10t3d
Cukrzyca ciążowa stwierdzona... Czeka mnie pogadanka w poradni diabetycznej, a potem po tyg wizyta w szpitalu w celu kontroli, czy się stosuję, czy nie... Chwilowo mam wielki zamęt w głowie, przeszukuję internet czytając pilnie, co mogę a co nie.
Dostałam też Neoparin, i muszę się żgać codziennie. Tzn chwilowo chłop mnie kłuje, bo jeszcze boję się sama. Ale muszę się przełamać, co zrobić.
Grzecznie biorę dopegyt na ciśnienie 3x2. Oczywiście przed wizytą ciśnienie wywindowane w górę. Tak już mam i koniec, nic się z tym nie zrobi.
Trochę mnie kryzys dopadł, przyznaję. Boję się, że to nadciśnienie i cukrzyca (i kto wie co jeszcze...) odbiorą mi moje marzenia. Gdyby chodziło tylko o mnie, to bym te wszystkie leki i zalecenia chyba rzuciła w kąt. Ale teraz nie chodzi o mnie. Robię to dla dziecka, a dla dziecka wszystko, prawda?
Ach, i umówiłam się na prenatalne, ale to dopiero pod koniec miesiąca, bo terminarz napięty...
Na szczęście mam L4, lekarz mnie z takimi dolegliwościami nie chce puścić, a i mi się nie spieszy, bo w pracy jakieś kosmosy podobno. Wymyślają, wymagają, a nic w zamian. Dodatkowe stresy mi nie potrzebne.
3 dc (Estrofem 2x1)
@Marronek ze względu na znaczną odległość kliniki w przypadku świeżego transferu musielibyśmy jechać wiele km 2x w krótkim czasie lub zostać na miejscu, żadna z tych opcji nam nie pasowała, więc z lekarzem od początku ustaliliśmy, że nie będzie świeżego transferu. Po prostu dostosowali się do naszych potrzeb.
Nie mogę się skupić na pracy (wcale!), do tego herba stygnie za szybko, przerzuciłam się na kubek termiczny. Kurde terminy gonią, a ja przekopuję internety a pro po FET, albo siedzę na OF, mało to rozsądne. Od jakiegoś czasu nie przepadam za swoją pracą, za mało się tu dzieje, ale ze względu na starania o dziecko nie szukałam innej. Czekam, jeżeli zajdę w ciążę zostaję, jeżeli nie, wyruszam na zawodowy podbój świata, może się przebranżowię. Może zrobię przerwę od własnego życia za granicą. Tym czasem wracam do moich tabelek i wykresów.
Stary znowu lezy w szpitalu. "Choruje" na padaczke alkoholowa i poniewaz wczoraj wypil "tylko" piec piw, gdzie "norma" jest skrzynka, dostal sobie kolejnego ataku. Poklocilam sie z ratownikami, bo niby po co maja go wiezc do szpitala, jak sprawa jest jasna, niech mu dadza to, co zwykle, czyli plyny fizjologiczne i wystarczy. Ale sie uparli, bo z padaczka nie ma zartow, i zabrali tym razem az do M. ponad 30 km stad. No ja cie nie moge, jakie zawracanie tylka, co ja taxi jestem, zeby pijusa tyle wozic?! Kolega go chyba odbierze, mi sie nie chce. Kusi mnie zadzwonic do tesciow, zeby sobie synka odebrali, bo ja wysiadam. Nie nadaje sie do pracy, pieniedzy nie przynosi , a koszty generuje. Ja chora jestem i o wlasne zdrowie musze dbac, a nie o jego alkoholizm. Rodzina to matka z ojcem, bo rodzicow ma sie jednych, zon czy mezow mozna miec kilka, to tylko papier, nie wiezy krwi. W zwiazku z tym, szwagierka dostala dlugiego maila ode mnie ze szczegolowym opisem sytuacji. Niech teraz rodzinka zadziala wreszcie.
Edit: To jakas kpina. Ona mi pisze, ze mam sie wyprowadzic, bo jak stary zostanie bez srodkow do zycia, to sie ogarnie. Nie beda mu pomagali, bo to niby zona wedlug prawa jest najblizsza rodzina. Ponadto szwagierka jest dopiero co po poronieniu i ma w zwiazku z tym dosc wlasnych problemow. Tego jej wspolczuje bardzo, bo to zawsze jest niesprawiedliwe. Ale cholera, jaka sprawiedliwosc wymaga ode mnie kolejnej wyprowadzki?! Co to za swiat jest, ze czlowiek wiecznie sam z najgorszym syfem zycia musi walczyc?! Niech ten swiat juz zginie, niech sie ludzie nie mnoza, bo sa najwieksza pomylka Pana Boga. Dobra, szukam tego mieszkania, biore psa i auto i do konca roku sie wynosze. A zaraz potem skladam papiery o rozwod u normalnego adwokata. Takie sa plany, a zycie i tak zrobi mi na zlosc i je pokrzyzuje. Nic, zaryzykuje, do stracenia nie mam kompletnie nic, poza zdrowiem. A nie, wroc, zdrowia przeciez tez juz nie mam. Za 20 dni operacja. Gdybym miala pelno kasy, wynajelabym na tydzien po, w ktorym nalezy sie oszczedzac, jakiegos czlowieka do wyprowadzania psa. A tak coz, chuj, dupa i kamieni kupa.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2019, 22:30
Bez zmian.
Żyje, uśmiecham się , funkcjonuje normalnie ale w środku czuję pustkę. To nie mija. Coraz bardziej męczy mnie ten stan.
Tu na forum spotkałam się z dużo gorszymi sytuacjami jak moja więc do tego wszystkiego dochodzą wyrzuty sumienia, bo przecież ja nie tracę ciąż. Ja poprostu w nią nie zachodzę... 💔
Piszę posta, żeby sobie ponarzekać.
Chciałabym zrobić hsg, na które mam skierowanie. Biorąc pod uwagę koszty, jakie mnie czekają w klinice chcę je zrobić na NFZ. Jestem w szpitalu bielańskim od ok. 5h tylko po to, żeby się zapisać na konkretny termin badania... Byłam wczoraj, przedwczoraj. Za każdym razem mnie odsyłali, bo nie ma sensu, żebym czekała. Kazali przyjść dziś ok. 9, bo po obchodzie lekarz mnie przyjmie. No i przyszłam na wszelki wypadek ok. 8. Po jakichś 3,5h czekania zarejestrowali mnie. Teraz od 1,5h czekam na konsultację, na której lekarz zapisze mnie na termin badania.
Wykorzystałam dzień urlopu i masę cierpliwości. Na badanie pewnie tez trzeba będzie poświęcić kolejny dzień pracy.
Czy to standard czy tylko ja mam takie szczęście? 
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 października 2019, 12:32
W pracy od tygodnia wiedzą, że jestem w ciąży 
Rozmowa przeszła bardzo fajnie i lekko. Dyrektor pogratulował i stwierdził, że dziecko najważniejsze więc mam się niczym martwić.
Zabrali mi dyżury na korytarzach, co bardzo mnie cieszy. Poza tym mam spokojniejsze sumienie
bardzo mnie to cieszy. Ulga jest o wiele wieksza niż stres przed rozmową.
Maluszku mama się cieszy
i ty też się ciesz
to już 16tydzień ciąży!
13dc
Dziś mam ciężki dzień, w sumie wieczór.
Dzień zaczął się spoko, wszystko dobrze, bardzo miłe bzykanko aż nagle pod wieczór zaczęłam schizować... Zrobiłam test owu i zero śladu po drugiej kreseczce a w tym dniu cyklu już chyba powinna być widoczna choć trochę, rano była a wieczorem nic.. w środę w de jest święto i mamy wolne więc mój powiedział że jeśli chce to żebym sobie umówiła wizytę u mojej gin w pl i pojedziemy, ale biłam się z myślami że trochę szkoda kasy bo ile to na paliwo wyjdzie, za wizytę... A w ciągu 2 tygodni mają przyjść wyniki mojego i wtedy z nimi mamy przyjść do niej znów a z drugiej strony ciekawi mnie bardzo czy będzie owu w tym cyklu, czy są pęcherzyki, jak duże i kiedy mniej więcej owu ma być.. eh...
Skończyło się na kłótni z moim że znów świruje, że wszystko robimy co możemy i jeśli chce to pojedziemy a jeśli nie chce to nie i żebym nie świrowała. Kurde. Nie umiem nie świrować. Najbardziej dobija mnie to, że w de strasznie ciężko dostać mi się do ginekologa... A co będzie jak będę musiała mieć monitoring? Jak to zrobimy jak tu jest taki problem żeby iść w ogóle na wizytę 🤬 i tu jest właśnie mój problem i źródło mojego świrowania... Jakbym była w Polsce to mój by nawet nie wiedział a sama bym sobie dla świętego spokoju robiła badania itp. wolę coś zrobić niż zastanawiać się i wariować, lubię mieć jakiś plan i wiedzieć mniej więcej na czym stoję.
Jak już wspomniałam była kłótnia, płacz, później tulenie i przepraszanie, rozmowa no i powtórka seksu tym razem bez mojego finiszu bo jajnik mnie bolał w trakcie.
***
Mam nadzieję, że jutro przyjdą te wyniki we wtorek będą już 3 tygodnie jak na nie czekamy a powiedzili, że w ciągu 4 tygodni będą.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 listopada 2019, 18:39
Moje Drogie! zaczęłam żyć. W końcu poczułam się wartościowa. W ostatnim czasie było pare zdarzeń, które trochę mój nastrój pogarszały, ale generalnie jest bardzo dobrze. Sporo schudłam -8 kg. Chodzę na ćwiczenia 3*w tygodniu, więc liczę, że teraz zejdzie więcej. Kupiłam sobie pare nowych szmatek, weszłam prawie we wszystkie stare spodnie - jest fajnie. Moje największe pragnienie odzywa się gdzieś z tyłu serca, ale nie daję tym myślom zawładnąć moją głową. Od nowego cyklu wracam do kliniki, ale jeszcze się wacham, bo jest mi dobrze tak, jak jest teraz. Seks znów jest spontaniczny i sprawia przyjemność. Mąż patrzy na mnie z miłością, a nie z politowaniem. Prawie się nie kłucimy, a jeżeli to tylko o codzienne głupotki. Zawsze staram się świetnie wyglądać, ostatnio moim zmartwieniem było to, że pogoda popsuła mi ekstra fryzurę. Ja żyję, znowu żyję. Nigdy nie będę taka, jak kiedyś. Te wszystkie lata starań, dwa poronienia bardzo mnie zmieniły. Ale nie poddam się. Teraz mam więcej sił do walki, wroga już znam praktycznie od podszewki, więc wiem z czym przyjdzie mi się mierzyć. Kiedyś nie wiedziałam. Nie sądziłam, że to tak długo będzie trwało. Myślałam, że wystarczy "zaskoczyć". I wiecie co? Jeżeli nie będzie mi dane nigdy zostać mamą jakoś to przeżyję. W sumie powiem Wam, kiedy patrzę na to wszystko z dystansu to stwierdzam, że może to i dobrze? Będę żyć dalej, ale chcę wiedzieć, że zrobiłam wszystko co się dało. Żeby później iść dalej bez wyrzutów sumienia. Czuję, że tak trzeba. Poprostu żyć. Żyć i cieszyć się tym co mam. A mam naprawdę wiele. Nauczyłam się to doceniać. Bo w staraniach najgorsze było to, że nic i nikt więcej się nie liczył. Tylko to moje zasrane nieszczęście. Dość. Zobaczymy co los przyniesie. Nie spodziewam się by był łaskawy. I tak będę szczęśliwa...
Gadania ciąg dalszy.
90% tego co mówi, to bliżej nieokreślona chińszczyzna, ale wyrywają się:
widzisz, idziemy, jedziemy, chodź, myć, jemy i pierwsze pełne zdanie (nie wiem, czy można to zaliczyć) "co to jest"?
Przedrzeźnia po swojemu gdy sylabuję "nie wool-no" i rusza wtedy palcem z poważną miną. Kiedyś ją przyłapałam na dworze przy otwartym śmietniku, jak sama sobie tak groziła. Urocze 
Chce wyciągać rzeczy ze zmywarki. Jak zamiatam, to przynosi szufelkę, albo rozdeptuje to co aktualnie zamiatam (czasem nie chce mi się wyciągać rury od odkurzacza centralnego - bo ma 5 czy 6 metrów i nie chce mi się tego taszczyć).
Wszędzie za mną chodzi. Dzień po mojej pracy nie daje mi nic zrobić w domu, cały czas chce na ręce lub przytulać się. Ma alergię, gdy jestem przy zmywaku. Albo gotuję. Dlatego gotuję wieczorami, żeby na drzemce pisać
Czasem zastanawiam się, czy jest hajnidem.
Przy mężu nie zachowuje się tak.
Ostatnie 2 tygodnie mój sen był nikły i szukałam przyczyny - przestawałam funkcjonować. Wybudzała się i nie mogła zasnąć, żadne sposoby nie działały. Chodziłam nieżywa.
Poczytałam internety i wpadłam na pomysł, żeby ją wcześniej kłaść. I wczoraj eureka - po kąpieli zero wybudzeń, mimo, że zasnęła po 19, w nocy jedna pobudka, zjadła pierś, szybka zasnęła i spała do 7... Jak dla mnie super
Ciekawe, czy na dłuższą metę zadziała.
Aha i wiem czemu ostatnio tak kijowo się czuję - pogorszyły mi się wyniki TSH, mimo że biorę letrox 100 i teraz na zmianę biorę 125 i 100 co jest trochę dużą dawką jak na moją masę ciała. Poza tym mam Hashimoto (choć nie takie "typowe" bo tarczyca jest normalnej wielkości tylko obraz rozmoyty) Niemniej wiążę z tym nadzieje, że moje samopoczucie się poprawi, będę mieć więcej energii bo ostatnio najprostsze czynności mnie przerastają (brak energii i "podwójna robota" przy Małej
)
Dziękuję dziewczyny za zrozumienie, wiecie że tego czasem tak bardzo brakuje wokół nas... Co do KK i jego "niezmiennych" poglądów- nie pamiętam czy dobrze kojarzę ale kościół dawniej był przeciwny sekcji zwłok( dzięki temu medycyna ruszyła do przodu) i negował piorunochrony. Może faktycznie tak się zdarzyć że KK zmieni zdanie a naszych lat nikt nam nie wróci...
13 tydzień
widać widać widać
jest brzuś troszkę wypięty ale widać 
http://wrzucaj.net/images/2014/06/15/13_tydz1.jpg
z przodu trochę mniej ale boczkiem widać 
http://wrzucaj.net/images/2014/06/15/13a1a.jpg
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 czerwca 2014, 13:45
Owulacja była i minęła. Jak co miesiąc, nie wiem nawet kiedy. Staram się nie zaglądać do kalendarzyka, nie przejmować "za bardzo" dniami płodnymi, tylko regularnie uprawiać miłość 
Zaliczyłam pierwszą wizytę u ginekologa, na której przyznałam się oficjalnie, że mamy do czynienia z nieplodnoscią (w końcu za miesiąc- wraz z 1 rocznicą ślubu- minie rok starań). Wchodziłam do gabinetu z burakiem na twarzy, sama nie wiem czemu. Na dodatek w kolejce same kobiety w ciąży. Na szczęście byłam w dobrej fazie cyklu i nie przeszkadzało mi to- wręcz trochę bawiło 
Pani doktor zajrzala, zrobiła usg ginekologiczne, przejrzała wyniki badania nasienia męża. Podobno super, więc po powrocie dostał pochwałę 
Umowiłysmy się na monitoring cyklu, w sierpniu, po wakacjach.
Na razie pozostaje czekać i dalej cieszyć się sobą!
Zastanawiam się nas przejściem postu Dąbrowskiej. Kiedyś próbowałam, wytrzymałam 10 dni.Może warto? Może to pomoże?
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 lipca 2019, 19:47
Wtorek 6 dc / 27 cs
Rano wizyta w klinice. Wszystko dobrze, bez cyst, torbieli etc, okres dziś ostatni dzień. Czyli wszystko w normie. Powiedziałam o plamieniach, że są, były i już chyba będą... Mówię, że boję się czy to nie menopauza już mnie dopadła :p na co Pani dr w śmiech i mówi że sama nie wierzę w to co mówię i naciagam fakty. Nie żadna menopauza, bo za ładne jajniki i za wysokie AMH i mam nie wymyślać. Decyzja na ten cykl: za tydzień wizyta, ocena owu, zastrzyk, luteina zwiększona dawka + i o dziwo, jestem w szoku! Estrofen. W końcu! Nie wiem czy coś da, ale spróbujmy. Będzie jakby co odhaczone. Dodatkowo czystość pochwy + bakterie i w listopadzie w końcu histeroskopia z wycinkiem endometrium.
Ach i są wyniki z AOA - ujemne. Czyli cóż, wszystko u mnie w porządku. Chyba powinnam się cieszyć. Jestem zdrowa jak klacz...tylko mało rozpłodowa coś.
A nie... Właśnie sobie policzyłam. W listopadzie nie mogę mieć histero, bo akurat będę w tej Azji, a histero można zrobić tylko przed owu,która wypada akurat w środku naszej podróży. Heh, no właśnie życie
czyli posiewy jednak w listopadzie a histero w grudniu. Jakoś mi się wydaje że los ma na mnie swój plan a moje zdanie i chęci nie mają najmniejszego znaczenia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 października 2019, 16:19
- Męęęężuuuu - wymawiam cichaczem, ale przecież nic nie słyszy
- MĘŻUUULKUUU - syczę troche głośniej, pukając go jednocześnie łokciem co by na pewno się obudził...
- What? What? What happened? - bidok wystraszył się, że coś się stało
- Nic. Spać nie mogę, opowiesz mi jakąś historię?
Chrrrrrr.... Zaniósł się chrapnięciem tak jakby właśnie sprawa miejsca nie miała... Zawsze to samo. Ten jak zaśnie to już na amen. Ja zawsze zasypiam druga. Zawsze. Nie umiem tak ot w sekundę paść i już.
- MĘŻU! Budź się! - już stanowczo go szturcham w ramię - Sam mówiłeś, że mam cię budzić jak nie będę mogła spać. I teraz nie mogę. To ty też nie śpij, opowiedz mi coś - I aby upewnić się, że znowu nie zaśnie pociągam go za ucho, targam włos i wspinam się na jego wielką klatę.
Pisałam już kiedyś, że jestem inna. Okazuje się, że najprawdopodobniej ciążę też będę przechodzić inaczej niż większość dziewczyn. Każdy nowy dzień wydaje się podobny do poprzedniego. Wstaje na siku, jem śniadanie, idę do toalety na nr 2, pracuję i... pierdzę (tak dziewczyny, ja nie prykam, nie puszczam bączków ja poprostu jadę jak niedźwiedź i najnormalniej pierdzę! całe szczęście że ostatnio pracuję z domu), jem lunch, pracuję, szykuję kolację i po kolacji na nowo... akcja pierdzenia. I tak cały tydzień mojej nowo odkrytej ciąży spędzam w większości na bezwonnym choć głośnym popierdzywaniu. Pańcio już nienajchętniej siada ze mną do telewizora wieczorem, w łóżku zawija mnie kołdrą w naleśnik a sam śpi pod kocem i co rusz wymyśla to nowe przezwiska szydzące z mojej nowej nie-lejdis-natury. I tak oto w 1 tydzień zostałam: Bob the Builder, Farty Pants oraz Smelly Cow. A przede mna jeszcze ponad 40ści... Bosz...
Najprawdopodobniej po tym pierdzeniu tak mi się organizm oczyszcza ze zbędnych gazów, że chapając świeże powietrze wieczorem w łózku za nic nie mogę zasnąć. Cały tydzień kręcę się jak szczenie srać, na lewo, na prawo, na wznak, na brzuch, noga na gaszka, jego noga na moich plecach, to spycham ją i tulę się w łyżeczke. I już kilka dobrych dni mówi mi, żeby go obudzić, ale serca nigdy nie mam. No co ma się męczyć ze mną, niech śpi! Ale tej nocy mam jakąś głupawkę załączoną, jestem jakoś podekscytowana, jeszcze nie wiem czym, może tą nową wizytą u doktóra państwowego z samego rana? A co! Niech wie, że spać nie mogę. Nawet jak coś to przecież ja do pracy z rana muszę wstać nie on. On ma jeszcze wakacje do końca marca!
Nie ma bata. Leżę na jego klacie i marudzę. Czochram mu ucho i naciskam na jakąś bajkę. Delikatnie mnie z siebie spycha, przekręca na bok, wtula się w łyżeczke i szepcze do ucha gładząć moje udo:
- Wyobraź sobie nas razem... ja... ty... i Soti... na plaży... Świeci słońce... wietrzyk wieje... na plaży nie ma nikogo poza nami. Biegasz za nim po piachu a ja tylko na was patrzę z uśmiechem. Robicie babki z piasku, ja mu pieluchę zmieniam a ty nalewasz kawę...
Czuję jak kąciki ust rozchodzą mi się na boki w uśmiechu. Przeciągam się jak dżdżownica na mokrym asfalcie... zasypiam...
I co mi się śni????
Że spędzam przedpołudnie u szewca i on mnie uczy przyklejać cholewkę do buta... Bosz... Ja chyba do psychiatry z rana powinnam iść a nie ginekologa! http://smileys.sur-la-toile.com/repository/divers/zarbi-9782.gif
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 lutego 2014, 21:40
http://wrzucaj.net/images/2014/06/21/1400628645xzncbs600.jpg
każdy dzień odkąd wiem o tym, że jesteś to cud:)
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 czerwca 2014, 15:08
20 dc / 7 dpo
Powtórzyłam rano test, przeraźliwie biały, ktoś mógłby powiedzieć, że za wcześnie, że jeszcze jest szansa, ale niestety nie u mnie. Temperatura wzrosła po dwudniowym spadku o 0,1 jednak nadal ma za niskie jak na ciążę wartości, w cyklach ciążowych była minimum o 0,2 wyższa niż aktualnie. Jest jeden plus tej sytuacji, przynajmniej do terminu miesiączki, mogę się oswajać z myślą, że znowu nie poszło (oczywiście łudząć się gdzieś w środku, że może tym razem ciąża będzie wyglądać u mnie inaczej). Marne pocieszenie, ale zawsze. Tym czasem jest mi zwyczajnie bardzo przykro..
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 października 2019, 16:51
Wyniki KIRów
Genotyp Bx
obecne: 2DL1, 2DL3, 2DL4 norm, 2DS1, 2DS4 (del-22bp), 3DL1, 3DL2, 3DL3, 2DP1, 3DP1 norm
nieobecne: 2DL2, 2DL4 del, 2DL5 (grupa1), 2DL5 (grupa2), 2DS2, 2DS3, 2DS4 norm, 2DS5, 3DS1, 3DP1 var
Czy wiem coś więcej? Niewiele, może tylko to, że samo "wyluzuj" i "odpuść" nie pomoże w urodzeniu dziecka...
Jakaś złota rada? Interpretacja?
Aktualizacja poprzedniego wpisu:
odczekałam swoje w szpitalu i ostatecznie cel został osiągnięty: zapisałam się! Trwało to jakieś 2 minuty. Pani dr zerknęła tylko na skierowanie i wynik posiewu z kanału szyjki macicy, zapytała o datę ostatniej miesiączki i wpisała mnie na badanie... na jutro, tj. 8dc
PS: chciałam tylko zaznaczyć, że jak już się doczekałam na swoją kolej to zarówno panie w rejestracji, jak i pani dr były bardzo sympatyczne. No i co najważniejsze - jakieś 700 pln zostaje w kieszeni. Badanie mam umówione na 9, ale Pani dr powiedziała, że najlepiej jakbym była już od 7.30, żebym nie "zaginęła w tłumie" 
Dzisiaj wzięłam pół dnia urlopu w pracy, na jutro planuje kolejne pół dnia (podobno badanie powoduje jedynie dyskomfort i można spokojnie iść do pracy). Tak udało mi się "dogadać" z szefową 
A i jestem z Wawy :p
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 października 2019, 21:58
3 tabletki za mną
jakie ja mam ssanie w żołądku po nich.... nigdy w życiu tyle razu w ciągu dnia nie umierałam z głodu 
dzisiaj miałam iść na pobranie krwi ale odruchowo zjadłam śniadanie i d...
może jutro mi się uda być na czczo 
Niki354 kresek na ścianie nie ma ale w kalendarzu są
polecam
trzeba sobie jakoś radzić żeby nie zwariować
Edit.
Odebrałam wyniki, morfologia bez szału ale raczej nie jest źle, natomiast cukry to mnie zaskoczyły.. Takiego wyniku to ja się nie spodziewałam... tak niskie te cukry i to tego rosnące.
Na czczo 78,49
po 1h 99,82
po 2h 107,94.
Niby w normach się mieszczą więc cukrzycy ciążowej nie ma, aczkolwiek dosyć niskie one, nie wiem czy to też nie jest źle... wysłałam lekarzowi, czekam na info.
Niech ten czas leci, a ty maleństwo rośnij zdrowe i prawidłowo!!🤞🤞✊✊ Wierzę, że będzie dobrze!!! 🤞🤞✊✊
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.