34tc + 6 (35tc)
Miałam wczoraj dzień paniki. Czułam Synka rano ok 6:00, potem nic. Ani po śniadaniu, ani po obiedzie, ani po przekąskach. Leżałam na lewym boku, na prawym, zaczepiałam, mówiłam do brzucha. Nic.
Fakt, że wczoraj trochę chodziłam, sprzątałam itp. więc brzuch sporo się kołysał.
Na szczęście po 19:00 wrócił Mąż, ja oczywiście już w panice mówię, że od jakiegoś czasu nie czuję ruchów. Co zrobił Mąż? Przykucnął, przytulił policzek do brzucha i zaczął mówić do Małego, żeby nie denerwował mamy, żeby chociaż mnie musnął stopą. I co? Jaś posłuchał się i zaczął mocno się ruszać, wypychał się tak konkretnie, że widziałam jego pupę i kolanka jak przesuwał się pod skórą. Widocznie miał dzień leniwca i bardziej chciał spać niż się ruszać.
W ogóle o co chodzi? Ja zaczepiałam Go, głaskałam cały dzień i nic, a Mąż tylko chwilę się przytulił i Mały od razu się rozruszał. Chyba robię się trochę zazdrosna 
Doktor mówił, że jak przez dłuższy czas nie będę czuła ruchów to mam do niego zadzwonić i jechać na KTG, ale dla niego dłuższy czas to kilkanaście godzin, a ja już po kilku chwilach ciszy wpadam w panikę...
W ogóle miałam słabą noc, około północy znów złapała mnie mocna zgaga, to powoli robi się normą, nie jadłam nic co mogłoby tą zgagę powodować.
Za to ból prawego biodra o 3 w nocy mnie zaskoczył. Nie mogłam ułożyć się na łóżku, bo ból był straszny. Jak próbowałam usiąść to prawie się popłakałam. Położyłam się z powrotem na lewym boku i zaczęłam masować sobie to biodro, dość mocno uciskając. Przeszło na tyle, że mogłam zasnąć. Teraz jest już dobrze. Po bólu nie ma śladu.
Gdy będę we wtorek u doktora to muszę go zapytać o to, czy możliwe jest że Jaś uciskał jakiś nerw i stąd ten ból, czy jednak zaczynają się problemy z kręgosłupem. W sumie dobrze, że dopiero teraz by się zaczęły.
Można powiedzieć że kończę już naturalne starania. Mąż trochę się zawiódł. Liczył że cykl wakacyjny zaskoczy, ja wiedziałam że będzie jak zawsze. Tyle lat zrobiło swoje.
Dlatego nie wahałam się brac antybiotykow przy zapaleniu pęcherza czy leków alergicznych na alergię skórną. Wczoraj znalazłam maść że sterydem oby ponownie pomogła i aby wszystkie plamy z rąk znikły. Po tym zirtexie ciągle bym spala. Gdybym brała cała tabletkę to bym z łóżka nie wstała.
Udało mi się zarezerwować wizytę do immunologa, chciałam na koniec września ale kobitka w laboratorium doradzała aby wziasc późniejnjejszy termin aby wszystkie badania na czas doszły.
Powtarzam test imk CBA i Ana. I poleci z wizytą ponad 800 zł.
Muszę jeszcze męża zapisać na nasienie albo.ba 14 września albo na 12 października.
2 października immunolog. W drugiej połowie sierpnia chce zrobić amh i resztę badań przydadzą się pod ivf.
Pewnie do gina iść przed stymulacja na screatching endometrium wtedy rozpiszę mi leki. Ale coś mi mówi aby w listopadzie zacząć zabawę.
Nie wiem na ile podejść mi kasy starczy może być pewnie max 2. Jak nie to zakończone szybko zabawę z ivf.
A w planach mam wycieczki zagraniczne. To jest moim motorem i celem. To będzie moje hobby.
Nie nastawiam się że uda się i będzie dzuecko, jestem neutralna. Wolę być mile zaskoczona niż rozczarowana, bo tak sobie nie poradzę. Stworzyłam skarupe swój własny świat. Urlop dał mi czas na odpoczynek, odkąd pamiętam nigdy tak nie odpoczęłam jak teraz..nawet teraz mi tego brakuje.
Doszłam do wniosku że jeżeli dziecko jest mi dane to będzie, jeśli nie to nawet ivf nie da rady. Jak patrzę i czytam dziewczyny z podobnymi problemami i kolejne ivf im nie wychodzi, to odechciewa mi się podchodzenia. Bo ta sama droga czeka mnie.
male podsumowanie ostatnich dni.
w srode niestety musiala ja odebrac ze zlobka po godzinie. super sie bawila, ale katar i kaszel byly zbyt natarczywe mimo braku goraczki. wczoraj zostala w domu. dzis tylko sladowe ilosci kataru, wiec poszla do zlobka.
iiiiiiiiiiiiiiiii
po raz pierwszy ani razu nie plakala. jak weszlysmy od razu wyciagnela raczki do cioci. zjadla cale sniadanie, potem super sie bawila, dzic byla tez piaskowanica, ponoc super sama wszystko ogarniala (a byla moze 2 razy na mazurach). potem obiadek caly zjadla i odebralam ja przed drzmeka. jejuuuuu. jaki kamien z serca.tym, ktore maja rozterke czy oddac dziecko do zlobka, czy gotowe, czy da rade. moge smialo napisac, ze na pocztaku myslalam, ze zrezygnujemy, jesli to tulenie i placz beda za dlugo trwaly. ale prawda jest taka, ze dzieci ukladaja to sobie w glowkach. zaczynaja doceniac chwile gdzie moga robic inne rzeczy niz w domu, gdzie maja inne dzieci i zabawki. Moja Olcia otworzyla sie na ten swiat i serce mi sie raduje.
gdy po nia wyszlam byla sama na slai zabaw, bo dzieci byly kladzione spac i ciocia, ktora byla na sali zabaw przewijala inne dziecko (w tym samym pomieszczeniu). Gdy Ola mnnie zobaczyla, od razu sie usmiechnela, ja wyciagnelam rece przez barierke, zeby sama podeszla. a ona pieknie wstala, wyciaga raczki i leci do mnie. Boszzzzzzz. jaka to piekna chwila dla mnie byla. widzialam, ze jest tam szczesliwa i czuje sie pewnie.
aaaa, no wlasnie. od kilku dni Ola sama chodzi. potrafi przejsc i nawet troche przebiec cale mieszkanie, czasem sie wywraca na pupe i niestety z wygody czesto proci, zeby chodzic za reke. Ale juz potrafi chodzic
nawet psa goni wokol stolu na nogach nie czworakach 
jest fajnie.
w poniedzialek, jesli nic sie nie zmieni, to moj P bierze urlop i idziemy do kina i na obiad!!!! pierwszy raz do kina od 14 miesiecy razem!!!!!!!! (tzn w ogole, bo osobno nie chodzimy
).
jest duzo zalet zlobka. doceniam to po dniach choroby, gdy doslownie juz nie wiedzialam co jej wymyslac do zabawy, bo najchetniej to chciala byc noszona albo prowadzana za reke. niczym bawic sie nie chciala, ja niczego zrobic nie moglam. przez kaszel noce byly tragiczne. ja na skraju wyczerpania fizycznego (co kaszlniecie, to ona placz i kazala sie brac na rece z lozeczka. nie pozwalala mi usiasc, wiec musialam stac i tulic i kolysac... no super o 1,2,3,4 w nocy. rewelacja) . dlatego mialam kryzys. nawet sie rozbeczalam jednego wieczoru i z mezem nie zmaienilam zadnego slowa. mam poczucie, ze Ola interesuja sie wszyscy. nikt przy niej nie pomaga, ale o mnie nawet nikt nie zapyta jak ja to znosze, jak daje rade. Przeciez Ola taka grzeczna i rozumna. no tak. tak jest. tylko Wy wiecie jak to jest samotnie zajmowac sie dzieckiem. dlatego tak jak Jezyk, zaczelam wreczac ojcu dziecko i mowic, ze musze zorbic zupe, isc na zakupy itp... ja po prostu nie dam rady.
zlobek jest zbawieniem, choc narazie jest tam na malo czasu i niewiele moge zorbic. samotne zakupy bez pospiechu (wiem, rarytas!!!), gotowanie, szybkie ogarniecie chaty, pranie, 30 min na kawe i znowu przez park popierdzielam z psem po Ole. w nastepnym tyg, jesli nic nie pokrzyzuje nam planow chce ja oddac w poniedzialek do 15, a od wtorku juz do 16. docelowo bede ja odbierac o 16.30.
jest mi zle i przykro, bo niby w lipcu mialam iec duzo czasu dla siebie. chcialam nadrobic duzo rzeczy, wejsc na dyski firmowe, poczytac jakie projekty teraz realizujemy, zeby wejsc 1 sierpnia juz wprowadzona w tematy. chcialam pocwiczyc, podietowac sie intensywnie, pomaseczkowac....
nie zrealizowalam nic przez choroby.
dlatego sters przed powrotem do pracy narasta, czuje presje i niedosyt wiedzy. a wiem, ze bede zajmowala sie projektami w innym dziale niz moj poprzedni, wiec wypadaloby tez poznac podstawowe mapy procesow, by wiedziec w jaki sposob zeposly dzialaj. lubie byc profesjonalna i przygotowana i nie lubie robic z siebie manekina, co sie nie zna... dlatego jestem zla, ze nie mam czasu dla siebie.
niby moglabym wieczorami, gdy Ola idzie spac ok 19-20... tylko, ze wtedy jest czas na chill, serial, ksiazke, posiedzienie na balkonie i pogadanie z mezem.... chce tez odpoczac po claym dniu.
aaaaaaaaaaa. jeszcze jedna nowinka. od 3 dni, to maz usypia Ole. wczoraj ja robie kolacje (bylo pozno, bo po 20 i Ola nie chciala spac, bo miala 2 drzemki po 1,5 w ciagu dnia przez chorobe), aP. chodzi z ola po przedpokoju za reke. w ktoryms momencie P. mowi, "mama, papa, Ola idzie spac". ja sobie mysle. taaaaaaaa, eheeeeee. jasne. przeciez nie jest spiaca... i koniec. jak wychodze po minucie z kuchni, drzwi od pokoju Oli zamkniete. 10 min. Ola spi. co sie okazalo. Ola wziela ojca za reke, zrobila matce papa i centralnie zaprowadzila go do pokoju na spanie. no suuuuper. fajnie, ze lubi zasypiac z tatusiem. dzis rano ustalilismy, ze to on usypia, skoro Ola tak wybrala
alez jestem przebiegla 
Ola duzo rozumie. prawie nie mowi. tzn mowi, ale chinsku. czasem mamamam, czasem tata, czasem dada. reszta to jej jezyk. ale rozumie chyba wszystko. gdy mowie idziemy czyscic nosek bziubziu, ona bierze mnie za reke i prowadzi do miejsca gdzie jest odkurzacz z katarkiem, gdy mowie idziemy myc zabki szuszuszu, to samo. ostatnio po kapieli, mowie, ze bedziemy suszyc wloski szuszuszu, a ona lapie za szczoteczke... moja wina. pomylilam hasla
na suszarke nie ywmyslilam jeszcze
jak pytam, czy chce sniadanko/obiadek itp kiwa glowa, wyciaga pusty talerzyk, tzn ze chce dokladke
no kurcze fajnie sie robi 
wiem, ze wiekszosc z Was jest zawiedziona BLW, ale ja sie ciesze. w zlobku Ola sama je. bez problemu stale pokarmy. byl problem z kanapkami, ale zaczelam maglowac kanapki w domu, w sensie z twarogem, wedlinka itp.. tylk otroche warzyw do tego (wczesniej bylo wiecej warzyw niz kanapek). nauczyla sie. zupy podobno sama macha lyzka. ale w domu srednio. ostatnio dalam jej na probe plastikowy widelec do drugiego dania, a ta zaczela nieporadnie, ale nadziewac i wkladac do buzi. to wyniosla ze zlobka. nie dawalam jej wczesniej, bo nie chcialam, zeby sie nie nadziala tym plastikiem i nie zrazila. ale ona kuma to, wiec kwestia cwiczen. oczywiscie jak sie zniecieprliwi, to raczkami je. dlatego jesli tylko dziecko akceptuje BLW, to dla mnie to jest akurat hit
tylko nie kazde malenstwo ma predyspozycje.
ostatnio na blacie w kuchni ja posadzilam, smazylam jej placuszki bananowe. obok byla miseczka z owoacmi, gdy placki przestygly, polozylam talerzyk obok Oli. a ta, SAMA, bez mojej pomocy i pokazywania przeklada raczka owoce z miseczki na placuszki potem bierze placka do buzi.
dzieci rozumieja wieej niz nam sie wydaje. moje dziecko w ostatnich dniach mega mnie zaskakuje. zaczelam jej zatem tlumaczyc wiecej niz robilam dotychczas. myslalam, ze to takie lanie slow... ale nie. to nie idzie w proznie!!!!
Urwałam się trochę z pracy. Byłam na pobraniu krwi. Wyniki za 2h. Kurcze mam złe przeczucia. Dobrze, że w pracy dużo do zrobienia, to nie myślałam za wiele, ale z tyłu głowy temat był. Najgorzej, że teraz weekend więc następną betę będę mogła zrobić za 3 dni w poniedziałek, ale na razie o tym staram się nie myśleć. Może test się pomylił? zobaczymy o 17 
Jestem po punkcji. Jechałam zestrachana, że po prostu nie będzie czego pobrać, bo wszystkie wczoraj popękały.
Pobrali 12 komórek jajowych, 10 było prawidłowo dojrzałych, podjęliśmy z Mężusiem decyzję, że przy tylu to jednak zapładniamy 6, pozostałe mrozimy. Jutro lab ma się kontaktować, jak przebiega zapłodnienie.
Było z przygodami. Teraz niekoniecznie wynikającymi ze strachu przed narkozą, ale z właściwości mojego organizmu zwaną podatnością na znieczulenie
Przeszłam sobie do sali operacyjnej. Tam, standard rozkładam nogi, podciągam koszulkę, zjeżdżam na dół stołu, każą zjechać jeszcze bardziej, więc mówię, że póki nie zrobią stołu dla wysokich albo nie opuszczą trzymadełek na nogi trochę dalej/niżej to nie mam takiej możliwości - ok zorientowali się, że trzeba coś tam poprzesuwać, wchodzi moja lekarka, pyta o samopoczucie, mówię więc, że to jest piękny, słoneczny dzień, a zaraz potem anestezjolog mówi, że podaje pierwszy lek, po którym może się zrobić dziwnie.
K: moja głowa...
Anestezjolog: co z nią?
K: Kręęęęci się, pilnuje mnie Pan?
A: oczywiście, że Pani pilnuję.
K: Niech mnie Pan pilnuje...
A: Spokojnie, a teraz nakładam maseczkę i Pani będzie oddychać.
Tyle. Nic więcej nie pamiętam. Wszyscy byli zaskoczeni, że jestem tak podatna na znieczulenie - podawałam to do wywiadu trzykrotnie. W tym 2 razy przed samym zabiegiem. A tu takie zaskoczenie. Wybudzałam się 2 godziny!!! Laska, która miała punkcję po mnie, była wybudzona dużo wcześniej niż ja. Bolał mnie brzuch i krzyż. Przyszła moja pani doktor i powiedziała, że może pójdziemy na usg. Widząc jednak, w jakim jestem stanie, powtórzyła już: "dobra, to pojedziemy na usg". Zrobili mi usg. Miałam powiększone jajniki. Podali mi dodatkowy lek przeciwbólowy, podobno bardzo dużą dawkę jak na moją posturę (słowa anestezjologa przed zabiegiem, jak wstałam z łóżka: "Spod kołdry to nie widać, że jest Pani taka długa! Ale wie Pani, jak to mówią na siłowniach - najpierw masa, potem rzeźba" - "Panie Doktorze pogadałby Pan z moim Mężem, on by Panu powiedział, że mnie łatwiej ubrać niż nakarmić"). Leżałam tam sporo. Pielęgniarka anestetyczna, potem, jak leki nasenne przestały działać, powiedziała mi, że jak dla niej, to miałam takie skurczowe bóle brzucha i warto wtedy zmienić pozycję leżenia.
W międzyczasie przyszła lekarz i powiedziała, że pobrali 12 komórek i trzeba się zastanowić, ile zapładniamy, bo spodziewaliśmy się maksymalnie 10. Poprosiłam, żeby albo Mąż podjął decyzję, albo przyszedł na salę. Szybko przedyskutowaliśmy temat i wyszedł, żeby nie przeszkadzać drugiej pacjentce.
Jak już leki nasenne przestały działać, a z kolei przeciwbólowe zaczęły, to zaproponowano mi herbatę. Pielęgniarka doradziła, żeby jednak wsypać do niej cukier, bo to kalorie i nie będę mieć aż tak pustego żołądka. No i zaczęłam jakoś funkcjonować.
Przyszła moja lekarz i powiedziała "No proszę, kto tu wrócił do życia! Pamięta Pani, ile komórek pobraliśmy? Ale to i tak za pół godziny będziemy wiedzieć, ile z nich jest prawidłowych, wtedy pogadamy, ale proszę się szykować na to, że transfer przenosimy na kolejny cykl".
Ogarnęłam się i wyszłam już z sali do poczekalni. Wypiłam kubek wody. Wypiłam jogurt i strasznie znowu mi się chciało spać. Położyłam się na kolanach Mężusia, zobaczyła to położna i zaproponował mi poduszkę z sali zabiegowej. Skorzystałam 
Weszliśmy do gabinetu, ja oczywiście śpiąco, ale jednocześnie w różnorodnych emocjach, bo tu miał być transfer, tu nagle odwołany, rozczarowanie, ale i odrobina zadowolenia, bo odpocznę, ale nie, bo przecież, co jeśli z mrożenia nic nie przetrwa? Podaliśmy naszą decyzję o zapłodnieniu 6. Pani doktor przekazała ją dalej. Dała mi na dziś zwolnienie, receptę na heparynę, ogólnie mam brać metylowane formy wit. z grupy B, encorton, heparynę, no i oczywiście progesteron w końskich dawkach. Uspokoiła mnie też w kwestii tej kurczliwości macicy. Znalazłam artykuł naukowy, w którym opisuje się, że 30% pacjentek ma takie mikroskurcze i u nich odsetek ciąż spada o 2/3!!! Podaje się wtedy antagonistę oksytocyny, czyli atosiban. Pani doktor mnie uspokoiła, powiedziała, że po to są końskie dawki progesteronu, który właśnie uspokaja macicę i ją relaksuje. Na początku wizyty powiedziała, że przekładamy transfer na kolejny cykl. Ręce mi się zaczęły trząść, kazała się rozebrać, sprawdziła jajniki. Powiedziała, że ok, robimy transfer teraz, bo jajniki ładnie się obkurczyły w porównaniu z tym, co było godzinę temu. Weszłam do łazienki, przebrałam się, wychodzę i słyszę, że mam podjąć decyzję, czy transfer teraz czy w kolejnym cyklu. Mi tam ręce nie przestawały latać. Przeprosiłam za to lekarza, powiedziałam, że to są takie emocje, na które nikt nie jest w stanie przygotować. Biorąc pod uwagę również zachowanie Mężusia (teksty z ostatnich kilku dni i jego bezsenność"Jak dobrze pójdzie, to niedługo będziesz mieć brzuszek większy niż mój!", "Nie wiem, czy ja się bardziej cieszę, czy bardziej boję?", "To jutro dzień obijania się, w niedzielę dzień stresu, w poniedziałek emocjonalny odlot, we wtorek to chyba z tego wszystkiego nie pójdę do pracy, no bo po co, skoro w środę transfer", poza tym jak On się stresuje uruchamia mu się gadanie i jedzenie - nie można mieć żadnych zapasów w szafkach - więc mam teraz gadułę z pełnymi ustami), zapytałam, czy to normalne dostawać zawału serca - W trakcie procedury? - Tak. - To tak. Największy jest w przypadku pozytywnego testu ciążowego, a potem przychodzi myślenie "Co ja właściwie dobrego zrobiłam?", a potem dostaje Pani mini zawałów każdego dnia, najpierw o przyrost bety, potem o serduszko, potem o ruchy dziecka, a potem to już wie Pani - rodzicielstwo, te zawały do końca życia. Idzie się przyzwyczaić.".
Uspokojeni, z odpowiedziami na wszystkie pytania, podziękowaliśmy i wyszliśmy. Jesteśmy już w domu. W drodze powrotnej śniło mi się, że Gonapeptyl to był filozof i żył w czasach Sokratesa, miał idealnie równe wąsy i dlatego wszyscy go prosili by dzielił wszystko na idealnie równe połowy. Paranoja. Z pewnością paranoja.
Teraz już uprzedzona
:D:D o strachu ciążowym i czekających mnie zawałach serca związanymi z rodzicielstwem czekam z niecierpliwością na telefony z lab. No i trzymam kciuki za Mężusia, bo taaaaak bardzo widać po nim stres. Umówiliśmy się na weekend ze znajomą, przynajmniej przez chwilę, nie będziemy o tym myśleć.
Kurde, przeczytałam, że gdzieś pod kościołami zbierają podpisy pod zakazem in vitro. Trzeba się spiąć i próbować tego in vitro, bo gdy pis wygra wybory to pewnie całkiem zabronią in vitro
Dzis mial byc dzien odpoczynku. Jednak dziec postanowił mieć 5cio minutowe drzemki.
Zatem matka zajęła się sentymentami
jaka matka taka córka 
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/f77bc60af7c6.jpg
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 października 2018, 17:41
Mam wyniki: beta 33 mIU/ml, progesteron 73,2 mIU/ml. Jeszcze sie nie cieszę, kolejna beta w poniedziałek. Cudzie trwaj...
9 dc
Udało mi zarejestrować do immunologa na 7 listopada 🥳🥳 na wyniki jutrzejszych badań immuno, z tego co udało mi się wyczytać czeka się ok 14 dni, więc ok 05-06 listopada powinny byc. 🙈 Jak narazie układa się to bardzo dobrze, aż się boję co będzie dalej. Już mam scenariusz w kalendarzu zaplanowany. Wizyta u immunologa zaplanowana na 7.11, w razie braku wyników przyjmuje jeszcze 17.11, ale też jestem zapisana do docenta do łodzi na 18.11. W przypadku jakby na wizycie ,, mój,, immunolog skierował mnie do docenta, to nie będę już musiala czekać tylko hyc od razu pojadę do Łodzi. Kolejny okres zapowiada się na 16.11, i to też byłoby idealnie bo już po wizytach u immunologa( o ile nie wyjdzie po drodze konieczność kolejnych badań). I patrząc dalej 😅 wizytę w klinice mogłabym zaplanować na ok 9 dc ( owulację miałam niby ok 17-18 dc), i przygotowywac się do transferu 😍 Pięknie to sobie ułożyłam 🙈🙈 później oczywiście pozytywna beta i piękna ciąża 😍😍 rozmarzylam się.
Jutro odhaczamy kolejny punkt na liście. Oczywiście próbowałam dodzwonić się do gyncentrum czy wizyta aktualna ale nikt nie odbiera 🙄 no nic, pojedziemy na pewno. Najwyżej bedziemy mieli wycieczkę do KRK z wizytą w Ikei. Nie wiem skąd u mnie ten dobry humor, chyba z tego że mam jutro 1 dzień urlopu.🙈😂
Edit: oddzwonili z gyncentrum potwierdzić jutrzejsze badania 🥳
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 października 2020, 15:58
15 dc
Jestem dzisiejszym dniem totalnie załamana. Nic, dosłownie nic nie poszło po mojej myśli...Aż sobie butelkę wina czerwonego ulubionego - francuskiego kupiłam...Niby problemów nie rozwiąże, ale poluzuje trochę napiętą w mózgu atmosferę, na to liczę.
W klinice złe wieści, endometrium tragiczne 6,5 mm, owulacji nie było i nie będzie, w obrazie torbiel krwotoczna w prawym ( u mnie dominujący ) jajniku. Prawie na wszystkie moje prośby i zapytania , odpowiedź była NIE...
1. Nie, krwawienie nie jest w wyniku mięśniaka.
2. Nie, nie jest operacyjny, bo leży tak, że w niczym nie przeszkadza. ( obraz usg, no chyba, ze histeroskopia jednak wykaże inaczej )
3. Nie, nie przepisze estrogenów na endometrium, bo wyniki hormonów są prawidłowe, a przepisując może to podziałać na mięśniaka zamiast na śluzówkę.
4. TAK zmieniła mi z Duphastonu na luteinę podjęzykową.
Prosiła o przyjście w nast. cyklu w 10-12 dc. Chce sprawdzić torbiel i sprawdzić pęcherzyk dominujący. Ponadto zastanawia się nad podaniem mi w przyszłym miesiącu zastrzyku na pęknięcie. I oczywiście naciska na histeroskopię. Tyle, że ja jej nie zrobię wcześniej bo za miesiąc urlop, a jeszcze masa badań do wykonania przed, najgorsze są wymazy , które będą ważne tylko miesiąc. Termin jesienny podtrzymany.
Generalnie kolejne godziny dnia, nie przynosiły żadnych pozytywnych wieści. Dzień ewidentnie z grupy dni "na nie".
Chyba pora otworzyć to wino...
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 lipca 2019, 20:51
Popełniłam błąd. Sprawdziłam to pieprzone AMH. I faktycznie staranie o drugie przeżywa się tak samo bo czuję się bardzo podobnie do pierwszego razu gdy wynik mnie powalił. A z drugiej strony pierwsze dziecko niesamowicie ułatwia. Zastanawiam się czy to całe AMH jest takie niemiarodajne czy może jednak nasz syn jest takim cudem. Wynik z marca tamtego roku 0.54, wynik z dziś 0.21. Przykre. Czy mam rozumieć, że za rok będę miała menopauzę?! Dziwne to wszystko.. Ginekologa mam 07.08. ale pomimo to zapisałam się również do lekarki, która zajmuje się bezpłodnością i poprowadziła nas ku pierwszej ciąży. Termin wizyty 09.08. Przynajmniej poznam dwie opinie. Nie chcę przestawać karmić Brunka ale z drugiej strony to jest tylko jedzenie a może nam dać szansę na rodzeństwo dla niego. A może ten wynik przekreśla jakiekolwiek szanse? To jest dziwne, niby ciąża, niby nie mam jeszcze owulacji a jednak jaja cały czas uciekają.. Nie chcę wracać na różową stronę, wolę tą tu.. Dziś czułam się dokładnie tak jak w pierwszej ciąży. Płakałam bez powodu, na zmianę ze śmiechem, płakałam bo bałam się, że maliny się zepsują. To pewnie przez stres po badaniu ale przypomniałam sobie jak to było w ciąży.. Smutno mi, że mogę już nigdy tego nie zaznać. A wiem, że nie będę chciała bawić się w żadne inseminacje czy in vitro. Co najwyżej clo.. Ahhh.. Brunku, jesteś moim małym wielkim cudem. Dziękuję, że z nami jesteś. Chcę powalczyć o rodzeństwo dla Ciebie ale nie wiem czy nie walczę z wiatrakami.. Niech los zadecyduje, ja pomogę mu tylko trochę bo najważniejszy jesteś TY. 
Od mojego zabiegu minely prawie 3 tygodnie i wszystko zagoilo sis pieknie. Pierwszy raz nie wiem od jakiego czasu jak w zegarku dostalam @ czyli oficjalny 1dc, chyba musze znowu zaczac przywiazywac uwage, ale zmeczona jestem mierzeniem temperatury, robieniem testow, bo cala magia ucieka. Moze to hormony przemawiaja przeze mnie i ilosc pochlonietych slodyczy 😁 zawsze tak mam w pierwszy dzien.
Powoli zaczynam przygotowywac sie na inseminacje, ale dopiero w przyszlym cyklu.......moze sie ludze, skoro TSH mi sie unormowalo to jakis cudzem uda mi sis zajsc w ciaze, skoro innych problemow nie ma, moze jeszcze dozbierac trzeba na inseminacja albo poprostu muszs mentalnis przygotowac sie mentalnie na porazke. Wiadomo, ze inseminacja to mala szansa na powodzenie. Moja siostra do mnie orzyjezdza w odwiedziny we wrzesniu in tak bardzo chcialabym powiedziec, ze wreszcie sie udalo, badz zadzwonic do moich rodzicow.
Moja kolezanka miala in vitro tydzien temu i dzisiaj poszla sprawdzic czy sie udalo i niestety zakonczylo sie niepowodzeniem😣zyczylam jej z calego serca zeby sie udalo. Trzyma sis dzielnie dziewczyna.
No więc jestem po pierwszej wizycie.
Anuśla w nowym miejscu jest dziwnie 😅 Doktor zupełnie nic się nie zmienił, wizyta wygląda dokładnie tak samo. Jedynie dekoracje inne. Dla nas trochę lepszy dojazd z Rzeszowa bo nie trzeba się przebijać przez niemożliwie zakorkowaną obwodnicę. Więcej miejsc do parkowania przed budynkiem. Jak się wchodzi to zaraz jest wielka wyspa biurowa przy której siedziało 5 (!) Pań recepcjonistek. W środku sterylnie biało-szaro, bardzo jasno, dużo więcej miejsca niż w poprzedniej siedzibie. W poczekalni Play nie ma zasięgu 😑 więc człowiek jest zmuszony siedzieć i konfrontować sie ze swoimi myślami, zamiast czytać Pudelka.
Wizyta krótka i konkretna, doktor wypytał jak przebiegła ciąża, jak się czuję tak ogólnie, zbadał usg, powiedział że blizna po CC sie pięknie zagoila, praktycznie nie ma śladu. Na lewym jajniku mam w tym cyklu torbiel z niepękniętego pęcherzyka, co w zasadzie potwierdziło tylko ze raczej będziemy podchodzić na sztucznym cyklu. Poza tym wczesniej też sie udał transfer na takim cyklu, więc po co zmieniać cos co już raz zadziałało?
Tsh mam nie zbijać, 2,2 to dobry wynik.
No i co dostałam karteczkę z badaniami, receptę na estrofem i jak się wyrobię to możemy w następnym cyklu transferować. Uspokoiła mnie ta wizyta, jakoś tak czuję że mam plan to już bardziej zadaniowo podchodzę. Jak jutro dostanę okres to raczej nie zdążę zrobic wymazów i poczekam do następnego cyklu, na spokojnie wszystko. Jak nie dostanę a może tak być że ta torbielka mi trochę wydłuży cykl to podjadę jutro po pracy na wymazy i przy okazji zrobię badania krwi. Cholera teraz sobie przypomniałam że kwasu foliowego to tak nie zażywałam za bardzo regularnie. Teraz to po 3 dziennie będę brała w takim razie.
Aha no i nie pokłóciliśmy się z mężem w drodze powrotnej ale mało gadaliśmy i póki co omijamy temat. Może tak lepiej będzie, niech emocje opadną.
Witaj 30 tygodniu 😍
Za tydzień rozpoczynamy z "trójką " z przodu ;o brzmi powaźnie ;o
Olusiapna Kochana zgaga u mnie teź w nocy a dzisiaj przeszła samą siebie! Może to od rzodkiewki? Popijam zimne mleko przed spaniem i jest ok,ale pózniej brr. A na mdłości to i u mnie nic- z córą kroplówki a teraz spanie😂
Co do wyprawki to nam zostały fotelik,pampersy, żel antybakteryjny i coś dla córci (od brata). Liście malin mam w domu jak sie okazuje 😀
Koszula kupiona,obkupilam się w galerii w zeszłym tygodniu. Mam dodatkową piżamkę też, caly zestaw mini kosmetyków itp. Ogólnie dwie szafki plus pod stolikiem wszystko zapchane.;p ten tydzień koncze Olkowi otulacz,bo robie nowy; ucze się torby ale ta juz koncze, kokon z wkładem dla przyjaciólek i wsio.
We wtorek badania i glukoza brrr. W czwartek wizyta-5 dni😍 szyjko trzymaj się dzielnie,bo w niedziele chcemy moooorze😍😍
Wczoraj byłam na zakupach, ciezko juz bo lędźwia dały popalić i brzuch wieczorem.. musze sie w końcu oszczedzac a ja ciagle na nogach..
Po kilkudniowych wakacjach (jak dr pozwoli) wracam i idzie w ruch akcja segregacja,pranie prasownie i torba ;o w długi weekend chyba skorzystam,ze mąz ma wolne to złozy lózeczko i zamówimy fotelik. A pozniej moje urodzinki i odliczamy ;o jeeeeej, to prawie juz ;o
No ale dobra,zatrzymajmy sie na pięknej,slonecznej i cieplej sobocie. My jeszcze lezakujemy, tata na zawodach😀 zaraz kawka i śniadanko i odpoczywamy 😀
Dzisiaj w planie tylko obiad (placki ziemniaczane z sosem pieczarkowym i buraczkami oraz mizerią ) no i jakieś lekkie uszytki 😊
Milego dnia!!
Edit: do porodu 77 dni!
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 lipca 2019, 08:26
![]()
38t+3d (39tc)
11 dni do ptp. Rety rety! Jestem podekscytowana, strach jest niewielki, raczej taka niepewność przed nieznanym. Ale jak pomyślę o tym małym ciałku, które wkrótce utule to wiem, że zniosę wszystko. Pomaga mi w tym lektura że zdjęcia oraz książka I. Choluj "Urodzić razem i naturalnie" - skarbnica wiedzy i polecam ją każdej mamie. Niektóre rozdziały czytam kilka razy, żeby zapamiętać dokładniej. Czuję się dobrze przygotowana do porodu, wiem, że poród to czysta fizjologia, moje cialo zostało do tego stworzone a każdy skurcz jest skrzymierzencem (przybliża mnie do spotkania z Malutką), wiem jak radzić sobie z bólem (nie walczyć z nim a go zaakceptować), wiem jak się motywować, jak relaksować podczas przerw między skurczami. Mądrala ze mnie, co? 
Mimo, że już bardzo ciężko mi chodzić i szybko się męczę, zaszłam do centrum handlowego i znów coś kupiłam małej, sporo na wyrost bo rozm. 68. Najmniejszych ubranek mam wystarczająca ilość
35tc + 0 (36tc)
Mąż pojechał na turniej piłkarski, w zeszłym roku byliśmy razem w Opolu, w tym roku postanowiłam odpuścić z uwagi na duży brzuszek. W przyszłym roku pojedziemy już we troje.
Dobrze, że Go nie ma, bo mój humor dzisiaj jest mocno słaby... Nie rozumiem pewnych sytuacji. Dlaczego takie Maluszki muszą odchodzić nawet nie poznając rodziców? Nie poznając świata?
Łzy płyną mi po policzkach, nie mogę przestać o tym myśleć...
3cs 15dc
Tym razem piszę z domu, z mojej ukochanej sofy, na której z resztą spędziłam większość tego tygodnia... Ten tydzień naprawdę był leniwy. Maraton przed telewizorem jest dla mnie świetną ucieczką od życia.
Troszeczkę robię sobie wyrzuty, że marnuję czas na,, odmużdżacze'', ale w tym momencie poprostu tego potrzebuję i tyle. Dzisiejszy dzień był całkiem miły, mąż zgonił mnie z kanapy i poszliśmy na rowery. Dwie godzinki jazdy po cudownych hamburskich parkach i obiad na mieście zaliczone. Dobrze, że wykorzystaliśmy pierwszą połowę dnia, bo teraz leje deszcz. Oczywiście nie narzekam bo cudownie mi przed telewizorem z lampką wina w dłoni...
Ogólnie czuję się dobrze, poprostu baaardzo leniwie.
Co do aktualnego cyklu, to narazie owulaki negatywne. Z tego co zaobserwowałem mam owulację dopiero po 20 dniu cyklu, tak więc jeszcze czas. Poza tym nie wiem czemu ale jakby z góry jestem pewna, że znowu nic nie wyjdzie... Mam wrażenie, że napewno prędzej czy później okaże się, że mam problemy hormonalne i to uniemożliwia mi zajście w ciąże. Od młodych lat mam problemy z trądzikiem i tłustą cerę, oczywiście gdy zaczynam to analizować, to w głowie rodzą się wizje- nadmiar testosteronu, późna owulacja I w ogóle masa najróżniejszych problemów 😕. W dodatku przypominają mi się te słowa ginekologa sprzed kilku lat...,, musi Pani brać pigułki a potem odrazu się starać bo inaczej będzie problem''..
Ja poprostu już wiem, że coś jest nie tak... Czuję to.
Wciąż tu jestem... a to oznacza tylko jedno - ciąży brak.
Nie umiem się z tym pogodzić, nie umiem o tym nie myśleć, straszne to jest. Bliska koleżanka jest w kolejnej ciąży, a ja ryczę po kątach tak, żeby nikt nie widział i nie umiem sobie z tym poradzić
2dc
Ostrzegali mnie, ze po laparoskopii @ moze byc bardziej bolesny, ale nie sadzilam, ze bedzie tak ciezko ostatniej nocy. Nie spalam do 3 nad ranem, masa tabletek termoform, maz na kanapie, zebym miala wygodnie. Dzisiaj jest juz troche lepiej i mam nadzieje, ze do poniedzialku wszystko przejdzie.
Staram sie jak najbardziej odganiac mysli od owulacji i wszystkiego z tym zwiazany,.....ale moja podswiadomosc nie daje za wygrana. Moja kochana mama wciaz mi powtarza, czuje ze ten rok bedzie szczesliwy dla Was i wiem, ze chce mnie tylko powdtrzymac na duchu, a ja w glebi sobie tak mysle .....jak ja bardzo bym chciala Jej powiedziec, ze zostanie babcia. We mnie jedyna nadzieje, bo moja siostra nie chce miec dzieci!
Tak jak czytam tutaj te pamietniki to bardzo oniesmiela mnie wasza wiedza o badaniach i wynikach. Ja tak naprawde nie wiem nic, poza tym co lekarze mi powiedzili, ze wyniki sa dobre. Zaczynam sie zastanawiac czy powinnam im wierzyc?!
Dziekuje Dziewczyny :*
Wczoraj wywróciłam sie, walac reka o podłogę. Po 6h na sie okazało sie ze zlamana...Teraz dopiero zacznie sie survival...
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.