12 dc, wizyta w klinice.

Wyniki z krwi:
progesteron: 0,743 (norma dla fazy owulacyjnej 0,121 - 12);
estradiol: 226,30 (norma dla fazy owulacyjnej 63,9 - 356,7);
LH: 26,68 (norma dla fazy owulacyjnej 8,7 - 76,3).

Monitoring: pęcherzyk w prawym jajniku, 23 mm (na mnie to duży, już powinien pęknąć), endometrium 7,8 mm. Jajniki już ładnie wyglądają po stymulacji. Wstępnie transfer w sobotę - jeśli owulka dziś lub jutro, jeśli owulka w środę - wtedy transfer w poniedziałek. W środę mam sprawdzić wartości hormonów i skoczyć na monitoring. Z uwagi na sprawy rodzinne nie będę mogła pojechać do Wawy, zrobię to u siebie. Moim zdaniem owulka była już w ciągu dnia albo będzie dziś w nocy.

Odebraliśmy karty informacyjne po IVF. Wynika z nich, że pobrali 12 komórek, z czego 10 było ok. Do tej pory myślałam, ze pozostałe 2 były nierozwinięte. Nic bardziej mylnego. Były zdegenerowane. W odpowiedniej fazie podziału, ale zdegenerowane.

Parametry nasienia przed preparatyką:
objętość: 4,2 ml
koncentracja: 7 mln/ml (!!! wow, wzrosło!)
liczba plemników: 29,4 mln (!!! progres!)
ruch całkowity: 52% (delikatnie spadło)
ruch progresywny: 37% (delikatnie spadło).

W weekend spotkaliśmy się ze znajomym. Przyszedł do niego również sąsiad z dwuletnim synkiem. Mój Mężuś, to musicie wiedzieć - blondyn, jakich mało. Jaśniuteńki, prawie albinos, karnacja jasna, krem do opalania - 50. Jak nie ma kremu z filtrem opala się na czerwono momentalnie i robią mu się bąble. Ten dwulatek taki sam. Ojciec ciemna karnacja, ciemne włosy, matki nie znamy. No Mężuś odkleić się nie mógł. Oczy mu się zaszkliły. Mi dopiero później. Pod prysznicem, jak mogły się zaszklić. Tak bardzo mu zależy, że czasem mam wrażenie, że mi mniej. Anuśla ostatnio napisała u siebie, że jej mąż będzie tym rodzicem, któremu ich dziecko wejdzie na głowę. U mnie będzie tak samo. W sensie - Mężusiowi na pewno wejdzie na głowę. U mnie jest to po prostu tylko wysoce prawdopodobne ;) Posprzątał dziś całe mieszkanie. Bo zarodki nie lubią chemii, zapachów. Nie wiem, co zrobię, jak nam nie wyjdzie. Nie ze względu na siebie, a ze względu na Niego. Nie wiem, czy będę miała siłę go dźwignąć psychicznie.

Z rzeczy zabawnych: Mężuś nastawił pranie. Robi to mniej więcej tak często jak ja. Czasem tylko pyta, na jaką temperaturę wstawić dane rzeczy. Wstawił więc pranie. Pralka się rozruszała. Coś stuka. I stuka. I stuka. Idę do pralki. I nie mogę pohamować śmiechu. Przy szybie bębna i uszczelce leży sobie paczka wertesrów (takie cukierki, twarde, karmelowe). I się raz na jakiś czas odbija. Od pralki :) Mężuś jest uzależniony od wertersów, gdy prowadzi auto. Jedni piją kawę, inni śpiewają piosenki z linią melodyczną, Krąsi żuje tony gumy do żucia (winterfresh ciemnoniebieskie), Mężuś wcina wertersy. Chyba przenosząc je między autami, zapomniał zostawić w drugim aucie, zabrał do kieszeni spodni i tak oto znalazły się w pralce. Nawet się nie rozleciały z papierka. I przez chwilę (szczęściem krótką!) zastanawialiśmy się nawet, czy nie nadają się do zjedzenia :D ostatecznie wylądowały w koszu.

A teraz się wyłączam, idzie burza gigant, ja sama na chacie. Dobrej nocy Wszystkim!

Niepogodzona To był bardzo Trudny czas 14 sierpnia 2019, 08:30

Dzisiejsza pogoda mnie zamordowała:/ Czuję się fatalnie. Szczerze mówiąc wogóle nie odczuwam, że byłam na urlopie. Na szczeście zaraz 4 dni wolnego. Zastanawiam się czy owu była w tym cyklu. Jajniki słabo coś bolały, śluzu nie zauważyłam. Od dzisiaj chyba zaczne brać luteinę, coć sama nie wiem czy nie poczekać ale chyba nie ma na co. Gdyby i w tym miesiącu coś zaskoczyło to chyba by mnie zabiła ta wiadomość. Sama już nie wiem co myśleć. Na razie znikam z pamiętników. Za dużo czytam, za dużo myślę. Muszę się odciąć.

gunia29 Już nie czekam na cud... 13 sierpnia 2019, 07:11

25dc
Wiem,że to całkowicie bez sensu ale skinęłam dzisiaj z rana... Oczywiście tylko biel... Nie wiem co chciałam zobaczyć. Może myślałam że wydarzy się ten tytułowy cud, a ja odstawie dupka i tylko zaszkodzę. Cudu nie będzie dzisiaj biorę ostatnie tabletki i czekam na @
Nawet nie wiecie jaka byłam wczoraj podekscytowana jak kupiłam ten test... oglądałam go jak dziecko nowa zabawkę. Nie wiem co chciałam tym osiągnąć , może wmówić sobie że teraz będzie inaczej echh...sama dodaje sobie cierpien
Z tego wszystkiego cała noc snily mi się malutkie dzieci,nie był to jednak sen proroczy.
Nie oczekuj niczego,a nigdy nie będziesz zawiedziony...


Wiadomość wyedytowana przez autora 13 sierpnia 2019, 07:20

Anakin A gdyby tak... Jeszcze raz? 13 sierpnia 2019, 10:05

Od kilku dni (tfu tfu odpukac) mamy lepszy sen. Pierwsza pobudka ok 24. potem ok 2. Potem o 4. O 4 biore go do siebie, bo nerwowy sie robi, popiskuje i sie kreci ale w naszym przypadku TYLKO 3 pobudeczki do wschodu slonca to mega poprawa. Ah, i daje sie szybko "uglaskac" cyckiem, więc czuje sie właściwie wyspana. Taki maly ssacz nocny.
Slodki. Kochany. Jak ja go oddam do zloba!??! A to juz za 2tyg...

Co u Was? Kolejne starania, walka z wagą, depresja...

Ciąża rozpoczęta 31 stycznia 2018

Wczoraj pierwsze 100% samodzielne kroczki! 3 razy przedreptała do mnie, a potem bezpiecznie upada na dłonie albo prosto na mnie (a tego się obawiałam, czy nie będzie się znowu obijać).

Pierwsze zdarte kolano. Pierwsze buty też zajedzie... ma je od 2 tygodni, a nie wyglądają już na nowe.

Dziś byliśmy na szczepieniu, trochę się pożaliła po wkłuciu, ale nie jest źle. Lekarka powiedziała, ze rozwija się prawidłowo, przybrała na wadze 2,5 kg od ukończenia pół roku (średnio powinno być około 2 kg). Waży 10,5kg. Ubrania nosi 80/86 a buty 21. Oby nopów nie było.

Znowu chodzi spać późno. Po kolacji płacze, jojczy i marudzi, a po kąpieli i cycu szaleje jak króliczek duracell. Takie cyry są głównie, jak mamy spokojny dzień w domu i wokoło domu - bo jak jadę np. do mojej siostry, tam ma dzieci i siedzimy na podwórku, to pada jak kawka.
Nie chcę chwalić ale noce lepsze - jak chodzi późno spać, to prawie całe przesypia, często budzi się dopiero około 4. Ale zdarzają się też 3-4 pobudki. Bo idą zęby - czwórki.
A ja sie czuję taka wypruta.
We wrześniu prawdopodobnie pojedziemy nad morze na 10 dni, są fajne hotele na travellistach i gruponach, w dobrych cenach. Muszę pomyśleć, co tam zabrać.


Wiadomość wyedytowana przez autora 13 sierpnia 2019, 13:31

Mam jakiegoś mentalnego doła... wczoraj poryczałam się tuż przed snem. Mąż nie wiedział o co mi chodzi, a ja nie chciałam żeby mnie chociażby dotykał. Chciałam być sama. Tylko ja, mój ból i żal do całego świata. Patrzę na niego i widzę w nim nieszczęście które nas spotkało, patrzę w lustro i w sobie widzę to samo. Czuję się pusta w środku, czuję, że umieram. Taka nie-kobieta, niewartościowa, zła, ukarana za coś czego nie rozumiem.
Wciąż myślę o wszystkich badaniach, które powinnam zrobić, o lekach które powinnam brać... ostatnio mąż zapytał mnie: "Ile jeszcze mam tego żreć? Chcesz żeby mi wątroba wysiadła?" A ja wpadła w szał i krzyczałam: Tyle ile ku*wa będzie trzeba! Szok. Nie sądziłam, że jest między nami taka atmosfera. Jest coraz gorzej. Ze mną. Z nim. Z naszym małżeństwem. A może wychodzi, że jesteśmy za słabi i nie poradzimy sobie z tym problemem... że nie stać nas mentalnie na dalszą walkę... nie wiem Już nic nie wiem.

Przeszłam rozmowę z rodzicami, a później nawet z teściami. Poinformowaliśmy, że chcemy zrobić invitro (teściowie nie wiedzą nic o pierwszym). Rozmawialiśmy o ich możliwościach dofinansowania nas w tej kwestii. Żadne kwoty nie padły ale obie strony zadeklarowały się, że w miarę możliwości pomogą. Jejku jakie to było upodlające... wolałabym tego uniknąć ale nie wiem czy dostaniemy kredyt. Rozmawiałam z doradcą, który nam ogarniał kredyt hipoteczny i szanse mamy marne. W grę wchodzą jeszcze raty w klinice 15 tysięcy moglibyśmy rozłożyć na 3 lata i rata wynosiłaby około 600 zł.

Badania, badania... wiem, że podpowiadacie żeby je zrobić ale boję się! Kurde boję się jak nie wiem co... a czego? Że wtedy już całkiem stracę nadzieję na cokolwiek. Wciąż podziwiam osoby, którym udaje się po 1 transferze. Jak one to robią? Jak im się udaje mieć 4 mrozaki? Kosmos... a jeszcze dwa miesiące temu też myślałam ,że będę miała czworo maluchów i zapomnę co to starania. Transfer=ciąża=poród. Tak miało być. Tylko x 4. I rodzina w pełni... jaka rodzina? Ale do rzeczy... chodzi o to, że większość ludzi tych badań nie robi. Immunologia jest tak obszernym tematem, dla mnie zbyt niezrozumiałym, zbyt niepewnym, zbyt naciąganym i zbyt obarczonym ryzykiem abym w to poszła. Nawet na badania musiałabym jechać 100 km bo nigdzie w okolicy się tego nie robi. Nie mam już nawet wolnego dnia żeby jechać na te badania. Kurde to nie takie proste. W tym momencie wydaje mi się niemożliwe. Albo trzymam ostatni dzień urlopu na wizytę u anestezjologa albo jadę na badania z krwi, a później i tak nie będę miała wolnego, żeby jechać na wizytę do lekarza żeby je omówić.
Jest jeszcze jeden temat który mi krąży po główce... mieliśmy już zapłodnienie IMSI czyli przy słabym nasieniu najlepsza opcja. Musze jeszcze ogarnąć czym różni się IMSI, od PICSI i innych metod. Może zmiana w tej kwestii by się u nas sprawdziła.

Marti... Goniąc czas 13 sierpnia 2019, 15:17

chwile mnie nie bylo. duzo sie zmienilo, wyjasnilo...
ale po kolei.

w ostatnich 3 tygodniach wyszly nam 3 zeby, kolejny w trakcie produkcji. co oznacza, ze pstatnie tygodnie jak nie urok to sraczka. doslownie. albo gil z kaszlem, albo ostatnio delikatny rota wirus. ciagle cos. ja niestety musze chodzic do pracy. tesciowa przyjechala na 5 dni w zeszlym tygodniu pomoc odbierac Ole wczesniej ze zlobka... ciezki to byl tydzen, ale jakos przetrwalismy. w tym tygodniu juz w sobote zaczal sie nowy katar i nowy kaszel. do zlobka chodzi, bo nie ma wyjscia. humor dopisuje, apetyt dopisuje, zero placzu, zero goraczki wiec teoretycznie moze chodzic. praktycznie wolalabym miec ja w domu.

w pracy u mnie komplikacje. moja rola ewaluowala. wymagane sa podroze jeszcze bardziej niz kiedys.... we wrzesniu musz eleciec do usa na tydzien. niby fajnie, ale nie wyobrazam sobie zostawic Oli. wiem, ze bedzie tesknic, ja bede pewnie ryczec po nocach. ale nie mam wyjscia. pracy teraz nie zmienie. a wewnetrznie nie mam jak sie przeniesc. dlatego zamiast na urlop do juraty we wresniu ja lece do stanow (bylam tam dokladnie 2 lata temu, gdy dowiedziala sie, ze jestem w ciazy... jak mysle o jedzeniu, pokoju, ulicach, az mnie mdli jakbym byla znowu w ciazy. ja nie mialam typowych mdlosci, ale reagowalam na zapach i smak niektorychb potraw. juz rzygam tym wszystkim. jakbym sie cofnela w czasie. nie chce. musze. nie mam wyjscia..... zdecydowalismy, ze maz w tym czasie wezmie urlop w pracy. wiec Ola bedzie chodzila do zlobka, jesli zdrowie pozwoli, ale dzieki temu on wszystko bedzie mogl ogarnac wokol dziecka.... ja nie wiem jak to bedzie. podobno dzieci czasem zaskakuja i potrafia latwo zaadaptowac sie do sytuacji. ale czy moja Ola tak bedzie miala? do tej pory to ja sie nia zajmowalam. moj maz niewiele przy niej robil. ja wiem, ze stanie na wysokosci zadania. ale nie umiem sobie wyobrazic tygodnia bez niej. nie oceniajcie mnie, ze godze sie na taki wyjazd. nie mam wyboru. gdy dowiedzialam sie o wyjezdzie i zaczelam sie wykrecac, to uslyszalam cyt."it's a part of your job" i kilka innych subtelnych sugestii. w nowej pracy wiem, w rolach w jakcich sie widze i do jakich mam zbudowane kompetencje tez wymagane bylyby podroze na poczatku i to chyba nawet czestsze niz ta jedna teraz. poza tym tutaj moge duzo z domu pracowac, gdzies indziej musialabym sie dostosowac, szczegolnie na poczatku, zeby dostac umowe na czas nieokreslony (innej nie biore pod uwage, nie ma takiej opcji. musimy sie nie tylko wyzywic, ale splacac hipoteke, kredyt ...). a gdybym nie mogla pojawic sie w biurze, bo Ola chora lub wyjsc wczesniej, pewnie umowy probnej by mi nie przedluzyli.

dlatego jestem miedzy mlotem a kowadlem. wiem, co jest najlepsze dla mojego dziecka. ale zostac w domu nie moge. nie ma takiej opcji.... serce mis ei kroi.

wybaczcie, ze takie elaboraty i to sluzbowe, ale nie mam gdzie wylac tej goryczy.

jest mi z tym bardzo zle

Jestem w 4 dobie po histerolaparoskopii. Niestety zmieniłam też nazwę mojego pamiętnika. A teraz zacznę od początku...

Do szpitala zgłosiłam się z samego rana. Dostałam łóżeczko. Szpital super, wszystko nowoczesne, nowiusieńkie i ładne. Łazienka w pokoju, darmowy tv :) Po chwili Panie pielęgniarki poprosiły mnie do siebie, założyły mi wenflon. Obawiałam się już tego momentu bo mam zrosty na żyle, jednak uprzedziłam Panią i wbiła się niemal bezboleśnie. Kilka papierków do podpisania i byłam gotowa. Na szczęście długo nie musiałam czekać bo już koło 9 rano byłam na sali. Nie obeszło się bez nerwów bo Pani anestezjolog nie podobało się to, że mam gravesa basedowa. Na szczęście miałam dokumenty, badania i wszystko czego ode mnie wymagano i nawet to czego nie wymagano i dało się przekonać Panią żeby mnie uśpiła. Nie powiem... byłam już tak zestresowana samą sytuacją, że prawie trzęsły mi się nogi. Czy byłam grzeczna podczas drzemki tego już nie wiem. Obudziłam się jeszcze na sali pooperacyjnej, obok mnie siedziała Pani pielęgniarka. Wiem, że coś do niej mówiłam ale teraz za nic nie pamiętam co... wydawało mi się, że jestem w pełni świadoma ale teraz nie mam pojęcia czy nie pieprzyłam jakiś głupot.
Po chwili przejażdżka do pokoju i kroplóweczka. O dziwo już nie zmrużyłam oka. Wychodzi na to, że szybko się budzę po narkozie. Jak zapytałam męża, która godzina i powiedział, że jest po 11 to już wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Jak rozmawiałam z dziewczynami, które miały laparo i nic nie znaleziono to ich zabiegi nie trwały więcej niż 40 min. Przy drugiej kroplówce poprosiłam o możliwość pójścia do toalety. Pani pielęgniarka powiedziała, że mam nie wstawać 4h i przyniesie mi basen (minęło może pół godziny od przywiezienia mnie do pokoju). To dopiero było wyzwanie. Za nic nie mogłam się do tego wysikać. Na leżąco po prostu się nie da i koniec. Poprosiłam męża żeby mnie dźwignął do góry. Kilka kropel i koniec, a pęcherz dalej pełny.... moja głowa nie spała ale reszta ciała chyba tak. Po chwili zmiana kroplówki, zaryzykowałam i inna pielęgniarkę zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Skoro już siedziałam to Pani się zgodziła. Jejku jak dobrze było poczłapać do kibla. Uznałam, że jestem super silna i szybko dojdę do siebie. Sikałam sobie na raty aż w końcu poczułam ulgę. Jeszcze nigdy nie robiłam tak błogiego siku :)
Kilka godzin spędziłam na oglądaniu telewizji, mąż drzemał, aż w końcu przyszła moja Pani doktor. I wtedy dostałam jak obuchem w łeb. Okazało się, że miałam przegrodę macicy, którą udało się wyciąć. Niestety całe jajowody są w zrostach mimo, że są drożne. Endometrioza 2 st. na otrzewnej i za macicą, zarośnięta zatoka douglasa. Niestety nie dało się tego usunąć. Pani doktor mówiła, że groziło uszkodzenie jelit. Nic nie ruszyła.
Nie wiem, nie umiałam zadawać sensownych pytań. Zrobiło mi się niedobrze i chciałam się tylko położyć. Nie rozumiem czemu większości usuwa się tą endometriozę, a u mnie nie :( jest tak jak było :( no tyle, że nie mam tej przegrody. Byłam w szoku. Poryczałam się. Nagle poczułam się 100 razy gorzej niż godzinę wcześniej. Jaki wpływ ma psychika na nasze ciało? A taki, że nagle nie miałam sił się ubrać i zastanawiałam się czy ja na pewno powinnam wyjść z tego szpitala. Nie miałam sił.
Przegrupowałam myśli i zebrałam się w sobie. Do babci była godzinka drogi, gdzieś w połowie mdłości mi przeszły.

A teraz mój stan na dziś. Mam dwa szwy w cięciu poniżej linii majtek i 3 w pępku. Na szczęście szycia są bardzo ładne, mój nowy pępek wygląda całkiem przyzwoicie :) Widać, że Pani doktor wykonała dobrą robotę w kwestii estetyki. Dalej bardzo krwawię. Przypomina to mniej więcej mój regularny okres choć dziś wydaje mi się, że zaczęła lecieć czysta krew bez skrzepów i jest jej ciut mniej. Wciąż okropnie boli mnie gardło i mam kaszel. Najpierw mokry, teraz suchy ale jak zaczynam się dusić to ból jest nie do zniesienia.
Przemyślałam też kwestię nie ruszania mojej endomendy. Myślę, że Pani doktor ma plan i po prostu usuwanie nie było konieczne. Może groził mi spadek amh, a tego przecież nie chcemy. Najpierw ciąża, a później zajmę się endometriozą.

Po obiedzie tak zaczęłam kaszleć, że jeden szew w pachwinie puścił. Kurwa! Ja to mam pecha... :/ rana trochę się rozeszła ale drugi szew trzyma. Mąż poleciał do apteki po te naklejane szwy ale to gówno nic nie daje. Zakleiłam to plastrem żeby nie patrzeć.
Nie chce żeby blizna była duża ale najważniejsze żeby się rana nie otworzyła, Póki co nie wygląda to jakoś tragicznie.

Schodzą też już ze mnie te gazy, które pchają w bebechy przy operacji. Jest mały sukces bo udało mi się zapiąć biustonosz co wcześniej było niemożliwe. Brzuch wciąż jest twardy i duży. Barki bolą z dnia na dzień coraz mniej.

Podsumowując myślałam, że lepiej zniosę całą operację. Patrząc na to jak czułam się przez następne dwa dni po niej wydaję mi się, że zniosłam ją kiepsko. Patrząc na to dziś uważam, że nie było tragedii.

Wciąż w mojej głowie kołacze się milion myśli... co z tą endometriozą, czemu jej nie usunięto? Czy czeka mnie kolejna laparo? Czy może invitro długim protokołem zakończy mój koszmar? W końcu wiem z czym walczę. Ale czy na pewno wiem? Nie wiem za wiele o endometriozie. Na razie nie chce wiedzieć. Fakty są takie, że do zestawu chorób doszła mi kolejna bardzo nieprzyjemna paskuda, z którą czy chce czy nie chce muszę nauczyć się żyć.

Bardzo liczę teraz na wiedzę mojego lekarza. Nie będę nic czytać ani zagłębiać się w temat dopóki nie spotkam się z lekarką. Ona mnie prowadzi. Ona wie co robi. A ja? Muszę skupić się na rekonwalescencji i małych kroczkach, które mam nadzieje doprowadzą mnie do upragnionego celu.


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 października 2019, 15:07

przedszkolanka:) Pamiętnik przedszkolanki. 13 sierpnia 2019, 21:24

32+ 3

Do porodu : 53 dni
Do wizyty: 10 dni
W brzuszku: 92 cm.!


Wyprawka skonczona oficjalnie! Wozek zniesiemy za 2-3 tygodnie,podobnie jak wanienke i wsio <3
Przed nami dalszy ciag szalonych dni, bo w czwartek swieto, piatek zakupy, sobota jak zawsze. Kolejny wtorek juz badania, czwartek diabetolog i piatek wizyta <3 ciekawe ile Misio wazy juz :) i jak jest ulozony,bo cos sie za bardzo na boki rozklada..
Mimo aktywnosci,skurcze i twardnienia sie uspokoily, jeszcze 3 tygodnie i zaczne pic liscie malin :O
Jeszcze pod koniec wrzesnia kuzyn chce przyjechac,wiec ciekawa jestem jak to wyjdzie wszystko :O

Mama na zwolnieniu i zastrzykach,wiec sie w trojke obijamy troche, chociaz mama jeszcze taka w amoku. Pola przytulanka dzisiaj mamina. Po ostatnim grillu ja rozbawili i padla z T.po 22! oczywiscie detka na nastepny dzien i do mamy tulila,dopuki tata wariowac nie zaczal;p ale wieczorem padla.
Dzisiaj sie usmialam bo z racji tej mojej osemki zrobilam mleko z weka by nie gryzc. Poli nie przypasowalo, nawet sie"zmartwila",ze polubi,bedzie musiala a ja w smiech,ze nie musi,ma prawo nie lubic (T.nie przelknie ;p ) no i co? No i moje dziecko poprosilo i zjadlo 5 marcheweczek haha :d no tak,bo Pola predzej zje owsianke czy otreby na mleku niz biale pieczywo :D
Dzisiaj naliczylam u siebie 8 pogryzien przez komary ;/ do tego ta osemka dalej boli i ide ja jutro sprawdzic dla spokoju ,bo nie chce brac tabletek za bardzo i za czesto. Niech mija ,bo w sobote urodzinowe ciacho bede robic :D

Nie ma to jak 13 w kalendarzu.
Przed naszym odjazdem w góry zorientowałam się że nie mam obrączki. Gdzieś mi się zsunęła i zginęła. Zadzwoniłam do mamy aby poszukała w domu. Ale nie znalazła masakra.
Ale kiedy i gdzie, nigdy mi się nie zesunela 😥😥😥😥
Dojechaliśmy o 13 pojechaliśmy do biedronki zrobić zakupy i o 13,30 byliśmy na miejscu o 15 wyszliśmy na zamek i musieliśmy się wrócić bo ulewa. Po prostu wymarzony urlop. Mój poszedł się myć, bo co tu robić kiedy leje.
Nigdzie więcej nie wyjeżdżam szkoda kasy.

AsiaKK Odpowiedni czas na dziecko istnieje! 13 sierpnia 2019, 19:25

3 cs - 13 dc

Skąd ja mam wiedzieć, że jestem zdrowa? Niby nigdy nie miałam żadnych dolegliwości jeśli chodzi o sprawy kobiece. Miesiączki też w miarę regularnie. Oprócz przeziębień od czasu do czasu to naprawdę nigdy nic mi nie dolegiwało (odpukać w niemalowane :D), a mimo to martwię się, że może być ze mną coś nie tak... Mąż zaangażował się w starania pełną parą. Nawet sam z siebie za dietę się wziął! Pije soki świeżo wyciskane, które nawet sam sobie przygotowuje, z piwka przerzucił się na wino czerwone wytrawne, zakupił sok pomidorowy i mówi, że mu smakuje! A dzisiaj to już nawet obiad zrobił i na obiad na jutro mamy rybkę, bo twierdzi, że musi jeść dużo ryb :D Fajnie, miło, cieszy mnie to, ale też się boję... to jakaś panika powoli zaczyna się robić. 29.08 mam termin u gin., zobaczymy. Do tego czasu muszę jakoś żyć...
Jutro w pracy spotkanie służbowe z Amerykanami... Bosz... trochę mam stresa...rzadko przyjeżdżają i rzadko ja jestem proszona na spotkania no ale co zrobić. Idę. Niby angielski znam, ale co innego mówić z innymi obcokrajowcami po angielsku a co innego z ludźmi, dla których język ten jest językiem ojczystym... jakoś to będzie :D

Jeheria No kiedy? 10 sierpnia 2019, 13:22

15dc
Punkcja 11:30. Przeprowadzała doktor Jasińska. Pobrano 17 pęcherzyków. Fajna doktor. Wzięliśmy EmbroGlue że względu na moje endometrium. Oczywiście to Nasza decyzja. Transfer w 5 dobie- w męża 32 urodziny. Jest ryzyko hiperstymulacji. Od dziś piję nutridrinki protein. Jest mi słabo, brzuch lekko boli ale już ustępuje. Po punkcji były silne bóle miesiączkowe. Mam dziś leżeć. Jestem głodna jak wilk. Wracamy do domu :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 13 sierpnia 2019, 20:13

Jeheria No kiedy? 13 sierpnia 2019, 20:11

18 DC
Transfer godzina 15. Mamy 6 zarodków: 9a, 9b, 8a, 8b, 8b, 8b. Najlepszy został podany. Mam zdjęcie USG. Po transferze leżałam ok pół godziny. Rozmawiałam z embriologiem. Okazało się że wszystkie zarodki wolno się dzieliły. Lekarz określił to że jest problem z budową morfologiczną zarodka. Dlatego pozostałe 5 nie mrozimy w 3 dobie bo może nic z nich nie być, trzymamy do 5 doby. W piątek mam zadzwonić co z resztą. Trochę smutno mi się zrobiło. Pierwsza myśl to taka, że naturalnie już nigdy nie zajdę w ciąże :( a z ivf będzie ciężko...
Jutro ostatni dzień w pracy i Urlop ♥️
Do tej pory wydaliśmy 9 tysięcy (bez paliwa, suplementów). Jeszcze może dojść mrożenie (oby!).


Wiadomość wyedytowana przez autora 13 sierpnia 2019, 20:14

To nie miał być taki wpis. Miał być pełen radości i nadziei. Miał dawać nadzieję i podnosić wiarę. Nie będzie tego.

Dzień po transferze miałam łącznie 3 kropki wielkości główki od szpilki brązowawego śluzu. Lekarz uprzedziła, że plamienia mogą być, bo jestem na heparynie. Nie przejmowałam się. 2 dni po transferze tempka skoczyła jak oszalała. Ojeja. Mamy to? Trzyfazowy cykl? Nie, nie, nie, za wcześnie na radość. Koniec mierzenia tempki, żeby się nie stresować. Dalej nic nie robię. Siedzę na urlopie. Nie sprzątam, nie dźwigam, raz dziennie wychodzę na spacer do pobliskiego parku (do parku mam całe 3 minuty, przy czym 2,5 minuty schodzę z 4. piętra na dół). 3 dpt znowu malusie plamienie. Maluteńkie i jasnoróżowe? Implantacja? Huh, ochłoń, ochłoń. W międzyczasie, jedziemy sobie obejrzeć dom. Mężuś jeździ super ostrożnie i rozwija trzykrotnie mniejsze prędkości niż normalnie. W pewnym momencie buteleczka z zapaszkiem odkręca się i zapaszek rozlewa się w aucie (to ma znaczenie dla późniejszej części opowieści). Mężuś szoruje wszystko, jedziemy z otworzonymi szybami. Przez te 3 dni czuję super ścięgna w biodrach, nic nie mogę robić, bo mnie bolą naprzemiennie. 4 dnia budzę się, i wiem, naprawdę wiem (nie mam problemu z tym, jak ktoś mnie wyśmieje, znam swój organizm), że zarodka już nie ma, że się obraził, nie zadomowił, że jestem pusta. Nic nie mówię Mężusiowi, daję mu żyć nadzieją. Robimy sobie leniwy dzień. 5 dpt z rana robię test sikany, specjalny pod in vitro wykrywający betę od 10 ml. Nic. Pusto. Nie zaznaczam tego na owu, bo tym razem to sobie chcę dać pożyć nadzieją późnej implantacji. 6 dpt nie ma opcji, mamy mieć szczepienie, przed szczepieniem chcemy wiedzieć czy jest beta czy nie, żeby ewentualnie pogadać z Paśnikiem na ten temat. Rano beta, potem auto, wyjazd do Łodzi. Mąż oddaje krew, bety jeszcze nie ma, więc zmieniamy sobie miejsce na jakąś łódzką galerię. Zajmujemy miejsce na parkingu galerii. Są wyniki. Nie otwieram, bo się boję.

Mężuś bierze to na siebie. Czyta. Widzę już kątem oka. Widzę to pieprzone 0,00. Póki Mąż nic nie powie, też udaję, że go nie widzę. Mężuś mówi: "Zero". Przenosimy się na tylną kanapę w samochodzie i tam Mężuś mnie przytula, potem ja jego, no i ja sobie chlipię jak bóbr. Nie wiem, jak długo. W końcu stwierdzam, że muszę do łazienki i wyszliśmy do tej łazienki, potem pojechaliśmy na szczepienie, wróciliśmy do domu. Potem chyba ze 2 dni ryczeliśmy. W sumie to ja. Mężuś przeżywa po swojemu, on musi się przytulać i w zasadzie nie wychodzi z łóżka w takich sytuacjach. Jest tulaśny i potrzebuje ochrony przed światem zewnętrznym.

Zaczęły się rozkminy, że to może przez tą kawę, którą wypiłam 2 tygodnie temu, a przecież nie powinnam. A może to przez ten zapaszek rozlany w aucie, bo zarodki nie lubią zapachów? A może to przez za długi spacer? A może to przez brak atosibanu, relanium? A może to przez zbytnią świadomość ciała - bo wiecie, ja nie wiedziałam jak oddychać, czy piersią, czy brzuchem i może za bardzo oddychałam brzuchem? Może to przez to, że wcześniej uprawiałam dużo sportu?

W końcu Mężuś rzucił hasło: "Wiesz, bo dojdziemy do wniosku, co by było gdyby transfer odbył się 3 minuty wcześniej albo co jakby robił go kto inny, a na to nie mamy wpływu. Zrobiliśmy prawie wszystko, co w naszej mocy.". A potem zapytał: "Jak długo będzie nam tak słabo?" - "Nie wiem Mężusiu".

Jak byliśmy gotowi napisaliśmy smsa do Lekarza prowadzącego. Odpisała, że jej przykro i że jak będziemy gotowi to czeka na kontakt. Następnego dnia rozmawialiśmy z nią. Zawsze rozmawiamy na głośniku, żeby każde z nas ją słyszało bezpośrednio i mogło pytać. Po tej rozmowie uspokoiłam się.

Zapytała, czy chcemy próbować z samymi odmrożonymi jajeczkami, to już nawet w tym cyklu moglibyśmy próbować. Tego nie chcemy, Mój Mężuś chce je trzymać na czarną godzinę. Poza tym potrzebujemy odsapnąć, potrzebujemy współżyć ze sobą normalnie, bo od czerwca ciągle mamy jakieś ograniczenia. Powiedziała, że jak najbardziej to rozumie. Porozmawiałyśmy o kolejnej procedurze, wtedy Lekarz była przekonana, że nasza klinika dostanie dofinansowanie, bo podobno ma duże szanse. Zaproponowała więc mniejszą stymulację, żeby uzyskać mniej komórek jajowych, odmrozić te zamrożone i przeprowadzić ICSI na wszystkich razem. Zapłodnić wszystkie. Powiedziała też o wlewie. Powiedziała również, że sport nie ma znaczenia, dlatego, że macica jest mięśniem owszem, ale niezależnym od naszej woli, więc tu sport przed nie ma znaczenia. Wypytała o zalecenia immunologiczne. A no i powiedziała, że w zakresie stymulacji generalnie robi się tak, że podaje się duże dawki, a potem się zmniejsza, a my zrobimy odwrotnie: podamy niską dawkę i najwyżej będziemy zwiększać. Nasz zarodek miał ocenę 4.2.3. Ta trójka na końcu to ocena trofoblastu, czyli części odpowiedzialnej za implantację. "3" to słabo. Zapytałam jej, co możemy zrobić we własnym zakresie, żeby poprawić tą trójkę. Odpowiedziała, że może coś wskóramy, a może nie, ale w sumie jedynym suplementem w tej kwestii jest koenzym q10. No spoko. Tylko my go bierzemy - ja w dawce 200 mg dziennie - pół roku przed punkcją, Mężuś w dawce 300-400 mg dziennie 8 m/cy przed punkcją.

Aha, w trakcie tych czarnych dni u nas, Mężuś po raz kolejny zaproponował rozwód, żebym mogła się związać z kimś płodnym, bo on uważa, że to tylko jego wina. W związku z tym po raz kolejny musiałam mu tłumaczyć, że moje życie bez niego nie ma sensu i ja nie chcę mieć "cudzych" dzieci, tylko z nim. A poza tym, że ja też jestem odpowiedzialna za niepowodzenia tylko na gruncie immunologicznym.

Wiem, że Paśnik zaleca transfer miesiąc po ostatnim szczepieniu. Podjęliśmy decyzję, że mój układ immunologiczny jest średni, to spróbujemy. Nie wiemy, czy to zależało tylko od tego, czy nie.

W ubiegłą środę pojechaliśmy w dolnośląskie pozwiedzać zamki. Wróciliśmy w niedzielę. Jasne, że byłoby super wrócić ze świadomością ciąży. Ale ten odpoczynek i tak był nam potrzebny. Chodziliśmy od rana do wieczora. Wieczorami zasypialiśmy ze zmęczenia. Pewnie psychika też dawała o sobie znać, byliśmy w takim miejscu, że nie było internetu i odpoczywałam też od apek owulacyjnych. I mieliśmy czas na przeżycie swoich emocji. Nie byłam w stanie nikomu poza sobą i Mężem współczuć czy kibicować. Mój Mężuś, święty człowiek, obudził mnie któregoś dnia w ten sposób, że położył palce na kącikach moich ust uniósł je w górę, jak do uśmiechu i powiedział "Śpimy i się uśmiechamy, nie smucimy się" :) od tamtej pory robi tak codziennie :)

Jutro wracam do pracy. Miałam taki niecny plan, że wrócę sobie na 3 dni, a od 1 października pójdę na ciążowe L4. Tiaaaaaa. Jasne. To byłoby na tyle. Nie potrafię nie planować i nie potrafiłam nie pokładać nadziei w procedurze.

W międzyczasie pojawiły się konkrety w sprawie dofinansowania in vitro z województwa mazowieckiego. Po pierwsze program miejski z Warszawy kończy się wraz z upływem 2019 roku. Czyli do bani, bo Warszawiacy się przerzucą do programu wojewódzkiego. Po drugie program jest rozpisany na 4 lata. Zostały wybrane Gameta i InviMed oraz klinika z Płocka. Gameta dostała najwięcej kasy na 4 lata, Płock najmniej. Ale na ten rok najwięcej kasy dostał InviMed. Zadzwoniłam do Gamety, ale okazało się, że mieli tylko 23 miejsca na ten rok i już nic nie ma. W InviMedzie przyjmują zapisy zainteresowanych i mają oddzwaniać po podpisaniu umów z urzędem marszałkowskim. Czyli około 23 października. Trochę słabo, bo jeśli chcielibyśmy podchodzić do kolejnej procedury, to od około 20 października powinnam zacząć stymulację. Na 10 października jestem zapisana do mojej kliniki, Invimedu, a także zupełnie dla nas nowej kliniki, w której koszt in vitro wraz z lekami wyniesie nas około 9.000 zł. W naszej klinice wydaliśmy na całą procedurę wraz z lekami, badaniami w trakcie stymulacji, mrożeniem zarodka, mrożeniem oocytów 13.500 zł. Wiem też, że w mojej klinice będę negocjować ceny. Jest jedna klinika (minimum jedna), która nie jest beneficjentem dofinansowania i proponuje swoim pacjentom zniżkę w wysokości dofinansowania.

Sporo decyzji przed nami: czy czekać na pewniaka na dofinansowanie, czy się doczekamy, czy zmieniać klinikę.

A na przyszły poniedziałek umówiliśmy się do Ośrodka Adopcyjnego.

Słuchajcie mam teraz pytania (z założeniem, że jesteśmy na suplementacji - ja: kwasy omega 3, wit. D3, wit. E, wit. A, wit. C, kompleks metylowany wit. B, magnez, potas, żelazo, NAC, koenzym q10, l-arginina, cynk; Mężuś: l-arginina, l-karnityna, l-glutation, koenzym q10, wit. C, wit. A, wit. E, kompleks metylowany wit. B, kwasy omega 3, wit. D3, geriavit, cynk, selen, kwasy ALA, prosperm; kolejne założenie: po przeczytaniu ulotki DHEA obawiam się go przyjmować, żeby nie rozwalić sobie hormonów):
1. jak poprawić jakość trofoblastu? (nasz jedyny zarodek miał ocenę 4.2.3.)
2. jak poprawić jakość zarodków? (zapłodniło się 5/6, embriolog powiedział, że wszystkie rozwijały się bardzo powoli i miały duży stopień fragmentacji, dwa zdegenerowały przed 3. dobą, jeden zdegenerował w 4. dobie, a jeden w dobie 4/5).

Wszelkie rady mile widziane.


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 września 2019, 17:16

miska122 Tęcza po burzy :) 31 lipca 2023, 15:01

12dpo beta 23,95
Przyrost 283,3%

Czyli jednak tam jesteś kropku? Zostań z nami ❤️

Gula Misja „bobas” ;) 13 sierpnia 2019, 23:15

No to tak....
W piątek 9.08 zobaczyłam cień na teście. Zrobiłam test trochę od niechcenia, ale z drugiej strony coś mnie podkusiło, to był prawdopodobnie dopiero 10dpo.
Mężowi miałam powiedzieć dopiero następnego dnia rano, po zrobieniu kolejnego testu. Ale nie wytrzymałam 😂
W sobotę 10.08 zrobiłam betę i progesteron, powtórzyłam je też w poniedziałek 12.08.
I tak to wygląda:
10.08
Beta: 31,9
Progesteron 27,3
12.08
Beta: 70,3 (przyrost o 125%)
Progesteron 30,7

Dwa razy już zdażyło się plamienie, tj na lekko brązowo zabarwiony śluz na papierze, po skorzystaniu z toalety.

Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Chociaż nadal jestem w szoku :)

Lalala Muszę uzbroić się w cierpliwoć. 29 września 2019, 08:17

Wyniki męża- parę parametrów lekko zaniżonych, ale martwi mnie upłynnienie enzymatyczne :-( w wartości czas zamiast liczby jest * a w sposobie upłynnienia enzymatyczny.czy to wyrok?


Wiadomość wyedytowana przez autora 29 września 2019, 09:49

gunia29 Już nie czekam na cud... 14 sierpnia 2019, 06:55

Niewiele spałam dzisiejszej nocy. Może dlatego,że było u nas wyjątkowo burzowo.
Jednak obudziłam się przed 6 i jestem już na nogach. Pobolewa mnie brzuch i prawy jajnik, wieczorem pokolicilam się z K o głupotę jak zawsze w tej części cyklu. Za oknem pochmurno o deszczowo także dzień zapowiada się świetnie. Wybieram się do rodziców, później jakieś zakupy...
Jutro czeka mnie rodzinny obiad u teściowej 😕 co roku na 15 sierpnia zjedzaja się ciotki...myślę jak przetrwać, jak się uśmiechać i odpowiadać na pytania.
Teściowa czasem jest bardzo ciężka,ale nie chcę jej robić przykrości...nawet gdybym musiała łyknąć coś na uspokojenie żeby nie ryczeć podczas pytań o nasze życie.
Może to trochę głupie,ale zawsze robiłam i robię tak żeby innym było dobrze, zapominam często w tym wszystkim o sobie.
Moją babcia zawsze powtarzała" jak sama siebie nie poszanujesz, to nikt tego nie zrobi" ,że ludzie patrzą tylko na to żeby im było dobrze...to było dawno,ale wartość tych słów doceniam po latach.
W sobotę chrzciny córeczki mojej Patrycji, obiecałam jej pomóc przy jakis przekąskach do domu, bo część oficjalna to tylko obiad,a później girl.
Mam nadzieję ,że @ będzie w miarę laskawa i dam radę wstać z łóżka bez garści prochów,bo szczerze mam ochotę na kilka lampek wina.


Potrzebuje resetu od życia....


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 sierpnia 2019, 06:56

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)