4tc + 5
Dzisiaj się stresuje tym czy wszystko będzie dobrze. Naczytałam się o Ibuprofenie i wyglada na to, ze nie powinno to mieć wpływu, albo jakiś minimalny. Teraz sen z powiem spędza mi wizja:
* pustego jaja płodowego
* brak serduszka
* samoistne poronienie
I tak się trochę nakręcam i jednocześnie staram uspokoić, bo przecież stres jest ostatnia rzeczą której potrzeba małemu Sezamkowi. Właściwie to muszę powiedzieć ze to czekanie na pierwsza wizytę jest trochę jak czekanie na testowanie w staraczek xd bo nic nie możesz zrobić tylko siedzieć i czekać.
Z drugiej strony patrzę tez na siebie jak na wariatkę, bo jestem dosłownie 5 dni w ciąży, a już oglądam ubrania ciążowe i czuje się jakbym była w ciąży z 2 miesiące. No wariatka xd
Cóż, pozostaje mi być dobrej myśli, cieszyć się tym co mam i czekać cierpliwie ❤️
Jutro będzie równo połowa ciąży. 20+0...właśnie w tym okresie dowiadywałam się,że coś jest nie tak...od tego okresu moja najmłodsza córeczka dzielnie przez miesiąc walczyła..od tego momentu przez 4 tygodnie nie urosła nawet 100g...na tym etapie zasnęła na zawsze także podobno moja najstarsza córcia...a pośrednia na tym etapie rosła jako tako,ale była już o dobry tydzień do tyłu...
Co mnie czeka jutro? Co usłyszę? Czy poraz kolejny będzie płacz,płacz rozpaczy i smutku? A może wydarzy się cud ? Tak, nie boję się używać tego słowa...jeśli dam radę urodzić tego malucha w bezpiecznym terminie,który będzie zdrowy i,który przede wszystkim będzie żył to będzie CUD,ale ja wierzę w cuda...dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, przepływy nie są dla niego czymś czego nie potrafi rozwiązać...wierzę,że tym razem okaże nam litość...
Boję się z godziny na godzinę coraz bardziej...choć wydaje mi się,że wiem co jutro usłyszę.. ale czy moje przeczucie się sprawdzi?
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 stycznia 2022, 22:36
W końcu coś się ruszyło. My się ruszyliśmy. We wtorek mieliśmy pierwszą wizytę w poradni leczenia niepłodności. Cytologia pobrana i krew u męża. Na Usg wszystko wygląda pięknie, cykle regularne także nie ma się narazie co przyczepić. Dziś 3 dc wiec to ja pojechałam oddac krew. Lista długa bo wszystkie hormony, mutacje i bodajże badanie chromosomów. 14 fiolek poszło, ale super się czułam. Pierwszy raz miałam tak bezbolesne pobieranie. ❤️ Swoją drogą czuję się tam bardzo dobrze, zero stresu jak to mam przed każdą wizytą u lekarzy. Babeczki uśmiechnięte, pogadają, pożartują, wytłumaczą ! ❤️
28.04 mąż ma badanie nasienia, ja w tym czasie będę jakoś po owulacji to zostaje mi progestron do zbadania. Potem zostaje czekanie na wyniki cytologii. Jeżeli wszystko bedzie w porzadku to pewnie w maju będziemy sprawdzać drożność jajowodów.
Czy na pierwszą rocznicę ślubu dostaniemy ten wymarzony prezent? Mam nadzieję! 🥰❤️
35 cykl starań - Czas start!
Zmarwienia i zły humor zniknęly zaraz z pojawieniem się malpiszony. Wstąpiła dziś we mnie nowa energia 🔋i zamierzam ją dobrze wykorzystać 💪🏻
Jutro spotyk.sie z doktorkiem i zobaczymy co dalej. Początkowe ustalenia co do transferu mówiły o cyklu naturalnym.
Nowe postanowienia:
1. Przestanę martwić się na zapas
2. Co ma być, to będzie
3. Robię wszystko na co mam wpływ
7 DC
6 dzień stymulacji
Od trzech dni jest mi w ciągu dnia trochę niedobrze.
Wczoraj bolał mnie lewy jajnik. Mam nadzieję, że się nie okaże, że stymulacja zadziała tylko na jeden jajnik, tak jak to było przy clo... No ale zobaczymy.
Wszystko gotowe na start naszej pierwszej procedury ivf: badania zrobione, leki wykupione, dokumenty podpisane, tylko @ nie chce przyjść ... Nawet już próbowałam przywołać ją za pomocą testu ciążowego, niestety bezskutecznie... Niepłodność to jedno wielkie czekanie...
Dla zapamiętania.
Nie mogę spać. Stresuję się. Pocą mi się dłonie..idę pod prysznic,wychodze z niego bardziej spocona niżeli pod niego weszłam. Staram się opanować. Telefon do mamy,że jestem gotowa. 7:55 wchodzi położna, idziemy. Sala operacyjna. Natłok myśli,wszystko mi się przypomniało,chcę uciec,a wiem,że nie mogę. Okazuje się,że nie ma w szpitalu anestazjologa, nerwy czy w ogóle cc się odbędzie. Wchodzi prof B i już wiem,że wszystko będzie dobrze,wykonała telefon i za moment anestazjolog się znalazł. Babka nie mogła się wbić w kręgosłup. Bolało,bardzo..między czasie zakładanie wenflonu,nie można znaleźć odpowiedniej żyły,przychodzą moje wyniki-złe..lekarze poruszeni,szepcą między sobą..dostaję kilka kroplówek z niewiadomo czym. Zaczyna się. Profesor próbuje mnie zagadać między czasie robi swoje. Czuję rozpieranie,szarpanie,wyrywanie i nagle jest! Krzyk! Jeden,drugi,trzeci, żyje! Łzy lecą jak opętane,nie mogę ich opanować. Moje dziecko żyje! Profesor się śmieje że mały i ubity :p mówię że jak mama 🤣🙈 prof.pokazuje mi go przez moment po wyjęciu i oddaje neonatologom...nagle słyszę 2540g,50cm 10/10 i znowu łzy! To naprawde się dzieje! Dziękuję profesor za cud,ona jak zawsze skromna twierdzi, że nic nie zrobiła,a nie rozumie,że nie powołała na ten śwoat 1 osoby, a odżyły 3. Już nie będzie wegetacji,już nie będzie tylko czarno...od teraz wszystko będzie słodko-gorzkie..ale będzie. Obecność córeczek czułam cały czas obok siebie, wiem że nie odstępowały mnie na krok. Kocham je najbardziej na świecie! ❤😇 cc bez komplilacji. Jadę na salę pooperacyjną,gdzie mam w planach odpocząć a tam niespodzianka,Bartek ląduje u mnie na kangurowaniu przez 6h aż do pionizacko:) położna pomagała,była naprawdę miła. Rozprawiała o odnowie biologicznej i o tym że 3 osoba w rodzie (ja jestem3 z rodzeństwa) zawsze bierze na siebie winy przodków..(dziwnym trafem moja kuzynka też 3, również straciła 2 dzieci,ale do 16tc).. no i tutaj odbylo sie pierwsze przytulanie, spojrzenie,zdjęcie i przystawienie do piersi. Choć bardzo chciałam nie miałam jak poinformować kogokolwiek o tym że już jestem po...w koncu poprosilam studentki o zrobienie zdjecia i wyslanie do M zeby wiedzial ze zyje i ze wszystko jest ok..
Na ten moment Bartus jest jak aniołek,śpi,je i czasami dopomina się przytulenia. Co czuję? Dzisiaj nie potrafię Wam odpowiedzieć,bo póki co brakuje mi słów.
Z całego ❤ chciałabym Wam podziękować,że 05.05 byłyście ze mną, trzymałyście kciuki i wierzyłyście,że będzie dobrze!
Zasnęłam o północy, bo mąż ma problemy w pracy i potrzebował wsparcia. Dzisiaj zrobiłam test. Chyba trochę za szybko, no ale biało. Nie mogę się powstrzymać, lubię robić czesto to testy. Nawet jak wychodzą negatywne mam "spokój" na cały dzień i nie zastanawiam się "a co jakbym jednak go zrobiła?".
No i mamy to! Skończone 2 latka!
Wczoraj 14 kwietnia. Cudownie jest mieć dziecko! Boże DZIĘKUJĘ Ci, że wygrałam tą walkę z niepłodnością, tak się cieszę, że ją mam! Mam moja córeczkę!
Mierze temperaturę i staram.sie kochać co dwa dni, podobno plemniki są wtedy mocniejsze. Wydaje mi się że owulacje miałam 2 dni temu, zachowaliśmy ciągłość kochania się ale może już sama zeshizowałam ze może się udać? Chciałabym, nie chce się nakręcać a czuje ze chyba jednak się nakręcam....
Zaczynam cykl z dupkiem. Dziś drugi dzień, dawka 2x1, to tez drugi cykl na metforminie (500 mg)
W 14DC dr stwierdziła pęcherzyk 18mm, ale powiedziała tez, ze może być bezowulacyjny.
Mierze temp, robiłam testy jednak każda aplikacja pokazuje coś innego. Póki co 20DC, lekkie skurcze jak na okres ale na nic się nie nastawiam. Marzę tylko o tym żeby duphaston pomógł na plamienia i żeby okres trwał dłużej niż ostatnio (poprzedni cykl plamienia tydzień przed, okresu dwa dni i znów dwa dni plamien).
Nie mam oczekiwań, choć oczywiście serce by chciało ale teraz przede wszystkim chce znaleźć przyczynę niepowodzeń i znaleźć na nią remedium.
Skierowanie na drożność czeka na biurku..
Wczoraj powtarzałam betę i wynik jest piękny. Jeszcze nigdy nie miałam tak dobrych przyrostów. Wróciła we mnie wiara, że to może się udać.
Niestety dziś rano niespodziewanie zaczęłam mocno krwawić i pojawił się ból brzucha 😢 Progesteron wczoraj był na poziomie 16 więc bez szału. Biorę tonę leków z progiem i wciąż jest źle. Jutro mam wizytę w klinice żeby sprawdzić co się dzieje.
Dziś już nie mam w sobie zbyt wiele nadziei. Jestem spanikowana i zrezygnowana. Jeśli utrzymam tą ciążę, będzie to ogromnym cudem.
9+5 tc
Wczoraj byłam na wizycie, strasznie się bałam jak zwykle zresztą (w związku z tym znowu miałam wysokie ciśnienie 🙈)
Dzidziuś rośnie idealnie z terminem transferu. Na razie wszystko wygląda dobrze, ma już 2,82 cm.
Ja czuję się lepiej, bywały dni, że spałabym cały dzień, mdłości miałam okropne, ale ani razu nie skończyłam z głową w muszli 💪 Teraz czekam na badania prenatalne, umówiłam się na 29.01, to będzie 12+2, więc termin chyba ok. Przed badanami na pewno znowu będzie mega stres. Powoli zaczynam się cieszyć i wierzyć, że będzie dobrze.
Dziękuję Wam za wszystkie miłe wiadomości ❤
36 dc
Okresie gdzie jesteś ? Już 36 dni a ciebie nie ma. Mam nadzieje ze nie zrobisz mi psikusa cykl nie będzie trwał znowu 40+ dni. Dalej małpo przychodź!!!
Z pozytywnych aspektów to …. Dostałam prace
może to nie jest to co chciałabym robić i mam nadzieję, ze uda mi się znaleźć coś innego. Plusy są takie, ze trochę pomogę glucophage i schudnę, będę miała do pracy blisko, niedziele wolne i zmiany są tylko dwie wiec nie jest najgorzej. A z reszta zobaczymy. Będę miała jak to mój T mówi na waciki. Z pierwszej wypłaty to zrobię sobie badania krwi.
Xx
18dpt 5tc+0
Jutro ostatnia beta dla kliniki, przy okazji badania, które wieki temu zlecił mi hematolog... odkopalam kartkę od niego z dopiskiem "w razie ciąży"... już zwatpilam ze ja wykorzystam, a jednak 😍
A potem odliczamy dni do wtorku...
Z objawów ciazowych, budzę sie w nocy kilka razy, wstaje do łazienki, a dzisiaj poczułam się jakbym zaraz miała 🤮
Błagam, niech ten cud trwa...
Boże... błagam pozwól mi zatrzymać to dziecko... 🙏🙏🙏
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 stycznia 2022, 22:04
CZWARTEK
Jak żyć... Jak żyć... Jak żyć...
Jestem chora 🤧🤒😷🥵
Kaszel, katar, suchość w gardle, ledwo mowię...
Antybiotyk poszedł w ruch...
Czemu akurat teraz? Czemu? Czemu? Czemu? 😭😭😭
Transfer stoi pod znakiem zapytania ❓❔❓❔❓❔
Mój koszmar zaczął się 16 czerwca 2015. Wtedy dowiedziałam się, że serduszko mojego Synka nie bije. To była pierwsza ciąża, bezproblemowa, czułam się doskonałe. Pojechałam na zaplanowane USG trzeciego trymestru. 30 tc. I szok. Najgorsze słowa, które usłyszałam w życiu: serduszko nie bije. Najprawdopodobniej jednak Synek zasnął kilka tygodni wcześniej. Ważył jedynie nieco ponad 800 g, 43 cm dlugosci. Hispat wykazał, że narządy wewnętrzne były w stanie zaawansowanej autolizy. Ruchy, które czułam to było raczej przelewanie się ciałka i ruchy jelit. Najpierw niedowierzanie. Niemożliwe. To na pewno pomyłka. Mimo tego jedziemy do domu zapakować torbę do szpitala i udajemy się na ip. Kolejne USG i potwierdzenie. Rozpacz, łzy, szok. Nadal nie wierzę. Kilkukrotnie wzywam lekarza, że czuję ruchy i że to pomyłka. Po 2 kolejnych USG dochodzi do mnie że to jednak prawda. Morze łez. Następnego dnia poród sn. Synek przyszedł na świat 17 czerwca o godz. 9:15. Niestety nie odważyłam się wziąć Malutkiego na ręce, bardzo tego żałuję. Tylko popatrzyliśmy na Niego. Nie kupiłam mu też ubranka, nie byłam na tyle silna, zrobił to mąż ze swoją siostrą. I tego też żałuję każdego dnia. Co ze mnie za matka! Choć czasami myślę, że dzięki temu łatwiej było mi pogodzić się ze stratą. Albo już czas wytlumil wspomnienia, emocje i odczucia. Sama nie wiem... Pożegnanie Kacperka kolejny koszmar. Kolejne łzy, rozpacz, do tego tłum ludzi. Śmiechy, buziaki na powitanie, żarty. Farsa. Niektórzy totalnie nietaktowni. Jedni przyjechali z 3 małych dzieci. Cała rodzinka ubrana jak na spacer po parku w ciepły letni dzień. Potem "stypa" w domu. Kolejna pomyłka. Rozmowy jak na zwykłym spotkaniu, znów śmiechy, żarty. I ja, latająca pomiędzy kuchnią i gośćmi, robiąca dobrą minę do złej gry. Do tej pory zastanawiam się czemu się na to zgodziłam. Tak to się po prostu potoczyło, chyba nikt do końca nie zdawał sobie sprawy jak się zachować i co zrobić i wyszło jak wyszło.
Kolejne tygodnie, miesiące to ciągle łzy, pytania dlaczego??? I szukanie odpowiedzi na nie. Niestety nie znalazłam tych odpowiedzi. Synek "zdrowy", rodzice przebadani wzdłuż i wszerz i wszystko ok. I poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Los jest okrutny i cholernie sobie z nas zadrwił. O tyle dobrze, że w zasadzie nie byliśmy jeszcze przygotowani na pojawienie się Synka, mieliśmy tylko kilka ubranek.
Kolejna ciąża rok później. Niestety znów niepowodzenie, 9 tc, serduszko w ogóle się nie wykształciło. Znów ból, łzy, rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości.
Teraz trochę szczęścia. Trzecia ciąża donoszona! Trochę stresu było, skracająca się szyjka, pod koniec infekcja z kaszlem i wymiotami, psychika - wiadomo, ciągły strach o Maluszka. Ale udało się! Wspaniały Synek, Dawidek ❤️urodzony 7 marca 2019, właśnie chrapie obok mnie 🙂
No i rok 2021... W lipcu dowiaduje się, że jestem w ciąży. Nie planowałam. Że tak powiem, Mąż zdecydowal. Nie pytał, poszedł na żywioł. Najpierw złość na Męża i strach. Nie jesteśmy gotowi, nie mamy odpowiednich warunków mieszkaniowych, Dawid jest za mały żebym sama sobie z nim poradziła przy ciąży leżącej. Pandemia. Nie jestem gotowa zdrowotnie, nie mam żadnych badań, nie zdążyłam się zaszczepić na covid, powrót silnej alergii, we wrześniu miałam rozpocząć odczulanie. Kolejne tygodnie oswajają mnie z sytuacją. Badania wychodzą dobrze, Malutka rozwija się książkowo. Ja czuje się fatalnie, mdłości 24h z czego niezmiernie cieszy się moja lekarz, nie mogę funkcjonować, a tu jednak trzeba, 2-latek nie zna litości. Od czwartego miesiąca ciut lepiej, mdłości ustąpiły, szyjka raz się skraca, raz wydłuża, strach o maleństwo w każdej minucie. Na szczęście dość wcześnie zaczęła dawać o sobie znać. Najpierw delikatne łaskotanie, potem już wyraźne kopniaki. Oczywiście czas pomiędzy aktywnością Malutkiej, to ciągły strach. Czy tylko śpi, czy to już koniec? Zwłaszcza, że nie mogłam już oszczędzać się tak jak w poprzedniej ciąży. Mało odpoczynku, ciągle schylanie się, kucanie, zabawa z Dawidem na podłodze, sprzątanie resztek po każdym posiłku Dawida na kolanach. Nic dobrego dla szyjki. Ale jakoś się trzyma, nie mam zalecenia leżenia. Jest dobrze. Połówkowe robione 2 razy, obydwa wyniki bardzo dobre, tylko za pierwszym razem Dzidzia źle się ułożyła, ja mocno zestresowana i ciężko było sprawdzic serduszko. Druga wizyta 2 tygodnie później pozwoliła już wszystko dokładnie obejrzeć. Wszystko idealnie. Uwierzyłam, że będzie dobrze. Już poprzednia udana ciąża dała mi duże nadzieje że tym razem tez się uda. Wyniki moje idealne, Młoda rozwija się książkowo. Musi być dobrze. Ale nie było... Przyszedł grudzień. Mąż gorzej się czuł, przeziębienie, ale jakieś dziwne. Poszedł do lekarza, skierowanie na covid. Pozytywny. Następnego dnia ja i Dawid na test. Też pozytywny. Czuje się dobrze, nie mam nawet najmniejszego kataru. Malutka daje o sobie znać regularnie. Kilka dni później i mnie dopadają objawy, nic strasznego, wieczorem opadam z sił, w nocy strasznie się pocę. Kolejne dni dochodzi ból całego ciała, nie jakiś mocny, tylko taki dziwny, jakby całe ciało było nadwrażliwe, nawet ubrania mi przeszkadzały i kaszel. Dość uporczywy, bo doszły problemy z nietrzymaniem moczu, ale też nic niepokojącego, żadnych duszności. Saturacja ok. Młoda rusza się jak zwykle. 14 grudnia we wtorek ok. 15-tej przykładam rękę do brzucha i dostaje ostatniego kopniaka. Głaszcze się po brzuchu i mówię do Małej: trzymaj się tam Malutka, damy radę. Czekamy na Ciebie. I to koniec... Więcej już nic nie poczułam....Wieczorem cisza. Ale jeszcze nie panikuję. Brzuch mam już obolały od kaszlu, łożysko jest na przedniej ścianie, Mała pewnie się odwróciła. Noc jednak nieprzespana, czekam... Nad ranem zapisuje się na wizytę następnego dnia, a w zasadzie to już tego samego. Od rana coraz większy niepokój, bo nadal cisza. Nerwy, kłótnie z M. o głupoty. Jeszcze większe nerwy. Mówię mu, że mam złe przeczucia. Oczywiście uspokaja, ale bez przekonania. Jadę na wizytę. W poczekalni wydaje mi się, że czuję jakiś ruch, nie kopniak, ale ruch. Zapala się iskierka nadziei. Lekarka, nie moja prowadząca, mówi że to nie czas na wizytę, nie czas na usg. Ale po sprawdzeniu w karcie ciąży mojej historii wykonuje badanie. Widzę że jest źle, nie musi nic mówić. Ale póki nie usłyszę ta iskierka nadziei dalej się tli, przecież ja się nie znam. Wreszcie padają te straszne słowa: przykro mi, nie widzę czynności serca. Przyjmuję to spokojniej, dzwonie do M., nie płaczę, nawet wracam sama autem do domu 35 km. Nadal miesza się we mnie uczucie rozpaczy i niedowierzania. Nadal czekam na kopniaki, stojąc w korku. Nic się nie dzieje. Dojeżdżam do domu. Pakuję Młodego i wieziemy Go do babci. Pierwszy raz zostanie bez nas na kilka dni. Stresuję się bardziej od niego, zupełnie niepotrzebnie, bo sam pakuje rzeczy do torby i jest bardzo zadowolony, wcale nie płacze i spędza pełne przygód dni z babcią.
W tym czasie ja jadę kolejny raz urodzić Aniołka. Jestem przerażona, boję się bólu, nie wiadomo czy M. będzie mógł z nami być. A jednocześnie nadal mam nadzieję że to pomyłka, urodzę, a Ona zacznie płakać, będzie żyła. Niestety, cuda się nie zdarzają. Wpuścili Męża. Rodzę. 16 grudnia 2021 o godz. 14:14 rodzi się Martynka. Cisza. Zamiast łez szczęścia są łzy rozpaczy i bólu nie do opisania. Czemu??? Czemu znowu to się stało???? Czym ta kruszynka zawiniła? Patrzę na nią, jest śliczna. Waży 785 g, 39 cm długości. Usypiają mnie do zabiegu. Po przebudzeniu koszmar trwa. Tracę dużo krwi, usypiają mnie po raz drugi. W sumie nie wiem czemu. Nadal mocno krwawię. Kładą mi Malutką na piersi. Jest taka drobna, ale poza tym niczym nie różni się od noworodka, jest cieplutka, jedno oczko ma lekko otwarte. Patrzy nim na swojego Tatę. Łzy lecą ciurkiem, położna płacze razem z nami. Przytulam ją, głaszcze po policzku i ramionku. I nadal czekam na cud. Czekam aż zacznie się wiercić i krzyczeć. Przez kolejne godziny nic się nie dzieje. Cudów nie ma. Położne zakładają Martynce śliczną dziergana czapeczkę. A nam wręczają woreczek z dzierganym motylkiem i kwiatkiem i karteczka z wierszykiem. Jedyna pamiatka po naszej kochanej Córeczce. Ta pamiątka jest ze mną przez cały pobyt w szpitalu. Glaskam woreczek i czuję jakbym głaskała Martynke, ale jej już nie ma... Została sama... Taka malutka i bezbronna, śliczna. I znów pytanie. Czemu??? Słowa że Bóg tak chciał nie przekonują mnie. Boga nie ma. Gdyby był i był tak dobry jak go opisują nie zadawał by nam tyle bólu. Bo to gorszy ból niż najgorsze tortury fizyczne. Nie do opisania, tylko Mamy, które też przez to przeszły, wiedzą jak to jest. Nie jestem idealna, mój mąż tym bardziej (zwłaszcza dziś, kiedy to mamy mega kryzys), ale kochamy naszą Córeczkę nade wszystko. Nie bylibyśmy idealnymi rodzicami, ale byłaby kochana i wypieszczona, jak Dawidek, miłości starczyłoby dla wszystkich. Czemu kobiety, które piją, palą w ciąży, nie dbają o siebie i dziecko rodzą zdrowe dzieci? Czemu kobiety które nie chcą swoich dzieci rodzą je, żeby je oddać lub zostawić na śmietniku na pastwę losu? Czemu kobiety które nie kochają swoich dzieci rodzą je, żeby się potem nad nimi znęcać i sprawiać im ból, czasem nawet doprowadzając do ich śmierci po tygodniach czy miesiącach cierpienia? Nigdy tego nie zrozumiem!!! Życie jest tak cholernie niesprawiedliwe!!! A los cholernie ślepy!!! Czemu trafia w kobiety, rodziny które chcą, kochają i dbają od samego początku??? Które dałyby temu dziecku miłość i ciepło?
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 stycznia 2022, 22:55
9+6

Okruszek ma 3,1 cm 💜
Mam ustalone USG prenatalne na 8.02 💜
Jednak nie będziemy zakładać szwu ratunkowego, bo szyjka jest długa - 4,5 cm.
Lekarz powiedział, że gdyby skróciła się już na tym etapie, to robilibyśmy szew, natomiast w okolicy 24 tc będziemy robic wizyty co tydzień i przyatakujemy pessarem w razie konieczności 🙏🏻 W każdym razie od 24 tc mam nakaz leżenia, żeby wytrzymać jak najdłużej bez pessaru 😮💨
Jutro o 14 mamy wizytę pielęgniarki w celu pobrania krwi na Nifty pro 🙏🏻
Progesteron 8.50 ng/ml 
Dziś 24 dc.
Czekam na wiadomość od lekarza.
EDIT:
Lekarz napisał,że jeśli za dwa tygodnie nie pojawi się miesiączka mam zrobić test.
Nie bardzo mam siłę na tak długą nieobecność, więc wcisnął mnie na jutro na wizytę, będzie to 25 DC. Wolę od razu wiedzieć aby nie robić sobie nadziei przez dwa tygodnie.
W dodatku przed chwilą w poradzie dnia przeczytałam aby nie ufać podwyższonej temperaturze jak się bierze progesteron,bo ten może zawyżać temperaturę..
Do gina dojeżdżam do innego miasta,czeka mnie podróż autobusem, bo maz w delegacji. Najgorzej,że jestem właśnie na nocnym dyżurze.
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 stycznia 2022, 00:17
WTOREK
Nowy Rok jak zwykle pod górkę
czemu mnie to już nie dziwi... Najpierw trzeba było na cito usuwac guzka z piersi... Tak poszłam do onkologa i to on zadecydował, że po tych stymulacjach ten guzek nie wygląda źle, ale cholera wie co z nim się stanie po ciąży czy po kolejnych stymulacjach hormonalnych... Na szczęście sie udalo, jestem juz po zabiegu, już się ladnie goję
potem złapała mnie jakaś infekcja i znowu antybiotyk i heja. Czuje sie troche pozbawiona energii, zmęczona. No co tu dużo ukrywać, jestem jeszcze chora, a transfer za pasem 
A psychicznie u mnie oczywiście rolercoster emocjonalny! Normalnie jazda bez trzymanki!
W jednej chwili jestem szczęśliwa, w drugiej mam depresję. Ostatnie dni depresja w zdecydowanej części przeważa. Stwierdziłam, że jednak idę do psychologa. Sama sobie nie poradzę, szczególnie wtedy gdy transfer okaże się totalną klapą... A ten... nadchodzi wielkimi krokami!!!
W czwartek podgląd i w przyszlym tygodniu nadejdzie dzień X...
Boję się jak cholera... Strach mnie tak paraliżuje, ze nie potrafię się cieszyć z tego, że tym razem mam wreszcie jakiekolwiek szanse na pozytywne zakończenie!
Marzę... żeby historia się już wreszcie zakończyła... Przecież ileż można! No i chciałabym móc normalnie zacząć żyć...
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.