Nie piszę, bo i co tu pisać. Cześć. U nas bez zmian...
Doktorek na poprzedniej wizycie do dotychczasowych leków dorzucił mi tylko Cyklodynon (noż kurcze, wiecie, że był dostępny tylko w jednej aptece w Warszawie - przy uwzględnieniu, że my kupujemy leki tylko poprzez zamówienie internetowe z osobistym odbiorem, bo tak wychodzi najtaniej) z tego powodu, że pomimo Norprolacu i Duphastonu bolały mnie piersi w II fazie cyklu.
Teraz mam 5 dpo. Mając na uwadze nasze działania to wstrzeliliśmy się idealnie. No, ale ja to mam wrażenie, że doszliśmy do perfekcji jeżeli chodzi o trafianie w dni płodne, ale cóż z tego...
Na początku grudnia m. ma zrobić podstawowe badania nasienia i krwii a później mam dostać na wizycie już zalecenie stymulacji. A miałam już dostać stymulację już teraz, ale na razie m. ma brać 4x dziennie BabyStarta żeby jeszcze się podreperował po antybiotykoterapii.
Strasznie to nasze leczenie powolne, ciągle mam wrażenie że nie posówamy się na przód, ale w końcu postawiliśmy na Doktorka. Czekamy.
Jedno co mnie podtrzymuje na duszy, to to, że za każdym razem, serio(!) za każdym razem gdy jesteśmy na wizycie, to od naszego Doktorka wychodzi para w ciąży. Albo np. raz w trakcie naszej wyzyty - kiedy już myślałam, że tym razem nie trafiliśmy na szczęśliwą parę - zadzwonił telefon z info, że będą bliźniaki (!). Jak śledzę jego profil na znanylekarz.pl to też co chwila nowe komentarze, że ma sukcesy, że normalnie dr House. Więc to wszystko daje nam nadzieję... niecierpliwą nadzieję 
Dawno nie pisałam, ale coś tam napisałam z pola bitwy, chociaż weszłam tu, żeby się trochę wyflustrować.
Właśie obejrzałam materiał w Faktach, wiem może ktoś powie, że trzeba było oglądać Wiadomości... no ale akurat obejrzałam Fakty, a tam mówią, że od 2013 roku z dofinnsowania rządowego in vitro (które miłościwie nam panujący rząd zakończył chyba już z początkiem swojej kadencji) urodziło się 21 000 dzieci, a z nowego rządowego programu wspierającego naprotechnologię od 2015 r. urodziło się - uwaga - 70 dzieci...
Ja na prawdę jestem praktykująca, wierząca i codziennie modlę się o naturalne poczęcie, o to, by nam się udało bez inseminacji, bez in vitro , ale noż kurczę, czy trzeba jeszcze więcej dowodów, że napro to przy skomplikowanych przypadkach za mało. Czy Pan Bóg dał nam rozum i naukę tylko dla teorii....
No i ciekawe czy Polacy wygrają z Portugalią, bo właśnie grają i mąż się krzywi, bo zaburzam mu aurę oglądania przez walenie w klawiaturę 
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 listopada 2018, 21:18
I dziś ostatnie już wyniki:
P/c p.beta-2-glikoproteinie igm ujemny
P/c p.beta-2-glikoproteinie Igg ujemny
P/c p. Antygenom łożyska ujemny
Wychodzi na to że zespół antyfosfolipidowy mogę wykluczyć. Jezu ale się boję tej wizyty u tego psychiatry, nigdy nie byłam.....
To był naprawdę miły dzień. Czasami kiedy mamy wspolny dzień wolny z Mężem sprzeczamy się i jakoś irytujemy nawzajem, a dziś... Sielanka. Odpuscilismy wszelkie zakupy, porzadki i spedzilismy czas na słodkim lenistwie, wcinalismy pyszne jedzenie, oglądaliśmy filmy i rozmawialismy o naszej przyszłości. Szkoda mi Meza... chociaż ciezko z nim się rozmawia na temat "starania" to widać jak bardzo to przeżywa. Tymczasem okres się konczy i zaczynamy dzialac. Kiedyś się uda....
28dc
No I pojawil sie kolejny objaw mojej "ciazy".. Wypilam kawe I zgage mam niesamowita(u mnie zgaga to naprawde rzadkosc)..a nie mam ze soba nawet gum do zucia, w aucie zostaly
Kiedys mi siostra mowila, ze na poczatku ciazy meczyla ja zgaga.. I jakos tak sobie zapamietalam.. a jajniki kluja I ciagna znowu.. ale mniej niz w ostatnich dniach.. bardziej tak cmi jak na @.. Blagam niech sie nie pojawi...
Nie wiem co wtedy bym zrobila pod wzgledem badan..czy zostala tu w UK, czy do Pl.. wszystko by stanelo na glowie.. ale nie dbam o to.. czuje sie na tyle bezpieczna przy swoim mezu I wiem, ze by cos madrego wymyslil..alez ja Kocham tego czlowieka..
Wczoraj 8/9dpo test negatywny. Raczej 8 niż 9 więc niby jeszcze czas, ale nie czuję, że się udało. Całkowity brak objawów, może poza bolącym jajnikiem, brak śluzu, normalny sen, brak bólu piersi - nic, kompletnie nic nie wskazuje na to, że ciąża jest. Wczoraj się załamałam, dziś odżyłam. No bo co mam zrobić? Mam super dziecko, mam fajnego męża i ogólnie fajne życie. Ostatecznie mogłabym na tym poprzestać. Ale tylko ostatecznie bo jednak walczę dalej 
Zaraz po zabiegu na początku sierpnia zabrałam się za siebie. Schudłam parę kilogramów, wyćwiczyłam brzuch i resztę ciała, staram się zdrowo i racjonalnie odżywiać. I czuję się teraz dobrze. Ubieram ciuch i on przeważnie wygląda dobrze, a dla mnie to mega dużo. Teraz jeszcze tylko w ciążę zajść i już będę miała wszystko...
No to jestem po wizycie u psychiatry
Nie taki diabeł straszny, bardzo miła, spokojna kobietka przy której rozkleilam się jak małe dziecko. Chciała mnie namówić na grupę wsparcia kobiet po poronieniu ale odmówiłam bo ostatnie czego teraz potrzebuje to kontakt z ludźmi. Przepisała leki antydepresyjne i za 3 tyg kolejna wizyta. W międzyczasie mam się udać do psychologa. Teraz szybkie śniadanko i jedziemy na fragmentacje plemników DNA. Mąż ma strasznego stresa, ja też bo mam nadzieję że choć troszkę będzie w stanie oddać tego nasienia.
No to po badaniu, mojego bohatera zabrałam do KFC. Zapomniałam zapytać kiedy wyniki he he,jutro zadzwonię
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 listopada 2018, 15:04
Po zlotych dniach przychodzą dni czarne. Marudzi i marudzi ten mój synalek i tylko na ręce i na ręce. Cos dziwnego z jego ssaniem; ssie dość rzadko i b krotko. Ale chyba sie po prostu tak szybko najada, bo czuje, ze piers oprozniona. A jak juz sie naje to ryk, ze juz syty. Nie ma słodkiego zamulania przy cycku. No, akurat teraz przysnal, ale to naprawdę rzadkosc ostatnio. Nie mam mu kiedy pazurkow opilowac. A rosna jak szalone. Skora-niestety pierwszy efekt wow po sterydzie minal... Widze pogorszenie... Eh.
O Pamiętniku powiedziała mi moja przyjaciółka, która 3 lata stoczyła na walce o dziecko ( które teraz na szczęście mają z mężem).
Nie udzielam się w internecie specjalnie, profile społecznościowe zablokowałam dla osób trzecich.
Nie mam ochoty rozmawiać z koleżankami, przyjaciółmi o aktualnej sytuacji, nie chcę pytań: I jak? udało się? Wiecie coś? I tak słyszę te pytania.
Chyba szukam miejsce gdzie mogę napisać o swoich emocjach, złych dniach, dobrych momentach z osobami które zrozumieją, a nie będą powtarzały - Wszystko będzie dobrze; Jesteś Młoda szybko pójdzie...
Mam nadzieję że jutro dostanę plan działań. Jestem zadaniowcem i chciałaby w końcu wiedzieć co dalej.
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 listopada 2018, 13:56
Oj ja tez to tych objawów podchodzę z przymrużeniem oka, bo tak naparwdę co miesiąc jest coś co "mogłoby" zwiastować ciążę..@ powinna być planowo jutro i znając życie przyjdzie napewno..
Kurde. Chyba widze powod marudnosci Emila. Od 2dni ma czerwony sutek. Myslalam, ze to moze podraznienie od masci. Dzis ewidentna opuchlizna, zaczerwienienie, gorącz w tym miejscu i ogolnie stan podgoraczkowy. A ja na wyjezdzie... A to pewnie stan zapalny. Dzwonie zaraz do naszej przychodni. A jutro pediatra tu, lokalnie, w miasteczku obok...
Chyba jest coś nie tak z tą dzisiejszą płodnością. Ok, mam wrażenie, że wszystkie naokoło zachodzą w ciążę, ale jak się przyjrzę swojemu najbliższemu otoczeniu to już nie jest tak różowo. Moja przyjaciółka stara się troszkę dłużej niż ja, podchodzą właśnie do 2 ivf. Druga przyjaciółka jest po dwóch poronieniach. Trzecia stara się od ponad roku. Czwarta, właśnie się dowiedziałam, że poroniła. Kuzynka stara się od 7 lat, już kilka ivf za nimi. Kuzyn stara się 1,5 roku o drugie dziecko.
Co się dzieje? Czy kiedyś też tak było? Czy to chemia w jedzeniu, smog i stres? Czy niepłodność wyrasta na chorobę XXI wieku?
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 listopada 2018, 15:34
Wszystko się kończy
Chyba trzeba się pogodzić z tym ze nie będzie mi dane być już mama, ze taka kolej rzeczy.
Moje małżeństwo tez już się kończy...
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 sierpnia 2019, 12:38
Mąż. Najlepszy ojciec jakiego mój Synek mógł sobie wymarzyć. Wie, kiedy i jak trzeba nakarmić, przewinąć, położyć spać, a ich codzienne kąpiele to niezwykła przygoda dla nich obu o czym świadczy śmiejący się bobas, mokry Mąż i zalana podłoga w łazience. Mąż z Małym rozmawia, tuli, nosi, ćwiczy, bawi się, przebiera uślinione ubranka, wychodzi na spacery, czyta książki, śpiewa, gra i się wygłupia. Mały jak go widzi w drzwiach piszczy, śmieje się w głos i robi takie wygibasy z radości, że już kilka razy prawie zleciał mi z rąk. A Mąż rzuca wszystko, myje ręce i zajmuje się Synkiem przez dwie godziny a do jedzenia i picia trzeba go gonić. Taka wzajemna wielka miłość
.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 listopada 2018, 06:32
Dziewczyny boję się że z tym rzucaniem palenia będzie u niego ciężko, tzn. Mi powie że nie pali a i tak pójdzie do pracy i zrobi swoje. Suplementów na razie brak. Myślę by kupić fermilan a do reszty muszę usiąść i poczytać w internecie. U nas pomimo 108 mln plemników w ejakujacie Morfologia była 0%. Więc ilość jak najbardziej na plus ale jakośc jak widać do bani.
po weekendzie.
bardzo sie balam tego wyjazdu. glownie ze wzgledu na podroz z Wawy do Ldz, gdyz przez posiadanie psa i podrozowanie z nim nie moge siedziec z tylu obok malej. balam sie, ze znowu bedzie nieuspokajalny ryk..... pierwsza stacja pod Wawa na autostradzie postoj na kawe.... ledwo ruszamy, Ola buzia w podkowe i za chwile bedzie ryk.... no wiec mamy nowy spsob podrozowania. poki co dziala, wszyscy oprocz mnie zadowoleni. otoz przesiadlam sie na tylne siedzenie na srodek. z mojej prawej Ola w foteliku, ktora moglam zabawiac i miziac (dzieki czemu nawet spala 40 min),a po ojej lewej pies... po mojej lewej. jej dupa na siedzeniu, a cala reszta na mnie (pies jest adoptowany, ma jakies leki samochodowe i jak tylko jest sposobnosc laduje sie na kolana i poza autostrada slini sie tak, ze mozna ciuchy zmieniac.. biedna sie stersuje). no ale do rzeczy. przez taki uklad w aucie ja cala obolala, bo sie ruszac nie moglam. lewego posladka nie czulam jak dojechalismy
ale sukces jest. dziecko spokojne. droga powrotna idnetyko. takze chyba tak bedziemy jezdzic dla dobra malej.
pisalam, ze weekend pelen wrazen mial byc . i byl. niekoniecznie pozytywnych.
SOBOTA
w sobote przed impreza rodzinna udalo mi sie polozyc Ole na drzemke. wstala pieknie o 16.30 wiec wiedzialam, ze nie pojdzie spac o 17.30 jak to sie jej zdarza.
zabralismy dziecko wyspane, najedzone i rozesmiane. wchodzimy do domu mojego wuja. P. stawia mala w foteliku na podlodze, ja zdjemuje kurte, odwracam sie. a tesciowa mojego wuja (babcia 5tk iwnuczat dodam, bo to istotne pod wzgledem oczekiwanego doswiadczenia z dziecmi) trzyma Ole. to byly moze 3-4 sekundy.... jak tylko tozobaczylam podbieglam, zeby zabrac jej Ole. widzialam, ze robi sie juz podkowa na buzi... i poszlo. dziecko wystraszylo sie jej smiertelnie. plakala przez 1.5 godziny. przez tego pierdolonego babszytla, ktory pierwszy raz na oczy widzi dziecko i ni stad ni zowad bez pytania bierze ja na rece spedzilysmy w sypialni same 3 godzny imprezy. Ola miala taki atak placzu i strachu polaczony, ze nie pomagalo doslownie nic. miala wrecz tik nerwowy glowki od lapania powietrza (skret glwoki w lewa strone, nagly i szybki). balam sie nawet czy ten babsztyl jej czegos nie zrobil, bo zeby az tak plakac, to nmigdy nie slyszalam..... nie pomagalo dmuchanie nad gorna warge (sposob z peirwszej pomocy), tulanie, noszenie, speiwanie, piszczenie, zabawki, mleki, pielucha. nicccccc. do tegos topnia, ze dziecko nie sikalo przez 2 godziny. tak sie zablokowala. Dziewczyny, ja przezylam tarume zycia wtedy. tak sie o nia balam.... nawet rozwazalam czy do spzitala nie jechac, podac cos na uspokojenie. DRAMAT!!! nie zycze nikomu..... a plan byl taki piekny, wzielam jej nawet mate do turlania, zeby byla przy stole... dziecko sie wyspalo. bylo radosne.... i ten pierdolony babsztyl brakiem oglady, kultury i podejscia do dzieci zniszczyl wszystko. to byl naprawde dramat.
oczywiscie moj tata ja opierdolil zgory na dol... a moj wujek przyszedl i mi wytknal, ze trzeba bylo pilnowac dziecka. no zesz kurwa mac! kto bierze obce dziecko na rece bez pytania. ja sie tego nie spodziewalam. ale moze ma racje. to moja wina. moglam jej choc na chwile z oczu nie spuscic, to by sie tak nie stalo. Boze, co ze mnie za matka...... z drugiej strony dostalam taka nauczke, ze teraz juz wiem, ze nie chodzi tylko o pilnowanie dziecka na kanapie, zeby nie spadlo. to jest jak jazda samochodem. musisz myslec za innych uczestnikow ruchu i przewidziec ich manewry..... moja wina. moglam powiedziec, zeby nikt jej nie ruszal....
NIEDZIELA
znajomy sie pochorowal (juz 2 dni wczesniej), wiec asekuracyjnie odwolalismy spotkanie, zeby sie Ola nie zarazila. W koncu czekamy na opozniona szczepionke. ale to i dobrze. Ola odpoczela po wrazeniach dnia poprzedniego. Tak czy siak nie widac po niej bylo sobotnich emocji. moze nie bedzie miala jakiejs tarumy.....
Poniedzialek
rozprawa w sadzie... opozniona o 2 godziny. niestety moja matka sie nei stawila. bedzie kolejna rozprawa za 3 miesiace z doprowadzneiem ja przez policje rpzez sad. szukamy innego sposobu. boje sie, zeby jej krzywdy nie zrobili, bo bedzie stawiala opor. takze slabo.
i zbey sie dobic napisze Wam co nam sie przydarzylo jakies 2 lub 3 tyg temu. nie pamietam dokladnie, bo probuje zapomniec, ale sie nie da. przesladuje mnie to i bedzie pewnie dlugo jeszcze. jestem najgorsza matka na swiecie. a bylam taka madra, jak mi zwracano uwage (Pani sprzatajaca mnie nie raz pytala, dlaczego sie nie boje....). a o co sie nie boje? A o zostawianie Oli na kanapie. to byl dzien kiedy obracanie sie na brzuszek/plceki itd przeszlokolejna metamorfoze. kilka obrotow w jedna strone, by sie przemiescic. Nie wiedzialam, ze tak potrafi... wyszlam na chwile wyjac butelke z podgrzewacza. gdy wrocilam do pokoju setce mis tanelo. Ola zwisala juz w polowie z kanapy glowka w dol. rzucilam wszystko by ja zlapac, zlapala skarpetke, wyslizgnela sie nozka.... Ola uderzyla glowka w podloge. niestety mamy drewno (nie wykladzine, panele itd), co oznacza, ze bardzo twarda ta podloga.
byl placz ok 3 min. balam sie wstrzasnienia mozgu itd. obserwowalam ja. nie stala sie spiaca, marudna. wszystko bez zmian. dziecko pogodne, bawilo sie, smialo, mialo aptetyt. poszla spac normalnie. nie bylo wymiotow. wiem, ze nie mogla miec wstrzasnienia, bo wysokosc ok 20-30 cm z ktorych spadla (zwisala juz w polowie. wiem, ze to glupie tlumaczenie, ale chcialam jak najbardziej oszacowac potencjalne ryzyko powiklan. suma sumarum: nic jej sie nie stalo. dzieci maja faktycznie twarde te glwoki..... ale drogie mamy... pod zadnym pozorem nie ufajcie dzieciom. jak tylko zaczynaja obracac sie same, to jest moment anby nigdy ich nie zostawic w niedozwolonej pozycji... ja jestem beznadziejna matka jak sie okazuje, wiec ten blad polenilam. wierzcie mi. wyrzuty sumienia nie do zniesienia. nawet snily mi sie koszmary.... nikt oprocz Was nie wie o upadku. jest mi tak wstyd, ze nawet mezowi nie pwoiedzialam. jemu powiedzialam, ze tego dnia mala uderzyla sie obracajac w szczebelki lozeczka... na wszelki wypadek, gdyby trzeba bylo jechac do lekarza.... liczylam sie z konsekwencjami. ale nie jestem w stanie sie przyznac
takze. mozna se czytac ksiazki i edukowac itd... ale bledy i tak sie popelnia... a obu traum mojego dziecka moglam uniknac. glupia ja
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 listopada 2018, 05:06
Od kilku dni towarzyszy mi nawał kremowego śluzu.
Ponownie gromadzenie wody w organiźmie.
Ponownie uczucie ciężkości w dolnych partiach brzucha.
Ponownie pełniejsze piersi (nie bolą ani nie swędzą, nie są wrażliwe), lekko je czuje jakby pulsowały.
Ponownie odczuwam pracę naprzemiennie lewego i prawego jajnika.
Kilka razy, w odstępie kilku minut o siebie przez około minutę - ostre kłucie w macicy, jakby szpilką mnie ktoś dźgał. Wieczorem jednorazowo również się to pojawiło.
Mam wątpliwości co do otwarcia szyjki - odgięta jakby do tyłu że nie mogłam dotrzeć do niej - jak raz mi się udało to wydawała mi się lekko otwarta więc zaznaczam mniej optymistyczną wersję.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 listopada 2018, 06:31
13dc
Dopiero dzis powinnam miec pecherzyk w odpowiedniej wielkosci, tymczasem jestesmy po owulacji i po staraniach. Wiem, ze te stymulacje nic nam nie dadza, ale chce miec "czyste sumienie" ze probowalismy.
Przed nami jeszcze jedna proba w grudniu na podwojnej dawce clo.
Moze powiecie, ze jestem durna/naiwna ale szczerze wierze ze uda nam sie przy ivf. I wrecz nie moge sie doczekac. Duzo czytam i wiem ze zastrzyki/leki nie naleza do przyjemnych, zarodki moga nieprzetrwac albo nie przytwierdzi sie do jamy macicy. Nic nie jest pewne. Mam jednak dobre mysli..
Jak oszalala czytam internety, doswiadczenia innych par, nieraz sie wzruszam.. polecam blog krotkiblog.pl
Wiele kobiet sie wypowiada, mnostwo przeroznych historii i wiele ze szczesliwym zakonczeniem.
Pozytywna energia 
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 listopada 2018, 16:32
40tc (39+3)
Po wizycie i ktg. Na ktg cisza, ale po badaniu już ciekawie
szyjki brak, rozwarcie 2cm, główka już pięknie w kanale, niziutko. Doktor daje nam 2 max 3 dni
jeżeli do poniedziałku nie urodzę to szpital ze względu na wcześniejsze poronienie w 21tc. Aaa no i podobno poród ma być szybki dzięki pessarowi, zobaczymy
od dzisiaj mocno działamy żeby urodzić, bo nie chcę wylądować na patologii.
Także czekamy Kochanie, możesz wychodzić! 
Ja czuję się trochę oszołomiona, przerażona i wszystko nagle staje się takie realne...
Hm... Absolutnie nie mam obsesji mejkapu. Do pracy czasem sie malowalam, czasem odpuszczalam; zwlaszcza jesli mialam akurat "dobry dzien": gladka promienna skore, wyspane oczy. Teraz zero makijazu, bo ciesze sie jak mi sie uda wziąć prysznic i umyc wlosy... Ale promiennej cery i "wyspanych" oczu juz nie ma zeby nadrobic... Chcialabym zeby moj synek mial ladna, zadbana mame... A nie straszydlo... Musze zadbac o siebie...
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.