idka Być szczęśliwą 4 grudnia 2016, 16:27

Cykl nie wiem który, po 3 latach starań trudno to policzyć...

Dzień cyklu, zaraz...zaraz...sprawdźmy: 16. Całkiem nieźle.

Dni lecą jak szalone, czas przez palce przecieka. Ale jest dobrze <3 od kiedy mieszkamy sami, czuję że odżyłam. Wróciła spontaniczność i zwykła radość z życia. Organizm też się pomału sam zaczął regulować. Zeszły cykl bez Duphastonu, i powtórzył się prawie ten sam wynik w długości cyklu co ostatnim razem, czyli około 50 dni. Zobaczymy jak będzie w tym miesiącu. Bo już teraz jest zupełnie inaczej. Ciągnie mnie lewa strona podbrzusza , więc jeśli owu będzie to z tej strony. Co prawda obawiam się, że mogę mieć tutaj jakąś niedrożność, bo poprzednie ciąże biochemiczne były zawsze z prawego jajnika, a lewy zawsze owulował a nigdy nie zaszedł. Może przypadek, a może jednak coś w tym jest.
Za to w tym cyklu otwieram gały tak szeroko ze zdziwienia, jak jeszcze nigdy. Przyczyna? Ś L U Z. Jest tak rozciągliwy, że w życiu nie zaobserwowałam takiego- kurze białko się chowa przy wyczynach mojego organizmu :P Jeny! Mam nadzieję, że nikt teraz nie spożywa posiłku, bo mogę co nieco obrzydzić tą przyjemność :P także ten. Kończę już te wywody.

Libido. Szaleje. Męża mogłabym ciągle brać! Dokładnie tak- ja jego :D nie mierzę temperatury, choć chyba powinnam, żeby móc stwierdzić, czy coś się zadziało w tym cyklu. Ale mam jakieś takie dobre przeczucia. I ufam Matce Naturze. Organizm sam musi zdecydować czy jest gotowy na ciążę czy nie. Dopiero od przyszłego roku zaczynam znowu wycieczki po lekarzach, dokończę badania krwi i ruszamy z kopyta ze staraniami z pomocą medyczną :)

A tymczasem, będzie co ma być :)

Furiatka Third time is a charme 4 grudnia 2016, 16:36

Z natury nie jestem zawistna, ale kiedy dowiedziałam się w sobotę, że dobrzy znajomi "są w ciąży" poczułam ukłucie zazdrości, tym bardziej że nie starali się długo, a on swoją drogą jest namiętnym koneserem "ziółka". Najwyraźniej jednak wpływu na jakość plemników to nie ma, albo są wyjątkowymi szczęściarzami. Nie to, co my. Cieszę się ich szczęściem, ale jednocześnie przybiło mnie to i jakoś tak podkopało moją wiarę, że tym razem nam się uda. Poza tym dopadł mnie jakiś spadek odporności i już uprawiam czarnowidztwo, że nawet jak się udało, to infekcja we wczesnej ciąży to nic dobrego. Jak by nie było, dupa zawsze z tyłu.

44 dc
6 dpo

Oj miałam się nie nastawiać w tym cyklu a tu co- zachowuję się tak jakbym już była na 100 % pewna, że jetem w ciąży. Głupia ja. Jak @ przyjdzie to będzie płacz oj będzie.

małaU piszę, bo czuję, że zwariuję 4 grudnia 2016, 18:45

Dawno nie pisałam.. Zaglądam do pamiętników, czytam, czasem coś skomentuję, ale ogólnie nie mam na nic czasu.. W pracy sporo rzeczy, albo tyle biorę na siebie, żeby nie myśleć, zając się czymś.. Próbuję ogarnąć sprawy z urzędem, ale mam wrażenie, że coś co logiczne dla mnie niekoniecznie prawnie/urzędowo jest logiczne.. Trudno sprawa w toku, żal tylko moich nerwów i pieniędzy.. Miałam nawet chwilę zwątpienia, że w tym kraju nie da się żyć i chce stąd wyemigrować..

Dalej planuję remont.. Nabiera on już kształtów:)

Staram cieszyć się chwilą, że czekam na operację, że nie ważne jest który dzień cyklu i czy coś powinnam lub nie.. Śpiewam w samochodzie - to dobry znak, dawno tego nie robiłam.. Zastanawiam się jak to będzie jak się uda, jak to zrobić, żeby nie spinać się, żeby próbować na tzw luzie:) jednocześnie zastanawiam się jak będzie jeżeli się nie uda.. Staram się już układać sobie w głowie, że będziemy żyć dalej, że pójdziemy do ośrodka adopcyjnego.. Chociaż na razie kiepsko mi idzie wyobrażanie sobie tego..

Modlę się o to, żeby było jak najlepiej dla Nas.. Wiem, że Bóg ma taki właśnie plan.. Najlepszy dla Nas.. Musimy tylko się z tym pogodzić ..

efta historia jak ich wiele... 4 grudnia 2016, 20:42

1 dc

Okropne samopoczucie, zawroty głowy.
Ogólne obrzydzenie do wszytkiego


Wiadomość wyedytowana przez autora 4 grudnia 2016, 20:41

8+1

Wczoraj byliśmy z rodzinka na spacerze. Poszliśmy do Auchan pooglądać świąteczne rzeczy...

Po powrocie do domu, zauważyłam, ze na bieliźnie jest brązowy śluz. Wzięłam luteine i sie położyłam.

Niestety kolo północy obudzil mnie ból podbrzusza, miałam wrażenie, ze taki zdretwialy mam ten brzuch... Wzielam nospe i w końcu zasnęła...

Nie wiem ale mam złe przeczucie... Nawet piersi nie bola jak zwykle...

Zastanawiam sie czy nie isc na IP, chociaz czuje, ze może byc za późno...

Czyba ze czekać do czwartku na złe informacje?

0202oliwcia ŻYCIOWE ZAWIROWANIA 5 grudnia 2016, 10:12

Po Wizycie u Gina

W sobotę miałam wizytę u ginekologa i jestem niej rozdarta w moich wynikach wyszło iz mam mutację genu MTHFR C 677T - Heterozygota Wyniki Homocysteiny 14,50 według gina gdy spadnie do 10 można się zacząć starać ale wyczytałam w wielu miejscach że lepiej gdy spadnie ona do 8 albo nawet poniżej więc chyba rzeczywiście poczekam na to aż mi się ona ładnie unormuje.
Zalecenia taki :trzy miesiące suplementacji a potem można się strać
Acidum Folicum Hasco 5 mg *1,
Femibion Natal 1 *1 ,
Acard 75mg *1,
Witamina B12 Metylokobalamina SWANSON *1

Nie wiem co o tym myśleć Zwykły kwas foliowy ?????? zastanawiam się czy nie brać tego w formie zmetylowanej chyba będę musiała zadzwonić do niego i dopytać zaproponować mu taka formę zobaczymy co na to powie

bertha Drzewo nadzei... 5 grudnia 2016, 10:23

6dpo
temp 36,85

temperatura troche wyzsza, juz mnie lekko uspokoila, ale dupy nie urywa...
W innych cyklach w tym dniu dpo to mam ok. 37.. no ale moze jak jest inaczej niz wszystkie cykle bez szczesliwego finalu, to moze i lepiej, bo bedzie sukces ;)
Wczoraj i dzisiaj mam lekkie ćmienie w podbrzuszu, bardziej z prawej strony. Tego ćmienia pewnie normalna kobieta by nawet nie zauwazyla, a ja jaka staraczka czuje wszystko, nawet czuje to czego nie czuje ;)
pewnie jak kazda staraczka :)

Wiele dziewczyn ktore staraja sie juz dlugo, po kilkanascie lub kilkadziesiat cykli jak ja, mowia, ze juz nie zwracaja uwagi na takie objawy, że juz nie testuja bo sie natestowaly wiec juz sie nauczyly byc cierpliwe itd. Mnie to jednak zupelnie nie dotyczy. Jestem tak samo nakrecona jak bylam przy pierwszym cyklu, w srodkowym cykli i ostatnim cyklu. I tak samo uwielbiam testowac, szybko, wczesnie, zeby nie przegapic tego magicznego momentu kiedy to zacznie pojawiac sie cień na tescie :)

6dpo.. czy to mozliwe aby implantacja zaczela się 5 lub 6dpo?.. bo wydaje mi sie to za wczesnie, stąd moje powątpiewanie ze to ćmienie cokolwiek znaczy. Gin mi mowil, ze jajeczko zaplodnione wedruje 7 dni przez jajowód do macicy. No ale to pewnie taka średnia, książkowa wartość. A jak wiemy NATURA KSIĄŻEK NIE CZYTA! :) W kazdym badz razie i tak wydaje mi sie to za wczesnie na implantacje.

Szczerze powiedziawczy, to ja juz wierze, ze sie udalo... głupie to moze, moze tak mam co miesiąc, moze to tylko ogromna nadzieja, ale tak jakos wierze. W koncu udalo sie zrobic IUI, i pewnie dlatego wydaje mi sie ze bedzie sukces, bo najwiekszy problem - slabe plemniki - zostal usunięty dzieki tej metodzie.
Juz sie nie moge doczekac piatku i testowania... pewnie sikne juz w czwartek, zeby zobaczyc jaki cień pozostawia jeszcze pregnyl i miec porownanie... Boziu, jak ja wytrzymam do tego czasu! już się nakrecam, ech...


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 grudnia 2016, 10:20

Dooti Czekając na cud... 5 grudnia 2016, 11:48

dzisiaj miałam sen.
śniło mi się że mąż mnie zostawił. Tak po porostu. W sumie dwa razy mi się to tej nocy śniło, bo przebudziłam się na siku i po tym znowu sen trwał...masakra jakaś.
Oczywiście rano musiałam mu opowiedzieć o tym, popłakałam się przy tym, ciągle strasznie roztelepana emocjonalnie jestem. Przytulił mnie jak małe dziecko...
Pamiętam że dwa dni po pozytywnym teście też miałam taki realistyczny sen. Śniłam wtedy że jestem u lekarza na badaniu, że robi mi usg i widzę bijące serduszko.
Nie wierzę w sny, jednak one nie dają mi spokoju.
Kolejny dzień mija a marzę o tym by ten rok w końcu się skończył...

30 dc, 12 dpo
temp 36,68

Ehh tempka już niska. Niby się nie nastawiałam w tym cyklu. Chciałam podejść no chłodno "uda się to super, nie uda to trudno". Ale się nie da, jestem chyba jakaś nienormalna. Dziś mam mega wkurwa, chciałabym leżeć pod kołdrą i płakać cały dzień. Nie mam ochoty przebywać wśród ludzi. PMS udziela się na całego, do tego twarz mam tak opryszczoną, że wstydzę się wychodzić z domu :(

Wczoraj "przy okazji" bąknęłam cioci i mamie, że "się nie da" mieć dziecka. Powiedziały tylko, że się da tylko trzeba się wyluzować, normalnie bym się wkurwiła i popłakała, ale potem ciotka dodała że o pierwsze też się starali 3 lata (nawet nie wiedziałam) i że ktoś tam w rodzinie też... więc w sumie się nie wkurzyłam a tylko mi ulżyło. Może powie dalej i nie będę musiała słuchać durnych komentarzy w święta. Przynajmniej jeden plus, bo tak mi się nie chce świąt w tym roku...

Wczoraj był straszny dzień. Męża barta żona jest w ciąży. Ich synek w październiku skończył roczek. Oczywiście im gratuluję i cieszę się, że nie mają problemów z poczęciem dzieci... Ale chyba rozumiecie mnie? Cały wieczór i noc przebeczałam, dziś wyglądam jak zjawa.
Czemu ja? Czemu mnie to wszystko spotyka? Czym ja sobie na to zasłużyłam?
Nie mam już siły w tym momencie, mój żal jest tak wielki... Przeżywam wewnętrzną tragedię.
Jeśli udałoby się w tym cyklu, by było tak jak z Zosią na sierpień. Będzie miała już 3 latka, a mi się od 1,5 roku nie udaje zajść w ciążę.
Dziś 23 dc. Za tydzień oczekuję @. W nic już nie wierzę i chyba nie mam żadnych nadziei...

Paś październik 2017:) 5 grudnia 2016, 14:22

No dobra:) 2 dc ten miesiąc już bez tabletek:)

Zastanawiam się czy starań nie przesunąć na drugą połowę roku, ze względu na to że jest plan żeby kupić mieszkanko:) oczywiście do spółki z bankiem...ale taki klimat;)


Pojawiły się również rozmowy na temat ślubu, bo jak o luby stwierdził chce mieć ślubne dziecko, hahaha sobie chłopak kościelny wymarzył na 200 osób:P chyba temperaturę biedak miał jak to mówił:P bo szczerze tą kase wole wpakować w mieszkanie, a nie na jedną noc z ludzmi których widzę na weselach i pogrzebach...

Dzisiaj też zaczęło mi chodzić po głowie zostanie dawcą komórek jajowych... tak czytam Wasze historie i tak przez głowe mi przeleciało:)
nie wiem na jakich zasadach się to odbywa. Może któraś z was miała takie doświadczenie??

Bo w sumie gdybym rzuciła te nieszczęsne pety i pare kilo to bym sie nadała może:D

Narazie luzuję majtki i zobaczymy jak mi sie ovulacja rozjedzie w tym miesiącu:)

Dziennik pokładowy:
83 dc, jutro zaczynamy 12 tydzień



Zbliża się koniec roku i podsumowania same cisną mi się do głowy. Stwierdzam, że jestem chyba jakimś rozpieszczonym słoikiem, naprawdę. No bo teoretycznie w tym roku wydarzyło się wiele fajnych rzeczy i aż muszę je sobie spisać, żeby w pełni zdać sobie z tego sprawę.

Styczeń:
Rok zaczynam na pełnej petardzie z mocą wiary w siebie i poukładanymi kręgami w kręgosłupie moralnym.
Znajduję przybłąkanemu kotu dom.
Luty:
Zumba, zumba, zumba!
Urocze walentynki we Wrocławiu z mężem, po których nogi wyłażą nam z odwłoków po zwiedzeniu absolutnie calutkiego ZOO.
Marzec:
Robię koledze przysługę i jego zaprzyjaźnionej fundacji robię parę zdjęć studyjnych.
Efekty wyszły średnio mnie zadowalające, ale zawsze to jakieś doświadczenie.
Kwiecień:
Kwiecień upłynął pod znakiem escape roomów i maratonów zumby.
Maj:
Odbywa się mój panieński, który bez wątpienia był imprezą, którą wspominam najlepiej w życiu.
Pewnie głównie dlatego, że było do bólu nieprzyzwoicie i brakowało tylko gołych facetów...
Czerwiec:
Razem z chórem zaliczamy festiwal na mazurach, zgarniamy parę nagród i kąpiemy się w słońcu.
Ja i mój Oblubieniec bierzemy ślub i jestem pewna jak nigdy, że to była jedna z lepszych decyzji w moim życiu.
W ramach podróży poślubnej zaliczamy błogi relaks w hotelu ze SPA.
Lipiec:
Lipiec niestety jest czarną dziurą, w której nie spotkało mnie absolutnie nic dobrego...
Sierpień:
Zaliczam kilka escape roomów, kino i parę koncertów.
Zrobiłam też parę rodzinnych zdjęć znajomym.
Wrzesień:
Razem z mężem świetnie spędzamy czas podczas urlopu w Krakowie.
Po dwóch latach walki dostaję, mizerną bo mizerną, ale w końcu - podwyżkę.
Październik:
Kończę oficjalnie ćwierć wieku.
Pierwszy raz w życiu robię sushi i smakuje wybornie.
Zaliczam jeden panieński i wesele - jeszcze nie wiem, że to ostatnia moja w życiu okazja na długi, dłuuugi czas, kiedy mogę się upić (i robię to oczywiście).
Listopad:
Spełniam życiowe marzenie i na żywo oglądam kabaret Hrabi.
Trzy dni póżniej spełniam marzenie jeszcze większe - wysikuję pozytywny test ciążowy!
Biorę udział w sporym wydarzeniu dla miasta, jakim jest trzygodzinny koncert patriotyczny.
Grudzień:
Grudzień upływa głównie pod znakiem eksplozji ciążowych perypetii, mdłości, smrodu i zgagi.
Największą radością pozostaje niezmiennie podglądanie Bakłażana na USG.
Wraz z mężem ruszyliśmy w podróż po własne marzenia - uruchomiliśmy machinę kredytową, aby w przyszłym roku móc wreszcie pójść na swoje.

Całości wtórowała dbałość o odpowiednią ilość treningów w tygodniu i pyszne, zdrowe jedzenie, które pozwoliły mi osiągnąć chyba jeden z większych sukcesów tego roku - utrzymałam wagę na podobnym poziomie, co kosztowało mnie mnóstwa pracy, głównie pracy nad emocjami.


I wydawać by się mogło, że spotkało mnie mnóstwo szczęścia. Zresztą - bluźnierstwem jest mówić, że nie. W przeciwieństwie do wielu ludzi na tej planecie mam rodzinę, dach na głową i mam co jeść. A jednak...


2016 niestety pozostanie dla mnie rokiem, w którym pierwszy raz w życiu tak często przynosiłam do pracy do L4. Niestety - dwukrotnie z powodu nerwicy. Wypłakałam mnóstwo łez z powodu życia zawodowego, które w pewnym momencie złapało mnie w pułapkę kleszczami i nie widziałam żadnej nadziei na poprawę. Większość wakacji, tj. cieplejszych dni, nie spędziłam na plaży, na rowerze czy też siedząc w ogródku pod parasolką, tylko dosłownie przeryczałam je w łóżku, gibiąc się przy tym na boki jak dziecko z chorobą sierocą. Do tego organizacja wesela... dużo mi to dało, ale jednocześnie dużo zabrało. Zawiodłam się na najbliższych osobach. To była nierówna walka o prawo do własnego zdania, marzeń i wizji najlepszego dnia swojego życia. I tutaj wylałam mnóstwo łez, za które nigdy nie usłyszałam "przepraszam". Przeżyłam mnóstwo emocjonalnych szantaży, wyzwisk i kwestionowania mojego zdania. Wreszcie - rok 2016 był też rokiem, w którym łącznie zaliczyliśmy 3 miejsca zamieszkania. Pierwsze z nich wspominam najlepiej, ponieważ wynajmowaliśmy już to miejsce od dłuższego czasu. Przeżyłam tam początki samodzielnego życia i zaliczyłam mega duchową przemianę. Wraz z wyprowadzką, do której doprowadziła niestety decyzja wynajmującego, skończył się chyba etap mojej największej pewności siebie. Wylądowaliśmy w totalnie patologiczej norze, która w parze z sytuacją w pracy wpędziła mnie w chorobę. No i przeprowadzka numer trzy - rodzice... Mój dramat trwa co prawda od tygodnia, ale nie ma co ukrywać - jest to dramat. Rwę włosy z głowy i nie mogę się nadziwić, jak mogłam żyć w takiej atmosferze tyle lat przed zamieszkaniem z M. Non stop ktoś kwestionuje moje zdanie, mam wrażenie, że marzeniem nadrzędnym moich rodziców jest przyłapanie mnie na momencie, w którym się mylę. Jakakolwiek rozmowa kończy się moim głośnym klaśnięciem otwartą łapą w czoło, gdyż po prostu nie wierzę, jak w niektórych kwestiach można mieć tak obrośnięte kurzem i krzywdzące poglądy. Na przykład, że tak długo, jak masz dobre intencje, możesz np. powiedzieć dziecku, że pewnie jest głupie i nigdy nie skończy studiów (to akurat o "motywujących" technikach rodziców mojej przyjaciółki), albo, że 500+ to coś zajebistego (na komentarz, że przecież zamiast zabierać ludziom i oddawać lepiej chyba po prostu zabierać mniej usłyszeliśmy z mężem, że nie mamy za grosz litości dla biednych ludzi i jesteśmy skończonymi egoistami). Tak... jest kijowo.


Matko jedyno - znowu Wam zafundowałam rzyg mózgu. Ale czuję się lepiej, że mogłam to gdzieś spisać... Może mój wpis uświadomi niektórym, że pod przykrywką pozytywnych wydarzeń, często ktoś skrywa w głębi duszy osobisty dramat. I chyba wniosek z tego taki, żebyśmy byli dla siebie mili, tak po prostu, bo czasem jeden uśmiech może komuś uratować dzień.

Jutro wieści z frontu ciążowego, gdyż niestety moja wizyta została przełożona na jutro.
Wchłonięty krwiak i wieść o tym, że mogę chociaż iść na spacer i wychodzić pierogi uratowałyby honor roku 2016...
(Pisałam Wam ostatnio, że pewnie przez święta nadrobiłam moje 4kg i się nie myliłam... Pytanie, czego to wina - Bakłażana, czekolady czy po prostu tego, że w ogóle jem...)


Wiadomość wyedytowana przez autora 30 grudnia 2016, 22:52

Najgorszy moment za nami, więc teraz mogę na spokojnie podziękować za wszystkie gratulacje :)
Dziękujemy :)
Dziś BBF pokazało nam 200 dni do porodu :)

16.12 mamy USG Genetyczne, już się nie mogę doczekać, żeby podejrzeć maluchy, no i co najważniejsze, mam nadzieję, że to USG choć trochę mnie uspokoi i okaże się, że z nimi wszystko ok.

Z naszych ostatnich rewelacji mogę Wam powiedzieć, że oznajmiliśmy w rodzinie wesołą nowinę :)
Reakcje były różne...

Moja mama, na wieść, że będzie babcią chyba nie do końca przyjęła to do wiadomości. Natomiast dzień później nadrobiła, latając i pokazując mi wszystko co jest typu: rożki, ubranka po dzieciach mojej siostry:D
No i zaczęła się trochę nami interesować - bo teraz do nas dzwoni codziennie lub co drugi dzień.

Jeśli chodzi o teściów, to tu oni akurat nie do końca chyba uwierzyli.
Natomiast jak mój mąż oznajmił, że będą bliźniaki, to już w ogóle myśleli, że żartujemy.
Teściowa prawie się udławiła obiadem, a ojciec nie do końca chyba przyjmował informację do wiadomości. Po obejrzeniu zdjęcia USG z dwoma serduszkami chyba zaczęło do nich docierać.

Teraz natomiast chcą na siłę zaciągnąć nas na rodzinny spęd wigilijny, gdzie będą oni, ciocie, wujki ze swoimi dziećmi i wnukami. Co mnie oczywiście się nie podoba, bo wolałabym takich zbiegowisk z dużą ilością ludzi, a tym bardziej dzieci, które mogą przecież na Wigilię przyjść chore, zwyczajnie unikać.
No i mam z nimi problem...


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 grudnia 2016, 15:24

1605sie.jpg

Góry to nasze spiętrzone marzenia
W górach ludzie jak one rosną ku niebu
Morze szczytów nas w żeglarzy przemienia
Sterujących coraz dalej od brzegu

Góry to ludzie którzy je niosą w plecaku
Ludzie są jak góry które noszą w sobie
Gdzie oczy poniosą wędrujemy szlakiem
A u celu i tak czeka drugi człowiek..



Czekaj tam na mnie Góralu.

7 dc

Teoretycznie do owulacji jeszcze 9 dni. Starania grudniowe czas zacząć.

Wiem, że to niezbyt dobrze, ale w tym cyklu naprawdę chciałabym, żeby się udało.

Margo84 Moje marzenie - duża rodzina 5 grudnia 2016, 16:54

Same dobre wieści!!

Kropek ma prawie centymetr i pieknie bijące serducho <3 <3 <3 Nerwy zjadały mnie od południa, ale wszystko spłynęło gdy tylko ujrzałam obraz na monitorze.

Zelecenia - luteina nadal, oszczędnie i ostrożnie z sobą, dużo się uśmiechać i pozytywnie nastawić.

Za dwa tygodnie widzimy się w poradni przyszpitalnej, wtedy założymy kartę ciąży i dostanę wszystkie niezbędne skierowania.
Prenatalne na własny koszt, bo za młoda jestem aby należało sie z nfztu. No chyba że na podstawie kartoteki i moich innych chorób uda się coś lekarce jeszcze wymyślić. Jeśli nie, to termin mam zaklepany na 10 stycznia.

Zdjęcia nie mam. Ale wiarę i nadzieję ogromna <3

Kropeczku kochany!! Rośnij zdrowo i do zobaczenia na kolejnym usg

kamika23 Zale niecierpliwego trolla 5 grudnia 2016, 18:52

Ah jutro sądny dzień ....:/ wg OM to będzie 9t0d

Teraz nie ma już opcji, że jeszcze jest czas i wszystko urośnie - albo będzie zarodek i serducho bijące i będzie wielka radość, albo będzie źle....

Tak się denerwuję, że dobry humor który mam od środy dziś mnie opuścił i tylko leżę zmartwiona ;(

o 11:30 trzymajcie kciuki

hura2017 Zaczęlo się 7 marca 2017, 09:10

stwierdziłam dziś ze pora odpuscic z tym staraniem - skupic sie na czyms innym. Wracam do biegania, to mnie najbardziej relaksowało po ciezkim dniu w pracy. Trudno skoro los nie chce na razie mi sprawić cudu, przekieruję uwagę na inne pasje.

Plamienie wróciło. Jest brunatne i jest go więcej niż ostatnio. Moja ginekolog przyjmuje dopiero w czwartek, a mąż pierwszy raz od ostatniego incydentu zdecydował się normalnie pracować z biura, akurat wtedy, kiedy przydałby się on i samochód. Nie mam odwagi na własną rękę jechać do szpitala, znowu zemdleję gdzieś w centrum.

Zaaplikowałam luteinę, wzięłam nospę i czekam. W sumie nie wiem na co. Liczę na to, że to jakiś krwiaczek, który sam się oczyszcza.

Leżę w łóżku, staram się uspokoić, na głos powtarzam afirmacje: "Jestem zdrowa, dziecko jest zdrowe, będzie dobrze!". Ale muszę się Wam do czegoś przyznać.

Nie wierzę w to. Nie wierzę w szczęśliwe zakończenie.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)