12+3
Egzamin zdałam na 4! Jeszcze nigdy nie czekałam z takim stresem na wyniki. Udało się! Zgodnie z obietnicą mam zamiar zrobić porządki w szafie i wyrzucić wszystko. Jutro pojadę na zakupy jak się okaże, że nie mam w czym chodzić.
Po co mi buty, których nie noszę? Płaszcz, który jest za mały i znoszony?
Koniec z chomikowaniem i mówieniem, a może się przyda! Koniec z tym!!!
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lutego 2015, 09:03
Dziś smutna data - rok od straty pierwszej ciąży [*] Rok praktycznie wycięty z życiorysu, bo 90% czasu myślałam o ciążach, wykresach itp.
Zawsze tak lubiłam luty (imieniny, urodziny) - teraz sama nie wiem czy go lubić. Oby luty 2015 dał mi powód żeby go znów uwielbiać 
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 09:56
NO i sa wyniki meza... jeszcze ich nie odebralam ale juz sie strasznie stresuje... dzwonilam po tescia zeby przyszedl do Juli a ja pojade po wyniki. Wiem napewno ze cos nei tak bo nie zrobili dwóch badan tylko jedno a jak bylismy zaniesc nasienie to mowila ze jesli jest zbyt mala liczba plemnikow to nie robia tego drugiego badania... eh oby jak najszybciej odebrac ten cholerny wynik...
Pozniej ja na monitoring to od rau pokaze ginowi wynik i zobaczymy co On na to... no i musze zapytac dzis o duphaston bo ostatnio zupelnie zapomnialam...
Bylam na usg na izbie przyjec bo akurat przypadl mi 10dc w sobote a gin mial dyzur i strasznie mna wstrzasnelo jak przyjechala kobieta w zaaweansowanej ciazy i potem slyszalam jak polozna dzwonila po lekarza ze przyjechala kobieta w 30tc z podejrzeniem obumarcia plodu... mialam lzy jak grochy i nie moglam sie uspokoic jak to uslyszalam...
Zycie jest strasznie trudne...
Cykl stracony. Nie będzie prezentu w postaci pozytywnego testu na Walentynki.
Jaka jestem smutna, zła i wku....na!! Jestem rozżalona 
Wracam po drugiej zmianie do domu a mój K. śpi. Wczoraj, przedwczoraj. Dlaczego akurat teraz kiedy ja mam dni płodne? Nie chciał wieczorem to ja się do niego wczoraj rano zaczęłam dobierać. A on nic. Wstał z łóżka i tyle. Normalnie na mnie czeka, a teraz kiedy tym bardziej powinien to nie poczekał.
Od dwóch cykli nie mówię mu że to te dni żeby go nie stresować. Jak mu mówiłam że się zaczynały to po jakimś czasie doszło do kłótni i powiedział mi że jak się kocha to ze świadomością że tylko po to żeby dziecko spłodzić. No to przestałam mówić o dziecku, o dniach płodnych. I cały ten żal trzymam w sobie przez co jestem jak bomba zegarowa. Jeszcze chwila i wybuchnę.
Hah...po tak długim czasie comiesiecznej obsesji pt "CZY W KOŃCU SIĘ UDAŁO" ... chyba przesadziłam z intensywnością LUZU na, który wrzuciłam. Wróciła 'stara ja' , czyli taka która absolutnie nie chce na razie zmieniać nic w swoim życiu, nie chce robić tego kroku w dalsze przestworza dorosłości, boi się odpowiedzialności na całe życie i...boi się czy podoła z tym wszystkim. Chciałabym zapewnić naszemu dziecku wszystko co najlepsze, czytanie do poduszki, wspólne śniadanka, siedzenie na cieplutkim dywanie i wspólne budowanie domków z klocków lego, układanie super długich torów do elektrycznego pociągu...a jakoś nie mogę sobie tego wszystkiego wyobrazić. Ciagle tylko chaos, chaos, chaos. Dom pełen ludzi... Aż nie mogę sobie wyobrazić, że może być inaczej.
Pewnie to dodatkowo zamraża moje chęci na kolejny krok życiowy. Moze gdybysmy wiedzieli, że od dnia X zacznie się Stabilizacja przez duze S - to moze inaczej na wszystko bym się zaptrywała. A tak to co? Mąz mówi, zebym się nie martwiła. Jak będziemy mieć dzieciątko to wiadomo, ze po Ibizie nie wrócimy do brata i siostry...tylko wynajmiemy sami mieszkanie na kilka miesięcy przed wyjazdem..ale kurcze...no jak mogę się nie martwić. Nie chcę w pierwszych miesiacach życia naszego wyczekiwanego dziecka ciagle chodzic wkurzona i zestresowana. Dowalając do tego jeszcze rodziców męża, którzy oczywiście już planują wielki przyjazd na narodziny...a nawet jeszcze nie ma czego planować.
To jakies OSACZENIE...no alebo sama sobie tworzę problemy i sama się nimi osaczam. 
No nic..pewnie w głebokiej głebi wierzę, że wszystko się ułoży i będzie dobrze.
Ale tak bardzo jestem na LUZIE, że prawie zwymiotowałam ze stresu jak mąż próbował się dodzwonić do kliniki inseminacji w celu wrócenia do tematu.
Nie dodzwonił się jednak dzisiaj.
A może to nie było uczucie stresu tylko nadziei lub radości, które uparcie staram sie przytłumić?
Nie wiem...ale jest mi bardzo dziwnie.
Ciekawe kiedy wróci coliberek 2012-2014 ....
Nie wiem czy tęsknię za tą mną, za tą obsesją ciążową...
Ale też nie wiem, czy to wszystko przypadkiem nie jest moją reakcją obronną na tyle miesięcy niepowodzeń. I że już tak bardzo się boję, ze znowu się nie uda że wolę sobie wwmawiać, że nie mam ciśnienia.
Skąd więc te wypieki na policzkach?
Syres czy podekscytowanie?
Jak to mówi mój mąż - jeżeli ja sama siebie nie rozumiem, to kto mam mnie zrozumieć?
No nic...zaraz wybiegam to wszystko na bieżni. Po intensywnym treningu przejasniają się myśli.
ufff... wdech wydech..
co za poniedziałek...
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 10:20
Długo nie pisałam ... dziś 5 dzień czwartego cyklu - niech ten cykl będzie tym upragnionym !
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 12:03
Weekend byl calkiem udany, a tymczasem trzeba bylo wrocic do pracy...
W pracy zerknelam na swoj telefon, kalendarz - dzis jest dzien, w ktorym mialam zostac mama, gdyby nie to ze zarodek sie przykleil nie tam gdzie trzeba i gdyby nie wydarzyly sie te wszystkie okropne rzeczy po drodze... Mieszanka naszych komorek mogla dzisiaj po raz pierwszy zaplakac, po raz pierwszy zobaczyc swiat.
O dziwo, czuje sie calkiem dobrze. Gdyby nie ten telefon - zupelnie bym o tym zapomniala. Jak to mozliwe?
To mogl byc najpiekniejszy dzien w moim zyciu, a jest... no wlasnie, co? Troche taka pustka, lekki smutek gdy o tym mysle, nostalgia. Widocznie dzis nie bylo mi to pisane... Tylko kiedy nam sie uda?
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 12:33
Mama z groszkem - Starszy brat uwielbia mlodszego braciszka z wzajemnoscia
Oczywiscie zdarzaja sie zlosciwosci i np. Maximilian raz wszedl do pokoju gdzie Julianek spal w kolysce i mowi do mnie : mama Julian zaraz bedzie plakal - Po czy go obudzil
Ale tez jak Julek placze, starszak leci do niego i glaszcze go po glowce zeby ten sie uspokoil wiec naprawde rewelacja 
Julianek nadal ma katar, brzydki, zielony a do tego zaczol mi kaszlec. Na jedno to pewnie przez to ze mu ten katar splywa a na drugie martwie sie coraz bardziej zeby nie poszlo na oskrzela czy pluca...Tak ze czekam az maz wroci z pracy i jedziemy do lekarza zeby nam go osluchal. Bede spokojniejsza...
Tak Julian jest duzy. Chociaz nadal nosi rozmiar 62-68 to pampersy ma juz trojki. Znajomi nam mowia ze my to nie mamy niemowlaka tylko malego chlopczyka . To jest mile chociaz dla mnie on jest moim malym bobo
Julian nie tylko jest duzy jak na swoj wiek ale tez bardzo swiadomy siebie. Uwielbia byc noszony. Wtedy z zaciekawieniem oglada wszystko co widzi. Kocha swoja matke edukacyjna na ktorej potrafi dlugo sie bawic. Usmiecha sie do swojego odbicia w lusterku a za Maximiliankiem wodzi oczyma i tak smiesznie macha nozkami jakby chcial za nim pobiec...
Ciąża zakończona 4 lutego 2015
Od wczoraj jesteśmy w domu byliśmy zmęczeni dlatego nie pisaliśmy dziś jest lepiej jak z każdym dniem mały w szpitalu był bardzo grzeczny taki aniołek nie płakał dużo spał a w domku w nocy dał nam nie źle popalić ale może to emocje związane z zmianą otoczenia zobaczymy dziś ja mam nawał pokarmu ale radzimy sobie z tym mały najada się piersią je optymalnie co 3 godziny ale mi ciężko jeszcze wstać bo rana ciągnie ale daje radę mąż dużo pomaga ale też nie budziłam go za każdym razem bo było mi go szkoda poza tym wszystko jest dobrze no i będzie coraz lepiej


a to nasze pierwsze zdjęcia
pozdrawiamy was ciocie i wasze szkraby :*
Zgwałcę go dzisiaj
a co tam hihi
Z każdym USG co raz większe nerwy...
Od pierwszego podglądu liczy się każdy dzień, każda doba: ile urosło, jakiej wielkości, jak szybko przyrasta...Na tym etapie wszystko jest ważne.
Cóż, jutro ostatnie przed punkcją USG.
Wiem, że kolorowo nie będzie bo oporne dość moje jajniki...nie produkują wiele pęcherzyków, a jak już widać, że coś ruszyło to potem się okazuje, że są, ale nie rosną.
Oby wraz z pełnią księżyca były co dzień to większe i pełniejsze 
Choćby ten jeden!
Boszzz! Co mi jutro lekarz powie??!!
Oby estradiol podskoczył...
Czuje juz powiew porodu na szyi, jest delikatny ale sprawia ze przeszywa mnie zimny dreszcz. Mam gesia skorke. Strach i ekscytacja teraz na tym samym poziomie, ani mniej ani wiecej. Pocieszam sie na rozne sposoby: m.in ze da sie urodzic dorodnego chlopca 4kg (ebrzozowska) to tym bardziej dziewczynke ledwo ponad 3 kg (rokowania: waga w normie ale tej nizszej). Czuje juz ogromny ucisk na spojenie lonowe i mam swiadomosc ze Helenka moze zechciec opuscic swoje ciasne lokum w kazdej chwili... Aaaaaaa. Na przyszly weekend umowilam fotografa, przyjedzie do nas i pstryknie nam jakies fotki ciazowe, to ostatni dzwonek, mam nadzieje ze do soboty chociaz wytrwam w dwupaku. Zdecydowalam sie na to tak pozno bo w ogole nie chcialam slyszec o zdjeciach w tym stanie, czuje sie ostatnio mega nieatrakcyjna (17kg do przodu), pomyslu sesji rowniez brak a nue lubie takich mega pozowanych, sztucznych, wole cos naturalnego, cos w plenerze.. Nie lubie po prostu pozowac. No ale zmienilam zdanie i sesha ma szanse sie odbyc o ile corcia nie wywinie przedwczesnego numeru
)
Takiego weekendu już dawno nie mieliśmy 
Było ciężko (dla mnie ze względu na to, że lubię pospać ;p) ale daliśmy radę!
)
W piątek wstaliśmy tzn mama męża nas obudziła telefonem przed godz.9.
Potem dzienne obowiązki i na noc do pracy (to była moja ostatnia zmiana), każdy od 18 do 6 rano.
W sobotę wróciliśmy, zjedliśmy śniadanie, wzięliśmy prysznic i pojechaliśmy do Zabrza na jakiś tam turniej piłki nożnej. I grzecznie do godziny 17.30 siedzieliśmy w punkcie medycznym. Całe szczęście nic poważnego się nie działo 
Wróciliśmy do domu, przebraliśmy się i pojechaliśmy na urodziny chrzestnego mojego męża. Było całkiem fajnie
na dziś umówiliśmy się z kuzynką mojego męża, że odwiedzą nas 
Do domu wróciliśmy po 22. Jeszcze małe co nie co ;P i ok 23 poszliśmy spać. Dobrze licząc na nogach byliśmy jakieś 38h 
W niedzielę pobudka o godzinie 7.30 i znów wskoczyliśmy w czerwono-odblaskowe kubraczki i wybyliśmy do jednej z dzielnic naszego miasta również na zabezpieczenie piłki nożnej, całe szczęście wczoraj trwało to tylko do 14. I powtórka z rozrywki - wróciliśmy, zjedliśmy obiad, przebraliśmy się i pojechaliśmy na urodziny brata mojego męża 
Wróciliśmy koło 21, kąpiel i spać...mąż musiał biedny wstać do pracy na 8, ja za to miałam wstać o 9 i ... na planach się skończyło (jak zwykle) wstałam o 12 ^^
Za chwilę jak skończę z forum to muszę zacząć sprzątać mieszkanie na przyjecie dzisiejszych gości bo wygląda tutaj jak by tornado przeszło - dosłownie ! 
Kocham takie weekendy, kiedyś kiedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem i nie mieliśmy własnego mieszkania takie epizody (z jednego zabezpieczenia, na drugie a między czasie jakaś impreza) były na porządku dziennym
teraz stety/niestety doszło nam trochę innych ważniejszych obowiązków to i trochę takie rzeczy się skończyły.
Plusy tego, że nie mam chwilowo pracy ? :
+ mogę spać, wtedy kiedy mi się chce i tyle ile chcę,
+ mam czas na przygotowanie dobrych obiadów i sprzątanie
+ jestem w jakimś lepszym humorze (bo się wysypiam, z racji tego, że nie boję się iż zaśpię
)
+ mamy więcej czasu dla siebie
Wiem, że miał być tylko i wyłącznie pozytywny post, ale są też minusy tego, że chwilo nie mam pracy,
- będzie krucho z kasą (ale mój mąż powiedział, że damy sobie radę)
Aaaa, no i dlaczego nas w piątek obudziła mama męża ? Żeby zadzwonić i nas poinformować, że siostra męża urodziła. Na tych urodzinach u wujka na tapecie rozmów była tylko i wyłącznie M. i jej córka. Ale...dałam radę !!!!
))))
Okazało się, że w rodzinie męża są jeszcze dwie kobietki, które mają odczucia takie jak ja, więc jest mi lżej.
Jedna się stara, a druga kiedyś też poroniła (o czym dowiedziała się zupełnie przypadkiem) a teraz też się stara...więc one też wiedzą co mniej więcej ja czuję, niestety nie mamy zbytnio czasu na poważne i długie rozmowy na ten temat. O ich przypadkach oczywiście wiedziałam, ale dopiero po porodzie M. jak im mówiłam co czuję wtedy one też się otworzyły.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 12:44
Bylam u gina. Pecherzyki nie pekly puki co. W prawym 26mm i 24mm w lewym 18mm ale zapadniety-jesli dobrze zrozumialam to chyba pekl. ZObaczymy w sorde. Co do wynikow K to kazal sie nie przejmowac i w ogole nie brac ich pod uwage bo jakies dziwne byly. Nie bylo dokladnego opisu i powiedzial ze to nie jest dobre miejsce na badanie-tam gdzie robilismy bo jzu 3 wynik ma taki dziwny od nich... Takze powtarzamy po owulce jesli oczywiscie termin bedziemy mieli. Poza tym jak pekna pecherzyki to bede brac dupka. Moze on cos zdziala.
I już po punkcji. Jestem w domku, a M ze mną. Dba o mnie, kupił obiadek pyszny itp. W zasadzie w ogóle się nie denerwowałam. Już bardziej M zżerały nerwy o mnie. Cały zabieg przebiegł gładko, no może oprócz wkładania weflona. Musiało być dodatkowe podejście.
Doktorek powiedział, że jest 7 jajek. W sumie miałam nadzieję na więcej. Nie wiem też, czy wszystkie dojrzałe. No nic, zobaczymy. Trzeba być dobrej myśli.
Transfer wstępnie przewidziany na 3 dni, w czwartek. Nie będę dzwonić z pytaniami, jak tam się sprawa rozwija. Poczekam spokojnie na telefon w sprawie transferu. Wtedy i tak mi wszystko powiedzą.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 13:02
Bałam się, że mnie zjecie za to smęcenie i pominięcie faktu, że nie ja tu jestem najważniejsza. Dziś, po tym oczyszczającym poście, czuję się o niebo lepiej. Nie umiem wyrazić w słowach jak wiele znaczą dla mnie Wasze opinie. Czasami w naszych oczach wygląda coś źle, ale otoczenie widzi to jeszcze inaczej. Nie napisałam też wczoraj, że mąż "niechcący" wczoraj zapytał się mnie czy bluzka, którą miałam ubraną, nie jest za mała. Momentalnie łzy w oczach, a on zbladł. Bardzo mnie przepraszał( oczywiście w ramach tych przeprosin kupił mi mini pączusie - zjadłam 5), bo nie miał na myśli tego, że jestem gruba, tylko nasza Mała Lilianka tak się rozepchała, że mam duży brzuszek. Tulił i mówił, że kocha mnie taka jaka jestem, a wagą mam się nie przejmować, bo noszę nasze dziecko. On docenia to moje "poświęcenie", poświęcenie swojej figury, urody dla naszego cudu. I chyba rozmawiał z rodzicami swoimi bo w niedziele byli bardzo mili - teściowa zawsze jest miła i teść, ale uważali na słowa. Choć powiedziała, że bardzo ładnie wyglądam, bo mam taki okrągły brzuszek.
Bardzo Wam wszystkim dziękuję, że mogę liczyć na każde słowo - dobre i złe - szanuje każde zdanie. Wiem, że nie jedna z Was toczyła tą samą nierówną walkę, ale postanowiłam po prostu nie jeść słodyczy, chyba, że okazjonalnie. Moja gin nigdy mi nie powiedziała, że za dużo tyję. Zawsze mnie karciła, że za chuda jestem i mogę mieć problemy w ciąży.
Kochane jesteście! i zawierzam się Waszym słowom, bo wiele z Was ma już za sobą poród i wiecie,że po nim następują jeszcze większe zmiany. Bardzo Wam dziękuję (bedę się powtarzać
) i koniec ze smutami. Przecież jestem w ciąży, w końcu. Jest wszystko dobrze a ja szukam zaczepki. Koniec. Teraz tylko same pozytywne myslenie i nastawienie 
Pozostało 6 dni do naszego kolejnego spotkania :*
bardzo się cieszę, że jesteś i chcę już Cię znów zobaczyć! :*
Spałam dziś 4h... Świsty w gardle,gwizdy,charczenie podczas oddychania... Czuję jakbym oddychała przez słomkę. Może to astma? Alergia? Oskrzela? Muszę wybrać się do rodzinnego jeśli nic się nie zmieni,a dodatkowo muszę przepisać się do innej przychodni i tym samym innego lekarza. Ciągle pod górkę.
Czekam sobie na nowy cykl. Z utęsknieniem. Aż tu nagle łup! Zapalenie nerwu trójdzielnego! Haha!
Baś poszła dziś do nowego przedszkola. Zobaczymy ile wytrwa nim zachoruje.
Mój Robal to dziecko w typie High Need, chyba już o tym pisałam. Przez ten czas, który spędziłam z nią w domu mogłam NAPRAWDĘ wczuć się i zaobserwować przeogromną zmianę, jaka w niej nastąpiła. Z dziewczynki, która potrzebuje bezwzględnej bliskości i uwagi stała się bardzo wymagającym rozmówcą, któremu zależy nie tyle na byciu razem, co na czułości. Milion pytań "dlaczego", ktore zadawane są naprawdę logicznie i trzeba się namyślić, żeby dziecka nie nauczyć głupot sprawiają, że na koniec dnia jestem wypruta intelektualnie. I jeszcze: Baśka ma pamięć absolutną! Moja przyjaciółka mieszka daleko i rzadko się widzimy, ostatnio w sierpniu. Nie opowiadam o niej córce, bo i po co. Ale ciocia podczas ostatniego pobytu zaprosiła Basię do siebie. Wspomniałam, że przyjedzie ciocia Anetka, a Baś na to: "Ale JAK TO?! (oburzona) Przecież to JA miałam do niej jechać!" Poza tym, jeśli komuś się wydaje, że może powiedzieć coś, co umknie uwadze Basi, choćby była zajęta w 200%, to się grubo myli. Wychwytuje wszystko i np. przypomina o czymś podczas kolejnej rozmowy na ten temat. Był temat wakacji. Basia siedzi na podłodze i gada do kotów, a my rozmawiamy o wakacjach. Następnego dnia, gdy przeglądałam strony internetowe pensjonatów, Basia zajrzała mi przez ramię i pyta: "Mamo, to są te Sudety?" Dżizes! A już hit totalny: u lekarza - p. doktor wypisuje receptę, a Basia mimochodem go pyta: "A czy to prawda, że jak sobie będę świeciła latarką w oko to mi się podrażnią neurony?" LOL (Oczywiście Baś nie mowi tak wyraźnie.)
No i do czego dążę:
Mam dziecko bardzo wymagające. Zawsze taka była, ale teraz, kiedy stanowi sama o sobie, tj. wie czego chce, a czego nie, widzę jak wiele błędów wychowawczych popełniam. Gdzieś tam mam do siebie wyrzuty w stylu: jesteś, tłuku, psychologiem, i takie rzeczy robisz?! Ale zaraz racjonalizuję sobie i stwierdzam, że przecież nie zostawiam tego tak, jak jest, ale staram się poprawić. No i staram się. Tylko jak to jest, że nie ma nawet jednego dnia, żebym była tak w 100% zadowolona z tego jak wychowuję własne dziecko? Dlaczego jest tak, że jak jedno poprawię, to zaraz wychodzi coś innego do poprawienia? No, nie jest to łatwe.
Mężczyźni, to jednak czasami są sprytni 
Pozytywny test ciążowy zostawiłam w swojej szafce (ma szklane szybki) nad umywalką w łazience. Generalnie każde z nas ma swoją umywalkę i szafkę, więc nikt nikomu nie zagląda do jego części. A tu mój mądry małż, po powrocie poszedł pod prysznic, zszedł na dół na obiad i jadł jak gdyby nigdy nic. Potem przytulił się do mnie na kanapie i coś oglądał w TV. Ani się nie zająknął skubany, że wypatrzył test w szafce! Czekał aż sama mu powiem;) Cieszył się, a ja wpadłam w panikę nie do opanowania, że wszystko się powtórzy... Oczywiście dostałam za to reprymendę, że jak będę tak histeryzować, to nie mam co liczyć na zdrową ciążę i się ogarnęłam.
Mój Luby ma dwa powody do radości bowiem jego najlepszy przyjaciel (ten z którym był na nartach) też będzie miał dziecko, jego żona jest w 8tc. A najlepsze jest to, że ja nigdy przenigdy nie chciałam mieć dziecka z tego rocznika co oni. Nie lubie go. Nie, to za mało powiedziane, ale niech tak zostanie;) A żeby było jeszcze śmieszniej, to moja przyjaciółka też jest w ciąży!
Powtórzyłam dziś bete: 545,3
! Poprzednia z piątku: 86,2.
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 lutego 2015, 15:49
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.