Dziś byłam u dr Dziadeckiego na badaniu drożności jajowodów metodą HyCoSy. Badanie było mega dziwne. Okazało sie że moja macica niedość, że w tyłozgięciu to jeszcze w kształt serca zagięta :) więc lekarz nie mógł wejść do macicy i musiał użyć sprzętu metalowego, ktorym tą szyjkę złapał. Wtedy poczułam pierwszy ból - można go porównać do silniejszego skurczu miesiączkowego trwającego około 2 minut. Potem rozpoczął badanie właściwe. I kolejny raz mnie zabolało tak silnie kiedy podał kontrast, bo okazało się, że prawy jajowód ( dziś był pęcherzyk 18 mm, wiec lekarz mówi, że za 2 dni owulacja ) był kompletnie niedrożny - zaklejony śluzem. Lewy natomiast był całkiem ok. Podanie tego kontrastu też silnie zabolało, ale tak na prawdę to ból znany mi co miesiąc, wiec czy badanie jest takie straszne ? Nie....... Miałam dwa bolące momenty , ale to było jak silny skurcz miesiączkowy- nic nowego. Bardzo bym chciała, aby teraz się udało !!!!! Mój mąż już chce działać :) A! Jeszcze jedno mialam od razu po plamienie i nadal mam, dość intensywne. No i dostałam na 5 dni antybiotyk. Ot całe moje HyCoSy.

W końcu zebrałam się, by opisać swój poród. Trochę to trwało… Basia w niedzielę (16 lipca) skończyła 5 miesięcy. Żałuję, że nie zebrałam się do tego wcześniej, na pewno więcej bym pamiętała, emocje były jeszcze żywe… mam jednak nadzieje, ze uda mi się opisać w miarę dokładnie te parę dni, które było mi dane przeżyć. Chciałabym mieć taką pamiątkę, być może kiedyś pokażę to Basi, na pewno będzie ciekawa, jak to było, gdy pojawiła się na świecie.
Zacznijmy od tego, że termin porodu z miesiączki miałam 8 lutego. Tak naprawdę z miesiączki wypadał mi 5 luty, ale mój lekarz prowadzący nie wiedzieć czemu wyznaczył go na 8. Z USG terminy miałam różne… najwcześniejszy 3 lutego, więc nastawiałam się, że Basia przyjdzie na świat w pierwszej dekadzie lutego. Nastawiałam się na poród naturalny. Zawsze chciałam rodzić naturalnie. Gdzieś tam z tyłu głowy miałam zakodowane, że możliwe, że konieczna będzie cesarka z powodu operacji usunięcia mięśniaka macicy, którą kiedyś przeszłam, ale miałam nadzieję, że tak się nie stanie. Pytałam się o to kilku lekarzy i żaden z nich nie widział przeciwwskazań do porodu naturalnego z powodu przebytej operacji.
Na przełomie stycznia/lutego czekałam na pierwsze oznaki porodu, ale pojawiały się jedynie sporadyczne skurcze przepowiadające, nic poza tym. Do końca ciąży byłam aktywna fizycznie, chodziłam na ćwiczenia, spacerowałam, sprzątałam mieszkanie, więc można powiedzieć, że warunki do rozpoczęcia akcji porodowej były „sprzyjające”. Chyba 25 stycznia poszłam na zwolnienie lekarskie, a więc mogłam już na spokojnie dokończyć przygotowania do narodzin, na spokojnie posprzątać mieszkanie, przygotować resztę ciuszków itp. tak, wiem, ekstremalnie późno poszłam na to zwolnienie i przygotowywałam wszystko, ale do ostatniej chwili miałam egzaminy, bo w międzyczasie robiłam doktorat. Ostatni egzamin był 23 stycznia. Bałam się oczywiście, że mogę wtedy już urodzić, ale szczęśliwie dotrwałam, a nawet przenosiłam Basię po terminie. Ale o tym później

Tak więc będąc już w domu oczekiwałam pierwszych oznak porodu. Chodziłam na spacery, sprzątałam, ale nic się nie zmieniało. W terminie porodu miałam zgłosić się do szpitala, w którym chcę rodzić na KTG. 8 lutego zgłosiłam się więc, zrobili mi KTG, które nie wykazało żadnych skurczy i kazali przyjść za dwa dni na kolejne. Za dwa dni byłam znów na KTG, potem znowu. Sprawdzali też rozwarcie, ale było jakieś bardzo malutkie, właściwie nic się nie działo. Za 3 razem miałam także robione USG. Lekarka sprawdziła też rozwarcie i dopatrzyła się poprawy. Robiąc USG powiedziała, że nie wie, czy jeszcze dziś do nich nie wrócę… Byłam bardzo podekscytowana, cieszyłam się, że jednak coś zaczyna się dziać. Niestety, do wieczora, jak również do następnego dnia nie wydarzyło się nic. Żadnych skurczy, bólu, nic. Za dwa dni pojawiłam się więc znów na KTG. Tym razem badał mnie inny lekarz, który był nieco innego zdania co do rozwarcia. Uznał, że jest dużo mniejsze i generalnie nic się na razie nie dzieje. W moim szpitalu była taka zasada, że 7,8 dni po terminie jak nic się nie zaczynało przyjmowali już na oddział i ewentualnie decydowali o wywołaniu porodu. W moim przypadku 8 dzień po terminie mijał za 3 dni. Lekarz uprzedził, że w ostatnich dniach jest dużo porodów i mają problemy z przyjęciami, więc może być taka sytuacja, że jeśli za 3 dni miałabym być przyjęta, zakładając, że nic się wcześniej nie wydarzy, być może nie będą mogli mnie przyjąć i będę musiała szukać miejsca w innym szpitalu. Zaniepokoiło mnie to, no ale pomyślałam, zobaczymy, poczekamy do środy.

A więc do 8 dnia po terminie nic się nie wydarzyło, wiec 15 lutego spakowana pojechałam z mężem do mojego szpitala. Niestety okazało się tak, jak uprzedził mnie wcześniej lekarz – nie było miejsc. Ponieważ akcja porodowa się u mnie nie rozpoczęła, szpital nie miał obowiązku szukać mi miejsca czy skierować mnie do innego szpitala, gdzie miałabym gwarancję, że zostanę przyjęta – pozostało to na mojej głowie. Trochę się tym zestresowałam, bo okazało się, że nagle nastąpił w Warszawie jakiś „wysyp” porodów i mój szpital nie był jedynym, w którym wstrzymane były przyjęcia. Zła i zapłakana wyszłam ze szpitala. Uznaliśmy z mężem, że nie będziemy jeździć na darmo po całej Warszawie, więc z samochodu dzwoniliśmy na izby przyjęć do szpitali i pytaliśmy o miejsca. Udało się w którymś z kolei, odebrała bardzo miła lekarka, która wręcz zapraszała, żeby przyjechać. Pojechaliśmy więc na izbę przyjęć do tego szpitala, gdzie przyjęła mnie ta sama lekarka, z którą rozmawiałam przez telefon. Bardzo sympatyczna, młoda pani doktor. Zrobili mi KTG, wypełniłam setki papierów, a w tym czasie pani doktor skrupulatnie zapoznawała się z moją dokumentacją medyczną. Zatrzymała się na kwestii operacji mięśniaka, którą przeszłam w 2013 roku. Poddała pod wątpliwość kwestię możliwości porodu naturalnego. Spytała o opis operacji, którego nie było w dokumentacji. Niestety, nie miałam tego dokumentu. Lekarka powiedziała, że jedynie na podstawie opisu operacji można stwierdzić, jaki to był rodzaj mięśniaka. Jeśli faktycznie był podsurowicówkowy, jak wynikało z USG robionych przed operacją, to poród naturalny jest możliwy, ale jeśli to np. mięśniak śródścienny, to poród naturalny niesie duże ryzyko, nawet rozerwania macicy. Ponieważ bardzo zależało mi na porodzie naturalnym, umówiłam się z panią doktor, że na następny dzień dostarczę opis operacji, i wówczas będzie mogła zapaść ostateczna decyzja. W związku z tym następnego dnia, czyli 16 lutego, miałam mieć cesarskie cięcie lub wywoływany poród siłami natury.
Jeszcze tego samego dnia, czyli 15 lutego wieczorem miałam wykonane USG, z którego pani doktor stwierdziła, że Basia nie wybiera się na świat… 41, prawie 42 tydzień, a ona się nie wybiera! Pomyślałam sobie „to ile zamierza tam siedzieć?

Wiadomość o możliwości cesarskiego ciecia wywołała we mnie uczucie żalu. Bardzo zależało mi, by aktywnie uczestniczyć w daniu życia… by przeżyć moment, gdy dziecko pojawia się na świecie i w tej samej chwili móc je przytulić… wiele razy wyobrażałam sobie tą chwilę. Trudno było mi pogodzić się z faktem, że prawdopodobnie będę miała cesarskie cięcie. Szczerze mówiąc nastawiałam się, ze pewnie tak będzie, jestem raczej realistką. Zaczęłam się psychicznie przygotowywać do tego faktu. Starałam się wytłumaczyć sobie, że trudno, tak musi być, ale najważniejsze, że już jutro zobaczę Basię. Tak strasznie byłam jej ciekawa! Ileż to razy zastanawiałam się, jak ona wygląda… Starałam się więc skupić na tym, że ją zobaczę, że już jutro będzie ze mną, a droga, jaką przyjdzie na świat była na drugim miejscu.
Byłam w pokoju z dwiema dziewczynami, jedna bardzo młoda, 20 lat, chyba wpadka, druga chyba mniej więcej w moim wieku, może ciut starsza. Obie bardzo miłe. Obie były kierowane do cesarskiego cięcia też na następny dzień.
Ogólnie atmosfera w szpitalu była bardzo miła, wręcz kameralna, położne sympatyczne, także pobyt zapowiadał się naprawdę w porządku.
Wieczorem do naszej sali przyjęli jeszcze jedną dziewczynę, chyba 20 któryś tydzień ciąży, miała jakieś bóle czy skurcze. Wieczorem położna podłączyła każdej z nas KTG. Miało trwać ok. 20 minut, potem miałyśmy iść spać, żeby wypocząć przed następnym dniem. Niestety w moim przypadku stało się inaczej.
W pewnym momencie mój aparat KTG zaczął piszczeć, tętno Basi zaczęło gwałtownie spadać… Migała czerwona lampka. Serce zaczęło mi mocniej bić, patrzyłam na spadające cyfry oznaczające tętno, myślałam „zaraz zacznie rosnąć, to tylko chwilowe”.. z bijącym sercem wpatrywałam się w monitor, nacisnęłam przycisk wzywający położną… trwało to kilka, może kilkanaście sekund, ale było straszne. Za chwilę pojawiła się położna, cyfry powoli zaczęły rosnąć i już było wszystko ok. Wyglądało na to, że faktycznie było to tylko chwilowe zawahanie. Po jakimś czasie przyszła lekarka i powiedziała, że takie spadki tętna się zdarzają i gdyby każda ciężarna miała cały czas podłączone KTG na pewno u każdej by się zdarzyły. Wydawało mi się to logiczne. Powiedziała jednak, że lepiej monitorować, w związku z tym będę musiała mieć całą noc podłączone KTG. Ponieważ aparat działał głośno, by nie przeszkadzać dziewczynom w spaniu zostałam przeniesiona na salę przedporodową (chyba tak się ona nazywała) i tu muszę napisać, choć nie lubię użalać się nad sobą, ale jednak, żałuję, że nie poprosiłam od razu o prześcieradło… pielęgniarka zabrała tylko kołdrę i poduszkę, a łóżko, o ile nie nazwać tego leżanką, kozetką… ze skórą ekologiczna na wierzchu.. było bez prześcieradła, a więc jak położyłam się na tym, to kleiłam się zwyczajnie do tego. I wszystko byłoby ok gdybym leżała tam 15 minut.. a nie całą noc. Podłączyli mi KTG i zostałam sama. Co jakiś czas zaglądała tylko położna. O spaniu nie było mowy, bo oprócz klejącej się do mnie leżanki dochodził głośno chodzący aparat KTG. I sam fakt, że byłam do niego podłączona również nie sprzyjał wygodzie. W sąsiedztwie były sale porodowe, także od czasu do czasu mogłam również usłyszeć krzyki rodzących.. W pewnym momencie przyszła moja lekarka i nieco ściszyła aparat, jednak i tak nie mogłam zasnąć. Dodatkowo niemal cały czas wpatrywałam się w cyfry na aparacie w obawie, by znów nie zaczęły spadać.. W końcu za którymś razem, gdy przyszła położna zlitowała się nade mną i powiedziała, ze o 4 możemy wyłączyć KTG i do 6 będę mogla się przespać… ucieszyłam się, ze uda mi się przespać choć 2 godziny tej nocy, choć mając w perspektywie być może operację następnego dnia i tak wieeeele nieprzespanych nocy przed sobą, to jednak w dalszym ciągu była marna perspektywa. No ale cóż. Jak się nie ma co się lubi…
Odłączyli mi to KTG o 4, poszłam jeszcze do toalety, potem położyłam się, myślałam, że nie usnę na tej twardej kozetce, ale zmęczenie wzięło górę. Usnęłam. Niecałe dwie godziny snu zleciały nie wiadomo kiedy i o 6 znów podłączyli mi KTG. Koniec spania i odpoczynku.
Rano koło 8 przyjechał Kamil z dokumentami, czyli opisem operacji. Wszystko miało się wkrótce rozstrzygnąć. Nastawiałam się jednak na cesarkę. Kolo 10 przyszedł ordynator i powiedział, ze niestety jest konieczność wykonania cesarskiego cięcia. Podpisałam zgodę na operację i czekałam. Cały czas miałam ten KTG podłączony, już miałam go dość. W międzyczasie wpadła położna po ciuszki dla Basi.. Potem przywieźli jedną z dziewczyn ode mnie z pokoju, by przygotować ją do operacji. Założyli jej cewnik, za jakiś niedługi czas założyli też mnie. Nie pamiętam, ile czasu, ale mam wrażenie, że dość długo leżałam z tym cewnikiem, miałam poczucie, że mogli mi go założyć dużo później, każdy kto miał założony cewnik wie, że to nic przyjemnego… Więc byłam zła, że nie dość, że ten KTG, którego już miałam serdecznie dość, klejąca się do mnie twarda leżanka, to jeszcze cewnik. I chyba jeszcze dołożyli w międzyczasie kroplówkę.

Ehh no muszę sobie ponarzekać z perspektywy czasu. Kolo 12 przyszli po mnie żeby zabrać mnie na salę operacyjną. Na sali była bardzo miła pani i pan anestezjolog, usiadłam na łóżku i dostałam zastrzyk w kręgosłup. Miałam powiedzieć chyba kiedy poczuję mrowienie… już nie pamiętam. W każdym razie straciłam czucie od pasa w dół. Zostałam uprzedzona, że nie będę czuła bólu, ale będę czuła ciągnięcie, szarpanie itp. Potem zaczęła się operacja. Przy mojej głowie cały czas siedziała pani anestezjolog, niezwykle ciepła kobieta, rozmawiała ze mną, wspierała…
No cóż co dalej.. rozcięli brzuch i te wszystkie inne flaczki nie czułam bólu, w sumie nie czułam się źle. Czułam faktycznie to ciągnięcie, ale żadnego bólu. Mało tego byłam w stanie patrzeć w lampę, gdzie wszystko się odbijało. Gdy przebili pęcherz płodowy i chlusnęły wody… wiedziałam, że za chwilę zobaczę Basie… jednak od tego momentu zaczęłam czuć się bardzo źle, pragnęłam, by to się już skończyło, mówiłam, że nie dam rady… nie byłam w stanie patrzeć wtedy w lampę… w kluczowym momencie.. niestety nie mogłam. Po chwili… usłyszałam przytłumiony krzyk.. piszę przytłumiony, bo nie wiem, jak inaczej to nazwać. Przez obecność wod płodowych w płucach dziecka ten pierwszy krzyk jest taki przytłumiony właśnie. Jak ją usłyszałam natychmiast chciałam ja zobaczyć, od razu, chciałam ją widzieć teraz! Niestety, nie pokazali jej od razu ☹ fakt, że ją usłyszałam, ale nie zobaczyłam bardzo mnie zdenerwował, powtarzałam „chcę ją zobaczyć”, ścisnęło mi z nerwów klatkę piersiową tak, że ciężko było mi oddychać, nie mogłam złapać tchu… poczułam się jeszcze 10 razy gorzej niż przed chwilą. Powtarzałam, że chcę ją zobaczyć… chyba ta pani anestezjolog powiedziała wtedy, że zaraz ją pokażą, nie pamiętam… za chwilę zaczęłam wymiotować, bo lekarz drażnił otrzewną… czułam się fatalnie. Za chwilę pani anestezjolog, która była przy mnie cały czas powiedziała do położnych, czy można na chwilkę przynieść dziecko, podejrzewam, że i tak by ją przynieśli, ale byłam jej wtedy tak wdzięczna, czułam, jakby wstawiła się za mną, to było tak serdeczne i empatyczne z jej strony. Bardzo żałuję, że nie miałam okazji jej podziękować. Bo ona nie zdaje sobie sprawy, ile to dla mnie wtedy znaczyło. Bo pewnie i tak by mi ją przynieśli. Ale i tak byłam jej wdzięczna.
I za chwilkę… mam łzy w oczach pisząc to. Za chwilkę od tej jej prośby… przynieśli mi naguśką Basieńkę, moją kochaną córeczkę, położyli na szyi, moje najukochańsze, najwspanialsze dzieciątko, moje serduszko!! Jej skóra była gładziutka jak jedwab, tak delikatna… Jak zobaczyłam tą czarną czuprynkę, tą śliczną dziewczyneczkę nie mogłam uwierzyć, że to moja córcia kochana, szeptałam do niej, że jest śliczna, że ją kocham… to były niezapomniane chwile..
Może nie mogłam urodzić naturalnie, może nie mogłam faktycznie dać jej życia… ale dla tej chwili warto było przejść do wszystko!
Po chwili zabrali Basię do ubrania, potem jak ją ubrali jeszcze w wózeczku mogłam chwilę popatrzeć na nią. Niestety naprawdę źle się wtedy czułam, więc tylko zerkałam co jakiś czas. A za chwilę zabrali Basieńkę, powiedzieli, że jedzie do taty. Byłam więc spokojna. Powiedzieli też, że waży 3 680 g, dostała 10 punktów w skali Apgar i mierzy 56 cm. Moja Kruszynka :)
Dalszy ciąg operacji polegał oczywiście na pozszywaniu wszystkiego, co zostało rozcięte.. Miałam już dość, myślałam, że nie wytrzymam. Pytałam lekarki, czy długo jeszcze, odpowiedziała, że lekarze muszą teraz wszystko pozaszywać… pomyślałam, no tak przecież rozcinanie trwa szybciej niż zszywanie… mówiłam, że już nie wytrzymam, ale wiedziałam, ze muszę dać radę. Po jakiejś godzinie, może mniej, było po wszystkim. Lekarz, który mnie operował powiedział „Dziękuję wszystkim” czy coś w tym stylu i zostałam przełożona na łóżko. Od tego momentu rozpoczęły się bardzo silne i bolesne skurcze macicy. Stało się to dokładnie w momencie zakończenia operacji. Wiadomo, macica musi się skurczyć po ciąży, ale nie byłam przygotowana że zacznie się to tak nagle. Powiedziałam, że bardzo mnie boli, zapytałam, czy tak powinno być, powiedzieli, że tak. Pomyślałam, no cóż, więc trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać..

Wywieźli mnie z sali operacyjnej, za chwilę na korytarzu zobaczyłam męża stojącego przy wózku z Basią, mignął mi tylko, spytałam czy wszystko ok lub po prostu spojrzałam pytająco, nie pamiętam... pokazał mi kciuki w górze i uśmiechnął się, wiedziałam więc, że wszystko w porządku.
Zawieźli mnie na salę pooperacyjną, gdzie niestety nie było odwiedzin, wpuścili tylko na chwilkę Kamila, żeby przyniósł mi torbę i telefon. Zamieniliśmy dwa słowa, powiedział, że Basia jest śliczna i wszystko w porządku.
Po operacji czułam się fatalnie. Brak czucia od pasa w dół utrzymywał się jeszcze przez jakieś dwie godziny, okropnie bolesne skurcze macicy, które potęgował brak możliwości ruchu. Mogłam jedynie leżeć, zacisnąć zęby i czekać. Na sali były ze mną dwie koleżanki, które leżały ze mną przed operacją. Ta młoda 20-letnia dziewczyna spała, bo dostała morfinę, jakoś ciężko przeszła operację, natomiast ta starsza chodziła już i wyglądała całkiem nieźle, choć mówiła, że ból jest ogromny. Może miała wysoki próg bólu.. Miała cesarkę 5 godzin przede mną, i myślałam sobie, że w takim razie ja za 5 godzin będę już chodzić i będę się czuła tak jak ona (czyli dużo lepiej jak mi się wizualnie zdawało). Dodałam 5 godzin do 14, 19... pomyślałam, koło 19 będę się czuła lepiej. Niestety okazało się, że o 19 wcale lepiej nie było. No może o tyle, że puściło znieczulenie i mogłam poruszać nogami, zginać je, co przynosiło hmm.. ulgę? Chyba nie. Bo ból był tak czy siak no ale móc ruszać nogami a nie móc w takiej sytuacji to jednak różnica. Nie pozostało nic innego jak leżeć i po prostu czekać. Ból był trudny do zniesienia, oczywiście dostawałam jakieś przeciwbólowe, ale niewiele pomagały. W międzyczasie dostałam jakieś smsy od znajomych, przyjaciół, ale nawet nie miałam siły odpisać. Miło mi jednak było, że tyle osób o mnie w tamtej chwili myślało.
W dalszym ciągu mogłam leżeć tylko na wznak, więc karmienie było mało możliwe, ale mimo to chyba koło 17-18 przynieśli mi Basię na pierwsze karmienie. Przystawienie do piersi w pozycji na wznak oczywiście graniczyło z cudem, więc po prostu Basieńka poleżała chwilkę na moich piersiach i za chwilkę ją zabrali. Niemniej ta chwilka była dla mnie wtedy bezcenna. Położna powiedziała, że za jakieś 2 godziny, gdy będę już mogła obrócić się na boki przyniosą znów Basię i wtedy będzie łatwiej ją przystawić do piersi. Ucieszyłam się i czekałam niecierpliwie na ten moment. Po tych dwóch godzinach przynieśli Basieńkę i udało się ją przystawić do piersi na boku. Obróceniu na bok towarzyszył ogromny ból i wysiłek, ale nie było to wtedy ważne. Przystawiono mi Basię najpierw do jednej piersi, potem do drugiej. Okazało się, że do tej drugiej przystawiła się dużo lepiej i w pewnym momencie usnęła. Leżałyśmy tak sobie jakiś czas, nie pamiętam, może nawet godzinę.. W pewnym momencie przyszła położna i podniosła Basię, a raczej oderwała śpiącą od mojej piersi, więc bidulka zaczęła płakać, ale nic nie mogłam zrobić. Po jakimś czasie chyba przyszła znów położna i powiedziała, że Basia jest bardzo niespokojna i czy mogą ją dokarmić MM. Zgodziłam się, ale było mi przykro, że nie mogę jej sama nakarmić z tego powodu, że miałam CC. Najważniejsze było dla mnie jednak wówczas jej dobro, także bez wahania wyraziłam zgodę.
Koło 21, może 22 z pomocą pielęgniarki bardzo, bardzo powoli i z ogromnym wysiłkiem wstałam pierwszy raz po czym poszłam się wykąpać pod prysznic. Potem położyłam się, ale nie byłam w stanie usnąć przez nieustający ból. W pewnym momencie dostałam Ketonal i na 2 godziny usnęłam. Potem pytałam koleżanki, czy chrapałam, powiedziała, że tak, co świadczy tylko o tym, jak bardzo byłam zmęczona, bo chrapię zawsze właśnie, gdy jestem mocno zmęczona. Koło 2 w nocy przyszła pielęgniarka, ta sama, która pomogła mi wstać i wziąć prysznic i powiedziała, że ponieważ już wstałam to mogą mnie przenieść na normalną salę. Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że w związku z tym będzie mnie tam mógł odwiedzić Kamil no i przyniosą mi tam Basieńkę. Trafiłam na salę, gdzie leżały dwie inne dziewczyny, jedna po porodzie naturalnym druga po cesarce. Inne niż te, z którymi leżałam przed porodem. Przywitałam się i położyłam do łóżka, ale o śnie nie było już mowy. Ból nie pozwalał odetchnąć ani na chwilę.
Rano przynieśli Basię i już od tamtej pory miałam się nią sama zajmować. Nie miałam pojęcia, nie wiedziałam zupełnie nic. Pierwsza zmiana pieluchy to była jakaś abstrakcja, ale szybko doszłam do wprawy. Basia płakała sporo, często nie byłam w stanie jej uspokoić, zwykle pomagała tylko pierś, a niestety miałam spore problemy z przystawieniem jej. Na szczęście wszystkie położne potrafiły w tym pomóc.
Zważywszy na fakt, że byłam po operacji (bo cesarka to nic innego jak normalna operacja), niedobór snu, oraz to, że w związku z tym głupie przekręcenie się na bok na łóżku a co dopiero wstanie z niego i wzięcie dziecka na ręce wiązało się z ogromnie bolesnym wysiłkiem, opieka nad Basią była ponad moje siły. Nie wspominam już tutaj o samopoczuciu psychicznym, które po porodzie mimo wszystko nie zawsze jest najlepsze, tych wszystkich burzach hormonalnych itp. W dzień, gdy był ze mną Kamil było w miarę ok, najgorzej było w nocy, gdy byłam sama. Kilka razy z płaczem szłam do pokoju położnych z prośbą o pomoc. Wówczas czułam się z tym źle, patrząc na dziewczyny z pokoju wydawało mi się, że radzę sobie gorzej, że jestem złą matką... dziś nie wstydzę się tego, że po prostu było mi ciężko, bo byłam zwyczajnie wycieńczona. Na płacz Basi lekarstwem była jedynie pierś, niestety miałam problemy z przystawieniem jej, dodatkowo za każdym razem, gdy próbowałam to zrobić Basia bardzo płakała i była niespokojna, co 100 razy bardziej utrudniało, a czasami uniemożliwiało całą operację. Jednak nawet jeśli próbowałam uspokoić ją w inny sposób po prostu nie byłam w stanie. Uspokajała się tylko, gdy czasami wręcz na siłę przystawiłam ją do piersi.
Muszę tutaj jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Oczywiście dobre rady położnych o prawidłowym przystawianiu do piersi dobrymi radami, ale choćbym nie wiem jak się starała to popełniłam na początku kilka błędów, które spowodowały, że moje sutki zostały poranione. W pewnym momencie z jednej piersi zaczęła lecieć krew, więc nie mogłam z niej karmić, i generalnie rzecz biorąc karmienie sprawiało mi na początku spory ból. A karmiłam dosyć często, biorąc pod uwagę, że Basia jednak sporo płakała. Pewnie tego nie da się uniknąć, bo sutki muszą się przyzwyczaić, ale może gdybym od początku dobrze przystawiała, nie byłoby tak źle. Na szczęście częste smarowanie maścią, wietrzenie pomogło i udało się zażegnać problem.
Basia przyszła na świat w czwartek, 16 lutego 2017, a szpital opuściliśmy w niedzielę, 19 lutego. To, co się działo później w domu i jak było ciężko na początku pozostawię już na inną opowieść...
Dziś Basia ma 5 miesięcy i jest dla mnie największym cudem. Dziś nie pamiętam już o bólu i cierpieniu, jakie przeszłam. Jestem wdzięczna Bogu za ten cud, najpierw cud poczęcia, na który tak czekałam, a potem cud narodzin, jestem wdzięczna za siłę, dzięki której mogłam to wszystko przetrwać. Dziś Basia jest pogodna i baaaaardzo pocieszną dziewczynką a jej uśmiech wynagradza wszystkie nieprzespane noce.
Koniec opowieści ;)


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lipca 2017, 20:19

Eh trochę mi tego brakowało...testy, tempki, czarowanie tego wykresu :D Za chwilę będzie jeszcze wróżenie z wykresu :) Dało mi to kopa :D

wannsees przyjdzie czas... 21 lipca 2017, 20:47

Ostatni cykl jak wszystkie poprzednie zakończył się oczywiście wielkim rozczarowaniem.

Dzisiejszy 2 dc dobiega końca... to już 9 cykl starań.
Dobija mnie to wszystko, leki, mierzenie temperatury, liczenie, czekanie, sprawdzanie, testowanie...
Nie wiem na ile jeszcze starczy mi sił. Są tacy, którzy walczą jeszcze dłużej, a mimo to są w stanie wykrzesać w sobie jakieś wewnętrzne siły, uśmiechnąć się i iść dalej z nadzieją, że w końcu się uda.
Nie wiem czy ja tak potrafię...
Już co prawda zakończyły się miesiące kiedy pierwsze dni cyklu powodowały rozpacz... teraz to raczej złość, na los, siebie, a nawet mojego M.

tak, dziś jestem po prostu wściekła!

a jutro, za kilka dni... pewnie przejdzie i znów pojawi się ta mała iskierka nadziei...

efta historia jak ich wiele... 21 lipca 2017, 21:12

33 tydzień (32+5)

Od rana deszczowo i chłodno zdecydowałam, że dzis w końcu wyprasuje ubranka dla małej. Pół dnia mi zeszło, bo miedzyczasie odwiedziła nas siostra mojego męza z synami. Średnio za sobą przepadamy ale dziś było w miarę miło. Chyba obie się starałysmy żeby nie było niezręcznej ciszy i czas minął przyjemnie. Ona też jest w ciązy , 2 miesiące niżej niż ja wiec tematem przewodnim były nasze ciąże no i oczywiscie musiałyśmy też poruszyć temat ślubu jej siostry. Ona bedzie świadkową a najśmieszniejsze jest to , że kilka dni temu posprzeczały się z panną młodą - oj bedzie kwas ;)
Swoja drogą ślub za 2 tygodnie a suknia młodej jeszcze nie uszyta. To akurat jest na mojej głowie kilka dni temu byłysmy na przymiarce, a suknia jeszcze w proszku była... Obrączek jeszcze nie ma , zamówione 2 miesiące temu w tym samym sklepie co ja pierścionek wiec - powodzenia... :/ wczoraj się okazało że cos się stało z samochodem którym mieli jechać do ślubu i zamiast jaguara bedzie mercedes i to trzeba go ustroić we własnym zakresie no i kto wie co jeszcze ich spotka... Mam nadzieje, że chociaż ksiądz nie zawiedzie , bo nasi młodzi to osoby głuchonieme - jak nie pojawi się załatwiony ksiądz z innej parafii, który zna język migowy to nie wiem jak ten ślub się w ogóle odbędzie...
Kończyłam prasowanie w strasznej duchocie. W ciągu kilku godzin zmieniła się pogoda z bardzo przyjemnej na bardzo nie przyjemną. Powietrze zrobiło się ciężkie , było strasznie duszno ale skończyłam i jestem z siebie bardzo zadowolona, Zabierałam się za to juz kilka tygodni, a było tego nie mało...
Teraz jeszcze musze spakować torbę do szpitala i zabiore się za to jutro - juz sobie to obiecałam.

Synek śpi, mąż w pracy - czas na relax
Mąż dziś ostatni dzień w pracy i zaczyna urlop - nie mamy szczególnych planów. Nie wyjeżdzamy nigdzie na dłużej. Stwierdziłam że nie mam ochoty pod koniec 8 miesiąca gdzies jeżdzić i sie męczyć. Na plaży leżeć nie mogę, chodzić po górach też nie ;) jak pogoda dopisze to zrobimy kilka wypadów nad jezioro i chciałabym pojechać do Torunia , połazić po starym mieście i przy okazji odwiedzić ciotki męża. ot i tyle.

ubranka na pierwsze 3 miesiące

https://naforum.zapodaj.net/thumbs/2567b0b478a3.jpg
nigdy nie byłam dobra w układaniu ubrań w szafie ;)


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lipca 2017, 21:09

sudari Kiedy będziesz z nami Fasolko? 21 lipca 2017, 18:54

14 tc (13t1d)

No i stało się. Wczoraj, w pierwszym dniu mojego II trymestru puściłam pierwszego bełcika... Nie wiem jak to się stało. A właściwie trochę wiem - za sprawą brokuła i tabletek, które muszę łykać w tym tygodniu 3 razy dziennie po dwie... Wieczorem próbowałam połknąć jedną po drugiej - o ile pierwsza jakoś przeszła, o tyle druga mi się cofnęła i aż usiadłam bo czułam, że zbliża się najgorsze... Mam nadzieję, że to był tylko incydent i już się nie powtórzy. Nie po to wmawiałam sobie, że II trymestr będzie wybawieniem, żeby teraz przeżywać go w taki sposób :P

A tymczasem, zakończyłam właśnie ostatnie sprawy związane z pracą, ustawiłam autoodpowiedź, żeby nie szukali mnie do 4 sierpnia i wyłączam kompa. Dosyć tego, nareszczie :) Zaczynamy urlop Fasolko! <3


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lipca 2017, 18:46

No dobrze potrzebuje Waszej pomocy, bo zupełnie nie wiem co robić. Otóż mój M i syn wyjechali (na 10 dni, wyjazd służbowy M). Zostałam sama w domku. I zastanawiam się czy nie pojechać do rodziców - to znaczy oni naciskają, abym przyjechała na obiad. Co gorsze, matka chce też przyjechać i pomóc mi w sprzątaniu związanym z bałaganem remontowym. A ja nic nie mówiłam im o ciąży, bo moja matka jest ogromnie nadopiekuńcza.... I tak jestem w kropce - otóż boję się, że skapnie się, że jestem w błogosławionym stanie. O to przecież łatwo, bo A nie pije kawy (a zwykle pochłaniam 4 kubki), B nie noszę ciężkich rzeczy (a przecież zawsze przenieść stół, krzesła na ogród itd), a C nie zamierzam myć okien i forsować się sprzątaniem... Co robić? Powiedzieć o ciąży przed wizytą u lekarza? Czy poczekać? Co Wy zrobiłyście - podzieliłyście się od razu informacją o dwóch kreskach czy czekałyście na USG? Przy pierwszej ciąży nie miałam tego dylematu - matka wyjechała, a ja spędziłam ten czas w szpitalu. Zresztą zorientowałam się przy USG w 6 tygodniu... a teraz to jest dopiero 5 tydzień (4 tydzień i 1 dzień dokładnie). Doradźcie co robić... To tak wcześnie - boję się, że coś się stanie złego....

27t2d

Termin porodu: 89dni

Ciąża donoszona: 68dni


hchy9n7331bi2osr.png

Ajaja! Same dobre nowinki u Nas ostatnim czasem :-) We wtorek w końcu mieliśmy wizytę (taak ten jeden dodatkowy tydzień dłużył się niemiłosiernie) i okazało się że Nasza Tosia waży już 1kg! Toż to caaały kilogram szczęścia <3 <3 Szyjka nadal zamknięta i długa na 39mm. Do leżingu już się przyzwyczaiłam. Teraz ten czas który pozostał to pikuś :-P Zwłaszcza, że rozkładam sobie wszystko co trzeba jeszcze poprać, poprasować, posegregować, że w gruncie rzeczy to mam wrażenie, że mało mi tego czasu zostało hahaha :-P

Po wizycie dostaliśmy na drugi dzień przepustkę na zakupy! A więc pojechaliśmy do Smykolandu i kupiliśmy wózek, łóżeczko, materac i wanienke dla Naszej Księżniczki. Z tej ekscytacji i emocji kompletnie zapomniałam co jeszcze chciałam kupić i zakupiłam tylko dwie pary skarpetek i czapeczke. Heh. Taaakie emocje..

Małż oczywiście łóżeczko już złożył, bo jego ekscytacja była równie wielka co moja :-) A więc pokoik powolutku się zapełnia. Dzisiaj dokupiłam jeszcze kilka kosmetyków dla Małej, trochę dla siebie i wydaje mi się, że dobiegamy do końca samych spraw zakupowych. Z rzeczy "ważnych" został mi jeszcze laktator i termometr dotykowy. Ale tu nadal myślę nad ich wyborem :-) Potem muszę dokładnie zweryfikować co mamy. Bo czasem moje zakupy były dość chaotyczne :-P

Nie robiłam teraz badań w kierunku tego, żeby sprawdzić czy dziadowskie bakterie dały Nam spokój. Mamy zaplanowane je na 1 sierpnia. Ale dodatkowo gin włączył żelazo, bo hemoglobina spadła, a Mała teraz potrzebuje wszystkiego co najlepsze i w duużych ilościach ;-)

=============

Wizyta u gina

01.08
14.08
29.08

=============

MamaDHA Premium + 2x1
Duphaston 3x1
Letrox 125mg 1x1
Cyclo3fort 2x1
FemiSept Uro 2x1
MagneB6 3x2
Sorbifer Durules 1x1

==========

Panie Boże Czuwaj Nad Nami.
Janie Pawle II miej Nas w swojej opiece.


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lipca 2017, 19:34

Flowwer 15 lat czekam na cud !! 21 lipca 2017, 19:44

Wiele lat temu myślałam że będę na innym etapie życia- z trójką dzieci.
A gdzie jestem ? Tutaj jako niepłodna kobieta na skraju swojego rozrodczego wieku.
Poczucie winy ?!- nie mam, nic nie zrobiłam, nic nie zawiniłam. Tak to bywa jednym coś przychodzi łatwo dlatego nie doceniają to co mają, a inni przechodzą długą krętą drogę jak Przełęcz Stelvio we Włoszech.

Dziś 5dc,108 cs ostatni naturalny cykl starań nawet się cieszę ze już ten etap złudnych nadzieji i długiej diagnostyki mam za sobą.
Rano miała pierwszą wizytę u Dr M Paliga która przeprowadzi mnie przez całą skomplikowaną procedurę.

No i wykrakałam... pojawiły się mdłości. Wczoraj dwa razy wymiotowałam. Dziś raz. Na razie nie wiele... Pojadą do rodziców. Odpocznę od remontu, poleżę na zewnątrz, a nie w mieszkaniu. Dzięki za radę - powiem mamie. Ucieszy się. Marzy jej się malutka wnuczka, a mój M i syn czekają na chłopca. Nie mogę myśleć o złych rzeczach, przecież wszystko będzie OK. A jeśli nie - będą potrzebowała wsparcia :)

Anakin A gdyby tak... Jeszcze raz? 22 lipca 2017, 09:00

19 dc
Nic sie nie dzieje. A z drugiej strony co by sie mialo dziac? Namowie dzis meza na seksik:) co z tego, ze dni nieplodne? Cos sie od zycia nalezy!

Się pokusiłam o betę... Wynik 1,43...
Z taką betą to się mogę o:

drzwi-ruchomy-obrazek-0015.gif

Drzwiami pobawić!

s1985 walcząc 24 lipca 2017, 20:14

12 dpo jutro test ostatniej szansy i czekam na@
Ps. zamówiłam 100 testów owu i 10 ciążowych


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lipca 2017, 20:04

PatuŚ Czekając na dwie kreski :) 22 lipca 2017, 13:24

Dzisiejsza noc była straszna. Od 3 budzilam się co chwile z dziwnym lękiem. Może najwyzszy czas odpuścić sobie tą obsesję na temat ciąży, leczyć się dalej i czekać aż uda się. Dzisiaj mam ten dzień zwątpienia bo powoli nadchodzi czas ewentualnego testowania i chyba nie chce się rozczarować po raz kolejny.


Wiadomość wyedytowana przez autora 22 lipca 2017, 13:14

Rene Szczęśliwy wakacyjny cykl:-) 22 lipca 2017, 13:40

13dc
Dzisiaj rano śluz był kremowy było go sporo około godz.13 stał się bardziej rozciągliwy i ogólnie jest tam wilgotno,szyjka miękka już otwarta.Zrobiłam test owulacyjny i wyszedł tak samo jak wczoraj czyli pojawiła się druga kreseczka ale blada co oznacza że test jest nadal negatywny.Według statystyk mam jeszcze dwa dni do rozpoczęcia płodnych.Ovu dziś rano wyznaczył mi dzień prawdopodobnie płodny a teraz jak zmieniłam rodzaj śluzu to wyznaczył mi dzień płodny jeszcze bez owulacji.czekam dalej.Po południu zrobię jeszcze jeden test owulacyjny

chcebardzobycmama Nie poddam się. 22 lipca 2017, 13:53

29t2d
Z urokòw ciazowych doszly skurcze lydek w nocy ,czeste siku i budzenie sie bardzo wczesnie :)

Dziewczyny proszę doradzcie mi bo bardzo się stresuje z tego powodu
Jak i kiedy powiedzieć szefowi o ciąży? Koleżanki z pracy wiedzą że się długo staraliśmy i są przygotowane na prawdopodobieństwo ciąży ale szef to szef
Przy czym u nas jest taka sytuacja że mamy oddział i szef przyjeżdża do nas tylko parę razy do roku a komunikujemy się albo mailowo albo telefonicznie
Mail odpada zostaje rozmowa telefoniczna
Na dodatek w kwietniu koleżanka odeszła i zgodziłam się przejąć jej stanowisko (awans) no i kompletnie nie wiem jak teraz powiedzieć szefowi że niedługo ja odejdę
Gdy dostałam awans dostalam podwyżkę tylko na umowie zlecenie co do macierzyńskiego nie będzie się liczyć ale nie wiem czy pytać się jeżeli będę na L4 później to będę mieć płatna ta podwyżkę w końcu to moje wynagrodzenie a w ciąży liczy się 100%

I jeszcze jedna sprawa w którym miesiącu odeszlyscie na zwolnienie ja nie planuję wracać do tej firmy a do pracy będę chodzić tylko i wyłącznie przez wzgląd na koleżanki których nie chce zostawić z robota pracuje na 1 zmiany w agencji pracy tymczasowej

Dzięki za odpowiedz

Ciąża rozpoczęta 10 listopada 2016

Ja to poszlam do kliniki nieplodnosci juz na nas czas ... mlodsza nie bede i w depreche popadne jak dzidziusia nie bede miala . Wiec na koniec sierpnia /poczatek wrzesnia zalezy kiedy bede miala cykl wtedy nowy zaczne brac letrozol i zobaczymy co to wyjdzie juz papiery w sierpniu zaniose na AID ;-) bo tylko dzieki dawcy mozemy miec dzidzie

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)