Popijam czerwone wino i zastanawiam się, dlaczego najłatwiej zajść w ciążę 16-latkom bez szkoły, bez pracy, bez męża i bez pieniędzy. Może dlatego, że Bóg dał Nam narząd jakim jest MÓZG. Najłatwiej zrobić coś bez zbędnego myślenia i analizowania. Po prostu robisz i dzieje się.
Mówią Mi - wyluzuj. Ale, Mój Dobry Boże, jak mam wyluzować kiedy są dni płodne i śluz leje się strumieniem ??? Moje szaleństwo w dni płodne jest trochę przerażające, nawet dla mnie.
Obecnie jesteśmy w trakcie 5 cyklu starań. W końcu po wyleczonej grzybicy, 3 zapaleniach pęcherza, z pięknym śluzem, owulacją, chyba odpowiednią temperaturą i stosunkami damsko-męskimi w czas. Teraz pozostaje czekać.
Dzisiaj 17 dc. Podbrzusze gra, ale czasem to norma, a czasem pewnie podświadomość. Miałam możliwość darmowych badań, więc na szybko sprawdziłam tarczycę i progesteron. Tarczyca piękna, wręcz książkowa. Progesteron - 7,14, ale lekarz zalecił 22-23 dzień, a ja jak zwykle się nie posłuchałam. Więc nie wiem czy na ten 17 dc. to odpowiedni poziom. Mam nadzieję, że urośnie.
Kiedy opowiadam moim bliskim o wiesiołku, porze współżycia, kwasie foliowym, magnezie i mierzeniu temperatury każdy puka się w głowę.
Ale.
Wy Moje Drogie Pragnące przecież wiecie, co jest w stanie zrobić kobieta naprawdę ... PRAGNĄCA 
Puzzle to nie dla mnie ;P
Tydzień 21/22 (20+4/21+1)
Hania wczoraj zaliczyła swój pierwszy koncert
TABU 
I właściwie to jedyna pozytywna rzecz na cały wczorajszy i dzisiejszy dzień.
Wczoraj od rana pobolewał mnie dziwnie brzuch, ale sądziłam, że to z 'podniecenia', że idę na koncert ulubionego zespołu(oczywiście za zgodą ginekologa). Na dodatek wiecznie miałam uczucie parcia na pęcherz, a jak szłam do łazienki i skorzystałam z toalety(dosłownie 2 krople) to od razu chciało mi się znowu. No i Hania była jakaś spokojna, za bardzo spokojna.
Potem przy szykowaniu się (jako, że mąż miał nockę z gliną od 20 do 4 nad ranem to zostałam u rodziców na noc) usłyszałam od Niego, że jak się coś stanie to będzie to w 100% tylko i wyłącznie moja wina. I cały humor szlag trafił! Na dodatek żeby się nie rozpłakać starałam się nic nie mówić to się nasłuchałam, że on nie rozumie o co mam focha. Zajebiście mówić takie coś osobie, która i tak ma już jedno dziecko na sumieniu.
Chciałam już zrezygnować z tego wyjścia, ale pomyślałam o przyjaciółce, która miała iść ze mną a też rzadko wychodzi (jest w moim wieku) bo ma 2letniego synka. Na koncert w końcu poszłam, nawet Hanulka potańcowała sobie w brzuszku 
Dziś rano pojechałam z mamą na zakupy. Zaczął boleć mnie brzuch, ale tak dziwnie znowu to poszłam do ubikacji i jak się załatwiłam to ból zelżał. Dobrze, że Hania od rana daje znać o sobie bo jak wróciłam do domu to po skorzystaniu z toalety na papierze miałam mokrą plamę zabarwioną jak by krwią (czystej krwi nie było, ale kolor był taki wiecie...) ja już łzy w oczach i widzę siebie w szpitalu ale opanowałam się i sprawdziłam czy to nie z macicy/szyjki (tylko śluz z resztkami luteiny, na szczęście). Wzięłam no-spe forte i po jakimś czasie ból przeszedł i mocz już nie jest taki podbarwiony. Obstawiam, że znowu będę miała krwinki z moczu jak ostatnio. Jeszcze trochę się poobserwuję, jak nic nagłego się nie zdarzy to w poniedziałek pójdę do laboratorium.
Jako, że mąż ma dzisiaj drugą nockę z gliną (20.00-04.00) to spakowałam się na cały weekend do rodziców. Miał wstać po wczorajszo-dzisiejszej nocce i tu przyjechać a stąd jechać na dzisiejszą nockę. Zadzwonił 'przyjaciel', że jest potrzebny na zabezpieczenie 'spoko, skończy się o 17'. Zgadłyście, jest 17.55 a Jego dalej nie ma ;/ Będzie koło 19. Nie wiem jak on ma zamiar zjeść obiad... w zasadzie mam już to w dupie. Już mam dość takich sytuacji. Tak, rozmawialiśmy o takich sytuacjach. Zawsze były postanowienia, że już się nie da tak wrobić... Wychodzi jak zawsze. I oczywiście dopóki sama się nie upomnę to żadnego sms'a w stylu 'jak się czuje?' czy 'wszystko w porządku?'.
W zasadzie nie chciałam Wam tu znowu smęcić, ale w rodzinie wszyscy trzymają Jego stronę, a najbardziej moja mama. Rozumiem, że kasa się przyda, ale do jasnej cholery jak tak będzie robił jak Hania będzie na świecie to niech potem nie ma pretensji, że Mała będzie do Niego wołać per wujek.
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 listopada 2015, 18:01
Żyję już tylko środą!
do tego stopnia, że dzisiaj w nocy nawet mi się śniło, że jadę z mamą (?!) na tą wizytę i biegałyśmy w panice po Krakowie żeby się nie spóźnić. Tak w realu to mama jest cały czas na bieżąco i bardzo wspiera i gorąco wierzy. Ostatnio częściej myślę też o jej poronieniu, w takim kontekście, że w niebie przecież mam braciszka albo siostrzyczkę. Wcześniej, zanim nie zaczęłam się starać i nie przeczytałam tutaj tylu historii Aniołkowych Mam nie przeżywałam tego aż tak bardzo. Może mój tata i mały aniołek pomogą mojemu maleństwu tu na ziemi?
A co do wizyty to jest we mnie praktycznie 100% ekscytacji i pozytywnych myśli
jedyne czego się boję to badanie męża. Z tego co się dzisiaj dowiedziałam przez telefon to seminogram będzie po prostu bogatszy o morfologię, która przy wcześniejszych badaniach była pomijana ze względu na bardzo niską liczbę plemników. Na ostatnim seminogramie mamy jednak wzmiankę, że te plemniki które są żyją i ruszają się, więc napawa mnie to pewnym optymizmem że będzie dobrze i biopsja nie będzie konieczna. Może w ogóle bym się nie martwiła gdyby nie jego gorączka na początku listopada. Ale, może będzie dobrze, czemu ma nie być
Może ta garstka która została będzie waleczna jak Spartanie 
Od wizyty u laryngologa nawilżam mocno gardło i pomaga! Nie jest już takie przekrwione, zniknęła biała kropka która była tam kilka tygodni (dalej nie wiem co to było, ale już uciekło), mam wrażenie, że jest mniej spuchnięte przy migdałkach. Jeszcze nie jest 100% ok bo jednak codziennie go używam ale jest o niebo lepiej. Czyli faktycznie nie miałam żadnej infekcji. Mój jedyny problem obecnie to pękające i bardzo suche kąciki ust. Zażywam wit d3 1000, myślałam że przy niej takie rzeczy nie powinny się robić. Obecnie smaruję je tylko kremem silnie nawilżającym, może zapytam w aptece o jakąś maść ale dla ciężarnych, bo teraz już nie chcę przyjmować żadnych leków które mogłyby zaszkodzić. Nie wiem po jakim czasie takie substancje są usuwane z organizmu. Pewnie nic by się nie stało ale wolę dmuchać na zimne.
Ale dalej się zastanawiam co z l4 po transferze, iść czy nie? Praca niby nie ciężka ale na nogach cały dzień. Z drugiej strony może transfer wypadnie przy świętach, a potem wracam do pracy tylko na 1,5 tygodnia i mam ferie zimowe więc może nie będę musiała brać żadnego wolnego.
Oby do środy 
Ehhh miał być miły dzień a wyszło średnio. Byliśmy dziś na obiedzie u teściów,był też brat mojego męża z żoną. Dziś postanowiliśmy się przyznać juz że jesteśmy w ciąży. Gdy mąż to ogłosił zapadła grobowa cisza, teściowa widząc co sie dzieje powiedziała :cieszymy się i coś tam jeszcze zapytała. Szwagierka wytrzymałą jeszcze z 5 minut przy stole , po czym wstała , ubrała się w przedpokoju i uciekła. Brat G. poczekał jeszcze chwile powiedział ciche gratuluję, ja powiedziałam ciche dziekuję, po czym on też wstał od stołu i poszedł za żoną. Teściowa się po tym rozpłakała, już jak byliśmy sami powiedziała ze bardzo się z teściem cieszą , ale Ula (szwagierka )ma poważny problem i mimo tej ciężkiej atmosfery dobrze się stało że to usłyszała, że musi sobie z tym poradzić. Dodała, że Ula ma poważne problemy z tarczycą, lekarze nie bardzo już wiedzą jak jej pomóc i to się niestety przekłada na problem z zajściem w ciążę i bardzo chwiejne stany emocjonalne-co sama zauważyłam już wcześniej. Jej stan emocjonalny pogorszył sie w zeszłym roku, jak nasi wspólni znajomi ogłosili że sa w ciąży, praktycznie zerwała z nimi kontakty. Wiedziałam, że może to źle przyjąc ale takiej reakcji jak dziś to się chyba nie spodziewałam. Z jednej strony jest mi jej oczywiście żal i zrozumiem jej cierpienie,ale z drugiej strony zrobiło mi sie samej przykro, że zamiast radosnej nowiny zrobiła się stypa.
Samej w pewnym momencie mojego życia wydało mi się, że resztę zycia spędzę sama i mamą nie zostanę, a co róż jakies koleżanki wychodziły za mąż i rodziły dzieci a ja za każdym razem chociażby ze łzami w oczach i ciężkim sercem im gratulowałam. A dziś poczułam się jakbym dostała lekko obuchem w głowę. Czuję sie z tym fatalnie, z jednej strony jest mi przykro że inni nie chcą albo nie potrafią się cieszyć ze mną, a z drugiej strony mam jakies irracjonalne poczucie winy wobec Uli. Mąż próbuje mi wbić w głowę, że mam przestać o tym myśleć , bo to nie nasza wina że oni nie mogą mieć dziecka i że przecież całe otoczenie nie będzie rezygnować z rodzicielstwa tylko żeby Uli nie urazić. Nie wiem, jakoś mi cieżko z tego powodu...
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 listopada 2015, 18:06
Ciąża rozpoczęta 17 października 2015
Ciąża rozpoczęta 30 października 2015
Dziś 3 tydzień i 2 dzień ciąży. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Ale jednak jest, udało się.
17 dc.
Bida z nędzą. Byłam u gina w piątek. Same porażki. 
Kurde, jak trudno jest mi zaakceptować, że to na prawdę nie będzie w moim przypadku takie hop siup. To dziwne. Życie mnie nigdy nie rozpieszczało i na wszystko musiałam pracować, ale myślałam, że chociaż w tej kwestii pójdzie gładko. BRAWO JA! ;/
Endo wyhodowałam sobie zaledwie 3,9 w 15 dc. Porażka na całej linii. W poprzednim cyklu już było 7,1, a tu znów do d***.
Pęcherzyk jest ale podejrzany - zapadający się, "dziwny" jak to określiła ginka. Dalej ślad po torbieli na lewym jajniku, albo to może endometrioza. Nie no, kurde, co jeszcze tam znajdzie? Wyjechała mi tak z grubej rury...
Czy miała Pani jakieś zabiegi na szyjce? - Yyy, nie. A nadżerkę? - Yyy, z 4 lata temu. Coś dziwnego się tu dzieje.
Skąd pytanie?! Nie wyjaśniła. Jak mi jeszcze coś tam wygmera i znajdzie to mnie krew zaleje chyba. Wtedy to już nawet wózkiem widłowym mnie nie podniosą z tej gleby. ;/
Dostałam gynalgin na stan zapalny. Po raz pierwszy Clostilbegyt i jeszcze duphaston na krótką lutealną i plamienia. Mam przybyć za 2 miesiące. Bez monitoringu. Czy to nie dziwne? Nie narobię sobie tym CLO problemów jeśli nikt nie będzie kontrolował pęcherzyków? Znając moje fantastyczne szczęście...
Poryczałam sobie trochę wczoraj. Tak w samotności, gdy małż pojechał po zakupy.
Testy owu dalej negatywne.
Czy będzie coś pocieszającego w tym dniu?
Tak, impreza rodzinna i czerwone wino. Bosko. Nie będę musiała tłumaczyć, że nie jestem w ciąży i będę chlała to wińsko na porost endo. Bosko.
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 grudnia 2015, 08:59
Wieści.
Mam założoną juz te sznurówke na szyjke,zeby pobudzic skurcze. Jakies tam sa,ale nieregularne . Mam teraz ktg i zapis beda robic co 2 godziny. Jak tylko mnie odlaczy to ide na schody pochodzic, bo mam juz zamiar dzis urodzic..ile w ciazy mozna chodzic 
tym bardziej ze wszystko mnie juz tam okropnie boli, kluje i ciagnie ..mam maxa!
Chce juz synka miec na rękach 
Nie wspomne juz o tym jak bardzo mąż moj przezywa i jak bardzo chcialby juz rozwiązania 
do uslyszenia 
21dc, 4dc po.
Już 3 dzień mam identyczną temperaturę 36.48. 4 dni temu było też blisko: 36.46. Czyżby termometr się popsuł?
Nie kojarzę tak długich przypadków powtarzalności... Pamiętam jednak, że niedawno termometr spadł mi z dość dużej wysokości:(
Z drugiej jednak strony zdarzało mu się już wcześniej upadać i później pomiary były zróżnicowane... Nie ma się więc co pocieszać uszkodzeniem termometru. Prawdopodobnie nie było owulacji i teraz organizm ciągnie z lekko zawyżoną temperaturą do nowego cyklu:( Tym bardziej, że zawsze w "dniu zero" oraz kilka dni po nim czuję charakterystyczny ciągnący ból, a w tym cyklu zupełnie nic nie czułam:( Eh... chyba Hsg jest nieuniknione!
Tylko za jedną jedyną rzeczą będę tęsknić z okresu ciąży... za tymi cudownymi ruchami maleństw w brzuchu, kopniakami, pełzaniem. Coś niesamowitego
Muszę napawać się tym uczuciem bo nie wiem kiedy się skończy. A pewnie nigdy więcej już go nie doświadczę...
Szyszaki, pełzaki kocham Was. Posiedźcie chociaż jeszcze tydzień, a najlepiej do początku grudnia.
To najdłuższy cykl jaki miałam
gdzie ten okres??? zaczynam się już martwić!!!.
Teraz trochę mam stresu , staram się o pracę
cv porozsyłane tylko czekana odpowiedz! jak dostanę prace planujemy wynająć swoje mieszkanie i wprowadzić się
bardo długo na to czekałam dlatego mam dużą motywację w poszukiwaniu racy!:-)Nie wiadomo kie udami się zajść w ciążę może znowu ponad rok będziemy się starać... Nie chce siedzieć w domu i się tylko dołować!...
Boję się trochę jutrzejszego dnia, tyle już zawodów miałam... 
No i przyszła @ 20.11 
no cóż, nowy cykl, nowe nadzieje 
Po przeczytaniu wpisów i pamiętnika 230515 moje wspomnienia i odczucia odżyły. Siedzę i ryczę. Jak życie jest okrutne. Dzięki Ci Boże, że Zośka pomimo wady serca jest z nami, że żyje, że operacja się udała.
Mój strach jak jechała na dół na salę operacyjną jak miała 8 dni, czy jeszcze zobaczę ją żywą? Czy stamtąd do mnie wróci? Czy może żegnam się już na zawsze?
Ta złość, dlaczego mnie to spotkało. Dlaczego spotkało to wszystkie te dzieci i rodziców leżących z nami na kardiologii czy kardiochirurgii.
Widok matek płaczących na łóżeczkami, oglądanie reanimacji dzieci - Szymonka który zmarł na drugi dzień. Jego mama krzycząca na cały szpital z wielkim bólem. Lenka, Franek, Matylda - nie wiem co się z Wami teraz dzieje. Mam nadzieję że wróciliście do domu z Waszymi rodzicami jak Zosia z nami.
Tylko rodzice którzy przeżyli to co my, wiedzą o czym piszę. To był najgorszy miesiąc w moim życiu.
Minął już ponad rok, a ja ciągle o tym myślę. Czy kiedyś przestanę? Nie raz jak zasypiam widzę malutką Zośkę pod respiratorem. Z drenami, z dziesiątkami kabelków i leków podawanych przez pompy.
Drugi dziecko. A co jeśli znowu? A co jeśli coś gorszego? Wierzę, że będzie dobrze, że dam radę, dlatego podjęłam walkę. Jednak z tyłu głowy ciągle biją mi się myśli.
No ale koniec smętów. Dziękuję Bogu że jest tak jak jest. Że wyrosła na wesołe dziecko a ja mogę się tym cieszyć. Nie przejmujmy się błahostkami
głowa do góry, będzie już tylko lepiej!
No to jutro wybieram się na badania tuż przedowulacyjne, żeby zobaczyć czy się tam cośkolwiek szykuje... Oczywiście pisząc badania, mam na myśli zbadanie poziomu hormonów...
LH, FSH, estradiol, wolny testosteron(swoja drogą poprzednie badanie prawie 4 m-ce temu, więc wypada zrobić raz jeszcze...)
czuję taki delikatny ból w podbrzuszu... bardzo delikatny i zupełnie nie wiem co to oznacza... czy tak po prostu "boli" (za dużo powiedziane) bo "boli", czy też "boli", bo coś tam się dzieje (oby nic niedobrego)
W czwartek byłam totalnie załamana, dowiedziałam się, że mojej kuzynce udało się zajść za 2 razem! Tak szybko! Cieszę się przeogromnie, że nie miała problemów i mam nadzieję, że tak już zostanie do końca ciąży:) Jest w 10 tygodniu. Ale z drugiej strony ta złość we mnie, że nam się nie udaje, że nie dość moich problemów, są jeszcze problemy z nasieniem męża. DOŁUJĄCE! Cholernie dołujące...
Dodatkowo do tego wszystkiego dochodzą różne inne, przyziemne problemy... Typu zepsuta bateria w laptopie, brak normalnego telefonu (mam cegiełkę obecnie, którą dałoby się zabić hehe), auto już 2 tygodnie stoi u mechanika (dopiero co kupione), brak kasy na wizyty u gina, żeby podglądnąć jaja czy są i jak rosną... no i oczywiście co najważniejsze - brak poprawy w leczeniu moim - brak efektów w postaci KROPKA... Mogłabym jeszcze wymienić tutaj ostatnie takie podejście męża do mnie i tego, że się tak martwię - "nie zazdrość innym, nie przejmuj się bo to Ci i tak nic nie da, mówiłem, że jak po roku staran w ciąży nie będziesz to się tym zajmiemy...", albo "Tyle te badania kosztują? Musisz to robić? Nie możesz wybrać innego, bezpłatnego lekarza?" Kurwa nie, nie mogę... i tak mi ten już za niektóre wizyty w ogóle kasy nie bierze.... Tak trochę czuję brak jego wsparcia, jakby był zły, że myślę o dziecku... a staram się mu nie mówić... Bolą mnie każde jego słowa... "Nie dbasz, to się zepsuło" - odnośnie laptopa - ta, kurwa moja wina, że kupił lapka przez internet a facet go wyciulał na gwarancji i zapewne na żywotności baterii również... "nie mogłaś mi zrobić czegoś innego do jedzenia?" - czego do cholery, jak pytam co chcesz, to mówisz "nie wiem"... "ale się leniwa zrobiłaś, nawet liści ze mną nie pograbisz", a Ty kotku grabisz i się cieszę, ale mam również swoje obowiązki, które mimo, że zrobię, to ich nie dostrzega się na co dzień... pomyte podłogi, napalone w piecu, jakiś obiad zrobiony, kurze pościerane, koty nakarmione, zakupy zrobione... WIem, że Ty ogarniasz rachunki, ale Ty póki co zarabiasz na nasze utrzymanie i płacisz wszystko ze swojego konta, bo wspólnego nie mamy... z resztą póki co, już 7m-cy po ślubie, a w domu nadal jest "moje pieniądze, twoje pieniądze"... smutne... a dom jest Twój i wszystko co w nim też w sumie twoje, bo przecież Ty kupiłeś... jak ja to mówię... ja tu tylko sprzątam:P 
Chyba trochę się ostatnio gubimy w tym naszym małżeństwie... Nawet nie potrafię powiedzieć CI tego wszystkiego, co bym chciała... Jakoś nie umiem... Płaczę sobie po ciuchu, gdy Ciebie nie ma, a jeśli jesteś to tak, żebyś tego nie widział... przynajmniej się staram... bo po co masz znowu mówić "nie myśl ciągle o dziecku", bo Ty widzisz tylko te rozmyślania o dziecku a nie inne zmartwienia... ale o tym też CI nie umiem powiedzieć...
Jestem tak mało idealna, że aż nie mam określenia na to... ale jestem... Kocham Cię...
Mimo, że nie mam zajebistej, płatnej pracy, tylko studia dzienne magisterskie robię, bez stypendium, bo przecież jestem leniem (choć zawsze uczyłam się świetnie), to ciągle jestem i staram się, żeby było CI dobrze w domu, do którego wracasz po pracy każdego dnia... Może nie mam idealnej sylwetki, mimo, że szczupła jestem, ale mam cellulit i Ci się to nie podoba... ale... cholera nie mam motywacji do ćwiczeń... totalny brak... brak chęci na cokolwiek, na chęci do życia... do korzystania z tego życia garściami... Jakoś gdzieś to wszystko zgasło we mnie... i nie ma ... prysło tak po prostu...
Kuuurcze, ale smutny wpis... No ale... smutna właścicielka pamiętnika,to i wpisy smutne 
Może w następnych dniach będzie coś lepiej...
Dziś 28 dzień cyklu.
Udało nam się porozmawiać w środę, skończyło się to moim płaczem, ale wyrzyciłam z siebie już wszystko. Doszliśmy do porozumienia, a przede wszystkim oboje dalej chcemy się starać, bo się kochamy. Mam nadzieję, że taka kłótnia jak ta już się nie powtórzy więcej...
Dziś byłam nawet w kościele pomodlić się za to nasze małżeństwo i prosić Boga o szansę na zajście w ciążę. Dawno już nie byłam, właściwie po naszym ślubie praktycznie od razu zabraliśmy się za wykończenie mieszkania i do kościoła rzadko było po drodze... Muszę to zmienić, poczułam wewnętrzną ulgę po wyjściu, wstąpiła we mnie nowa nadzieja.
Aktualnie czekam na okres, temperatura skacze, a podbrzusze pobolewa, piersi wrażliwe... Byle szybko, byle nowy cykl i nowa szansa 
Poprzedni cykl trwał 36 dni. Jeszcze nie miałam takiego długiego. Podejrzewam, że był też bezowulacyjny. Właściwie cały czas od paru tygodni pobolewa mnie jajnik. Nastrój cały czas podły, listopadowy. Próbowałam się umówić na wizytę, ale pani doktor nie odpisuje na maila mimo że przypominałam jej się telefonicznie. Nie chce mi się już z nią kontaktować, więc jutro zapiszę się do kogokolwiek. Chcę wiedzieć co dalej, bo skończyłam brać castagnus a prolaktynę nadal mam trochę za wysoką. Chyba troche chaotycznie piszę, ale tak to właśnie wygląda - wielki chaos w mojej głowie, wielka niewiadoma i zmęczenie czekaniem.
Pochłonęłam obiad a teraz jest mi tak niedobrze, niewiem czy nie będę wymiotowac, normalnie kiepsko dzisiaj ze mną...
22 dc.
Testy owulacyjne codziennie ujemne - tzn. kreska testowa nieco bledsza od kontrolnej. Dzień w dzień identycznie. Albo zatem zbliża się pik LH i owulacja w końcu wystąpi, albo niestety Duphaston zablokował owulację i ten cykl będzie stracony.
Ścigam się z czasem, bo chciałabym zajść w ciążę zanim wrócę do pracy - teraz jestem nadal na zwolnieniu. Boję się, że moje cykle całkowicie się rozregulują po powrocie do roboty, albo że znowu promieniowanie jonizujące, pole elektromagnetyczne, wirusy, dźwiganie zadziałają niekorzystnie i będzie powtórka z dramatu. Chciałabym tego uniknąć, co chyba (?) jest zrozumiałe. W poprzedniej ciąży pracowałam dopóki nie dowiedziałam się o swoim odmiennym stanie, czyli do 6 tygodnia (w 4 tygodniu ciąży robiłam betę z krwi, była ujemna!), a Krzysiu urodził się z wadą serca. Mam niejasne wrażenie, że moje warunki pracy nie pomogły w tym, żebym urodziła zdrowe dzieciątko...
Staram się mimo wszystko nie nakręcać, niemniej jednak wiadomo, jak to jest.
Czekam na silne kłucie prawego jajnika - zwiastun wyczekiwanej owulacji.
Jak się nie uda, czekamy na @ i zaczynamy znowu z Clo. Nadzieja umiera ostatnia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 listopada 2015, 17:06
21.11.2015r. Dzień osiemnasty
Dzisiaj Nastusia poznała swoich drugich Dziadków. Teściowa Małą zachwycona. Teść mniej werbalizował swój zachwyt, ale i tak nie mógł ukryć swoich uczyć, bo co chwila zachodził do pokoju z kołyską Nastii, by popatrzeć na nią jak śpi. Teściowa poobdzwaniała z wrażenia wszystkie swoje Siostry, najstarszą córkę i opowiadała o Małej... że dziecko takie... "jakby go nie było!". Gdy siedzieliśmy przy stole (Teściowa przywiozła pyszne gołąbki) i rozmawialiśmy, co chwila mówiła "jejku ten dom taki zmieniony, a dziecko takie cichutkie jakby go nie było!"
Ogólnie wizyta Dziadków bardzo udana. Wyspaliśmy się. Dostałam rano na odreagowanie stresów i zmartwień śniadanie do łóżka i kwiaty. Była też mała paczuszka. A w niej nowy telefon. Narzekałam, że muszę latać po lustrzankę i często mi umykają fajne momenty naszej córki. Aparatu w oczach nie mogę dostać, ale telefon z lepszym aparatem dlaczego nie
najadam się i postanowiłam wybudzić córkę, bo już po 9 było, więc dziecko nasze strzeliło ponad 6 godzinną "drzemkę". Mąż w tym czasie zajął się ogarnięciem mieszkania na przyjęcie Teściów. Widziałam, jak się cieszył, że przyjeżdżają. Szykował jakiś mały poczęstunek, szorował łazienkę, zbierał pranie i jednocześnie wyczekujące spojrzenia rzucał przez okno. My z Nastią zaliczyłyśmy karmienie, male przytulanko i strojenie w kwiatkową sukienkę
Mała potem odleciała, więc położyłam ją do kołyski, a sama obdzwoniłam Babcię i Ciotkę, by zdać im relację z minionego tygodnia. W dobrym humorze i wypoczęta przyjęłam gości stukających do drzwi.
Po obiedzie postanowiliśmy wybrać się wszyscy na spacer nad morze. W miejsce, gdzie spacerowaliśmy z mężem na kilkanaście godzin przed narodzinami Nastii. Pamiętam jak wtedy podekscytowani zastanawialiśmy się, kiedy nasz pisklak się wykluje, cykaliśmy sobie radosne fotki i rozmawialiśmy o tym, jak piękne jest nasze życie, a jak jeszcze piękniej będzie, gdy Mała będzie już z nami i zabierzemy ją na podobny spacer w to samo miejsce. Planowaliśmy jeszcze co zjemy na obiad (jedzenie- moja ciążowa obsesja), ale przechodząc obok ładnej knajpki z rybami jednak stwierdziliśmy, że gotować nie będziemy, a zjemy tam coś dobrego. Ja pałaszowałam rybkę, a mój mąż jakieś makarony z mięsem. Wracając do domu zalecieliśmy jeszcze na zakupy. Kupiłam sobie płaszcz, mężowi bluzę na nasze spacery i ciepłą kurtkę, a gdy weszliśmy do domu, poczułam przemożną chęć na sen. Tak jakby organizm wiedział, że w nocy zacznie rodzić i dawał mi właśnie szanse na zebranie sił. Spałam od 17 do 19, a potem poszłam się wykąpać z mężem. K. pozapalał zapachowe świece w całym mieszkaniu i udało się nam jeszcze zaliczyć wyjątkowo udany seks
często wracamy myślami do tego dnia, bardzo ciepło go wspominamy. Poszliśmy spać wtedy jak zawsze, a w nocy obudził mnie ból brzucha. Rano nasza córcia była już na świecie.
Fajnie było więc wrócić w to miejsce, przejść się tymi samymi ścieżkami, co ponad dwa tygodnie temu, gdy jeszcze czekaliśmy na Małą, totalnie nieświadomi, kiedy ona raczy się pojawić.

image upload
Spacer z Anastazją i Dziadkami (a także najmłodszą Siostrą K.) trwał prawie dwie godziny. Mała trochę spała, trochę czuwała, aż żałowałam, że biedne dziecko tylko tą gondolę ogląda od środka, a na zewnątrz tak pięknie. Gdy wróciliśmy na parking wyciągnęłam w aucie cyca i podałam Małej, bo już się rozdziawiała. Karmienie piersią to taka wygoda! Zupełnie nie wiem, dlaczego wcześniej miałam obiekcje. Teraz gdy wszystkie problemy (mam nadzieję) z tym związane rozwiązaliśmy, czynność ta daje mi mnóstwo satysfakcji. Czuję się dla niej taka wyjątkowa, jedyna, potrzebna.. A teraz gdy Nastka nie je już tylko z zamkniętymi oczami, ale patrzy na mnie tym swoim cielęcym rozanielonym wzrokiem... ach pięknie, mogłabym tak karmić i karmić.
Ale do brzegu! Spacer udany, Mała dotleniona i najedzona wróciła do domu. Wyciągnięta z fotelika nadal spała twardym snem. Tym bardziej Babcia zachwycona, że dziecko takie cudne i "grzeczniutkie" (a jak się zachowuje "niegrzeczny" noworodek?).
Urządziliśmy więc sobie rodzinne gotowanie na kolację. Po konsumpcji i miłych konwersacjach przy stole nadszedł czas kąpieli (kąpiemy dziecko tak co 2 dni). Teściowa z niekrytą radością patrzyła na syna,jak sprawnie zajmuje się swoim własnym dzieckiem. Mąż dumny jak paw
po kąpieli K. z Teściem zajęli jeden pokój i rozpracowali flakon wódki, a kobieca część towarzystwa zamknęła się w sypialni i zajęła rozmowami o dzieciach, połogu, w tym czasie Nastka siedziała przy bufecie i raczyła się wieczornym posiłkiem. O 22 (czyli szybciej niż zawsze) już wszyscy leżeli w łóżkach. Mąż pierwszą noc nie wstawał do Małej odkąd jest ona z nami. Sama ogarniałam przebieranie i karmienie dziecka. Wcale nie jestem wymęczona bardziej niż gdyby to Mąż ogarniał Małą i podawał mi ją do karmienia lub sam karmił butelką. Pobudki były tym razem dwie w nocy. Jedna o 1, a druga o 5. Wstanie do Anastazji przebranie jej, podanie jednej "całej" piersi (w trakcie kupa), przebieranie wyprodukowanej kupy, podanie "kawałka" drugiej piersi przy której Nastia zasypia, zajęło mi dwa razy równo po 35 minut. W nocy postanowiłam też iść na łatwiznę i dupę Małej nie przemywać przegotowaną ciepłą wodą, a zwykłymi chusteczkami nawilżającymi. Zaoszczędza mi to chodzenia do kuchni i włączania czajnika, który mnie wybudza bardziej, a tyłek Nastii nie odpadnie przecież od dwóch przetarć chusteczkami z chemią. Tak sobie myślę, że może sama zajmę się Małą w nocy, gdy mąż wróci do pracy (ten ambitnie utrzymuje, że zmianą pieluchy zajmować się będzie zawsze i koniec kropka). On sobie będzie się wysypiał i po powrocie z pracy będzie mógł się wykazywać wieczorami w pielęgnacji Nastki. Zresztą ja będę mogła sobie pospać w trakcie dnia z Małą, a K. źle reaguje na niedostatecznie wysypianie się (słaba męska płeć
), a wiadomo, że w pracy lepiej by był wypoczęty i w dobrym nastroju.
22.11.2015r. Dzień dziewiętnasty
Teściowa dziś wstała razem ze mną. Siedziałyśmy razem w kuchni przy herbacie i rozmawiałyśmy. No zabobonna z niej kobiecina
na szczęście nie gniewa się za moje żarty i rozumie, że nie wszyscy muszą wierzyć w jakieś przesądy.
Trochę zirytował mnie Teść. Wczoraj przy wódce poruszył temat chrztu Anastazji. Że sobie rozmawiał o tym z moimi Rodzicami i wszyscy zgodnie stwierdzili, że to za poźno, bo "ile można dziecko niechrzczone trzymać?". O ile pamiętam to z moimi Rodzicami pierwszy i ostatni raz na ten temat rozmawialiśmy jeszcze w okolicch 7 tc. To nasza decyzja i już, więcej nie ma o czym gadać. A tu Teść, który do kościoła nie chodzi nawet w święta wypowiada się i próbuje wpłynąć na nasz wybór. I to jeszcze przy alkoholu, a tak to siedzi cicho jak mysz pod miotłą. Na szczęście zarówno Teść jak i Teściowa widząc czyjeś odmienne zdanie nie próbują forsować swojego na wszelką cenę, tylko raczej wycofują się, by nie wywoływać konfliktu. Dziś już nie było mowy o żadnym chrzcie, a raczej o tym, by uroczystość odbyła się wcześniej.
W porze obiadowej zajechała zaprzyjaźniona z nami para podrzucić nam kilka ciuszków i zabawkę na rączkę dla Anastazji. Zjedliśmy razem obiad (Teściowa z K. gotowała, a ja leżałam jak łania w sypialni i karmiłam się z Małą, przysypiałyśmy i karmiłyśmy się dalej) i wszyscy nasi goście zawinęli się do siebie.
Dziadkowie mieli okazję poznać Anastazję już jako trochę inną dziewczynkę niż była na początku. Wiadomo teraz jest okres najintensywniejszego rozwoju, dziecko najwięcej przybiera na wadze, codziennie zmieniać się może jego harmonogram dnia, jego potrzeby... Pierwszy tydzień dosłownie był cały przespany, czas aktywności bardzo krótki, zainteresowanie czymkolwiek zerowe. Teraz Nastka ma czujny wzrok, wędrujące po otoczeniu oczy. Dzieci w tym wieku widzą tylko na odległość 20-30 cm i to w barwach czarno-białych, to co dalej je interesuje to światło. Nastka wprost uwielbia leżenie w swoim leżaczku i gapienie się na lampę. Zawsze uspokaja się, gdy zapali się górne światło podczas zmiany pieluchy. Wtedy z zainteresowaniem kieruje główkę ku źródłu świała, a z zadowolenia aż rozdziawia gębę i wywala jęzor
Nastka też już nie tylko chce jeść i spać. Wolny czas lubi spędzać przytulając się do mnie lub do K., słuchać gdy do niej mówimy czy śpiewamy. Jest wtedy spokojna, rozglądająca się po nas. Mąż twierdzi, że ma "mądre spojrzenie". Nie ma mowy, że za dnia odłożymy teraz Nastkę odrazu po karmieniu do kołyski. Najpierw trzeba się dostatecznie potulić, uspokoić, sprawić, że oczka same zaczną się kleić i dopiero wtedy położyć. Trochę się martwię, że przyzwyczaję Małą do tego trzmyania na rękach, leżenia razem, ale przecież ona teraz tego bardzo potrzebuje. Jest jeszcze taka maleńka. Poza tym mi też ten kontakt z nią sprawia frajdę i mnie relaksuje. Wróciłam nawet do karmienia na leżąco, żeby Mała mogła sobie przy mnie wygodnie pospać (i ja przy niej też). W trakcie dnia robię sobie jedno-dwa karmienia w tej pozycji i czuję się lepiej.
Z drugiej strony może to też moja potrzeba, by być blisko Małej, skoro teraz tak się o nią martwię? W piątek było to pobieranie krwi, mąż wysłał bibułkę kurierem, mamy niedzielę... W poniedziałek dotrze przesyłka do Instytutu, zanim zrobią badanie... Wtorek, środa... Denerwuję się trochę tym wynikiem. Może więc to i moja potrzeba, by być z Małą blisko? Teraz trudno mi to ocenić. Jedno jest pewne Nastka już nie jest taka totalnie bezkontaktowa jaką była na początku...

photo uploading
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.