2 dzień po IUI
Zaczynam Clexane od dziś i Dupka. W przyszłym tygodniu na wszelki wypadek mąż mi da zastrzyk z małą dawką sterydu.
Wybaczcie brzydkie słowa ale: zesram się od tego czekania.
Moje najlepsze koleżanki wyszły za mąż dług przede mną, na ich weselach byłam sama i było mi smutno, że mnie się tak ułożyło. Męża poznałam jak miałam 28 lat. Teraz z perspektywy czasu wydaje się, że 28 to wcale nie tak późno. Może z dziećmi będzie tak samo? Doczekam się tylko później niż one? Mam tak ze trzy lata nadziei, może pięć, że wydarzy się cud. Z drugiej strony co tu porównywać? One mają dzieci ile chcą a ja może, może doczekam się jednego i nie mogę decydować o następnym. Nie, to jednak w ogóle nie ma co się pocieszać.
Wczoraj dostałam informację od koleżanki, że urodziła drugie. Mój rocznik. O ile czyjeś dzieci mnie nie ruszają to ta sytuacja trochę mnie podłamała. Jej wszystko wychodzi a ja? 
Mam już dość czytania o tym, że dzieci do adopcji są tylko z deficytami, że nawiązywanie z nimi więzi będzie żmudne i być może nieowocne 
W tym tygodniu idę do lekarza od ivf - entuzjazm na niskim poziomie. Mamy też rozmowę w OA - stresik jak wypadniemy.
Wczoraj z racji pracy musiałam rozmawiać aż z trzema kobietami na wczesnym etapie ciąży, bły młode i dopiero się dowiedziały.
Życie kopie po dupsku ile może.
Uff długo mnie nie było. Spotkało mnie nieszczeście. Które z kolei nie liczę. 26.11, wracam z pracy, przechodzę przez pasy i dup leżę na ziemi, nie mogę wstać. Prawa ręka drętwa. Auta się holowały, lina biegła przez pasy, było ciemno, lina nieoznakowana, nie widziałam jej. Ludzie mnie podnoszą, dzwonią po karetkę. Karetka nie przyjedzie, no bo przecież to tylko ręka i tylko słabo mi się robi. Mogę sama podjechać na SOR. Wsiadłam w autobus i podjechałam do domu. Łokieć jak jabłko. Mąż wraca i jedziemy na SOR. W 2 godziny przyjęcie, szybko. Diagnoza złamanie łokcia z przemieszczeniem, zostaje w szpitalu i operacja. Po trzech dniach wyszłam z ortezą i drutami w ręce. Masakra, pierwszy tydzień kryzys. 3 nieudane IUI, stłuczka i rozwalone pół auta nie z naszej winy no i na koniec ta ręka. Rok 2018 najgorszym rokiem w moim życiu.
Powoli zaczynam rehabilitację, może będę sprawna jak kiedyś, marzę o tym.
Podczas ostatniej wizyty w luxmed zrobiłam zaległe badania pakiet tarczycowy, choć starania zeszły na dalszy plan, sexu nie ma od dnia wypadku.
TSH, FT3, FT4, ANTY TPO w normie. ANTY TG 311 przy normie 115. WTF! Dziewczyny czy słyszałyście o takim czymś. Dodam, że mam zawyżoną prolaktynę i krótkie cykle. Jak cyklodynon jej nie zbije po 3 mcach to wracam do bromka, bo on działał.
Aha, homocysteina 11,60, po roku brania kwasu lewomefoliowego jeszcze wyższa niż poprzednio.
Niby lipa, ale może coś ruszy. Może to anty tg to przyczyna naszych niepowodzen, jak myslicie
23dc
Weekand z moim K, tak bardzo lubię jak on jest w domu.. Miałam wczoraj doła.. pękło we mnie coś.. K włączył muzykę w domu takie remixy jakies do potańczenia.. i zaczęłam płakać, że Sylwester w UK , gdzie wszyscy.. rodzina, znajomi będą balować w Pl..zaczęłam mówić,że nienawidzę tej Anglii, że chcę do Polski itp.. K był w szoku, bo nigdy nie miałąm takiego wybuchu płaczu, tak nagle..pozniej mi przeszło..wiem,że musimy trochę tu pobyć i wiem,że K zrobi wszystko bym była szczęśliwa..ale po prostu musiałam się wypłakać.. ale pózniej juz humor wrócił 
Co co moich odczuć w tym miesiącu- brak urojonej ciąży
jajniki zaczynają kłuć, ale to akurat co miesiąc to samo
Wczoraj nie pisałam, bo nie miałam czasu, dużo się działo. Ale udało mi się zrobić spore porządki
Poszłam zmęczona spać, jak nigdy. Dzisiaj 25 d.c., temperatura 36,8, ogólnie mam na zmianę 37.0 i 36,8. Jajniki, które mnie bolały dwa dni temu, dzisiaj już nie bolą, wiec to chyba był przypadek
Za 3 dni zrobię test, trochę mnie to ekscytuje, ale mam spokój ducha. Pytałam dzisiaj męża, co jeżeli tam nikogo nie ma, powiedział, że będziemy dziłać aż będzie. Nie chcę się nastawiać, choć bardzo byśmy sie cieszyli z takiego prezentu 
Dzisiaj był termin miesiączki, na którą się zgodnie z temperaturą nawet nie zapowiada, test negatywny.. Nie wiem co jest nie tak, owulacja była na pewno o czasie, potwierdzona monitoringiem. Nie chcę mieć znów tak długiego cyklu, tak mi przykro, płakać mi się chce..
14 grudnia o 15:37 na świat przyszła Juleczka - 55 cm i 3260 g. Bardzo się bałam a na dodatek okazało się że przede mną muszą być jeszcze dwie dziewczyny z jakimiś problemami. Także zameldowaliśmy się o 8 rano a na stół strafiłam dopiero popołudniu. Tyle godzin czekania w strachu totalnie mnie wykończyło ale cesarkę robił nasz znajomy i dzięki temu w szpitalu czuję się jak księżna Kate. Jako jedyna mam swoją salę, łazienkę, ciszę i święty spokój. Jestem dopilnowana i dopieszczona
w takiej sytuacji nie mogło być lepiej. Julka jest śliczna i spokojna. Wczoraj zaczęłam karmić a dziś nie musiałam nawet podawać butelki.
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 grudnia 2018, 18:34
1dc
Kolejny miesiąc czas rozpocząć.
@ bardzo obfity, z ogromnymi skrzepami jakoś nigdy nie miałam.
Biorę teraz:
Eutyrox 25
Kwas foliowy 5mg
Żelazko tradyferon
Inofem
Witamina
D3
Witamina C.
Kiedy w końcu nam się uda? Tak z sukcesem? Tak nam brakuje tego małego szkraba w życiu. Starania
W tym miesiącu, wiesiołek a przestaje z ziołami. Postaram się pić więcej wody. Może teraz się uda, pół roku po ostatnim pozytywnym teście?
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 grudnia 2018, 19:13
Ostatni cykl trwal 37 dni,tak mam wszystko rozlegulowane, ze juz sama nie wiem kiedy mam dni plodne a kiedy nie. Oczywiscie zlapalam grype, rozlozylo mnie calkowicie, caly tydzien siedzialam w domu na zwolnieniu lekarskim, dzieciaki tez sie pochorowaly. Jutro wracam juz do pracy, ciesze sie, ze tylko tydzien a pozniej mam dwa tygodnie przerwy swiatecznej.
Kolejne Swieta w UK spedzamy, juz 6 rok, kiedy to minelo nie mam pojecia. Do Polski nie planujemy juz wracac, tutaj kupilismy dom, mamy stabilna sytuacje finansoeawa, mysle ze dzieci lepsze mozliwosci rozwoju, edukacji. Tesknie za Polska, ale jak jedziemy na wakacje to po kilku dniach juz wszystko mnie denerwuje I tesknie za UK, na stale nie chcialabym juz wracac do Polski a pomyslec, ze wyjezdzalismy z mysla ze jedziemy tylko na rok. Dom ozdobilismy, choinke ubralismy, czekamy na snieg. Dzieci nie moga doczekac sie Swietego Mikolaja, prezenty juz mam zapakowane, ale chyba powinnam zamienic je na rozgi!!! Mam nadzieje, ze damy rade wybudowac w Polsce nasz dom I za 4 lata Wigilie spedzimy w Polsce z cala rodzina,my z nasza 3 dzieci I pozostala rodzina -to takie nasze marzenie, oby sie spelnilo!
pytacie o wyniki. jeszcze czekam na komplet.
nie ma dramatu poki co. cholesterol cuit za wysoki. glukoza z rana na granicy. reszta ok....
czyki jednak wpierdalam za duzo.... zobaczymy co powie dietretyk. jeszcze czekam na ostatnie badania, ale widze, ze chyba nie w hormonach jest problem.... to co ja bede jesc.... salate i ziemie?
Obawiam się, że przyczyną tych wzdęć jest moja prawa pierś. Mleko tryska z 3 kanalików. Dosłownie tryska. Nawet jak próbowałam upuścić, było mniej to i tak tryska. Ona się szarpie, krzyczy i ja myślałam, że po prostu nie chce jeść i płacze z powodu bólu brzuszka. A ona jest głodna, a nie umie z niej jeść. Dzisiaj to zauważyłam. Po spacerze, gdy powinna być już głodna, nie chciała się przystawić, krzyczała. Trochę podpiła i znowu to samo. Odłożylam, ale w porze usypiania, jakąś godz później znowu płakała, prężyła się, przystawiłam ją- zjadła - zasneła ekspresem, spała 1 godz. Wieczorem furii dostala bo miała się karmić z prawej. Nakarmiłam trochę z lewej, jak przysnęła, przystawiłam do prawej i dopiła.Więc podejrzewam, że lyka za dużo powietrza. I co ja mam zrobić z ta piersią?
Czwarty dzień brak kupy, jutro będę próbować rureczką windi.
Jeszcze się zastanawiam bo podczas masażu mizia sobie kolanka, brzuszek i ściera masło kakaowe, a później oblizuje te rączki.
A, cały dzień bardzo ok, bawiła się, śpiewała ( a talent ma, niejedna opera będzie się o nią biła), nie płakała, nie wiła się, wieczorem fajnie na macie przed kąpielą. Zobaczymy jak noc minie.
Obawiam się, że przyczyną tych wzdęć jest moja prawa pierś. Mleko tryska z 3 kanalików. Dosłownie tryska. Nawet jak próbowałam upuścić, było mniej to i tak tryska. Ona się szarpie, krzyczy i ja myślałam, że po prostu nie chce jeść i płacze z powodu bólu brzuszka. A ona jest głodna, a nie umie z niej jeść. Dzisiaj to zauważyłam. Po spacerze, gdy powinna być już głodna, nie chciała się przystawić, krzyczała. Trochę podpiła i znowu to samo. Odłożylam, ale w porze usypiania, jakąś godz później znowu płakała, prężyła się, przystawiłam ją- zjadła - zasneła ekspresem, spała 1 godz. Wieczorem furii dostala bo miała się karmić z prawej. Nakarmiłam trochę z lewej, jak przysnęła, przystawiłam do prawej i dopiła.Więc podejrzewam, że lyka za dużo powietrza. I co ja mam zrobić z ta piersią?
Czwarty dzień brak kupy, jutro będę próbować rureczką windi.
Jeszcze się zastanawiam bo podczas masażu mizia sobie kolanka, brzuszek i ściera masło kakaowe, a później oblizuje te rączki.
A, cały dzień bardzo ok, bawiła się, śpiewała ( a talent ma, niejedna opera będzie się o nią biła), nie płakała, nie wiła się, wieczorem fajnie na macie przed kąpielą. Zobaczymy jak noc minie.
15dc
Dzisiaj kolejny monitoring. Cały weekend pobolewał jajnik i ogólnie całe podbrzusze. Gdzieś tam tli się nadzieja, że coś się dzieje ale nadal nie mogę pozbyć się tego nieznośnego uczucia, że to nie jest ten czas, że to nie ten cykl i nic się nie wydarzy nawet jeśli dojdzie do owulacji.
A tak z innej beczki to cały weekend pomagałam mamie w opiece nad moim 8-miesięcznym siostrzeńcem, bo siostra była na zajęciach, egzaminy itp. Mały niestety chory, więc płacz, krzyk i w ogóle masakra. Po dwóch dniach padam na twarz, wczoraj zasnęłyśmy z mama na podłodze, ona oparta o ścianę a ja leżąc na kocu z zabawkami. Mąż przejął opiekę nad młodym. Zdałam sobie sprawę, że kurczę jeśli w końcu kiedyś będziemy mieli dziecko i będzie chore to nie będzie miał mi kto pomóc w tygodniu... Mąż na delegacji a ja będę musiała sobie radzić, ale powiem wam, że to nie zmieniło mojego "chcenia". Nadal pragnę tego naszego okruszka każdą komórką ciała, najbardziej na świecie i zgadzam się na wszystko, absolutnie na wszystko. Brak snu, jedzenia, czasu dla siebie... Oby tylko ta maleńka kruszynka w końcu się pojawiła...
W piątek obydwoje byliśmy na jodze. Mężuś pierwszy raz. Akurat w piątek przypadała ważna jogowa data i robiliśmy 108 powitań słońca. Kto praktykuje, ten wie, że to nie lada wysiłek. Przekładając jedynie na język sportu - 216 skłonów, 108 pompek, 108 wygięć kręgosłupa w dół, 108 wygięć kręgosłupa w górę. Raczej taki maraton jogi. Instruktorka bardzo się cieszyła, że Mężuś przyszedł. Widząc jego determinację w robieniu nawet zapytała czy mu coś obiecałam, ale przyszedł, bo chciał. Było super, kondycyjnie mega, do dziś mam zakwasy, świetny odpoczynek pd myślenia i relaks. Po prostu uspokojenie. Mężusiowi się podobało na tyle, że chciałby przychodzić regularnie 
_____________________
Zastanawiamy się, czy nie powiedzieć Rodzinie. Bo zalewają nas problemami. I my już mamy dość rozwiązywania cudzych problemów lub choćby tego oczekiwania, że rozwiążemy cudze problemy. A po smsie od mojego Brata, staż małżeński - prawie 3 miesiące (22 grudnia będzie równo 3 miesiące), dziecko w drodze - zastanawiamy się nad tym bardzo intensywnie. Cytat z smsa (rozmowa dotyczyła zupełnie innej kwestii), gdyby ktoś nie wiedział, na co dzień żyjemy z Mężusiem 160 km od siebie z uwagi na prace, robimy co w naszej mocy, żeby się przenieść, ale w naszych zawodach to nie jest takie proste: "Przenieś się bliżej i się wreszcie ogarnijcie z rodziną. Dzieci miejcie i tak dalej. Kariera taka aż nie jest ważna. Ja też odpuszczam robienie 24 na dobę i jak dziecko mi się urodzi to zamierzam się poświęcić rodzinie. Powinniście w jednym miejscu osiąść i na spokojnie życie prowadzić. A nie na odległość. Miejsce męża jest u boku żony, a Twoje miejsce jest przy nim, a wy latacie tu i tam.". Smarkacz ma auto od 8 lat, mieszka z żoną 120 km od swoich rodziców (no i jednocześnie moich) i przyjeżdża do domu 2 razy w roku. Nawet po sobie kubka nie umyje jak herbatę wypije.
A jeśli chodzi o poświęcanie się rodzinie, to uważam, że moją rodziną jest nie tylko Mężuś, ale też rodzice, babcia, rodzeństwo, matka chrzestna i kuzyneczka. Żyję z nimi blisko i do tej pory w każdym problemie pomagałam. Mieszkając 260 km od domu rodzinnego, praktycznie co 2-3 tygodnie przyjeżdżałam, pociągiem. U Babci sprzątałam, w domu pomagałam rodzicom w ogrodzie, trawę kosiłam, liście grabiłam, chwasty wyrywałam i też sprzątałam. Poza tym, wykorzystuję swój zawód, żeby im pomóc w ich problemach. Od 10 lat. I kurczę, taki szczyl (całe 3 lata młodszy) śmie mi gadać o poświęceniu, o tym, co powinnam robić, bez zapytania najpierw "ej, a dlaczego Wy w różnych miastach żyjecie, nie da rady tego jakoś zmienić?". No, ja faktycznie, tak hobbistycznie zajmuję się Mężusiem, a że to hobby, wystarcza mi 2,5 dnia w tygodniu, no czasem 3 dni, niech będę stratna.
To, że nie mam dzieci stawia mnie (pewnie nie tylko mnie) od razu w roli karierowiczki. Nie tylko w oczach Brata. W oczach Teściów również. Ok, wychodzi mi w pracy, ostatnio usłyszałam, że jestem dobrym Szefem 



A to nie tak, że kariera jest mega ważna, wychodzę z biura o 15:30, poświęcam się sportowi, a ostatnio szukaniu rozwiązań związanych z płodnością. Ale nikomu kurka nie przyjdzie do głowy wejść w moje buty i stwierdzić "hej, a może ma problem, a może lepiej nie wnikać, a może dyskretnie zapytać, o co chodzi, a może zabrać na kawę/pizzę/basen/squasha i dać się wygadać, może wtedy problem, jeśli jest, wypłynie?". Mam przestać awansować? Przestać dbać o pracowników? Przestać chodzić na angielski? Wpadnę w deprechę z pewnością. Wystarczy mi problem niepłodności. W reszcie niech wychodzi, niech reszta da mi szansę na zajęcie się problemem. Jakby jeszcze w pracy się waliło i jakbym nie miała czasu na sport (choćby raz w tygodniu, dla przewietrzenia głowy), to witam się z morzem zwanym Czarną Rozpaczą.
Jeszcze przypomniała mi się kampania sprzed kilku lat "nie odkładaj macierzyństwa na później" i businesswoman w pięknym, ale pustym domu. Fcuk. Przecież nie każdy pozna Ojca Swoich Dzieci już w podstawówce. Nie każdy ma też potrzebę posiadania dzieci. I wreszcie - nie każdy może. Ale tam kobieta była pozostawiona sama sobie, ze swoją decyzją. Nie było w pobliżu faceta. A może miała takiego, co ją wodził za nos. A może miała koszmarnie trudną sytuację rodzinną i stwierdziła, że to jeszcze nie czas. A może w wieku 28 lat wycięli jej macicę wraz z 37-centymetrowym guzem (historia koleżanki), a może w wieku 29 lat zachorowała na złośliwego raka jajnika i nie było wyjścia - musieli wyciąć. Ale po co się zastanawiać.
Życie jest jak stół z 4 nogami, gdy któraś z nich jest za krótka, stół się chybocze. A te 4 nogi to: Rodzina, Praca, Przyjaciele, Hobby. W dowolnej kolejności, wszak stół obejdziemy wokół. Jasne, stoły mogą mieć 1 nogę i 3 nogi. Ale ten najbardziej stabilny to 4 nogi, a przynajmniej tak mi pasuje
bo to mój stół i moje życie.
Uściski dla Wszystkich!
Na l4 przynajmniej dużo czytam i rozmyslam. Doszlam do wniosku, że nie pójdę do żadnego "speca" od niepłodności poki nie wykonam nastepujacych badan: przeciwciala antyplemnikowe,ANA,androstedion,NK,KIR,ewentualnie test na wrogość sluzu. I wtedy dopiero immunolog. Chciałabym też w przyszłym roku zrobić histeroskopie. U chlopa w posiewie wyszla ecola, wiec jego też przeleczymy. Z psychologa rezygnuje na rzecz rehabilitacji mojej raczki kochanej,bo ona teraz najważniejsza!
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 grudnia 2018, 23:58
22 DC coś mnie łapie, gardło boli, katar, czuje ogólne osłabienie. Masakra. I od samego rana czuje młodości to chyba zasługa smaku luteiny. Niwcierpie jej ale nie omijam żadnej dawki. Jeszcze tylko 9 sztuk (w tym cyklu)
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2018, 08:16
38dc, 3 procedura IVF, 3dpt
Mierzę od wczoraj temperaturę. Po kilku miesiącach przerwy. Nie umiem jednak wpaść w rytm i mierzę dopiero po godzinie od 1 budzika, gdy zadzwoni drugi. Wtedy sobie przypominam, a przecież po pierwszym wstaję i biorę 2 tabletki, popijając jedną z nich wodą, więc nie dość, że zaburzam pomiar ruchem (podwyższenie) to jeszcze ochładzam usta wodą. Może to się jednak równoważy??
Przechodząc jednak do rzeczy: miałam rację. Coś jest nie tak, bo wczoraj rano miałam 36.54 st. C czyli przeklętą temp. po której zawsze w cyklach lada chwila przychodził koniec, a dzisiaj temp. jeszcze spadła do 36.47 st. C. Nic dziwnego, że całymi dniami najpierw mocno, teraz delikatnie pobolewa mnie na @... A może tak jest przy mega sztucznych cyklach w długich protokołach, przedłużanych wiele dni Gonapepthylem??
Dzisiaj, jeśli któryś z naszych zarodków przetrwał, powinien wydostawać się z otoczki, by jutro, a właściwie dzisiaj od ok.12 rozpocząć fazę zagnieżdżania. Tzn. najpierw ma się wczepiać wg rozpiski, a zakopywanie dopiero od jutra... Także myślę, że jeśli do piątku z temperaturą nic się nie zmieni to będę już wiedzieć...
Biedny m. Tak bardzo się stara, troszczy się o mnie, nic mi robić nie pozwala, żeby tylko się udało, a tu rokowania są jakie są...
Ja przynajmniej sie tym nie stresuję, tylko niekiedy rozmyślam, ale on jest mega zestresowany:( Tak bym chciała, żeby się udało i żeby był szczęśliwy... Gdzie ta moc okołourodzinowego okresu, która miała ponoć sprawiać, że szanse na ciążę są większe?? Nawet w to odrobinę wierzyłam na początku (czegoś sie trzeba było chwytać na pocieszenie, bo nawet wspaniali embriolodzy to było dla mnie za mało), a teraz już w mało co wierzę...
No to sobie posmęciłam. Za dnia nie rozpaczam. Staram się czytać, oglądać tv i nie myśleć za wiele, więc humor wtedy jest lepszy. Gdyby jeszcze rodzinka m. nie stresowała mnie akcją prezentową byłoby naprawdę nieźle.
Edit: Dzwoniłam do kliniki zgodnie z ustaleniami. Wszystkie pozostałe zarodki zatrzymały sie w rozwoju. Nie dotrwały do mrożenia. Chrzanię to. Nie mierzę już więcej temperatury. Wyję do księżyca...... Nie będzie już więcej transferów. M. chce adoptować zarodek, ale ja nie chcę. Przecież one są od osób z problemami takimi jak my! Jaka jest szansa na to, że się uda??? Bardzo nikła. Poza tym nie mamy na to kasy, nie mam też siły na kolejne rozczarowania...
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2018, 09:04
15 DC
Hej, za mną intensywny weekend z mężem i mega dużo przytulanek było!
A nóż może się udało?
Chociaż dziś znalazłam w łazience testy owu i zrobiłam i wyszedł pozytywny, no nic pewnie owu jeszcze nadejdzie a mąż już pojechał do pracy... ale przynajmniej było miło i nie będę się nakręcać pod koniec cyklu.
Synek właśnie śpi, ja piję kawkę. zrobiłam pranie, popakowałam prezenty pod choinkę. Jeszcze muszę w regałach poukładać, zrobić porządki w ciuchach może coś się wywali? kurcze chodzę ciągle w tym samym a reszta leży, w niektóre jeszcze nie wchodzę (są trochę ciasne i źle się w tym czuję) i nie wiem czy trzymać czy wywalić? a jak coś to kupię na wiosnę nowe. Pomyślę.
Gozik mamy domek, jak dobrze pójdzie Boże Narodzenie 2020 r będziemy na swoim 
Bartuś coraz więcej raczkuje, daje kilka kroków, a wczoraj zaczął stawać na nogi trzymając się za moją rękę! Ależ To dziecko szybko się rozwija!
Jak jeszcze raz usłyszę, że nie mogę zajść w ciążę bo mam psychiczną blokadę to kogoś zamorduje!
Przez 3 lata miałam wiele nastawień psychicznych i jakoś żadne nie okazało się złotym środkiem 🤦♀️😤
Okazało się, że byłam nadgorliwie sceptyczna, bo sesję zdjęciową wykonywała profesjonalna agencja. Studio w centrum miasta, odpicowane, profesjonalny sprzęt, fotograf z fajnym podejściem do dzieci. Gdakał jak kurczak, aby zainteresować Małą - aby patrzyła w obiektyw.
Dobrze, że nie wiedziałam jak to ma wyglądać bo niepotrzebnie stresowałabym się... A tak to na luzie. Bo trzeba trafić na konkretną godzinę, tak aby dziecko nie spało i nie było bezpośrednio pojedzone, ponieważ cała sesja odbywa się na brzuszku.
Nie wiedziałam. Nawet nie sprawdziłam portfolio innych dzieciaków na stronie agencji. Bo w sumie stary się tym zajmował (ku zdziwieniu fotografa bo zazwyczaj to mamy mają "parcie"). Opowiadał o przypdkach, kiedy to mamuśki stalkowały agencję, kiedy to ich dziecko zagra w reklamie, bo uwaga "MUSI ZARABIAĆ!" ehh niespełnione ambicje. Jak w tych amerykańskich programach, w których zaniedbane, otyłe mamusie promują córki w konkursach piękności, przestylizowane, w makijażach kilkulatki. Bo łatwiej przycisnąć dziecko, niż siebie...
Poza tym wstąpiliśmy z Młodą pierwszy raz do większego sklepu - Auchan. Szukamy choinki. No i jej się bardzo podobało - mimo, że wszędzie były tłumy i aż strach było włączyć się do ruchu w markecie. Natomiast nam nie podobało się wcale i podjęliśmy ewakuacje.
Jeszcze zauważyłam pewną tendencję - kiedy moje dziecko ma dzień "wyjazdowy" lu obfitujący w różne wrażenia - śpi w nocy dłużej, nie imprezuje i rano budzi się w sensownej (dla mnie) porze czyli między 7 a 9:30. A jak mamy spokojny, domowy czas to o 4 pobudka, uśmiechy, zaczepki, heheszki i nie zasypia już do 10...
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.