27+2
Mamy wiosnę i mamy 3 trymestr! 🥰 Brzuch mam już konkretny, taki arbuz. Na wadze +9kg ale co zadziwiające, na treningach nadal nawet niezła sprawność. Ani na spory brzuch, ani na wagę, ani na wizję późniejszej walki o figurę jakoś mocno nie narzekam. Są nawet dni, kiedy czuję się super kobieco. A są i takie że jak się gdzieś zobaczę w witrynie sklepowej w oversizowym jasnym płaszczu to sobie myślę „ja pierd***e, wyglądam jak buka”😂
Nasze wakacje fajne, ale tak szczerze, to dla mnie było to już nieco obojętne. Miło ale weekend by mi wystarczył. Żyję ciążą, cieszę się ciążą, wyjazd to tak bardziej dla męża, żeby pobyć trochę czasu tylko we dwoje i prawie „jak za dawnych czasów”.
Jak tylko wróciliśmy, to odpaliłam się z remontem. Oj i to bardzo się odpaliłam. Zaprojektowałam szafę, powybierałam wszystko, pozamawiałam. Jest skrzydło dla Małej, dla mnie i dla męża. Teraz jak będzie zamontowana czeka mnie wielka segregacja - co nie wchodzi idzie na śmietnik.
Sprzedałam też stare meble, byłam kilka razy sama (!) w Ikei za co dostałam ochrzan od mamy i teściowej, bo się raz się tam źle poczułam, przyznałam im się, a to jednak kawałek drogi do domu. Małej się tam chyba nie podoba, bo już dwa razy na zakupach stwardniał mi brzuch.
Remont już kończymy i od przyszłego tygodnia wchodzę w fazę porządków.
Do połowy kwietnia czyli mniej więcej 30 tc chce już wszystko z kategorii wyprawka mieć ogarnięte. To jest trochę,jak zwykle, temat spięcia z moim mężem, bo on jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę, ma czas i żyje w chaosie. Do furii mnie to doprowadza.
Łóżeczko mam wybrane, wózek i fotelik to musimy pojechać do sklepu, ubranka biorę pakę od koleżanki, która urodziła 4 miesiące temu, rożek i kocyk do fotelika - wybrane, kocyki kupiła już moja mama. Zostaną mi rzeczy apteczne i rzeczy do szpitala dla mnie, ale to już drobiazgi.
Pisałam też już o tym na forum na wątku ciążowym, że zauważyłam też, że zrobiłam się bardzo wredna ostatnio. Jakby bez hamulców, krótszy lont. Chyba hormony
Na nieproszone rady reaguje już prawie agresywnie, a teraz jeszcze pojawiła się nowa kategoria „teraz to wam się zacznie, teraz to wam się skończy, zobaczysz co cię czeka, piekło, musisz sobie powtarzać, że to minie”. Mówią to ludzie, którzy nie mieli żadnych problemów ze staraniami o dziecko i wydaje im się, że niewyspanie z powodu karmienia niemowlaka to największe piekło jakie może spotkać człowieka. Lub opieka nad dzieckiem na kacu 👌 (to tekst kolegi z pracy). Nie twierdzę że to sielanka, na pewno potężne zmęczenie, momenty załamki, frustracji i ukradkowego popłakiwania. Takie momenty zdarzają mi się i w ciąży, jak mam słabszy dzień albo sobie pomyślę czy będę dobrą mamą. Ale serio? Przykro mi tego słuchać, bo pamiętam swoją drogę, dalej kibicuję tu wielu Dziewczynom, przeżywam ich porażki, i tak naprawdę główną rzeczą jaką obecnie czuję odnośnie perspektywy zostania mamą, to WDZIĘCZNOŚĆ 🙏.
Chciałabym napisać, że z niecierpliwością odliczam dni do transferu i częściowo tak jest, ale tylko częściowo...
Dziś 3 dc - od wczoraj biorę estrofem 2xdziennie dopochwowo. W tym cyklu nie miałam w ogóle zleconego acardu, dopytam przy okazji lekarza, dlaczego. 9 maja mamy podpisać dokumenty i pewnie w kolejnym tygodniu transfer. Tymczasem ja jestem w kiepskim stanie, bo nic nie wygląda tak, jakbym chciała na tym etapie. Dopadła mnie seria niefortunnych zdarzeń i zły nastrój...
Zaczęło się od kłótni z mężem podczas jego delegacji - właśnie o te delegacje. Potem okazało się, że wrócił kolejny raz chory z wyjazdu i wściekłam się jeszcze bardziej - podchodzimy do transferu pierwszy raz po tak długim czasie a on wraca chory i zaraz ja też będę chora. I właśnie gdy to piszę boli mnie już gardło, śluzówka przesuszona i ogólnie mam objawy przeziębienia. Nie wiem, czy z majówkowego wypoczynku cokolwiek wyjdzie... A co gorsza moje małżeństwo się sypie. I ja ewidentnie nie radzę sobie z tym wszystkim, nie widzę rozwiązań, gdy wokół same niesprzyjające okoliczności.
Jutro mieliśmy pojechać do mojej babci, a teraz będę musiała to odwołać, bo ją też zarażę. W kwietniu miałam operację i jestem jeszcze na zwolnieniu - wracam w czwartek do pracy ani zdrowa, ani zadowolona. Raczej w lęku co się stanie, jak po tak długiej nieobecności zacznę wychodzić na wizyty lekarskie związane z transferem oraz będę miała sam transfer. Boję się powrotu do pracy i tego co mnie czeka. Najbardziej tego, że ją stracę i wiadomo czego...
A więc najpierw kłótnie z mężem, które nie wiem po co były - bez sensu, potem on wraca chory - tu już jestem serio wściekła, potem miesiączka przychodzi w trakcie brania duphastonu - chcę mi się płakać, bo nie mam porobionych wymaganych badań. Na usg wyszła mi torbiel, będę robić test ROMA, jak rozumiem by ustalić jej charakter, ale to też mnie przeraziło. Dalej złamałam jeden z dopiero zrobionych, wymarzonych paznokci, ze względu na okres nie poszłam do sauny, co planowałam od miesiąca, musiałam zapłacić za dodatkową konsultację z lekarzem, który w sumie nie powiedział mi niczego nowego, musiałam umówić dodatkowe badania na po miesiączce - 4 maja, a więc zamiast spokojnie wypoczywać będę musiała w trakcie majówki udać się do kliniki. A na koniec wczoraj chciałam sobie zrobić szynę relaksacyjną - dentystka wzięła 300 zł, ale nie zgodziła się na szynę: kazała iść napierw do higienistki, potem do specjalisty od stawu żuchwowego, a potem zakładać aparat ortodontyczny... Przy okazji powiedziała mi o stanie zapalnym dziąseł, możliwych problemach z dwoma zębami, konieczności zajęcia się ósemkami i wyrwania dwóch zębów w przypadku aparatu, krzywym zgryzie itd. Czas, koszty tego wszystkiego - nie muszę pisać, jak się czułam... Na domiar złego relacje z ludźmi ostatnio też średnio mi wychodzą.
Dziś w nocy prawie nie spałam. Za to znowu pokłóciłam się z mężem, bo jest chory i o 4 rano ogląda seriale, jeszcze przy otwartym oknie. Ja też już zaczęłam mieć problemy spać w nocy ze względu na objawy przeziębienia, np. ciężko się oddycha. Mam wrażenie, że z każdej strony wiatr w plecy i że się rozpadam od środka. Nie chcę tego cyklu spisywać na straty, ale obsesyjnie o tym myślę, że tak to się może skończyć.
Muszę się uspokoić - jeszcze może zdążę wyzdrowieć przed transferem. Chciałabym poukładać siebie od środka. To miał być taki fajny czas oczekiwania, a na razie widzę, że siebie samą muszę doprowadzić do porządku i nie zwalać wszystkiego na los. Muszę się ogarnąć i rzeczywistość przyjąć na klatę - podobno pragnę zostać matką.
PS Podczytuję wątki staraczakowe i z jednej strony cieszę się, że tylu dziewczynom w kwietniu udało się zobaczyć dwie kreski i pozytywną betę
a z drugiej... nie umiem pozbyć się tego uczucia - "to znowu nie ja", "czy kiedykolwiek będzie mi to dane". I serio dochodzę do miejsca, w którym ciężko mi samą siebie znieść. Zdecydowanie czas wreszcie na jakieś zmiany - ja muszę się zmienić.
24+2 tc
Wczoraj potuptałam do fizjoterapeuty uroginekologicznego. Dziewczyny polecały na forum, a mnie ostatnio po większej aktywności w dzień, pod wieczór już pobolewały plecy, więc stwierdziłam, że zrobię coś dla siebie.4
I w sumie dobrze, że poszłam. Zaczęło mi się już rozejście kresy białej. W III trymestrze to zupełnie normalne, ale u mnie przynajmniej o jakieś 5 tygodni jednak za wcześnie. Szału nie ma też z mięśniami dna miednicy (aczkolwiek tragedii też nie ma, tak na pocieszenie). Dostałam zestaw ćwiczeń i zalecenie ruchu. Czas się więc wziąć za siebie.
Już zamówiłam sobie piłkę (powinna być u mnie w poniedziałek), kupiłam matę do ćwiczeń i czas ruszyć leniwe dupsko do ćwiczeń, żeby później po porodzie nie było płaczu.
Znalazłam też przedpołudniowe zajęcia "aktywna ciąża" u siebie w mieście i planuję tam zajrzeć (popołudniowe mi nie pasowały ze względu na to, że z Mężem wciąż jeżdżę na budowę, bardziej dla towarzystwa, ale jednak) - nie wiem, czy już przed Świętami, ale po - z pewnością. Na razie "zajrzeć" w sensie wykupić jednorazowe wejście, nigdy jakoś nie przepadałam za zajęciami na sali gimnastycznej (no bo gdzie z tą moją pseudo kondycją?), ale jakbym się jednak tam odnalazła, to może zostanę na dłużej? No i jeszcze muszę w przyszłym tygodniu potwierdzić z Doktorkiem, że on ze swojej strony nie widzi przeciwwskazań.
Generalnie wizytę u takiego fizjoterapeuty uroginekologicznego polecam każdej dziewczynie w ciąży. Pani doktor zrobiła mi badanie USG mięśni brzucha i badanie mięśni dna miednicy (przez pochwę). W okresie ciąży często dbamy o siebie głównie z perspektywy dbania o maluszki w naszych brzuchach. Nie zapominajmy jednak w tym wszystkim o sobie i zróbmy również dla siebie coś dobrego. Po porodzie sobie podziękujemy. 
Od poniedziałku też muszę w końcu rozejrzeć się za położną, bo ciągle to odwlekam...
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 marca 2024, 17:24
15cs, 14dc, dzień owulacji
Bylam wczoraj prywatnie u ginekolog co chodze kontrolnie co rok, zribilam mi badanie, cytologię i usg, wszystko w porządku, endometrium super pulchniutkie, srodkowej fazy cyklu, wszystko idealnie do zamieszkania, a w przwym jajniku owulacja, pecherzyk na 2,3cm, takze w super momencie się umowilam ✊🏼i od razu przedstawila plan działania takze cudownie ❤️ nie zostalam olalana tylko konkrety 🥰 maz ma zrobic badanie nasienia i jak 3 miesiace po tym nie wyjdzie to mam skierowanie do szpitala na nfz na histeroskopię,
Dodatkowo dostalam bromocorn na obnizenie prolaktyny w razie czego bo może nie dochodzic do owulacji, ale z racji trgo ze pdcherzyk byl duzy to mialam dzisian podjdchac sprawdzić czy pękł wiec przed 9 bylam juz w przychodzi i szybkie usg, pecherzyk pękł! Takze bardzo dobra wiadomość, podzialane i zobaczymy co dalej 🫶🏼
Transfer odbył się 06.03.2024. Na betę poleciałam już 5 dpt i wyszło 15,4, szok i niedowierzanie. 7 dpt 60,8, 12 dpt beta 1174.
20 dpt krwotok, lało się jak z kranu, wylałam morze łez, wizyta następnego dnia, nic nie widać, jest coś co mogłoby być pęcherzykiem, ale nic więcej nie wiadomo, prawdopodobnie opróżnił się krwiak. Muszę czekać 😔 23 dpt pojawia się pęcherzyk, ale bez zarodka. Kolejny krwotok w wielką sobotę, jestem załamana, przepłakałam całe święta. Kolejna wizyta 6+5 w klinice i pojawia się zarodek 8,51 mm z serduszkiem ❤️ Nie wierzyłam, że się uda, a jednak, było tyle krwi, że byłam pewna, że wszystko popłynęło. Lekarka mówi, że to może być wina aspirin cardio, które biorę. Ostatnia wizyta była 23.04.2024 czyli 9+4, dzidziuś ma już 2,76 cm, więc zgodnie z transferem. Ma dwie rączki i dwie nóżki. Umówiłam się już na prenatalne na 14.04., modlę się, żeby wszystko było dobrze 🙏 Wierzę, że już nic złego nas nie spotka.
Boję się, tylko jak poradzimy sobie z dwójką skoro czasem nie dajemy radę z jednym trudnym egzemplarzem.
Janek jest mega trudny, nie usiedzi ani chwili, jest zbyt rozwinięty fizycznie jak na swój rozum 🫣 Wejdzie wszędzie i nie dopuszcza do siebie myśli, że czegoś mu nie wolno. Przestaliśmy wychodzić gdziekolwiek, bo nie da się z nim posiedzieć, zawsze jedno z nas musi za nim biegać i tak na zmianę. W domu awantury są o wszystko, kładzenie się na ziemi, krzyki, płacze, chyba bunt dwulatka w pełni. Zasypianie to aktualnie tragedia. Kąpiemy go i tak chwilę później niż normalnie, a zasypia dopiero 20.30-21. Dla mnie jest to straszne, zwłaszcza, że ta ciąża mnie nie oszczędza, czuję się tragicznie, mdłości mnie męczą okropne, wieczorami mam dość wszystkiego, wiecznie boli mnie głowa, pierwsza ciąża to przy tym pikuś 🙈 Ale jakoś trzeba przetrwać, może drugi trymestr będzie łatwiejszy😅
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 kwietnia 2024, 10:57
Rozchorowałam się na dobre, jednak.
Katar, ból gardła po nocy, okropny, bolesny kaszel z odkrztuszaniem ropnej wydzieliny. Nie mam gorączki, ale też i siły na nic. Kaszlemy oboje jak dwa stare dziady, w domu bajzel, łóżeczko nie rozłożone, wózek nie poskładany. Wyglądam jak ta dziewczynka z Egzorcysty. Stosowałam chyba już wszystkie domowe metody i nie ma wielkiej poprawy. Nooo, może teraz jest jak przeleżałam cały dzień na zmianę pijąc wodę, kaszląc, scrollujac telefon i popłakując. Na telewizycie lekarz powiedział, że leki to ostateczność i muszę jakoś się ratować syropem z cebuli, inhalacjami, witaminami i imbirem. Wszystko inne ma wpływ na dziecko.
Najlepsze jest to, że brałam przecież Accofil na początku ciąży, potem do 36tc prograf i nic. Zdrowa jak ryba śmigałam.
Bardzo boję się o poród i Małą. Jeśli nie będzie poprawy do wtorku to mam skierowanie na morfo i CRP i mam iść stacjonarnie do lekarza żeby mnie ktoś osłuchał.
Fajna końcówka ciąży 👌Radosne oczekiwanie. Czepiam się męża, byle tylko jakieś spięcie sprowokować i się wyładować. Potem płacz, że co jeśli się zacznie w tej chorobie jak ja oddychać nie mogę. Jak się nie zacznie to indukcja, o której już się oczywiście nasłuchałam że albo jest strasznie bolesna, albo nie przynosi efektu i jest cięcie. Potem płacz, że jak to będzie jakiś przewlekły syf to jak ja ogarnę noworodka. Już miałam myśli wczoraj w apogeum niech mi zrobią CC i podłączą dożylnie jakieś super silne leki, byle przeszło.
Wiem, że niepotrzebnie panikuję i pewnie zaraz mi to przejdzie, ale mam dzisiaj jakiś totalny kryzys.
Dziś jest mi tak okropnie źle. Najchętniej odcięła bym się od tego wszystkiego i zamieszkała w domku na drzewie. Sama. Sama.
Kolejna znajoma urodziła, udało im sie zajść miesiąc po ślubie, bez żadnego problemu. A ja nadal w martwym punkcie. Czemu kurwa?! Co ja takiego zrobiłam?
Czemu, aż tak obrywam po dupie? To nie na moje szczupłe ciało ważące tylko 45 kg. A jednak jakoś to muszę kurwa dźwigać...
Coś czuje, że jak już mnie życie złamie to będzie koniec. Amen na całego. Nie będę nawet mieć zamiaru się podnosić.
Chciałabym zacząć nowe kolejne życie. Od samych narodzin. Mam nadzieję, że będzie lepsze niż to.
4 V 2024
Moja córeczka ma już 8 dni.
26.04.2024r. narodziłam się na nowo - jako Matka.
Lilianka jest cudowna, wymarzona, idealna.
Jest spełnieniem Naszych marzeń, dopełnieniem Naszej rodziny, brakującym elementem układanki.
Nie wyobrażałam sobie, że można kochać kogoś tak bardzo ❤️
***
Tęsknię czasami za ciążowym brzuszkiem i magiczną aurą, która towarzyszyła tamtemu okresowi. Mam wiele zdjęć na pamiątkę i dopiero dostrzegam jak bardzo na każdym z nich jestem szczęśliwa i dumna. Wyjątkowy etap w życiu. Chcę go pamiętać jako pełen radości, tym bardziej, że na chwilę obecną nie zdecujemy się na kolejne dziecko. Nie wiem kiedy będę na to gotowa i czy kiedykolwiek jeszcze będę.
***
Porodu i czasu przed porodem nie chce pamiętać. Chcę zapomnieć jak najszybciej. Wymazać, odciąć się, wyprzeć ze świadomości.
Wywoływanie ciągnące się w nieskończoność, zielone wody płodowe, pilne cięcie cesarskie, komplikacje okoloporodowe. Nigdy więcej.
***
Fizycznie szybko doszłam do siebie.
Psychicznie - głowa chwilami siada.
Boję się.
Czekamy na wyniki i wyznaczenie terminu kontroli.
Czuję tak silny strach i poczucie bezsilności jakich nie czułam nigdy w życiu.
Płaczę w ukryciu przed Mężem.
Płaczę, gdy zostaję sama.
Płaczę tak aby nikt nie widział.
Ważę mniej niż przed ciążą - koleżanki gratulują powrotu do formy - ja nie mówię nic. Milczę. Boję się, że jak wypowiem wszystkie moje obawy na głos to się spełnią. Więc po prostu czekam..
Majówka dobiega końca, bardzo dobrze ten wolny czas z mężem na mnie wpłynął.
Zrobiłam sobie totalne wolne od supli, jadłam słodycze, piłam alkohol i gazowane napoje, dużo spacerowalismy, plażowaliśmy, jeździliśmy na rowerach, często się kochaliśmy i czułam, że tego było mi trzeba. Odpoczęłam, w końcu. Co prawda po transferze miałam 10 dni wolnego, odpoczęłam fizycznie ale psychicznie byłam wyczerpana. Teraz odpoczęłam psychicznie, nie ograniczałam się i nie myślałam non stop o in vitro, transferze, badaniach itd.
35+5
Bardzo się wczoraj przestraszyłam.
Najpierw fajna pierwsza część dnia - sprawy domowe i wizyta u położnej, u której chce rodzić. Szyjka skrócona, ale póki co zamknięta. To jeszcze nie poród
Z naturalnymi sposobami na jego przyspieszenie będziemy działać od przyszłego tygodnia.
Potem się poirytowałam. „Dobre rady” doświadczonych ekspertów od ciąż i porodów przeszły z polecania lekarza prowadzącego do nieproszonych relacji z porodów … W weekend na moim Baby Shower jedyna koleżanka mająca już dziecko oczywiście musiała opowiedzieć o swoim traumatycznym porodzie, gdzie nic nie szło, dziecko traciło tętno, skończyło się CC i ogólnie dramą w szpitalu. Nikt o to nie pytał. A szczególnie ja, jakieś 2-4 tygodnie przed swoim porodem, którego jak każdy normalny człowiek się boję. Wczoraj z kolei napisała do mnie ni gruchy ni z pietruchy inna, która 2 tyg temu urodziła. Co prawda bez traum ale … „musisz rodzić na Żelaznej, polecam, najlepiej”, „bierz koniecznie znieczulenie, bez znieczulenia nie będziesz miała rozwarcia i nie będziesz miała siły przeć”, itd. Cały monolog. Nie zaczynałam tej rozmowy, nie pytałam o nic, nie chce słuchać relacji z cudzych porodów jeżeli o to nie pytam (!), bo nie chce tworzyć sobie w głowie porównań i scenariuszy. Nie chce mieszania mi w głowie, bo mam super prowadzącego, miałam konsultacje z profesor, mam wybrany szpital po porządnym researchu, mam dobrą położną, fizjoterapeutkę i doradcę laktacyjną na łączach na whatsupp. Mam też Męża, z którym to wszystko wspólnie ustalaliśmy i wydaje mi się, że jesteśmy na tyle ogarniętymi ludźmi że sobie JAKOŚ z tym wszystkim poradzimy 😑
Przestałam w końcu odpisywać, a na czas porodu chyba się już zaszyję w swoim samotnym oczekiwaniu.
No i na koniec dnia wczorajszego dnia wyrżnęłam porządnie w przedpokoju. Byłam sama i boso, mamy gres i było ślisko bo nakapalo z prania. Poleciałam na szczęście do tyłu na tyłek i łokcie. Dziękuję sobie teraz za dodatkowe ciążowe kilogramy. 9 minut zajęło mi podjęcie decyzji jechać czy nie jechać na IP. Dr Google, zastrzyk adrenaliny, brzuch mi się bardzo spiął, Mała się wierciła, więc szybka zmiana majtek, torebka, karta ciąży, badania, telefon do Męża, Uber i pojechałam. 4 km od domu mamy chyba jeden z lepszych szpitali ginekologicznych w Polsce. Od razu z marszu KTG, USG i dokładne badanie. Wszystko ok 🙏 KTG ideolo, szyjka zamknięta, łożysko jednorodne. Męża tak przerażonego jednak to chyba nigdy nie widziałam
mimo że ja czułam, że wszystko ok. Ale i tak dobrze, że sprawdziłam. Od tego oni w końcu tam są.
Wniosek z tego taki, że trzeba się już jednak bardziej oszczędzać, bo jeszcze coś nawywijam na koniec.
Beta dwa tygodnie po tranferze 1.6. Działamy dalej... Za tydzień kolejny transfer.
Ostatnio jakoś nie po drodze mi było ze zrobieniem nowego wpisu - gdy za oknem panuje taka piękna, letnia pogoda nie potrafię (lub nie chcę?) zebrać myśli i znaleźć czasu na analizowanie staraczkowej strony życia.
Codziennie jest się czym zająć, z kim się spotkać, a w weekendy najczęściej nie ma nas w domu.
Chyba dopiero zaczynam stawać na nogi po nieudanych procedurach. Nawet nie wiedziałam, że coś jest w stanie tak mocno wybić mnie z równowagi, tak znokautować, że będę do siebie wracać miesiącami. Przecież tyle przeszłam, że nic nie powinno mnie już zaskoczyć. A jednak - zawsze paliła się ta iskierka nadziei, że jeśli wszystko inne zawiedzie, to zostanie nam in vitro. A gdy in vitro dwukrotnie nie przyniosło skutku i nawet doświadczony lekarz nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, w czym leży problem, iskierka zgasła. I choć w głowie miałam już ułożony plan X, gdzieś w głębi poczułam, że doszliśmy do ściany. Instynkt pchał mnie do działania, ale psychika totalnie nie dawała rady. Na ostatnim, wyczekanym urlopie telefon poleciał w kąt i nie widziałam go przez tydzień. Świetnie się bawiłam, nie żałowałam sobie niczego. Potrzebowałam tego - by zrobić coś dla siebie, a nie pod dyktando starań, jak przez ostatnie 3 lata. Okazało się, że miałam wtedy owulację, a z mężem, hmmm, "znaleźliśmy dużo czasu dla siebie nawzajem" 🙃 Jakiś tydzień później pojawiły się TE myśli - w końcu to pierwszy cykl po histeroskopii, po scratchingu, że owulkę miałam późno, więc pęcherzyk sobie ładnie dojrzał w swoim tempie, że głowa była zajęta czymś innym, bla bla.
Niestety, patent o wyjeździe na wakacje też nie działa 🙃 Może obieramy złe destynacje 😅
Komplet badań do doktor Jerzak już jest. Ogólnie bez zaskoczenia - wszystko wydaje się być w porządku. Witamina D3 - 56,36 ng/ml, ATPO < 3, ATG 13,9 IU/ml. Pakiet onkopierwiastków - selen, arsen, kadm i cynk w normie (przy mojej wegetariańskiej diecie, więc jestem szczęśliwa), ołów do zmniejszenia, miedź do zwiększenia (mam niedobory żelaza - kontroluję to regularnie). Nawet profil cytokin wyszedł super, jedyną lekko podwyższoną wartością jest Interleukina 4 - a wyczytałam, że to marker alergiczny, więc by się zgadzało, bo mam alergię właśnie w takim wiosennym okresie. Poza tym wszystko w widełkach.

Byłam niedawno na usg z oceną przepływów tętniczych w macicy. Co ważne, takie usg można zrobić tylko w Warszawie u konkretnych, wymienionych przez doktor J. specjalistów - nie akceptuje ona badań wykonanych u kogoś innego.
Pani doktor naliczyła na każdym moim jajniku po 20 pęcherzyków, co kwalifikuje mnie do diagnozy PCOM. Norma to 7-8. Powiedziała, że po tym co widzi obstawiałaby, że moje AMH wynosi ponad 8. Zdiagnozowała też lekkie opory w przepływach tętniczych, co jest wskazaniem do przyjmowania leków przeciwzakrzepowych w ciąży. Reszta w porządku - kształt macicy ok, brak endometriozy.
Nie mam pełnego PCOS - jestem szczupła, regularnie miesiączkuję i mam owulację, nie mam problemów z nadmiernym owłosieniem. Moje AMH wynosi 3,26 ng/ml. Jednak do układanki pasowałby trądzik hormonalny, podwyższone androgeny (zawsze mam w górnych granicach lub zbyt wysoki testosteron, androstendion, DHEA-S), insulinooporność, obraz jajników.
Wgłębiła się trochę w naszą historię.
Powiedziała, że patrząc na przykładzie ostatnich procedur i zwykłego Rekovelle, mój organizm reaguje agresywnie na próbę stymulacji, wytwarzając bardzo dużą ilość komórek słabej jakości. Poleciła rozważyć ministymulację czy to do starań naturalnych, czy kolejnej procedury. Często w takich przypadkach w 3 pęcherzykach jest więcej wartościowego materiału niż w 30. Otworzyła się przede mną - opowiedziała o swojej bardzo podobnej historii i podała kilka możliwych rozwiązań, które warto by było sprawdzić. Poczułam, że nie jesteśmy takim beznadziejnym przypadkiem - może po prostu trzeba do nas podejść bardziej indywidualnie, zamiast iść standardowym schematem leczenia. Poleciła też zmianę kliniki, żeby mieć pewność co do najwyższych kompetencji embriologów. Nie nalegała przy tym do przejścia do nich, poparła moją decyzję o Czechach, bo słyszała, że mają bardzo dobre statystyki.
Wyszłam lekka z tej wizyty, bo dostałam konkretną diagnozę. Wreszcie mogę przeczytać więcej o tym, co mi dolega, mam czego się złapać. Dało mi to motywację do powrotu do pełnej diety i sportu. Mam nadzieję, że zmiana sposobu stymulacji połączona z zaleceniami dr Jerzak przyniesie oczekiwany rezultat. Do zbadania została mi jeszcze prolaktyna i wtedy będę umawiać konsultację.
Niestety ostatnia miesiączka znowu trwała 2 dni (przy endometrium o grubości 9 mm i potwierdzonej owulacji), więc obawiam się, że nie jestem w stanie poradzić sobie z powstawaniem zrostów. Pojawiła się u mnie z tego powodu myśl o kolejnej próbie inseminacji (tym razem z lekką stymulacją) lub ministymulacji na tabletkach + ivf. Jestem ciekawa, co powie na to dr J.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 maja 2024, 10:01
15+1
No i tak jak się obawiałam nie udało mi się uniknąć cukrzycy ciążowej. Zaczynamy półroczną dietę... Jakoś muszę wytrzymać, dla Maksa wszystko
Dziś 26.03.24r.-8/9 dpo. 2 dni temu miałam nitki płodnego śluzu, rozciągał się bardzo ładnie. Zdziwiłam się czemu taki mam 😯 Najpierw pomyślałam, że to może następna owulacja, ale po teście okazało się że nie. W internecie piszą, że to zwiastun miesiączki albo ciąży. Nie pamiętam, żebym miała taki objaw zbliżającego się okresu.
Dziś czuje się średnio,brzuch coraz bardziej doskwiera, mam podwyższoną temperaturę i coraz większe myśli że nic z tego. Okres pewnie będę mieć idealnie na święta. Świetnie. Od momentu gdy zaczęliśmy się starać, mój 1 dzień okresu jest okropny. Nigdy takich boleści nie przechodziłam 2 razy pod rząd 😪Jak zbliża się miesiączka to zaczynam się wewnętrznie bać tego bólu 🥺 Ehhh
Zobaczymy, chciałabym zatestować w piątek to byłby 11/12 dpo. Chciałabym zrobić mojemu niespodziankę w święta, ale raczej nic z tego...I raczej już w tym roku nie urodzę, to był ostatni miesiąc nadziei na bobasa w tym roku...
2 lata 3 miesiące
8+4
Nie mogłam się zebrać do tego wpisu, ale dzisiaj wydaje mi się odpowiednim dniem. Równo 2 tygodnie temu byłam na wizycie. Zobaczyłam bijące serduszko, wszystko było pięknie. Ruszyła machina - leki, badania, skierowanie na prenatalne (umówiłam się na 22.04).
Następna wizyta za równo 2 tygodnie. Czemu taka długa przerwa? Tylko tak mój lekarz miał wolne wizyty. Myślę, że z jednej strony to dobrze. Nie jest mi tak łatwo załatwić opiekę dla syna, czekam na aktywacje ubezpieczenia PZU, więc za wszystko płacę z własnej kieszeni, no i jeśli jakoś przeczekam to będę już 10+4, powoli do przodu.
Oczywiście łapią mnie obawy, czy wszystko jest ok, czy na pewno z dzieckiem dobrze. Wiem, że to szybko nie minie, więc muszę po prostu być cierpliwa.
Co u mojego pierwszego szczęścia? Jest naszym najukochańszym promyczkiem, codziennie zachwycamy się jakim jest słodziakiem. Potrafi też dać nam popalić, ale tak rozbraja nas buziakami i tulasami, że rozbraja nas na łopatki.
Trzymajcie kciuki żebym wytrzymała te dwa tygodnie, no i żeby wszystko było ok 
W końcu mogę dać jakiś pozytywny update. Ale od początku. Jak wcześniej pisałam po clo miałam okropne endometrium. W związku z tym, w styczniu i lutym dostałam zamiast tego Lamettę. Spodziewałam się znacznej poprawy, więc kiedy poszłam w lutym na monitoring dostałam w pysk. Były co prawda dwa piękne pecherzyki, po jednym na każdym jajniku. Towarzyszyło im endometrium 2mm… Dostałam estrofem i Sildenafil. Po 4 dniach poszłam na kontrolę. Endo urosło do 7mm, jeden pęcherzyk już pękł, drugi był blisko. Dostałam Ovitrelle, tak w razie czego i przykaz testowania 14 dni po zastrzyku. Chyba nie muszę mówić, że testowałam od 8dpo? 🙈 Kreski bladły ale wciąż były widoczne. I pozostały takie do samego okresu. Beta 12dpo a 13 dni po zastrzyku wyniosła niecałe 6, więc Ovitrelle wypłukuje się u mnie bardzo wolno. Nastawiłam się bardzo na ten cykl, ponieważ wtedy data porodu przypadałaby mniej więcej na datę moich urodzin. Niestety wyszło jak wyszło.
W marcu postanowiliśmy odpuścić wszelkie monitoringi. Co nie znaczy, że odpuściliśmy starania. Nadal brałam wszystkie leki i suple, dołączyłam do tego dong quai i resveratrol na endometrium. Niedługo po owulacji wyjechałam na urlop do rodziców, dobrze mi to zrobiło i łatwiej było przeczekać ten najgorszy czas po owulacji.
Zaczęłam testowanie standardowo od 8dpo. W końcu zapas 50 Nordów sam się nie zużyje. Rano na teście nie było nic. Śnieg w górach nie mógłby być bielszy. Coś mnie jednak tknęło żeby zatestować raz jeszcze. Około południa nadal jedna kreska. Jednak nie na darmo Stary nazywa mnie najbardziej upartą osobą na ziemi. Ok. 21 zrobiłam jednocześnie Norda i Facelle. I na obydwóch był ledwo widoczny cień cienia. Powtórzyłam testy 9dpo rano. I jest ta cholerna kreska! Kolejnego dnia wydawało mi się, że testy nie ściemniały. Nordy troszkę tak ale Facelle było nawet lekko bledsze. Poleciałam na betę. Wynik - prawie 20. Nadal robiłam testy po 2:3 razy dziennie (PTSD po stratach jest straszne), żeby się upewnić, że naprawdę jestem w ciąży. 12dpo przyrost bety był fantastyczny - z 20 na 97. I tutaj postanowiłam, że moja przygoda z betą się kończy. Za dużo mnie to kosztowało strachu a wiedziałam, że beta nie będzie przyrastać tak spektakularnie cały czas. Pomyślałam po co się stresować?
Od razu umówiłam się na doszczepienie do Paśnika. Dostałam termin na wtorek, 12.04. Jednak przed szczepieniem chciałam być pewna, że warto, że nie będę podtrzymywać nierokującej ciąży. Umówiłam się na USG do mojej pani dr na sobotę, 9.04. Chciałam jechać do niej do kliniki w Krakowie ze względu na sprzęt ale niestety tam przyjmowała tylko w tygodniu w godzinach mojej pracy. Po cichutku liczyłam na zarodek z serduszkiem, chociaż ciągle przekonywałam samą siebie, że to może być za wcześnie.
Zazwyczaj przed wizytami w ciąży siedziałam pod gabinetem cała w nerwach, serce waliło mi jak oszalałe. Tym razem byłam dużo spokojniejsza. Wiadomo, bałam się ale to nie była panika. Miałam tęczowy naszyjnik od Starego i kwiatuszek robiony na szydełku, który dostałam po poronieniu córeczki w szpitalu. Przez to czułam się jakby moje dzieci były ze mną i uspokajały mnie, że wszystko będzie dobrze.
Na początku samego usg zobaczyłam sam pusty pęcherzyk. Zaczęłam już mówić, że nic nie ma, że po szczepieniach spotyka mnie po raz pierwszy puste jajo płodowe. Jednak dr kazała mi się lekko podnieść i najpierw zobaczyliśmy pęcherzyk żółtkowy a za chwilę zarodek. Zapytałam czy dobrze widzę, że serduszko pulsuje, czy muszę zmieniać szkła. Dr odpowiedziała, że widzę jak najbardziej prawidłowo ale sama przyznała, że miałam dużo szczęścia widząc serce na tak wczesnym etapie. Nie mierzyła go jednak, bo powiedziała, że na tak wczesnym etapie to bez sensu. Kolejną wizytę umówiłam na 19.04, będę wtedy w 7t2d. Zmierzymy sobie wtedy dokładnie serduszko larwy i założymy kartę ciąży. Dostałam też karteczkę z badaniami do wykonania i receptę na heparynę, duphaston i Utrogestan. Przejdę się przed świetami na wizytę do Luxmedu żeby dostać skierowanie na badania. Mam pakiet z pracy, więc nie uśmiecha mi się wydawanie kolejnych pieniędzy w diagnostyce skoro mogę mieć to za darmo. Teraz tylko oby czas do 19.04 zleciał szybko i bez większych stresów 🙏🏻
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lutego 2025, 13:02
.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 czerwca 2025, 20:59
Mąż był na badaniach nasienia:
- Morfologia 6%
- ruch postepowy szybki 4,6%
- ruch postepowy wolny 21,3 %
- ruch niepostepowy 22,8%
- nieruchome 51,3 %
Włącza sumplentacje cynkiem i ogranicza alkohol.
W międzyczasie kilka kryzysów, płaczu i negatywnych emocji. W tym roku na rękach miałam już 4 noworodki. Styczeń przyjaciółka urodziła bliźniaki, druga przyjaciółka syna, kuzynka drugie dziecko, bratowa rodzi w czerwcu, kolejni przyjaciele starają się od sierpnia, u nich z pewnością się uda od razu, owulacje występują więc bezproblemu, mają już dziecko.
A ja? Płaczę co jakiś czas chociaz w tym miesiącu zrobiliśmy duży postęp. I jesteśmy bliżej niż dalej. Wiemy jaka jest przyczyna braku miesiączek, jestem w trakcie leczenia. Mąż wie, że jego badania są w miarę ok, więc suplememty wystarczą. Nie nastawiamy się na ciążę, bo czekamy na miesiączkę, a potem idę do ginekologa sprawdzić czy wstępuje owulacja, jeśli tak to działamy dalej i czekamy na dwie kreski. Jeśli nie to szukamy dalej.
W piątek wizyta u trzeciego ginekologa. Chcę tylko, aby powiedział czy zapowiada się na miesiączkę i przepisał skierowanie na badania witamin, ferrytyny czy innych parametrów do zajścia w ciążę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 18:15
Lipiec 2023 - Podróż poślubna
Spędziliśmy ją z przyjaciółmi, którzy mieli ślub miesiąc przed nami. Siadamy na leżaki i właśnie dowiedzieliśmy się, że udało im się po ślubie zajść w ciążę. Cieszymy się i gratulujemy.
A my? Postanowienie - kończę ostatnią paczkę tabletek antykoncepcyjnych i staramy się o dziecko.
Ostatni dzień lipca to krwawienie z odstawienia, a później czekam na naturalną miesiączkę ale nie przychodzi. Odczuwam skutki odłożenia antykoncepcji = bóle głowy.
W sierpniu i wrześniu jestem spokojna. Bo miesiączka może wrócić za 6 miesięcy, tak czasem bywa. Tym bardziej, że przed braniem tabletek miałam bardzo nieregularne miesiączki.
Mija październik, a nawet listopad. W grudniu zaczynamy starania na poważnie i zapisuje się do ginekologa. Wizyta na początku stycznia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 17:55
Luty 2024
Po miesiącu idę znów na badania hormonalne + robię krzywą insulinowa, bo może mam insulinooporość?
Wyniki:
TSH - 1,577
FSH - 3,01
LH - 0,63
ESTRADIOL - 25,26
PROLAKTYNA - 75,77
DHEA-SO4 - 374,40
TESTOSTERON - 56,69
SHBG - 50,05
INSULINA I: 6,40 PO 1 h; 42,90, po 2h: 40,20
Glukoza: 76
HOMA: 1,20
Wyniki lepsze: dieta działa? Ovarin działa? Insulinooporości nie ma.
O miesiaczki też nie ma i się nie zapowiada. Testy ciążowe- negatywne. Zapisuje się do innego ginekologa. Wizyta ostatniego lutego. Pojawia się ból piersi, mocne bóle lewego jajnika i mleko w piersiach.
DRUGI GIENEKOLOG:
- wtórny brak miesiączki
- PCOS symptops
- hiperandrogenizm
- hiperprolaktynemia
- skierowanie do endokrynologa ginekologicznego w klinice leczenia niepłodności.
Tak naprawdę nie otrzymałam żadnych informacji, ginekolog pół wizyty zapatrzony w swój iphone, 3 razy pyta o te same rzeczy. Nie słucha mnie kompletnie. Jedynie powiedział, że nie będzie leczył mnie metodą prób i błędów. Potrzebuję specjalistycznego leczenia. Nie spytał nawet co biorę.
Zapisałam się do poradni endo-gin. Termin: czerwiec 2024. Postanawiam wykupić enel-meda z pracy i działać dalej.
Dokupuje zioła ojca sroki numer 3, wymieniam ovarin na fertistim, przestaję brać pregna start.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 marca 2024, 18:06
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.