życiowy rekord w długości cyklu wynoszący do tej pory 50 dni ... jutro na szczęście z rana mam wizyte u mojej Pani Doktor, zobaczymy co dalej... nie moge sie doczekać juz... poza tym juz olałam temat czy okres jest czy nie.. bo ilez mozna sie tym denerwować... zreszta ostatnio jestem jakimś kłębkiem nerwów, ale urlop na horyzoncie i liczę, ze wyluzujemy z Mężem, ba! Nawet pozwolimy sobie na szklaneczkę rumu z cola, siądziemy i bedziemy oglądać zdjecia z naszych podróży, snując marzenia o kolejnych bliskich bądź dalekich w dwójkę bądź juz trójkę 😁 jutro robie jakis konstruktywny wpis bo ilez mozna pisać o jednym ciągnącym sie cyklu 😉
Mamy wyniki. Prawie wszystkie, brakuje jeszcze receptywności endometrium z CD138 i macicznych komórek NK. Na ten wynik trzeba czekać jeszcze tydzień.
cross match 39.1%
allo mlr 0.0%
ANA3 dodatnie ale ten parametr nie ma znaczenia dla zajścia w ciąże ani na jej rozwój.
Co mogę napisać o tych wynikach? Nie jest dobrze. Jak zwykle z resztą. Mamy jakiegoś mega pecha, już sama nie wiem jak to określić. Po prostu z każdej strony jest coś nie tak...
Począwszy od niskiego amh, słabą jakość komórek, obniżone parametry nasienia, brak kirów implantacyjnych, na uczuleniu na męża skończywszy. Nie wiem dokładnie co znaczą te parametry. Czytam, szukam ale u każdej pary zestaw problemów jest inny, więc zalecenia są różne. Wyczytałam, że cross match jest to zbicia, trzeba mnie "odczulić", osłabić mój organizm,żeby się nie zorientował, że jest w nim coś obcego i żeby do cholery nie atakował zarodka. W tym celu można zastosować immunosupresje, czyli kuracja sterydami, czytałam też o szczepieniach limfocytami partnera. Czekam na wizytę, nie analizuje bo tak szczerze mam dość. Jestem już tym zmęczona. Nasza walka trwa 1.5 roku, w kwietniu minął rok leczenia w klinice, w sierpniu minie rok od pierwszej stymulacji... a w ciąży jak nie byłam, tak nie jestem, a czuje,że każdy wynik badania jeszcze bardziej mnie od ciąży oddala. Mamy szereg problemów do pokonania i zostawiam to lekarzom. To oni skończyli studia, kursy, mają doświadczenie, więc niech nam pomogą.
Na ten moment nie mam siły walczyć. Musze odpocząć, przygotować się psychicznie do kolejnej próby.
06.06 konsultacja immunologiczna.
13.06 wizyta w klinice, na której ustalimy plan działania w oparciu o wyniki receptywności i zalecenia P.
Po tych wizytach rzucam wszystko i lece na urlop. Nawet nie czekaliśmy na to co lekarze nam powiedzą, po prostu zarezerwowaliśmy wycieczkę. Gorący, słoneczny Egipt , jego lazurowe wody i kolorowe rafy koralowe kuszą mnie i zachęcają do odpoczynku. Zemsta Faraona czycha na mnie, więc żadne antybiotyki czy sterydy nie jadą ze mną bo nie chciałabym, żeby Faraon mnie dopadł. W końcu mam zajebiście silny organizm, nie będzie miał ze mną szans jeśli go nie osłabie,nawet z zarodkami wygrywa.
Po powrocie działam i zaczynam przygotowania do transferu.
Oczywiście lece z mężem, na którego jestem uczulona. To jest tak głupie, że aż śmieszne. Powinnam kichać, gdy się do mnie zbliża? Może drapać? Na pierwszej randce trzeba było cross match zbadać.
Czuje, że weszłam w nową fazę wkurwu i rozżalenia. To faza pod tytułem "wszystko mi jedno, róbcie tak by było dobrze", przecież i tak nie mam na nic wpływu. Nawet mi się już płakać nie chce bo ile można.
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 czerwca 2024, 15:30
Jestem po kolejnym transferze, na nic nie liczę, a raczej bardziej na porażkę, objawów raczej brak, dzień po transferze trochę pobolewał mnie brzuch, zaczęłam brać więcej magnezu. Mąż prosił, żebym tym razem nie robiła testów, a już na pewno nie na tym etapie.
Witaj Nowy Roku, bądź dla nas łaskawy.
Czytałam przed chwilą swój ostatni wpis w pamiętniku i jestem w szoku jak ten czas pędzi. Od sierpnia wydarzyło się bardzo wiele, przeżyliśmy kolejne ciężkie momenty, drżąc o zdrowie swoje i bliskich nam osób. Na szczęście w większości wszystko dobrze się skończyło, ale strasznie mnie ten rok poturbował. Pod koniec roku zaczęłam się też martwić o swoje zdrowie. Mój organizm zaczął wysyłać mi dziwne, neurologiczne sygnały, a ja, urodzona pesymistka, tworzyłam w głowie same najgorsze scenariusze. Dziś już jestem prawie pewna, że to wszystko przez stres, ale naprawdę się przestraszyłam. Jak tylko pomyślałam, że nasze podejście do IVF może jeszcze bardziej odwlec się w czasie to czułam paraliżujący strach.
Święta były dla mnie trudne. Choć byłam pełna wdzięczności, że wigilię spędzamy w komplecie, to jednak od kilku lat ciężko jest mi w pełni cieszyć się tym czasem. Odkąd bezskutecznie staramy się o dziecko święta straciły dla mnie urok, a cała "magia świąt" gdzieś uleciała. Podzieliłam się tymi emocjami z bliską mi dziewczyną, moją staraniową przyjaciółką. Odpisała mi wtedy, że tę magię tworzy rodzina, a skoro my ciągle mamy poczucie, że kogoś w niej brakuje to ciężko się cieszyć. To prawda - czujemy pustkę, która w tym świątecznym czasie jest jeszcze bardziej odczuwalna.
Ostatnio czuję się przytłoczona informacjami o kolejnych ciążach. W okresie świątecznym instagram był przepełniony takimi wiadomościami. Dużo w ostatnim czasie ciąż wśród znajomych. Często takich bez wysiłku, ze zdziwieniem: "wow, nie myśleliśmy, że uda się tak szybko". Zazdroszczę. Tak po ludzku zazdroszczę tej beztroski. Jednocześnie cieszą mnie wszystkie wywalczone ciąże koleżanek z długim stażem starań. Ich historie napawają mnie nadzieją, że gdzieś tam na końcu tej zawiłej drogi czeka piękny finał. Słysząc kolejne informacje o ciążach czuję się jednak trochę wyobcowana. Nadal nie potrafię zrozumieć dlaczego nie potrafimy począć dziecka. Dlaczego akurat my?
Ubiegły rok zafundował nam wiele trudnych momentów. Chcę oddzielić to, co było grubą krechą i zacząć ten rok z czystą kartą. Mam nadzieję, że ten rok będzie dla nas przełomowy. Już niedługo, bo 17 stycznia, mamy wizytę kwalifikacyjną. Zrobimy wtedy wszystkie niezbędne badania i jeśli wszystko będzie dobrze to w kolejnym cyklu zaczynamy stymulację. Jestem podekscytowana i przerażona jednocześnie. Cieszę się, bo wiem, że to ogromny krok naprzód. IVF to najskuteczniejsza metoda walki z niepłodnością, realna szansa na upragnione dziecko. Boję się, bo wiem, że to wcale nie jest prosta droga - masa zastrzyków, burza hormonów, możliwe skutki uboczne. Boję się, bo wiem, że pierwszy transfer wcale nie musi dać ciąży. Ba, pierwsza procedura wcale nie musi dać nam zarodków. Może być też tak, że w ogóle nie doczekamy się dziecka. Boję się, że okaże się, że jesteśmy niedopasowani genetycznie, bo przecież nasze wyniki badań są dobre. Mam masę obaw, ale chcę spróbować, bo tylko walcząc mogę wygrać. Czuję ogromną wdzięczność, że medycyna umożliwia nam takie rzeczy. Już to kiedyś pisałam, ale powtórzę się - dla mnie in vitro to prawdziwy cud medycyny. Jestem też ogromnie wdzięczna za refundację, która umożliwia nam podejście do IVF bez konieczności rezygnacji z budowy wymarzonego domu. Możemy próbować spełniać nasze marzenia równocześnie, na co bez refundacji nie moglibyśmy sobie pozwolić. Staram się skupiać na tych pozytywnych aspektach i potraktować to jako szansę od losu.
Roku 2025, bądź dla nas dobry i spełnij nasze marzenie 🙏🏻🤍✨️
Diagnoza - zaburzenia SI i autyzm atypowy. Jestem załamana 😭😔
Nie wiem ale mam dziwne wrażenie że jestem w ciąży.
Po pierwsze nie ma u mnie plamienia przed okresem dziś już 29 DC a to nic zawsze było na 3-4 dni przed
Po drugie temperatura utrzymuje się cały czas wysoko
Po trzecie nie odczuwam głodu na nic nie mam ochoty a wręcz nie potrzebuje nic zjeść
Po czwarte wczoraj sprawdzałam i szyjki z ledwością mogłam dosięgnąć tak jest wysoko
Po piąte ból jajników przed okresem nigdy mnie nie boli i cały czas mokro się czują aż latam do ubikacji i sprawdzam czy okres nie przyszedl
Za okresem przemawia jedynie czasami ból brzucha
Jutro 30 dc i test co ma być niech będzie, chociaż nie nastawiam się bo w naszym przypadku to raczej niemożliwe by wyszło w pierwszym cyklu po przerwie.
21 dc 14 cykl starań
Czekamy na kolejny cykl, bo ten bezowulacyjny.
Jutro zaczyna się 10 tc
Naprawdę dziwnie się czuje trochę inaczej sobie to wyobrażałam cierpie w nocy na bezsseność do 2 w nocy a tak zawsze lubiłam sobie pospać
jesli chodzi o smaki to uwielbiam kwasne rzeczy czy moze być coś kwaśniejszego od kapusty kiszonej ❤❤❤ nie długo chyba zacznę cytryne jeść
do moich faworytów nalezy zupa kapuśniak, ogórkowa, żurek 🙈 natomiast po slodkim mam zgagę nie mogę chociaż taka drożdzówka z mlekiem też jest spoko a frytki to już zupełnie odpadają zgaga aż pali 
Jutro albo w piatek wybiore się na ostatnie badania przed wizytą muszę wczesniej wstać bo ostatnio było bardzo dużo ludzi i choć jest tabliczka , że kobiety w ciąży mogą poza kolejnością to jakoś nie mam odwagi z tego skorzystać. Mam pełno rzeczy do zrobienia a nie umiem się za nic zabrać bo nudnosci też dają popalić.
W mojej glowie jest pełno lęków i obaw jak to będzie czy dam radę jak pogodzę prace z wychowywaniem dziecka kiedy wróce do pracy. Nie ulatwia fakt, że koleżanki w pracy ciągle dopytuja kiedy wróce co mi jest, moja szefowa wie natomiast reszta nie wie nic no ale skoro tak dlugo mnie nie ma to nie trudno się domysleć co to jest przynajmniej ja bym się domyśliła ale w pracy ostatnio braki dwie osoby się zwolniły, 3 są na l4 ciążowym i teraz jeszcze ja trochę je rozumiem bo mają dużo pracy przez to. Nie wiem jeszcze kiedy im powiem chciałam poczekać do 2 trymestru ale te naciski i dopytywanie mnie już złoszczą.
30 tydzień w toku. Szyjka krótka, ale bez zmian. Mody rośnie książkowo, już 1,4kg na liczniku
na usg 3 trymestru wszystko ok, ufff. 2,5 miesiąca do końca, a w zasadzie za 2 można rodzic wiec coraz bliżej mety
w następnym tygodniu urlooop, juhu!!
26cs 53dc
Zostanę przy tym oznaczaniu. Ta cząstka duszy Staraczki już nigdy ze mnie nie uleci.
__
Odkąd zobaczyłam test już nic nie jest dla mnie takie samo.

Udało mi się powtórzyć badanie bety:
21.12 753mlU/ml
23.12 1577mlU/ml
27.12 5062,35mlU/ml
A 30.12 zaliczyłam wizytę u ginekologa z opisem pęcherzyka ciążowego na 1cm i 3-4mm pęcherzyka żółtkowego. Wszystko rozwija się prawidłowo, chociaż podobno jest malutki jak na swoje 6w3d w dniu badania. Dostałam również trzeźwo brzmiącą radę żeby jeszcze zbytnio się nie chwalić swoim stanem, bo co druga ciąża kończy się poronieniem.
Czekam cierpliwie na wizytę 15.01 i obserwuję co się ze mną dzieje, a dzieje się... Nic szczególnego... Nie dostałam okresu, chociaż ból przed datą spodziewanej miesiączki trochę mnie męczył. Piersi bolały, spuchły ale nic już się nie pogarsza. Są tylko tkliwe, jakbym miała zakwasy po ćwiczeniach - tak samo zachowuje się brzuch. Dopiero jak się rozciągam czuję ten "zakwas na brzuchu". Czasem zakręci mi się gdzieś w żołądku, ale śmiałam się już z dziewczynami, że większe mdłości odczuwałam przy każdej swojej urojonej wkrętce, kiedy byłam pewna że właśnie się udało.
Jedyne co mi doskwiera to potworne rozkojarzenie i dziwne, odjechane sny.
Na razie więc stwierdzam, że jestem w trybie oszczędzającym.
__
W 2024 podeszliśmy do inseminacji, która się nie udała, a późniejsze nie doszły do skutku przez nasze totalne zrezygnowanie i to, że nie mogliśmy zgrać dat, które by nam odpowiadały.
2024 był dla mnie rokiem, w którym poczułam całkowitą akceptację swojego stanu. Oczywiście, że odczuwałam smutek i dotykały mnie sytuację, które uświadamiały mi że nie mogę zostać matką - a było ich kilka w tym roku. Włącznie z płaczem przy rodzinie, gdy mąż bawił się z ich synkiem a potem go usypiał, czy publiczny płacz przy obcych ludziach czekając na wizytę, gdy słyszałam bicie serduszka czyjegoś dziecka.
Nie było mi wesoło myśleć o naszej przyszłości bez dzieci, ale już się na to zgodziłam. Wiedziałam, że będę czuć pewną pustkę już do końca, której nie da się niczym wypełnić. Ale... Zgodziłam się na to.
Jakkolwiek ciężkie nie były te emocje skupiłam się na pracy nad sobą i tak w zeszłym roku zaliczyłam 356 sesji treningowych co daje ok. 420h treningu, których zdecydowaną większość wykonałam razem z mężem. Oboje zaczęliśmy odzyskiwać formę sprzed lat i sprawność o jakiej marzyliśmy. Łącząc to z odpowiednią dietą zaczęliśmy poprawiać nasze wyniki krwi bez brania jakichkolwiek suplementów. Odrzuciłam wszelkie wspomagacze, które przyjmowałam przez ostatni czas w nadziei, że zajdę w ciążę. Jedyne co zaczęłam przyjmować to biotynę na poprawienie kondycji włosów.
Zadbałam o swoje ciało w jeszcze jeden sposób - zapisałam się na sesje integracji strukturalnej, czyli pewnej specyficznej terapii powięziowej. Nigdy nie zapomnę tego co terapeutka znalazła w moim brzuchu, podbrzuszu i dołach biodrowych. Odgruzowywanie tego betonu zakończyło się w dwóch sesjach po 1,5h przy czym puściło wiele moich skrywanych lęków i emocji. Przy każdym kolejnym spotkaniu czułam, że mam coraz większy kontakt ze swoim ciałem i odzyskuję nad nim pewną władzę. Przebyłam 8 z 12 wymaganych sesji. Teraz muszę to odłożyć w czasie.
To co wypracowałam sama nad swoim stanem psychicznym musiało zostać uzupełnione przez odpowiednią terapię z psychologiem, bo mimo akceptacji strasznie się ze sobą męczyłam. Odkryłam wszystko co podświadomie ukrywałam i co zaburzało mój rozwój w kolejnych etapach życia. Można powiedzieć, że dorosłam i wzięłam za siebie pełną odpowiedzialność, a także dorosłam w oczach innych, którzy widzą już, że jestem autonomiczną jednostką posiadającą swoje zdanie.
Zaszłam w ciążę po terapii, na której poruszyłam problem niepłodności, przedstawiłam całą naszą historię, a terapeutka po całym moim uzewnętrznieniu się z problemem i mówieniem o nim na głos (co było cholernie trudne) zapytała mnie tylko "Czemu Pani nie chce być matką?"
__
Jestem czysta.
Jestem gotowa.
Nie dowierzam.
Cieszę się.
10 dc.
Fizycznie wracam do siebie po zabiegu. Z dolegliwości miałam tylko lekko ciągnące rany, poczucie "nagazowania" oraz zdrętwienie ręki od kroplówki. Zwolnienie mam do wtorku, ale nawet nie chce mi się myśleć o powrocie do pracy. Może to kwestia pobytu w szpitalu, emocji, może ta parszywa pogoda, ale zaległam w domu i nic mi się nie chce 😒 A miałam tyyyle zrobic! (Przy komputerze, bez obciążania się) A zamiast tego snuję się po domu i udaję że coś robię, byle nie siadać do roboty.😂
Oczywiście wciąż analizuję nasze aktualne szanse. Skoro anatomicznie jest już wszystko ok, cykle i hormony cacy, to nie pozostaje nic innego jak tylko próbować... Mąż ma zrobić znów badanie nasienia, żeby zobaczyć czy te suplementy były coś warte. Wtedy będziemy mieć pełny obraz. I zostaje najtrudniejsza część ... staranie i czekanie 🙄 Dajemy sobie czas do końca roku na pewno. Wiem, że powinnam być pełna nadziei, przecież tak długo czekałam na zabieg i wreszcie wszystko się udało, a jednak... za długo to trwa, żeby teraz tak naiwnie oczekiwać cudu.
Kiedy szłam do szpitala, w tej godzinie akurat były wypisy z porodówki. Dumni tatusiowie jeden za drugim wynosili gondolki z maluszkami. A za nimi szły zmęczone, ale szczęśliwe dziewczyny. Spojrzałam na męża, który mnie odprowadzał i wiedziałam, że myśli o tym samym.
Może kiedyś...
tc: 32+1, waga 65,1 kg.
Czy ta ciąża nie może trwać trochę dłużej? Jak pomyślę, że to już, zaraz i w ogóle, to robi mi się słabo, bo mam wrażenie, że wcale nie jestem przygotowana do bycia rodzicem. Tyle o to walczyłam. A teraz się zastanawiam, jak to będzie i czy dam radę.
Byłam dziś na wizycie - z Berbeciem wszystko ok, ilość wód płodowych w normie, szyjka długa i zamknięta. Morfologia zeszła na psy i muszę zacząć przyjmować żelazo. Lekarz przyczepił się do upławów i zalecił mi co drugi dzień gynoflor. Nic mnie nie swędzi, nie piecze, nic a nic, mimo wszystko - środek potrzebuje wyrównania ph.
W zeszłym tygodniu zaczęły mnie budzić nocne skurcze łydek. Zalecił na to 3x2 magnez. Koleżanka podpowiedziała długie spacery (robię już), picie muszynianki (też piję) i rozciąganie nóg (zaniedbałam). Dlatego chciałabym wrócić do rozciągania.
Nową dolegliwością są bolące żebra. Takie uczucie, jakby się chodziło w za małym staniku.
Wiercipięta się wierci. To już nie są kopniaki, tylko bardziej obracanie się, przekręcania, szukanie dogodniejszej pozycji. Czy wspomniałam o jej popisówkach przed Tatusiem? Jeśli nie, to najbardziej się cieszy, daje o sobie znać, jak Tatuś jest obok i z nią rozmawia. Wtedy się pręży, wypycha, uderza i przysuwa w jego stronę. Jak ja do niej coś mówię, to zareaguje, ale nie tak żywiołowo, nie tak łapczywie i chłonnie jak na niego. Nie, nie włącza mi się zazdrość. Może jednak trochę tak?
Mieliśmy 6-dniowy urlop. Ja od remontu i spraw malinowych, natomiast Mężuś od pracy. Byliśmy w Suwałkach. Piękne miasteczko, pogoda dopisała, szwendaliśmy się to tu, to tam, bez spiny, z mnóstwem przystanków na ławkach, w skwerach. Pojedliśmy, pospaliśmy, nie poruszaliśmy tematu remontu ani sprzątania po remoncie ani poprawek po remoncie. Tematy malinowe tylko czasem. Udało mi się przeczytać książkę, dla relaksu, od deski do deski. Połapałam trochę słońca. Nic nie musieliśmy. Nawet brzuch przestał się spinać 😍
Po powrocie przeczytałam książkę "Pestki" Anny Ciarkowskiej. Polecono mi ją, jako nieoczywistą pozycję o rodzicielstwie. Faktycznie, czyta się ją szybko z uwagi na kompozycję. Wartościowa. Uzmysławia, jak wiele krzywdy, wyrządzają słowa tak bardzo obecne w naszej czasoprzestrzeni.
Przygotowania połogowe trwają: zrobiłam dwie porcje pierogów z jagodami, trzy porcje pierogów ze szpinakiem, brokułem i fetą. Trzy słoiki lecza i 3 małe słoiczki sosu paprykowego (na zimno i na ciepło). Do tego mam poprzerabiane po kilka słoików dżemów (z ksylitolem i pektyną💪) oraz puszkę domowej granoli. Mężuś na pewno coś upichci i zrobi mi kanapki. Tylko on jest typowym mięsożercą i może jeść kanapki z wędliną 7 dni w tygodniu, 3 razy dziennie. Nawet nie posiłkując się przy tym pomidorkiem, ogórkiem czy papryką. Uczę go robić mojej owsianki, w razie gdybym nie chciała jeść wędliny, żeby był w stanie ją przygotować. Ostatnio narzeka, że musi kupić większą lodówkę, bo w tej nawet miejsca nie ma na mięso, same owoce i warzywa 😁 a w większej lodówce, cóż tu dużo gadać - zmieściłoby się jeszcze więcej owoców i warzyw 
Popracowałam nad psychiką. I już wiem, że dam radę z porodem.
Z fajnych rzeczy - po drodze do gina udało mi się kupić, w małym sklepiku z tkaninami, pół metra przeuroczej flaneli za 12,95 zł (160 cm szerokości)
poprzecinam, poobszywam (ekhm, poproszę Tatę o obszycie) i będę mieć myjki wielorazowe dla Malinki. Znalazłam też pieluchy Kit&Kin - jednorazówki biodegradowalne. Poczytałam już sporo o wielorazówkach, mam wybrane firmy, zacznę przeczesywać olx.
O wiciu gniazda w dobie internetu:
Zaczęłam porządki. Ale nie te w mieszkaniu (tych mam po remoncie dość!!!). Te w moich skrzynkach pocztowych, na kompie i telefonie. Nawet kupiłam nowe etui na telefon 😊 Wywaliłam nieużywane aplikacje. Wywaliłam zbędne zdjęcia. A na pocztach wypisuję się z newsletterów. Nawet nie pamiętałam, że się zapisywałam, od dawna już tego nie robię. Mimo wszystko - przychodzi tyle spamu 🤦♀️ z każdym dniem coraz mniej, bo jednak sukcesywne wypisywanie się działa, ale nadal przychodzi ten szajs.
22t 5 d
znowu szpital zaliczony - tym razem ostre zapalenie układu moczowego - sikałam krwią że szok:/ i to się tak nagle pojawiło. nic mi wcześniej nie dolegało a tu nagle krew w moczu i to coraz intensywniej... jak już było bardzo czerwono to doszedł ból pęcherza i prawej nerki. chwilę przed 24 napisałam do mojej lekarz prowadzącej- kazała jechać na ip. przyjęli mnie na urologię, ale w tym szpitalu nie było ginekologii, więc nie było komu sprawdzić Niuni. ale właśnie wracam od mojej prowadzącej i z Malutką jest wszystko dobrze tylko trzeba porządnie nakarmić. trzymała się łapkami za główkę - jakie mądre Dzieciątko moje kochane. wie, że źle się działo. wiecie co, ja nie myślałam, że na tym etapie ciąży to możliwe, ale w szpitalu jak leżałam i się o nią martwiłam, bo długo nie było ruchu to jak zastukałam delikatnie w brzuch to odpowiadała! mam kochane Dzieciątko ❤ dzięki temu nie zwariowałam tam do reszty.
mam tylko nadzieję, że nie poczęstowali mnie covidem... tego się najbardziej obawiam 😕 ale najważniejsze, że Niunia zdrowa ❤❤❤🤞
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 września 2020, 09:44
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.