Coraz wiecej osob zauwaza zmiane w moim wygladzie. Ciesze sie ze nie tylko ja sobie wmawiam ze sie zmieniam ale to jest realny fakt.
Do tej pory zgubilam 2,5kg, 8cm z biustu, 5cm z talii, 2cm z bioder. Cwicze minimum 2x do tego od maja zaczelam diete redukcyjna. Czuje sie coraz lepiej ze soba. W koncu mam praktycznie plaski brzuch, pupa poszla do gory, rece zeszczuplaly. Za miesiac pochwale sie kolejnymi wynikami
a na koniec bede chwalic sie wysportowanym brzuchem skoro ciazowym nie moge. A co.
Z kwestii ciazowych. Coraz czesciej myslr o staraniach. Chyba nastąpilo jakirs odblokowanie systemu i coraz czesciej w rozmawach zamiast "jesli bede w ciazy" pojawia sie "kiedy bede w ciazy". Szkoda tylko ze umowę mam jeszcze 1,5 roku, wiec starania najwczesniej po potwierdzeniu przedluzenia. Nie jestem typem ryzykanta. Lubie jak mam bezpieczny grunt pod nogami. W sumie ten czas bez staran juz mam zaplanowany a i ciaglr cos nowego dochodzi. Pewnie zanim sir obejrzr minir te 1,5roku. Pocieszam sie ze mam jeszcze szanse na dziecko przed 30.
Poza tym co...przyjaciel oznajmin ze spodziewa sie drugirgo dziecka. Ciesze sie bardzo chociaz nie bede kryc ze mnie to nie zaklulo. Jak to mozliwe ze tak szybko i bezproblemowo komus sie udaje? Chociaz pewnie w moim przypadkh Wyzsza Instancja stwierdzila ze lepiej nauczyc mnie pokory i cierpliwosci zeby lepiej docenic ten cud. Chce w to wierzyc ze to bylo czescia duzego planu a nie zwykla wypadkowa. Tak mi latwiej.
Doszły jeszcze Przeciwciała przeciwjądrowe ANA-nie wykryto
P/c przeciw B2-glikoproteinie-1 IgG 0,04 SGU ujemny<20
dodatni>20
P/c przeciw B2-glikoproteinie-1 IgM 1,5 SMU ujemny<20
dodatni>20
Bajka o początku świata
"Kiedyś wierzono, że świat jest kawałkiem lądu wznoszącym się na skorupie Wielkiej Żółwicy, która przemierza Ocean Bezmiaru. Potem odkryto, że oprócz naszej wioski na wyspie istnieją jeszcze inne lądy zamieszkiwane przez innych ludzi. Jeszcze później pewien znany i odważny kapitan postanowił sprawdzić, jak rozległy jest cały ocean i gdzie dokładnie się rozpoczyna. Wyruszył więc ze wschodniego brzegu, by podążać za wznoszącym się na niebie słońcem. Zamiast początku świata, po wielu miesiącach żeglugi znalazł coś znacznie bardziej nieoczekiwanego – zachodni brzeg rodzinnej wyspy.
Wtedy Wódz przywołał do siebie Kapłankę. Ta zaś opowiedziała wizję o wężu, który zjada własny ogon. Nie ma on początku ani końca. Zawsze był, a jednocześnie nigdy nie powstał. Zawsze się tworzył i jednocześnie próbował się unicestwić. Wódz pokiwał głową ze zrozumieniem i obwieścił:
– Są tajemnice, których nigdy nie będzie nam dane zrozumieć. Cieszmy się więc tym, że jesteśmy tu i teraz, na bezpiecznym lądzie położnym na skorupie Wielkiej Żółwicy.
Ja jednak nie mogłam przestać myśleć o tej opowieści. Czy wąż może jednocześnie być i nie być? Czy zanim zaczął istnieć, nie było go? Gdzie jest jego początek i koniec? Do którego czasu przynależy?
Wpatrywałam się w gwiazdy, nie znając odpowiedzi. Jadłam i spałam. Prowadziłam normalne, codzienne życie. Niepostrzeżenie wizja żółwia i węża ogarnęła moje myśli tak, że nie wiem już, czy kiedykolwiek się nad tym nie zastanawiałam. Czy wszystko ma swój początek? Jako rolnicy wiemy, że z zasianego ziarna wyrośnie roślina. Wiemy, że trzeba ją podlewać i pielęgnować. Rozumiemy, że potrzebuje czasu i troski, by dojrzeć. Ale zdarza się też, że zasiane ziarno nie wschodzi. Albo że z niewiadomych przyczyn rozwija się szybciej lub wolniej. Nie wiemy jednak, jak to się dzieje, że z ziarna powstaje roślina. Czy ona zawsze była w ziarnie? Czy dopiero sprzyjające okoliczności powołały ją do życia? Gdzie kończy się ziarno, a zaczyna roślina?
– Twoje rozmyślania są dziwne – powiedział któregoś dnia mój mąż. – Czy nie ważniejsze jest to, że jesteśmy tutaj i teraz, a nie jak się tutaj znaleźliśmy?
Miałam dziwne, mieszane odczucia. A jeśli jednak nie myliłam się? Jeśli to, co okryte tajemnicą ma większe znaczenie od tego, co dosłowne? Ale rozumiałam, o co mu chodzi. Nie można żyć w wiecznym wyczekiwaniu i niepewności. Zbyt dużo myśli rodzi niepokój, tłumi radość, utrudnia życie.
Stanęłam na progu jej chaty w cichym oczekiwaniu. Nie wiązałam z tą wizytą żadnych specjalnych nadziei ani obaw. Chciałam po prostu uspokoić swoje serce i wyciszyć natłok myśli. Zaprosiła mnie gestem do środka.
Była piękną kobietą, choć jedno jej oko zakryte było przepaską. Miała gęste ciemne włosy i pachniała tajemnicą. Była kapłanką, co sprowadzało się do tego, że znała nazwy ziół, potrafiła wzniecić ogień oraz pielęgnować chorych.
– Nie daje mi spokoju wizja węża, który zjada własny ogon – powiedziałam, siadając na wskazanym przez nią miejscu.
– Mhmmm.
– Czy kiedyś go nie było? Skąd się wziął? Czy skoro teraz jest, to znaczy, że kiedyś go nie będzie? – rozpoczęłam litanię pytań, a ona się uśmiechnęła.
– Znamy cztery stany bycia: jest, nie ma, być może jest, nigdy nie będzie* – powiedziała.
– „Być może jest” jest stanem bycia? – zdziwiłam się. – Pośrednim między „jest” a „nie ma”?
– Nie – zaprzeczyła. – Potencjalnym, a nie pośrednim. Rzeczy albo są, albo ich nie ma.
– Nie rozumiem – przyznałam.
– Jeśli coś jest, odbierasz obecność tego i zawierzasz swoim zmysłom. Podobnie, jeśli czegoś nie ma, ufasz swoim oczom, że cię nie oszukują. Jednak czasem bywa tak, że coś jest, choć jeszcze nie masz jak percypować istnienia tego. Choć tego nie odbierasz, to ono istnieje. Nastąpił bowiem ciąg zdarzeń, który sprawił, że powstanie tego stało się potencjalnie możliwe. Możesz więc zakładać, że jest, choć brak ci na to dowodów.
– Czyli pasuje to do pierwszej kategorii „jest” – przerwałam jej.
– Poniekąd – uśmiechnęła się – skąd bowiem masz wiedzieć, czy jest, czy tego nie ma, skoro brak ci wskazówek? Oznacza to, że prawdopodobnie rzeczy były, zanim zaczęłaś je świadomie odbierać i z nimi obcować…
Przypomniałam sobie moje rozważania o ziarnach i roślinach.
– Co jest więc między „jest” a „nie ma”?
– Zmiana.
Wyszłam z jej namiotu zamyślona i spokojna.
Zmiana.
Transformacja.
Zrozumiałam, że COŚ się zaczęło dziać. I zupełnie nie wiedziałam, dokąd mnie to doprowadzi."
(...) Wszystko się zaczyna (1-4 tc.)
CO SIĘ MOŻE DZIAĆ W TWOJEJ GŁOWIE
Wiele zależy od tego, czy planujesz potomstwo. Jeśli ciąża jest spodziewana, przez pierwszy okres cyklu możesz czuć niepokój związany z wyczekiwaniem na fazę płodną. Obserwuje się to szczególnie u par, które starają się o dziecko od dłuższego czasu. W okresie owulacji dochodzi do zbliżenia płciowego i znów następuje okres niepewności. Choć niektóre testy opierające się na badaniu moczu uznawane są za bardzo skuteczne w wykrywaniu wczesnej ciąży, zwykle za miarodajny wynik uznaje się dopiero ten, który został wykonany w dniu spodziewanej miesiączki. Inną formą sprawdzenia, czy doszło do poczęcia jest wykonanie badania krwi w celu zmierzenia poziomu hormonu bHCG. Jest to badanie obarczone mniejszym ryzykiem błędu niż test z moczu i dające wyniki wcześniej…
Zastanów się, czy rzeczywiście musisz robić testy.
Jeśli jesteś w ciąży, będziesz w niej zapewne przez kolejne dziewięć miesięcy. Zdążysz się nią nacieszyć. Jeśli nie jesteś w ciąży, nie będziesz w niej również dwa tygodnie później, gdy dowiesz się tego z krwawienia miesięcznego.
Możesz sobie odpowiedzieć na następujące pytania:
Jak zareaguję na wynik pozytywny, a jak na wynik negatywny testu?
Czy uwierzę w wynik testu, czy uznam go za miarodajny?
Czy potrafię żyć przez najbliższych kilkanaście dni, ciesząc się oczekiwaniem i ze spokojem przyjąć zarówno brak miesiączki, jak i jej wystąpienie? Czego mi potrzeba, abym mogła cieszyć się tą tajemnicą?
(...)
RADA NA TEN CZAS
Udokumentuj to! Kiedyś ze wzruszeniem spojrzysz na zdjęcie testu ciążowego albo własnego brzucha zrobione w dniu, w którym dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży. Pamiątka taka może być też przydatna później, aby opowiedzieć dziecku o tym, w jaki sposób pojawiło się na świecie."
źródło-Błogosławiony stan umysłu. Bajki terapeutyczne dla kobiet w ciąży.
Bajka o przybyszu
"Wioska położona na skorupie Wielkiej Żółwicy nie była najłatwiejszym miejscem do życia. Z drugiej strony, kochaliśmy te pagórkowate krajobrazy, skalne urwiska, wysokie góry na zachodzie i piaszczyste brzegi na wschodzie. Choć poznaliśmy już inne lądy, nigdy nie próbowaliśmy się na nich osiedlić. Byliśmy dziećmi tej ziemi. Smaganej jesiennymi wichurami oraz gorzejącej letnią suszą. Wiosenne powodzie zalewały nasze pola, a zimowe chłody mroziły jeziora do samego dna. Pogodowe skrajności sprawiły, że ludzie żyjący na wyspie słynęli z hardego charakteru. Nasz upór i nieugiętość budziły podziw oraz cichy strach wśród mieszkańców stałego lądu.
Mówiono o nas „synowie morskiej ziemi”, co zwykle irytowało wolne i niezależne kobiety zamieszkujące wyspę. Zresztą myślę, że właśnie w tym celu to określenie powstało. Cieszące się nieskrępowaną wolnością osadniczki wyspy stanowiły mocny kontrast dla zależnych, żyjących w cieniu swych mężów kobiet ze stałego lądu. „Synowie morskiej ziemi” to po prostu żart… mówiący, że żadna przedstawicielka płci pięknej nie mieszka na wyspie.
To, co niegdyś miało być drwiną, poprzez nieustanne powtarzanie w karczmach i tawernach stało się legendą. Opowieścią powtarzaną małym dzieciom, które w przypływie entuzjazmu za głośno krzyczą, straszakiem na niesfornych łobuziaków: „Jeśli nie zaczniesz mnie słuchać, oddam cię synom morskiej ziemi”, powtarzały lądowe matki swoim urwisowatym chłopcom, lub co gorsza córkom.
Żart ten bowiem urósł do tego stopnia, iż wierzono, że na wyspie nie rodzą się dzieci, a wszystkie maluchy żyjące w wiosce zostały uprowadzone lub dobrowolnie oddane przez swoich rodziców. Tym samym wyspa w legendach stała się miejscem ostatecznego schronienia dla drobnych przestępców, innowierców i wygnańców.
Wszystko to sprawiło, że nasza kraina omijana była przez żeglarzy i turystów. Od zawsze byliśmy małą, zamkniętą społecznością, żyjącą według swoich praw i obyczajów. Stosunki utrzymywane z lądowymi kupcami ograniczały się zwykle do szybkiej wymiany handlowej dokonywanej w porcie. Jednym zdaniem: ani nam nie spieszyło się do nich, ani im do nas.
Czasem jednak nasze drogi się krzyżowały.
Zawsze lubiłam oglądać wschód słońca. Moment, gdy słońce wyłania się z nicości i rozprasza swoimi promieniami mgłę zwykle wyrywał ze mnie westchnienie zachwytu i zadziwienia. Dostrzegałam w tej chwili coś cudownego, nieuchwytnego. Nieopisywalnego za pomocą słów. Coś większego niż ja… Choć jednocześnie zdarzało mi się zastanawiać, czy gdyby nie ja, moja obserwacja i cichy podziw, cała ta scena nadal byłaby tak samo piękna.
Tamtego ranka również podziwiałam purpurowo-złoty spektakl wytaczania się słońca nad błękitne morskie fale. Myślę, że byłam pierwszą osobą, która zobaczyła okręt wypływający z półmroku. Nasze wymiany handlowe zwykle odbywały się dwa razy w miesiącu, najczęściej w portach na stałym lądzie. Przez zdecydowaną większość czasu pomost, dumnie nazywany lokalnym portem, służył jedynie rybakom i zakochanym. Statek kierował się wprost na wyspę – było to jednocześnie niespotykanie dziwne i intrygująco ciekawe.
Przez chwilę analizowałam sytuację. Udać się najpierw do Wodza z informacją o przybyszach, czy od razu biec nad morze i dowiedzieć się, w jakiej sprawie przybywają. Statek szybko zbliżał się do brzegu. Wybrałam to drugie. Pędząc co sił w nogach po zboczu stoku, zastanawiałam się, kto nadpływa i co go do nas sprowadza.
Gdy dotarłam do pomostu, okręt już tam był. Przy palach, na których suszyły się sieci, stała osobliwa para. On. Znacznie starszy od niej. Z posiwiałymi włosami i krótką brodą. Plecy miał okryte skórami zwierząt, w ręce trzymał wysoki, gruby kij. Ona. Drobna, śliczna dziewczyna. Chyba młodsza ode mnie. Ubrana w luźną, prostą suknię zupełnie nie pasującą do wiosennej aury. On szeptał jej coś do ucha, a jej oczy zachodziły łzami, które z trudnością hamowała. Gdy zobaczyli, że nadchodzę, on się wyprostował, a ona skuliła.
– Czy przybywasz w pokoju, pani? – krzyknął do mnie.
– Zaiste, dziwne muszą mieć o nas wyobrażenie – pomyślałam i kiwnęłam głową.
– Zabłądziliście? – zapytałam.
– Nie sądzę – odpowiedział. – Naszym celem była wyspa synów morskiej ziemi.
– W takim razie dopłynęliście do miejsca przeznaczenia – powiedziałam, stając przed nimi.
Czułam, jak mierzy mnie wzrokiem i zastanawia się, co robić dalej. Być może wcześniej nie widział kobiety w spodniach.
– Po co przybywacie? – zapytałam.
– Ja właśnie odpływam, ona – wskazał z pogardą na młodą dziewczynę – zostaje.
– Ojcze, proszę, nie rób mi tego – szepnęła, chwytając jego ciepłe okrycie ze skór.
Odtrącił ją i odwrócił się do niej plecami.
– Przeklinam cię. Od dziś nie jesteś moją córką, nie masz posagu, ani nazwiska. Zostajesz sama, bez rodziny i bez godności. – Powiedziawszy to, spojrzał na mnie i skinął głową, jakby zawierał ze mną ciche porozumienie.
Stałam wyprostowana i zdziwiona, patrząc, jak odwraca się ode mnie i odchodzi w stronę statku.
Rzeczywiście, czasem zdarzało się, że na wyspie przez przypadek znajdowała schronienie sierota lub uciekinier. Bywało, że kupcy przywozili ze swoich wypraw młode kobiety, które potem brali za żony, albo dzieci, które urodziły im portowe dziwki. Jednak za mojego życia nigdy żaden lądowy szlachcic nie przywiózł tu własnej córki, a już na pewno nie przywiózł jej po to, by ją zostawić.
Zaklęłam w duchu. Trzeba było najpierw pobiec po Wodza.
Dziewczyna szlochała, klęcząc na piasku, gdy jej ojciec wsiadał na statek. Podeszłam do niej i łapiąc pod ramiona, pomogłam wstać. Jej twarz, mimo że pokryta łzami i zaczerwieniona z zimna, była piękna. Nienaganna cera. Krwiste usta. Czarne włosy rozwiewał wiatr, oczy błyszczały jak dwa węgielki.
– Zabiłaś kogoś? – zapytałam.
Pokręciła przecząco głową.
Zdjęłam z siebie puchową kamizelkę i narzuciłam na jej plecy. Spojrzała z wdzięcznością.
– Boisz się mnie? – znów zapytałam, a ona po raz kolejny pokręciła przecząco głową.
Kłamała. Wiedziałyśmy to równie dobrze.
Uśmiechnęłam się do niej.
– Chodź – powiedziałam – pójdziemy do Wodza wioski.
Kątem oka zobaczyłam, jak w charakterystyczny sposób łapie się za brzuch.
Choć w legendach przedstawiano nasz lud jako barbarzyńskich wojowników, w rzeczywistości byliśmy zwykłymi rolnikami. Żyliśmy zgodnie z cyklem pór roku, uprawiając naszą ziemię i oddając jej cześć. Niegdyś toczono bratobójcze boje o tytuł przywódcy, jednak już od wielu pokoleń godność ta przechodziła z ojca na syna. Udało się tego dokonać dzięki wprowadzeniu kongresów i oddaniu głosu wszystkim wolnym mieszkańcom wyspy. W czasie kongresu, który zwykle zbierał się raz w miesiącu w wielkim, podłużnym domu, naradzano się, ustalano plany, karano złoczyńców i ucztowano. Czasem, w wyjątkowych okolicznościach, Wódz zwoływał kongres nadzwyczajny, na który musiały stawić się głowy rodzin zamieszkujących wyspę. Jeszcze rzadziej decyzja zapadała jedynie po konsultacji z Kapłanem, Kapłanką i Strażniczką.
Wczesny ranek był dla farmerów porą pracy. Większość zbierała się, by wyjść na pole lub by oporządzić zwierzęta hodowlane. Czy w ogóle jest szansa, by o takiej porze zwołać kongres? I czy przybycie młodej dziewczyny jest wystarczającym powodem, aby to uczynić? Gdy weszłyśmy na główną ścieżkę w wiosce, była niemal opuszczona. Nikt nie zwrócił uwagi, że prowadzę nieznajomą wprost do siedziby Wodza.
„Może to dobrze?” – zastanawiałam się.
Nie weszłam do głównej sali podłużnego domu. I tak byłaby pusta. Zamiast tego obeszłam budynek i zapukałam do drzwi prowadzących do izby Wodza. Cisza. Jeszcze raz… Cisza. Cóż, pewnie i on poszedł doglądać swojego dobytku.
„Co teraz mam z nią zrobić?” – przebiegło mi przez myśl. Spojrzałam na ciągle dygocącą z zimna dziewczynę. Wyglądała jak zastraszony szczeniak.
– Chodź – powiedziałam i udałam się w stronę domu Kapłanki. – Wrócimy tu wieczorem.
Gdy herbata powoli zaczęła rozgrzewać moją krew, mogłam w końcu zacząć myśleć logicznie. Ojciec, który porzuca własną córkę. Córkę, która najwyraźniej jest przy nadziei. Nie pytając o to, czy ktoś udzieli jej tu schronienia odpływa…
– Myślisz, że po ciebie wróci? – zapytałam.
– Mam nadzieję – przyznała.
Najwyraźniej dom Kapłanki nie przypadł jej do gustu. Usiadła daleko ode mnie, w przeciwległym kącie pokoju, na gołej, drewnianej podłodze, choć wyraźnie wskazałam jej miękkie poduchy i posłanie ze skór tuż obok paleniska. Odmówiła również rozgrzewającej herbaty, choć całe jej ciało nadal dygotało z zimna. Kapłanka tylko wzruszyła ramionami i usiadła obok mnie.
– Zaskakujące wydarzenia przynosi tegoroczna wiosna, czyż nie? – zagaiła rozmowę.
– Myślisz, że Wódz pozwoli jej zostać? – zapytałam.
Znów wzruszyła ramionami. Obie wiedziałyśmy, że właściwie nie od Wodza to zależy. Choć miał szacunek i cieszył się posłuchem,był tylko człowiekiem, równym ze wszystkimi innymi ludźmi. Jego głos mógł nieść innym radę albo przykład, ale nie od niego zależała ostateczna decyzja. Pytanie więc brzmiało: jak zareagują na nowo przybyłą inni mieszkańcy wioski.
Nagle ciałem nieznajomej młodej dziewczyny wstrząsnęły dreszcze, a mocny skurcz sprawił, że z pozycji siedzącej przeszła, czy raczej rzuciła się, do pozycji leżącej i zwinęła w drobną kulkę, podciągając kolana jak najbliżej piersi. Leżała tak chwilę, drżąc i cicho jęcząc.
Kapłanka spojrzała na mnie z niemym pytaniem o to, czy wiem, co się dzieje. Pokręciłam przecząco głową. Wstała i podeszła do dziewczyny. Gdy się do niej zbliżała, ta skuliła się jeszcze bardziej. Kapłanka ukucnęła i wyprostowała jej nogi, po czym położyła rękę na brzuchu. Spojrzała jej w oczy.
– Jak masz na imię?
– Ingrid – szepnęła po długiej chwili ciszy.
– Twoje dziecko ciśnie się na świat, chociaż to nie jest dobry czas.
Ingrid wzruszyła ramionami, a jej oczy zmieniły się z pary ciepłych węgielków w hartowaną stal.
– Jeśli zaczniesz rodzić, ono umrze – ciągnęła Kapłanka.
Znów cisza. Kapłanka dalej macała brzuch.
– Ty zapewne też umrzesz w czasie takiego porodu.
Tym razem w oczach dziewczyny pojawił się błysk zdziwienia i niepokoju.
– Nie jesteś jeszcze gotowa do tej drogi – ciągnęła Kapłanka.
Wstała i podała jej rękę, gestem zapraszając, by również się podniosła.
– Połóż się przy ogniu. Zaraz zaparzę ci ziół.
W ciszy spełniła jej polecenie.
Z każdą chwilą cała ta sytuacja stawała się coraz bardziej tajemnicza. Początkowa ekscytacja zaczęła przeradzać się w irytację – nadal nie wiedziałam, o co chodzi. Patrząc na to, jak dziewczyna nieporadnie gramoli się na posłanie z poduch, wstałam i pomogłam jej. Raz jeszcze spojrzałam na jej ciało – było drobniejsze niż początkowo myślałam, luźna sukienka okrywała dosłownie wszystko – w tym wypukły już brzuch, ale również wychudzone ręce i posiniaczone nogi.
– Skąd masz te siniaki na udach – zapytałam.
Wzruszyła ramionami.
– Ma siniaki nie tylko na nogach – wtrąciła się Kapłanka. – Również szyja, brzuch i ręce są nimi pokryte.
Spojrzałam jej w oczy.
– Kto ci to zrobił?
Znów cisza.
– Nie lubisz mnie, choć nie dałam ci ku temu żadnego powodu. Zastanów się, Ingrid, czego chcesz i jakie masz możliwości, bo dziś wieczorem będziesz potrzebowała kogoś, kto stanie po twojej stronie – powiedziałam i usiadłam na poduchach po drugiej stronie ognia.
– Hmm… – westchnęła Kapłanka – tak, Ester mówi prawdę. Będziesz potrzebowała sprzymierzeńców. Chyba nawet bardziej, niż ci się teraz wydaje.
– Nie obchodzi mnie to – odpowiedziała w końcu Ingrid.
– A co cię obchodzi? – kontynuowała Kapłanka. – Życie tego dziecka również nie jest dla ciebie ważne…. A w miejscu, do którego trafiłaś, miłość do małych dzieci traktuje się bardzo poważnie.
– Nie znasz mnie, nie wiesz nawet, kim jestem, jakim prawem chcesz mnie oceniać? – wzburzyła się Ingrid. – Jakim prawem chcesz mi mówić o miłości do dziecka, którego szczerze nienawidzę? Podobno na tej wyspie szczerość jest cenniejsza od złota…
– Od złota może i tak, ale czy od życia? – Kapłanka zawsze mi imponowała swoją umiejętnością zadawania właściwych pytań.
– Czyli chcesz, abym kłamała o ogromnej miłości? Żebym chodziła szczęśliwa i rozpromieniona, podczas gdy czuję, że w moim brzuchu rośnie intruz – niechciany, niezapraszany, poczęty bez miłości. Mam udawać, że moje życie się nie skończyło, gdy brzuch zaczął rosnąć…
Kapłanka spojrzała na nią. Wzięła kubek świeżo naparzonych ziół i podała go jej.
– Dla mnie to bez znaczenia… ale widziałam już takie jak ty. Niektóre były zgwałcone, inne po prostu zdradziły męża, jeszcze inne uwierzyły w miłość mężczyzny, który je potem porzucił. Łączyło je jedno – nie chciały tego dziecka, które rosło pod ich sercem. Czasem prosiły mnie o nazwy odpowiednich ziół, a czasem szukały schronienia przed oprawcami… – na chwilę umilkła i spojrzała Ingrid w oczy. – Nie jestem tu po to, aby cię oceniać. Powiedz mi tylko, kim jesteś i czego chcesz, a wtedy będę wiedziała czy mogę ci pomóc i jak.
To, co wydarzyło się potem miesza się w mojej pamięci. Czy najpierw Ingrid zaczęła płakać, czy raczej opadła z sił i poszła spać? Kiedy zaczęła opowiadać swoją historię – przed czy po obiedzie? Kapłanka zachęciła ją, czy sama poczuła taką potrzebę?."
źródło-Błogosławiony stan umysłu. Bajki terapeutyczne dla kobiet w ciąży.
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 maja 2016, 15:02
I po weekendzie...i auto znów u mechanika....
nosz kurna.Mąż się dziwi jak przejechałam prawie 30 km bez płynu w chłodnicy.... nadziwić się nie może..no pod koniec jazdy coś tam szarpało, ale ja tam się na tym nie znam
Poczytałam trochę w necie, bo nieco zmartwił mnie fakt skracania się moich cykli, to nie jest dobre. Fakt, że ostatnio wpadłam w niedoczynność tarczycy i moje cykle z 30 dniowych skróciły się do nawet 26 dniowych, jeśli owulację mam wyznaczoną na 16 dc to jak nawet potencjalna ciąża ma się utrzymać? Nie ma szans. Zastanawiają mnie też te dwa testy, które wykonałam w marcu, zaznaczyłam je negatywnie, bo oba miały jedną kreskę, jednak na obu (różnych firm) pojawiły się bladziutkie kreski po pół godzinie. Wiem, wiem, że to jest test nieprawidłowy, ale żeby na obu testach z różnych firm tak się stało? Może jednak ciąża była, albo torbiel? Nie wiem nawet czy mówić o tym lekarzowi? Dziś mnie mdli od rana, ale jak się zżarło pół pizzy z sosem czosnkowym późnym popołudniem to musi się czknąć. Niech ten cykl bezowulacyjny się już kończy, nerka nie boli prawie wcale, za kilka dni dowiem się jak tarczyca i wyniki moczu, staję na nogi powoli i na poważnie chcę zacząć działać 
Mąż zabrany na szkolenie rezerwy na cały tydzień, już tęsknię za moim wojakiem 
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 maja 2016, 08:18
26 dc. 11 po.
Od sobotniego popoludnia jestem jak slepa furia. Klasyczny przyklad PMS-u. Poklocilam sie z M, nie mam na nic ochoty, najchetniej zaszylabym sie pod koldra i przespala ten okres.
Nic mi sie nie podoba, nic mi nie pasuje. Jednym slowej jestem nie do zycia i mam tego swiadomosc.
Plamien nadal brak, wiec nadzieja zaczyna kielkowac. A moze sie udalo...? Choc tlumie ja w sobie, bo boje sie kolejnego upadku.
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 maja 2016, 09:50
Wpis 9
U nas cisza bez echa. 23dc. Jeśli teraz się nie uda, to do tematu wrócimy we wrześniu. W pracy jak zwykle pośpiech i masa roboty w domu. Czasami mam tego dosyć... brak czasu dla Tobiaszka, brak czasu dla męża, brak czasu dla siebie. Jeszcze teraz robię awans zawodowy, muszę już pisać sprawozdanie,by na 1 czerwca było gotowe. Marzę o wakacjach 
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 maja 2016, 10:22
Już chyba po owulacji. Bardzo staram się wierzyć, że moja komórka jajowa właśnie łączy się z plemnikiem 
Ehh może to ten cykl? Tak wyraźnie czułam owulację, że to musiało być wtedy:)
W czwartek znów do psychologa.
Dziś internistka mi powiedziała, że hiperprolaktynemia i insulinooporność to urojone choroby.
@ się już skończyła i czuję, że znów się zaczyna. Nie wiem dlaczego tak reaguję, ale wystarczy jedna myśl o starniach, a ja mam zawroty głowy. I tak jest lepiej niż miesiąc temu, bo wtedy to ja reagowałam jeszcze gorzej, wszystko mi latało, miałam okropnie zawroty i bóle głowy, serce mi łopotało.
Coraz bardziej tęsknie do pracy po za domem. Prowadzę działalność w domu już ponad 3 lata i chyba od tego siada mi na łeb. Mam za dużo wolnego czasu, zwłaszcza teraz, bo mój sezon to pażdziernik-grudzień. Brakuje mi kontaktu z ludźmi, jakimikolwiek. Mam sąsiadkę, która również pracuje w domu, jest fajna, czasem chodzimy na spacery z naszymi psami, wpadamy do siebie na kawę i ciacho, ale ona jest starsza ode mnie o 16 lat i dzielą nas poglądy na wiele różnych spraw. Od Mamy się odcinam, bo jest niestety toksyczną osobą i rozmawiamy właściwie tylko wtedy, kiedy musimy. Siostry mają swoje życie i odzywają się tylko wtedy, kiedy coś chcą. Znajomych nie mam za bardzo, jak już wcześniej pisałam. Mam parę "telefonicznych" koleżanek, ale to dla mnie za mało.
Marzę sobie czasem o rozwinięciu firmy (pracuję nad tym, choć opornie mi to idzie), wynajęciu lokum w mojej miejscowości (tak, żeby móc z buta dojść) i zatrudnieniu pracowników. Większa ilość pracy przez cały rok i stały kontakt z ludźmi mógłby mi chyba pomóc. Nie tylko w kwestii starań, ale ogólnie, bo jestem osobą dość wycofaną, skromną i lękliwą.
Temperatura dziś wysoka, ale czuję trochę suche i bolesne gardło, więc możliwe, że to od tego mi tak skoczyła.
No i jest a razem z nia infekcja intymna 
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 maja 2016, 22:18
No i równo po 36 dniach od poronienia przyszła @. Bolesna, ale po ketonalu bólu na razie już nie ma. Źle się czułam przed wystąpieniem krwawienia, wczoraj musiałam aż nospe zażyć i oczywiście standardowe plamienia. Wczoraj wieczorem też miałam małą załamkę, wszystko mnie denerwowało, a ten ból przypomniał mi tylko to co się w szpitalu wydarzyło.
Badanie kariotypu mamy na początku czerwca.
Leo wali stopami po brzuchu matki! I dziś po raz pierwszy poczułam ręką przez brzuch. Kocham Go!
Mąż w pracy, jestem znów na niego wściekła, ale mój skarb mi wszystko wynagradza.
Wróciłam od dentysty, znów mam zapalenie dziąsła. Ból nieznośny.
Dzisiaj byłam u lekarza, i dowiedziałam się, że można przewidzieć wagę dziecka w taki oto sposób: mierzy się centymetrem obwód brzucha na wysokości pępka oraz wysokość brzucha wzdłuż linii negra, mnoży się te dwie liczby i wychodzi waga dziecka
czyli 103 cm i 35 cm = 3600
Duża dziewczynka 
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 maja 2016, 19:43
Jestem w coraz gorszym stanie psychicznym. Izoluję się od znajomych (bo wszyscy w ciąży, albo z dziećmi, nie mamy wspólnych problemów, tematów, spotkania nie sprawiają przyjemności), nie mam ochoty na spotkania z przyjaciółkami bo albo też mają dzieci albo o tym nie myślą. Nikt z tych ludzi mnie nie zrozumie, oni nie rozumieją co czuję. Jestem z tym wszystkim sama, z tymi myślami, czy kiedyś się uda, czy kiedyś moje życie będzie takie jak dawniej..radosne, beztroskie. najważniejszą osobą w moim życiu jest mój mąż, gdyby był innym człowiekiem myślę, że już dawno bym się poddała albo jeszcze coś gorszego, już dawno by mnie tu nie było..
Od dwóch lat moje życie i myśli błądzą wokół jednego tematu...czy kiedyś to się zmieni?
chciałabym uciec od mojego życia, od znajomych, od rodziny, pracy i wszystkiego co mi o tym przypomina. pojechać gdzieś gdzie mnie nikt nie zna i zacząć wsyzstko od nowa. najlepiej na drugi koniec świata
Nie wiem czemu akurat dziś mam taki nastrój, ale takie dni powtarzają się coraz częściej.
ile można żyć nadzieją, że będzie lepiej? czy nadzieja kiedyś się kończy i pozwala nam odpuścić i się poddać?
ODstawiam wszystkie suplementy, wszystkie wspomagacze, może powinnam zacząć jeść syfiaste jedzenie, pić i palić. Żyć tak jak większość nieświadomych ludzi, jak te z patologii itd. Może wtedy mój organizm nie odrzuci zarodka. Bo te wszystkie starania po prostu nie przynoszą upragnionego szczęścia.
Wieści z frontu.
Torbieli nie ma! Tzn jest ale jakiś bzdet endometrialny, ch** z nim. Ale że kurwa 2 godziny czekałam z małym dzieckiem roznoszącym przychodnię aż mnie lekarz w końcu przyjmie... Prawie się tam poryczałam, Zosia już ze złości mi włosy specjalnie zaczęła wyrywać i tarzać się po podłodze. No ale litości, dla niej 30 minut to kupa czasu, a 2 godziny????? I to jeszcze głodna i śpiąca, bo pora na mlesio i drzemkę. Ale panie pielęgniarki na czas mojej wizyty wzięły ją w obroty i nastał błogi spokój. Wniosek z tego taki, że dziecko mogę sprzedać dowolnej pani i nie będzie płakało
Ale poślizg był okrutny no i teraz jestem bez rzeczy na obiad
Najgorzej, że dla niej też 
Brak torbieli byłby super informacją i nawet zaczęlibyśmy starania, aaaaaale.... Oczywiście, że musi być jakieś "ale". Przecież u mnie nigdy nic nie może być normalnie i na spokojnie i według planu. No więc aaaale na początku czerwca mam zabieg na dupie! Więc nie mogę być w ciąży. Kochany nfz. Kulam się z tym od końca lutego, na każdą wizytę trzeba czekać miesiąc!! No i miałam aż dwie. Na pierwszej dostałam czopki. Na drugiej stwierdził, że niestety usuwamy chirurgicznie. I teraz kolejny miesiąc czekam, żeby zrobili zabieg. No i oczywiście hit: ustaliłam datę panieńskiego na 04.06. Więc zabieg mam 02.06. Super, co nie?? Z kolei później mam @, więc nie można, a 18 już ślub, no to z dwojga złego... Ale nic nigdy nie może być normalnie 
A nie. Jest. Zosia. Zosia jest normalna. Z normalnym motorkiem w swojej normalnej doopce. Wysiadam. Autentycznie nie wiem jak ogarnę ją będąc w ciąży, bo teraz nie jestem i ledwo wyrabiam. Żeby za nią nadążyć bym chyba ćpać musiała 
Co u niej. Oprócz ciągłej poprawy sprawności jest powolutku coraz więcej gadania.
Jest bam, bem (brawo), papa, mama, tata, baba, kuku, dzidzia, kaka (kwa kwa), tak, nie, nienienie (nunu) i czasami próbuje powtórzyć coś bardziej skomplikowanego, ale rzadko trafia w dźwięki. Zaczepia wszystkich i do wszystkich się uśmiecha. Na lekarzy reaguje płaczem. W sumie nie wiem czemu, bo szczepień na bank nie pamięta, następne dopiero przed nią (w środę, już się boję), a tak to najgorsze co jej robili to zaglądanie do buzi z patyczkiem i badanie stetoskopem.
Wspina się na kanapę. Zjeżdża sama ze zjeżdżalni (ja ją łapię na samym końcu, chyba, że krótka zjeżdżalnia, to całkiem sama), wspina się na łóżeczko turystyczne, na drzwi od tarasu, na drabinę, nie można jej na sekundę spuścić z oka. Wczoraj sama wymyśliła, że jak oprze nóżki na takim dzyngsie od rowerka to będzie optymalniej niż jak zwisają po bokach (niestety rowerek ewidentnie dla dzieci, które pedałują, moja nie sięga jeszcze nóżkami). Jest uparta. Strasznie uparta. I nieczuła
Wczoraj na placu zabaw chłopczyk rzucił ją autkiem w główkę, a ona nawet nie zauważyła.
Nocnik na razie porażka. Wysadzona czasem zrobi siusiu, czasem nic. Dawanie znać powtórzyło się raz. A tak to wali w pieluchę. No ale ma jeszcze czas. Jak jej się nałoży kawałeczek parówki na widelec, to sama je
I pewnie jest jeszcze z milion małych rzeczy, które chciałam gdzieś zapisać i zapamiętać, a już zapomniałam 
Jola super ze jest ok:)
i gratuluje Antka..Antki to super chłopaki sa!
Kiedy wracamy do gyn..dobre pytanie...nie wiem sama..z jednej strony zastanawiam sie nad komórką dawczyni...skoro moje sa chyba kiepskie...ale to wielki koszt bo chyba ok 15 tys wyczytałam w innej klinice...kusza mnie tez te lekki refundowane do końca czerwca..a z drugiej strony może sie warto jeszcze przebadać u immunologa??sama nie wiem...jestem w rozterce..
11 DS
LH - 4.6 mIU/ml
E2 - 477 pg/ml - przynajmniej nie grozi mi hiperka 
PRG - 0.13 ng/ml
Endometrium - 1,17cm
na USG widoczne 2 może 3 pęcherzyki...(niewiele....oby były wypełnione pięknymi komóreczkami)
Leki na dziś:
gonapepty 1amp 8:00 rano
pregnyl 23:20
od jutra antybiotyk UnidoxSolutab 2x1
środa 11:20 - pickup....
od pickupu dodatkowo magiczny Lutinus
3x1 + Estrofem 3x1
reszta leków bez zmian (metypred, kwas foliowy itp. od kilku dni dodatkowo dorzuciłam sobie NeoVaginal na poprawę flory...przyda się przy antybiotyku)
Podejście - racjonalnie pozytywne, co i tak jest in plus, bo zazwyczaj było to podejście racjonalnie sceptyczne...
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 maja 2016, 15:26
Jak ja się mam doczekać tego września. Oczywiście: synku siedź u mnie i rośnij zdrowo do terminu. ale czas niech płynie szybciej:)
Na razie mam kupione parę ciuszków i większość większa niż powinna być na początek.
Zastanawiam się nad kołyską, czy warto czy nie. Zauważyłam, że synek robi się aktywne, gdy leżę, siedzę, a gdy spaceruję jest cichutko i tak sobie wymyśliłam, że to pewnie dlatego, ze chodząc działam jak kołyska. A Maluch chyba to lubi:)
Jak ja się mam doczekać tego września. Oczywiście: synku siedź u mnie i rośnij zdrowo do terminu. ale czas niech płynie szybciej:)
Na razie mam kupione parę ciuszków i większość większa niż powinna być na początek.
Zastanawiam się nad kołyską, czy warto czy nie. Zauważyłam, że synek robi się aktywne, gdy leżę, siedzę, a gdy spaceruję jest cichutko i tak sobie wymyśliłam, że to pewnie dlatego, ze chodząc działam jak kołyska. A Maluch chyba to lubi:)
Ojcze Niebieski, dziękuję Ci za to, że mnie kochasz. Dziękuję Ci za zesłanie Twojego Syna, Pana naszego Jezusa Chrystusa na świat, aby mnie zbawił i uwolnił. Ufam w Twą moc i łaskę, która wspiera i leczy mnie. Kochający Ojcze, dotknij mnie teraz swoimi uzdrawiającymi dłońmi, abym uwierzył, że Twoja dobra wola jest dla mnie, mojego umysłu, ciała i duszy.
Okryj mnie najszlachetniejszą krwią Twojego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa od czubka mej głowy do podeszwy mych stóp. Wyrzuć to, czego nie powinno być we mnie. Wylecz niezdrowe i nieprawidłowe komórki. Otwórz zablokowane tętnice i żyły oraz odbuduj i dopełnij wszelkie uszkodzenia. Usuń wszystkie stany zapalne i przemyj infekcje mocą najdroższej krwi Jezusa. Niech ogień Twej uzdrawiającej miłości przejdzie przez całe moje ciało w celu uzdrowienia tak, aby funkcjonowało ono w sposób w jaki Ty je stworzyłeś. Dotknij też mego umysłu i moich emocji, nawet najgłębszych zakamarków mojego serca.
Napełnij mnie swoją obecnością, miłością, radością oraz pokojem i przyciągaj jeszcze bliżej do siebie w każdym momencie mojego życia. Ojcze, napełnij mnie Swoim Duchem Świętym i upoważnij do czynienia wszystkiego co się da, aby moje życie przynosiło chwałę i cześć Twemu świętemu imieniu. Proszę Cię o to w imię Pana Jezusa Chrystusa. Amen.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.