raport chorobowy i wnioski
wydje mi sie, ze jest lepiej w kazdym aspekcie
1. katar
odciagany dzis tylko raz poki co. chrobocze w nosku nadal, ale oddychanie raczej niezaklocone. wydaje mi sie, ze powoli ku koncowi. cale szczescie nie bylo goraczki powyzej 38, wiec moglysmy chodzic na spacery
2. biegunka.
tu trudniej stwierdzic na pewno. bo dopiero wczoraj sie zaczelo. ale od 18 wczoraj wieczorem do 8 rano dzis nie bylo kupy. to dobry znak. pozniej wyszly juz 3 sztuki, ale kolor znowu musztardowy, mniej grudek bialych i zapach bardziej kwasny, a nie jakas zielona maziaja o zgnilym lekko zapachu... takze moze sie uda bez wizyty lekarskkiej
3. odparzenie, a bardziej pieluszkowe zapalenie skory, bo po tym co sie naczytalam w necie, o powodach, objawach i wygladzie, to jestem pewna, ze to zapalnie. jest tez lepiej. pprzy kazdym przewijaniu podmywam ja rumiankiem i smaruje sudokremem. chyba juz ja nie boli, bo nie bylo placzu od wczoraj. skora jest mniej zaogniona, ale nadal widac problem. wazne, ze nie boli. z reszta ja sobie juz poradze 
wnioski:
pies... to najkochanszy czlonke rodziny. widzac, ze Ola jest chora "schowala sie w cien" domowych zaciszy. nie wymuszala ciastek (psich), nie psykowala bezglosnie szczekajac, zeby juz setny raz z nia wyjsc na spacer. byla potulna, przytulaska, chodzaca wszedzie za nami. psy to bardzo madre stworzenia. kochana jest ta nasza pierworodna "wlochata" 
maz... po przedstawieniu obrazu dnia maz zrobil sam wczoraj dla nas kolacje. i to nie byle jaka, bo "zdrowe sajgonki" na zimno w papierze ryzowym z imbirowym sosem sosjowym.... wystarczy, ze zobaczy jak moze byc zle 
dziecko.... mimo wsystkich trudow do tej pory, to najpiekniejsze co moglo mi sie przydarzyc... kiedy zaczelo jej cos byc naprawde zdalam sobie sprawe, ze serce mi peka, gdy ona cierpi... ja nie wiem co bedzie jak dorosnie i spotka sie z niepowodzeniam. gdy bedzie smutna, zalamana. moje serce bedzie bardzo wiele razy pekac na milion kawalkow. bardzo ja kocham. i tak dobrze jest widziec, gdy ma dobry humor.
Ku pamięci - w poniedziałek, 02.02.2015 r. na badaniu USG zobaczyliśmy taką 3,6 milimetrową osobę..

Serduszko biło 108 na minutę, odetchnęłam:

Komputer obliczył wiek ciąży na 6t0dz, a wg OF to był 6t2dz, znikoma pomyłka. Wg okresu 8t2dz, całe szczęście obserwowałam się i wiem, kiedy mniej więcej była owulacja, oszczędziło mi to schizowania, że ciąża jednak młodsza i co to będzie. Bardzo się cieszę, że trafiłam na owu. Teraz będę prowadzić ten pamiętnik, żeby ciążę mieć pod podobną kontrolą.
Tymczasem mam apetyt wilczy, ojj będę rychło kwadratowa!
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 lutego 2015, 14:43
20dc
Hej,
no i wrocilam. Dla nas dlugi weekend tak szybko zlecial... i czas wrocic do rzeczywistosci. ehh
Zmierzylam dzis tempke i caly czas jest bardzo niska. Mialam cicha nadzieje ze grypa, ktora przeszlam nie zakluci cyklu, ale jednak. Zobaczymy jutro, moze tylko sie przesunie, oby...
update
zrobilam test owulacyjny, wynik pozytywny! jupiii!! Tylko, ze obiecalam sobie ze zaczne uzywac testow owulacyjnych dopiero po nowym roku, nie wytrzymalam...
Teraz tylko czekac, az na wykresie temperaturka skoczy
jestem spokojniejsza przynajmniej
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2018, 14:38
Drugi synek potwierdzony na 100%
Przetrawiłam już moje lekkie rozczarowanie i coraz bardziej się cieszę perspektywą moich 2 chłopców 
Ale chustę w kwiatki sobie kupię, żeby zaspokoić moją potrzebę dziewczyńskich wzorów w wyprawce 
nie przenoszę się na fiolet jeszcze przynajmniej do serduszka, a najlepiej do porodu. uwierzę w pełni w to dziecko jak będę je miała w ramionach.
dziś według terminu om jest 5+6, 14 dni po terminie @. wczoraj badanie, lekarz nie potwierdził zasinienia szyjki, macica niepowiększona (ale w tyłozgięciu). lekarz nie wyklucza prawidłowej ciąży, ale dużo młodszej.
dziś na polecenie lekarza zrobiłam kolejną betę.
w poniedziałek usg. wtedy już będzie MUSIAŁO być serduszko. jeśli nie - nie będzie już na co czekać.
nie mam absolutnie żadnych objawów.
najgorsze jest odpowiadanie na pytania najstarszego, który widzi, że chodzę co kilka dni na badania. ja generalnie zdrowy człowiek jestem, internistę widziałam ostatnio... już nie pamiętam, kiedy 
a tu co kilka dni pobieranie krwi.
ja jestem zwolenniczką rozmawiania z dziećmi o nawet najtrudniejszych rzeczach wprost i bez owijania w bawełnę. nawet maluchy mają prawo wiedzieć. oczywiście przekaz musi być dostosowany do możliwości poznawczych dziecka.
kiedy mój najstarszy zapytał, po co te badania, musiałam mu powiedzieć o ciąży. musiałam też ostudzić jego entuzjazm informacją, że nie każda ciąża kończy się dzieckiem...
Wczoraj rozmawiałam z naszym pediatra przez tel o skorze Emila. Czy mam pilnie isc do przychodni? Czy trzymac dalej diete bezmleczna? Jak żyć?
Super babka; pow, ze:
1)moze to byc jakas nietolerancja na bialko krowie, ale nie alergia (uff)
2)nawilzac nawilzac nawilzac
3)nabial mam ograniczyc o 70% i wybierac ten dobrej jakosci (eko jaja, jogurty bez dodatkowego białka etc)
4)kąpać w siemieniu lnianym
5)na świąd i drapanie można podac 2/3 krople fenistilu w kroplach
Wczoraj pierwsza lniana kapiel. Dzis znow poprawa na skórze! Ale stosuje tyle środków, ze nie jestem w stanie powiedzieć co pomoglo...
I na dodatek dziś dzień aniołka! Nie zaplakal ANI RAZU. Lezy i bawi się sam. I zaciesza przy tym. Zaczyna chwytać zabawki i pakowac do pyszczka-extra! I tak myślę, ze moze ta skora go jednak draznila/swedziala...
5+1
Wczoraj przed godz. 20 miałam tel z pracy odnośnie tego ile mam przepracowanych nadgodzin oraz czy wracam we wtorek do pracy. Odpowiedziałam, ze nie wiem, ale raczej tak. A tak szczerze mówiąc to wolałabym nie wracac. W poniedziałek mam pierwsza wizytę ciążowa u ginekologa. Modlę się codziennie żeby to była zdrowa ciąża, żeby nie było pustego jaja płodowego (nawiasem mówiąc nienawidzę tego określenia) ani żeby dziecku nie przestało nagle bić serduszko. Modlę się tez o to żebym urodziła w terminie zdrowego malucha. Gdy zobaczyłam tel z pracy to czułam jeszcze długo po zakończonej rozmowie, że cała w środku się trzęsę. Potem ogarnął mnie strach, ze przez te nerwowe emocje zaszkodziłam dziecku
tak bardzo cieszę się z tej ciąży, że aż panikuje nad wyraz. Tak bardzo boje się ponownie stracić ciąże, ze przez wczorajszy stres nie czuje już, ze będzie dobrze. Mam nadzieje, że to tak działa tylko moja psychika, a nie ze jest tak naprawdę. Tak bardzo pragnę żeby było dobrze. Żebym w maju urodziła zdrowego maluszka.
10 dc. Od wczoraj wieczora bardzo boli lewy jajnik, czasem pociągnie tez prawy, a czasem przyjdzie na całe podbrzusze. Nie dałam rady znaleźć dziś kogoś w zastępstwie w pracy ale oddziałowa wykazała się zrozumieniem i dała mnie na lzejszy obszar. Jakoś ta dobę muszę pociągnąć. Jutro wolne, pojutrze dniówka i urlop. Cieszę się, że będę w domu w dni przed - w trakcie - po owulacji, bo będziemy mogli zadziałać 
Jajnik wczoraj bolał tak bardzo, że zaczęłam się stresować. Gdyby było to możliwe podejrzewałbym ciąże pozamaciczną, okropne rozrywanie od środka. Od razu próbuje się diagnozować, łącze objawy ale tu nic prócz tych leków nie pasowało. Po prostu sie przestraszyłam.
Mam głęboką nadzieje, że ten bol zwiastuje pecherzyki, że coś się mogło wykluć. Ale nie będę sieć cieszyć zanadto, bo mogą w wielu innych kwestiach jeszcze nawalić. Mogą nie pęknąć, nie zagnieździć się , nie utrzymać. Wiele bym dała, żeby się udało, jak każda z nas. Ma się poczucie, że jest się tak blisko, że tylko wyciągnąć rękę i będzie twoje. Odwiedziłam dziś mamę w pracy (siedzi budynek dalej) i tak: kuzynka zaszła w niechciana ciąże bliźniacza, a dlatego niechcianą, bo ma już rocznego synka o którego długo się starali. Koleżanka z którą mama pracuje w ciąży. Moj kuzyn będzie miał bliźniaki, a tez długo się starali. Nie jestem zazdrosna, daje to przynjamniej nadzieję. Że może się udać mimo wieku powyżej 30 lat, mimo chorób, problemów hormonalnych, problemów z utrzymaniem zarodka. Potrzeba czasu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2018, 22:58
Dziś jestem w takim miejscu, w którym chciałabym powiedzieć światu co dzieje sie w mojej duszy. W duszy kobiety, ktora musi mieć świadomość, ze nie poczuje nigdy pierwszych ruchów swojego dziecka, ani nie zobaczy rosnącego brzuszka. Nie doswiadczy glaskania go przez męża i bliskich, nikt nie bedzie życzył jej szczęśliwego rozwiązania. Chce wykrzyczeć swój ból, który ostatnio doskwiera mi coraz to usilniej.
Każdydy dzień jest dla nas wyzwaniem. Możnaby pomyśleć, ze jak dla każdego, a jednak nie do końca. Wiesz jak zająć sobie dzień po brzegi, byle tylko nie myśleć, nie analizować, nie płakać?
Jestem w miejscu, w którym pogodzilam sie z tym co nas spotkało, a mimo to coraz to bardziej mam ochotę plakac, kiedy dowiaduje sie o kolejnych ciazach w swoim otoczeniu. Coraz mocniej placze słysząc o rodzinach patologicznych, o porzuconych dzieciach.... Coraz mocniej reaguje na krzywdę dzieci. Cdn.
Dziś jestem w miejscu, w którym wiem, że jesli sie nie uda naturalnie skorzystamy z adopcji. W miejscu, w którym wiem, ze po kocham to dziecko nad życie, ze to bedzie nasze dziecko, nasz aniołek, którego odnajdziemy. Sklamalabym mówiąc, ze nie boli mnie fakt, ze nie poczuje nigdy swojego maleństwa pod swoim sercem, cierpię z tego powodu bardzo mocno, jednak nauczyłam sie pokory i wiem, ze nie zawsze dostajemy od zycia tego czego chcemy. Staram sie pokornie przyjąć to zadanie jakie przede mną stawia Bóg. I pragnę tej adopcji z całego serca.
10 PAŹDZIERNIK - 3 miesiące 1 tydzień i 2 dni OCZEKIWANIA NA KOSMITĘ
Dziś miałam sen, przepiękny. Poznałam w śnie Kosmitę, był cudowny, piękny, idealny. Miał ogromne niebieskie oczy i pucołowatą uśmiechniętą buzie. Byliśmy w pomieszczeniu, które wyglądało jak szpital ale było jakąś placówką (dom dziecka?). Na dużej sali było mnóstwo par, każda bawiła się z jednym dzieckiem. Kosmitę przyniosła pielęgniarka. Od razu wiedziałam, że jest nasz, był uśmiechnięty od ucha do ucha. Wyglądał na 5 - 6 m-cy ale ja wiedziałam, że jest młodszy. Nie wiem tylko czy to ON czy ONA. Pamiętam bardzo dokładnie uczucia, ogromną radość. Wiem to tylko sen a wszystko tak bardzo realne, niesamowite
Pamiętam jeszcze, że musieliśmy go oddać a ja wykrzyczałam (komuś), że nie ma mowy i zabieramy go do domu. Ot i zadzwonił budzik.... witaj rzeczywistość.
21dc
Wracam z kliniki. Owulacja sie odbyla. Ma o tym świadczyc pekniety pecherzyk i obecność ciałka żółtego. Endometrium 9mm.
Doktorek kazał powtarzać taką stymulacje jeszcze 2 razy. Chce aby poczecie bylo naturalne gdyz juz raz udalo sie zajsc w ciaze.
Gdybym chciala testowac (z krwi) mam to zrobic 17go czyli za tydzien.
Chyba bylam zbyt optymistycznie nastawiona co do tej wizyty. Niby sie ciesze ze owulacja hula itd, ale mialam iskierkie nadzieji ze moze "cos" bedzie widac. Tak wiem, ze na usg ciaza jest widoczna najszybciej od 4tygodnia.
Slonecznie dzis prawda?
Rano zrobialm dodatkowo badania na tsh i prolaktyne. Chce sprawidzic co sie dzieje i jak najlepiej to kontrolowac.
Edit.
Przyszly wyniki.
TSH piekne 1.4
Prolaktyna 2.6 znow ponizej normy. Chyba mam zle dobrana dawke lekow.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2018, 21:22

Łatka mój słodziak największy! 
34tc (33+2)
Trudny czas. W nocy źle śpię. Chodzę sikać średnio 5-6 razy. Na szczęście kochany mąż kupił i założył mini lampkę do kontaktu, żebym się nie przewróciła po ciemku. Biodra bolą, ciężko mi przewracać się z boku na bok. No i pojawiają się pierwsze skurcze. Póki co bezbolesne, ale co raz mocniejsze. Młoda ma już mało miejsca, ale jest strasznie ruchliwa. Mimo mojej sporej oponki na brzuchu wyraźnie widzę jak się przeciąga i porusza, a myślałam, że to widoki zarezerwowane tylko dla szczupłych dziewczyn 
Wyprawka praktycznie skompletowana. Został tylko fotel do karmienia (zamawiam w przyszłym tygodniu), śpiworek i torba do wózka. Jutro odbieramy w końcu wózek (ostatecznie zdecydowaliśmy się na Maxi Cosi Adorra 2w1). Śpiworek i torbę zamówię jak już będę miała wózek w domu i mam nadzieję, że w końcu coś wybiorę.
Co raz bliżej...
Wrrr... Zgadnijcie co!
Byłam dziś u nowej lekarki ginekolożki i co?
Badanie trwało jakieś 3 minuty, zerknęła gdzie trzeba i powiedziała że wszystko super, książkowo wręcz.
Przejżała badania, powiedziałam jej że u męża też jest spoko i stwierdziła że ona pomóc nie może bo wszystko jest ok. Ba! Nawet nie pytajcie - oczywiście że rzuciła tekstem - jeszcze jest Pani młoda i ma czas...Serio?!
Mam 26 lat, nie jestem stara czy coś, ale nie jestem super hiper młoda. Uważam że jestem wręcz w idealnym wieku żeby starać się o dziecko tymbardziej że trwa to już 2 i pół roku i nadal nic. Moja siostra była w takiej samej sytuacji - wszystko było ok, nikt nic nie znalazł, u jej męża też ok, starali się 10 lat aż w końcu adoptowali dziecko. Mały jest cudowny, uwielbiam go ale marzę o własnym dziecku, ba! Marzę o duuuużej rodzinie.
Nie mam 19 czy 20 lat choć wiem że są matki które świadomie starają się w tym wieku o dziecko i to ich prawo, współczuję im bo widząc że mnie traktują jak kogoś za młodego na zmartwienia to już widzę jak traktują tamte dziewczyny.
To że wiek w którym kobiety decydują się na dziecko się podniósł to nie znaczy że każda kobieta jest taka sama.
Jedyne co mogę powiedzieć na plus tej wizyty to że wprost mi powiedziałą że w moim mieście nikt nie zajmuje się niepłodnością a jeśli twierdzą inaczej to kłamią. Kazała mi się udać bezpośrednio do kliniki leczenia niepłodności do Szczecina...
Chyba faktycznie muszę w końcu ruszyć na Szczecin, 200 km ale jak trzeba to trzeba...
Pierwsze podejście w grudniu albo styczniu.
Dzis byl najpiekniejszy (do tej pory) moment mojego macierzynstwa.
Gadalam z mezem przez kom i maz mowi, ze sie obawia, ze Emil go nie pozna po miesiacu i sie przestraszy. Skonczylismy gadac i mowie do Emila: "stary sie boi, ze go nie poznasz" a wtedy on w glosny śmiech uderzyl! Pierwszy raz chichotal. To bylo cudne! Zaczelam sie smiac sama i on wtedy znow chichot. Niesamowite. Potem mama i ciocia probowaly go naklonic do smiechu, ale juz nic z tego;o) dla takich momentow warto zyc, naprawdę! Ten wpis dedykuje Jeżykowi na poczatku jej "mamowania"
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2018, 19:36
Dziękuję Wam Kochane za wszystkie kciuki i słowa wsparcia :*. To bardzo budujące :*.
Obecnie do końca tygodnia mam urlop, zwolnienie dostałabym tylko na dzień histeroskopii, a jednak wolę uniknąć sytuacji, że w pracy zobaczą pieczątkę kliniki.
Czuję się już dobrze, plamię nadal i trochę boli mnie brzuch. Ale doktor mówił, że przez 3 dni tak może być, więc nie przejmuję się tym za specjalnie. Boli mnie też trochę ręka, bo po "motylku" na nadgarstku został mi piękny siniak, ale przejdzie i to.
Dużo odpoczywam, śpię i szydełkuję. Byłam dzisiaj na spacerze, przeszłam się do apteki po antybiotyk zapisany przez lekarza. Teściowie chcieli dać mi samochód, ale była tak piękna pogoda, że aż szkoda było z niej nie skorzystać.
Apropo teściowie... Od wczoraj obchodzą się ze mną jak z jajkiem. Co chwila przychodzą i pytają czy czegoś nie potrzebuję, że może obiad, może herbatkę, może kanapkę, może kocyk, może podusię?
Pomimo tego, że wszystko robiłam sama to i tak doceniam ich troskę
.
Strach pomyśleć co będzie jak kiedyś zajdę w ciążę
. Zagłaszczą mnie
.
I mój Mąż
jest taki kochany i czuły
. Wczoraj, gdy spałam po zabiegu cały czas trzymał mnie za rękę. Po powrocie do domu dużo mnie przytulał i powtarzał jaka jestem dzielna i że jest ze mnie dumny, że tak dobrze przez to przeszłam.
On też mocno przeżył ten zabieg, stresował się razem ze mną. Wiem jednak, że trochę się zawiódł wynikiem. Myślał, że po łyżeczkowaniu zrobiły mi się nie wiadomo jakie zrosty, a tu tylko jedna blizna. Jedna... Ale być może skutecznie uniemożliwiała mi zajście w ciążę.
Mąż również wczoraj pierwszy raz pozytywnie wypowiedział się o in vitro. Zaskoczył mnie tym. Do tej pory mówił, że to jest "dziwne" i nie miał o tym dobrego zdania.
Wydaje mi się, że zobaczył, że to jest normalna rzecz. Na 5 kobiet czekających na zabieg tylko ja miałam histeroskopię, reszta Pań miała pobierane komórki jajowe właśnie do in vitro. Może to troszkę otworzyło mu oczy 
Może mi ktoś powiedzieć dlaczego za każdym razem jak podejmę decyzję o tym, że zwalniam się z pracy to przychodzi mi wypłata wyższa od przeciętnej? Co prawda to tylko dwie stówy ale zawsze wprowadza to u mnie wątpliwość. No bo przecież wracam na studia, no bo przecież jak się nie uda to być może Mąż nagle zechce in vitro, no bo przecież mogę nie znaleźć innej pracy. A przecież potrzebne są pieniądze.
Dramat...
Taaa ostatnio pisałam o harmonii? Naiwna jestem. Chyba mam jakieś załamienie nerwowe. Całkiem niedawno śniło mi się, że jestem w ciąży.. zaawansowanej. Było super ciepło, łapałam słońce i chodziłam chodnikiem przed domem, żeby przyśpieszyć poród, bo był już odpowiedni czas. To było niesamowite uczucie nie do opisania. Za to wczoraj śniło mi się, że poszliśmy do szpitala, bo miałam już lekkie bóle. Czekaliśmy podeksytowani na moment porodu, ja chodziłam po szpitalu. Mieliśmy piękny pokój, z aneksem kuchennym, fotelem, kanapą. Przyszła tez teściowa do nas zajrzeć i powiedziała, żebym się nie męczyła i dała mi nospę. I wtedy się obudziłam z stwierdzeniem, ze brzuch boli mnie jak na okres. I od tamtej pory wiecznie pobolewa. Obudziłam się i podziękowałam Bogu, że chociaż w śnie daje mi poczuć jakie to piękne uczucie mieć małego człowieka w środku. Poszłam do pracy i zorientowałam się, że mamy przecież rocznicę ślubu, że życie sobie ze mnie drwi. Jakbym w pysk dostała, dlaczego tak jest, że jak wszystko się zaczęło w moim mózgu układać runęło przez ten sen? Martwi mnie to, że bóle znowu wracają. Minęło tylko pół roku od laparo. Jak już położyłam się do łóżka to plakałam. Nie swiętowaliśmy rocznicy. Nie mam ochoty i nastroju na jakiekolwiek przyjemności. Jest mi tak cholernie przykro i źle, bo minęło już tyle czasu, a ja nadal nie potrafię się pogodzić z losem, nie potrafię zrezygnować z tego najwazniejszego marzenia. Pisałam już tu nieraz, że zawsze marzyłam, żeby szybko założyć rodzinę. Ja nie chcę podróży, kariery. Zawsze chciałam założyć swoją rodzię, datego wybrałam drogę jaką wybrałam. Przyśpieszoną. A teraz jestem tu gdzie jestem i czuję się w tym źle. Ja nie potrafię zaakceptować tego, że nie potrafię zajść w ciążę, po prostu nie potrafię.
Tydzień 28
Patryk kończy dziś pół roku:-)
Mój kochany maluszek rośnie w oczach ostatnio nauczył się podnosić do pozycji raczkowania póki co w tej pozycji kiwa się do przodu i tyłu a jak upada na brzuch to się denerwuje.Od kilku dni prowadzimy poważnie rozmowy w Patryczym języku.Dzis kolejna nowość w jadłospisie wprowadziliśmy owoce na pierwszy ogień poszło jabłuszko oczywiście zaakceptowane przez mojego smakosza,za kilka dni kolejne nowości miejmy nadzieję że również będą zaakceptowane przez Patryka.Od kilku dni Patryk nie dostaje smoczka uspokajacza:-)
Pół roku już za nami tyle się w tym czasie wydarzyło,mam wrażenie że synek jest z nami od zawsze.Przed nami kolejne dni tygodnie miesiące i lata jeszcze tyle do odkrycia...co będzie za kolejne pół roku pewnie będzie już chodzić będzie miał ząbki...Czekamy z niecierpliwością na kolejne etapy rozwoju,czym nas wkrótce zaskoczy może samodzielnym siadaniem raczkowaniem...Już niedługo kolejny wpis o nowych umiejętnościach i wydarzeniach z życia naszych dzieci
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2018, 21:32
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.