@ przyjdzie jutro. Wiem to. Mam szanse na zabieg w październiku...
Chociaż oczywiście z tyłu głowy mam myśl MOŻE STAŁ SIĘ CUD. Naprawdę byłby to cud, jeden jedyny raz w tym cyklu... Ale mi się cuda nie zdarzają. Dziś praktycznie cały dzień pobolewa mnie brzuch. Zwykle było tak, że bolał i w ciągu pół godziny- godziny przychodziła miesiączka. W poprzedniej i jedynej ciąży też miałam bóle. Tym razem to napewno przez to, że wszystko musi wrócić do normy po lamettcie. Nie mogę się nakręcać. Muszę przestać się łudzić.
19dc
3dpt
7 dni do testowania
Fizycznie - bez zmian. Przypominam balonik a w macicy od czasu do czasu odczuwam kłucie.
Psychicznie - na huśtawce. Wczoraj do poludnia było w miarę. Wieczorem już sobie coś wkręciłam ze się nie udało. Biorąc wieczorem prysznic myślałam o tym co zrobię jak się nie uda, ze może wezmę następny dzień w pracy wolny żeby popłakać w spokoju kiedy nagle poczułam ból w zębach i uświadomiłam sobie jak mocno zaciskam szczęki. Niby staram się być spokojna i zrelaksowana ale ta jedna rzecz pokazała mi jak bardzo to wewnętrznie przeżywam i jak dużo inwestuje wysiłku żeby się nie rozsypać.
Dzisiaj dół totalny. Od rana jestem przekonana ze się nie udało. Staram się patrzeć na to realnie, przecież jeszcze nic nie wiadomo ale łezki czają się za zakrętem i w każdej chwili utraty stabilności mogą popłynąć niepowstrzymanym strumieniem. Na razie zwalam na hormony. Ale ten ciężar w duszy, ze znowu się nie udało strasznie mnie przygniata. Zasypiając miałam takie przemyślenia ze zanim zatestuję to właściwie jednocześnie jestem w ciąży i nie jestem w ciąży (coś jak z kotem schrodingera który jednocześnie jest żywy i martwy zanim się zajrzy do pudełka i sprawdzi). No wiec tak na dobrą sprawę tak samo jestem w ciąży jak i nie jestem - na razie nie powinnam się tak tym przejmować i myśleć ale łatwo powiedzieć a trudniej zrobić. Miałam się zająć pracą a tu luzy takie ze mam tylko więcej czasu żeby rozmyślać. Żałuje ze nie wzięłam L4 - leżałabym w domu i oglądała Netflixa i przejmowała się bardziej życiem serialowych bohaterów niż własnymi przeżyciami. A tak tylko tu siedzę i szlag mnie trafia. Muszę słuchać zachwytów nad koleżanką która właśnie urodziła drugie dziecko i gratulować koledze z pokoju narodzin synka. Boli to bardzo w tej niepewności i potęguje strach. W domu bym się zamknęła przed wszystkim i udawała ze świat dzidziusiów nie istnieje. 🥺 a tu muszę być dzielna i stawiać wszystkiemu czoła z godnością. Ehh i tak trzeba pchać dalej przed sobą ten wózek obłędu...byle do przodu.
Ostatni cykl trwał 25 dni. Najkrótszy w moim życiu. Oczywiście poprzedzony plamieniami. Wychodzi na to, ze w 11dc kiedy pobolewalo podbrzusze być może miałam owulacje. Jak się tylko skończy zacznę robic testu owulacyjne. Jeśli znów zaobserwuje ten ból i pokryje się w miarę z dodatnim testem i śluzem płodnym, to będę miała trochę więcej pewności co do dnia owulacji.
W międzyczasie mąż stwierdził, ze cieszyłby się jeśli bym zaszła teraz w ciąże, ale wolałby żeby to nastąpiło za kilka miesiecy, ogólnie w tym roku. Mówi, ze udało nam się za pierwszym razem, to znaczy ze z nami wszystko w porządku i ze nie musimy się spieszyć.
Tez tak myślałam, aż w grudniu zaczęły się te dziwne rzeczy, plamienia w drugiej części cyklu, skrócony cykl. Teraz boje się, ze coś się pochrzaniło i może nie być tak łatwo.
13tc+1
Jesteśmy po usg prenatalnym i prawdopodobnie mam w brzuchu zdrowego Bąbla
A to jest największe szczęście na świecie!
Początkowo nie chciał współpracować w ogóle. Nie dość, że zakopał się w tym brzuchu gdzieś tak głęboko, że próbując zrobić usg przez brzuch było widać tylko i wyłącznie moje jelita
I nawet doktor stwierdził, że serio głęboko siedzi. No to jeszcze przy usg dopochwowym wyszło, że w ogóle śpi, ma nas w nosie, jest wypięty plecami, czasem machnie ręką jak go szturchniemy, ale generalnie mamy spadać
No i jedyne co się dało to zmierzyć go na długość. Żadna przezierność, żaden nos itd.
Zostaliśmy z mężem wysłani na randkę (kawa i ciasto
) z poleceniem powrotu za godzinę. Ustaliliśmy już wtedy, że zrobimy podejście o 9:00 i jeszcze ewentualnie o 10:00, a jak nadal nic to widzimy się czwartek/piątek (już mnie szlag trafiał na samą myśl
). Doktor mówił, że ogólnie każe pacjentkom w takich sytuacjach skakać, ale ja jestem krótko po tym krwotoku i wiadomo - jeszcze bez szaleństw.
Poszliśmy zatem na ciasto (Tosia była w domu z babcią) i to była całkiem spoko opcja 
Po powrocie pan doktor nas skwitował, że z nami zawsze coś i że "Jak nie zus, to .... (nazwisko wykropkowałam)" 
Byłam pewna znając te moje dzieci, że nadal będzie leżeć tak samo, ale nie! Książę lub księżniczka obrócił się!
Doktor zmierzył raz nt, a ten znowu się na nas wypiął
Mówię wam te dzieci!
A prenatalne przecież są turbo ważne, dla nas to w ogóle. No i mówi nam lekarz, że on musi to nt zmierzyć trzy razy, a nie raz, bo raz to się nie liczy. Ile my się namęczyliśmy dziś z tym dzieckiem
Szturchane z każdej strony, ja się śmiałam, kaszlałam na zmianę, a ono tylko ciągle rękami nas odganiało, jak natrętną muchę 
No, ale dobra już kończąc! Bąk na usg wydaje się być całkowicie zdrowy
Nt malutkie, kość nosowa widoczna z daleko, serduszko prawidłowe, nie ma żadnej niedomykalności, w głowie wszystko prawidłowo i równo rozwinięte. Dwie rączki i dwie nóżki, a co pomiędzy nóżkami to jeszcze nie wiadomo - i się wcale nie zdziwię jak z tym dzieckiem się prędko nie dowiemy 
Krew na pappe pobrana, jutro prawdopodobnie wyniki.
Dostałam też nowy glukometr, który łączy się ze smartfonem, ma aplikacje sweet pregna i w ogóle 😅
Kolejna wizyta 18 lutego. Zdjęcia żadnego sensownego nie mam, bo to dziecko ewidentnie nie miało ochoty dzisiaj z nami współpracować.
6,4cm Bąbla! Widzimy się w lipcu 😍😍😍
Z jednej strony jest mi lżej jeśli mogę z kimś pogadać o staraniach, badaniach, wizytach u lekarza itp. Ale z drugiej strony czasami myślę, że może lepiej byłoby milczeć. Po rozmowie z moją siostrą żałuję, że zaczęłam jej się zwierzać z naszego problemu. Ostatnio powiedziałam, że idziemy na konsultację do invicty. Ona na to, że jej znajomej siostra leczyła się w invikcie i to był niewypał i mamy iść do gamety. Ok, może w jej przypadku tak było, ale nie można wrzucać wszystkiego do jednego worka. Każda historia jest inna... Poza tym to tylko bezpłatna konsultacja, więc czemu by nie skorzystać? Następnie zaczęła mi udzielać "dobrych" rad typu musimy się kochać jak najczęściej, nawet parę razy dziennie, bo to na bank pomoże. Robiła to niezwykle natarczywie, a na każde moje sceptyczne słowa (np. dokładnie wiem, kiedy mam owulację i uwierz mi, wykorzystujemy każdą okazję, ale myślę, że co dwa - trzy dni było wystarczające, żeby przez 10 miesięcy zajść w ciążę) reagowała złością bo przecież "ona wie co mówi, bo ma dzieci, a ja nie" (sic!). Stanowczo i grzecznie powiedziałam, że nie oczekuję od niej żadnych rad. I myślę, że na tym skończę informowanie jej o naszych staraniach.
Wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy znalazłam dla dziecka... Czuję taką pustkę...
Miałam czas, w którym nie myślałam o tym wszystkim tak intensywnie... Wiem, że na wiosnę chcemy zacząć budować dom i byłoby nam o wiele wygodniej zostać rodzicami dopiero po jego ukończeniu. Zaczęłam też studia. Ale rzuciłabym wszystko by móc przytulić moje dziecko...
Dzisiaj spędziłam pół dnia na czytaniu o immunosupresji...skutki uboczne jednak raczej w większości się zdarzają, ale jestem w stanie przetrwać wszystko...tylko czy to da pozytywny efekt? Zapisałam się już do reumatologa i immunologa po to,aby przepisali mi badania, które należą mi się na nfz po 3 stracie...zobaczę czy dadzą mi cokolwiek z listy, którą mam zrobioną...
Od poniedziałku nie piję słodkich napojów, ograniczam słodycze i spróbuję częściej wychodzić na spacery... na początek mój cel to 5kg...wiem, że waga także jest ważna przy staraniach, więc i dla swojego samopoczucia przy okazji coś postaram się zrobić 
Stan emocjonalny na dziś? Obojętność, chęć działania, strach.
No i nastał nowy 2021 rok...
Po decyzji o skorzystaniu z dawcy bardzo nie mogłam się go doczekać...
Dzis 1 dc.... I wiem, że powinniśmy już myśleć o zapisie do kliniki... Ale... No właśnie znowu to ale...... Mąż nie zaczął tego tematu od wtedy.. Od "podjęcia" tej trudnej decyzji... A ja??? Ja znowu mam w głowie milion myśli na ten temat 😐😐😐🤦♀️
Milion za i milion przeciw....
Wiem, że jedyna opcja dla nas jest dawca (mąż nie chce adopcji) ale ja kurcze znowu mam wątpliwości czy to będzie dobra decyzja, czy ta decyzja nie skomplikujemy sobie życia, czy mąż nie będzie patrzył na dziecko jak na obce.... Kur** a mieliśmy już sytuację wyjaśniona...
Melduje się.
Byłam w tamtym tygodniu u lekarza. Z przerażeniem jechałam bo zaczęły mi się krwawienia. Niestety nie plamienia ale żywa krew. Powiem szczerze miałam.najgorsze przeczucia. Ale na wizycie lekarz i ja byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni bo mimo że to było bardzo wczesny etap było widać bijące serduszko. Prawie się rozpłakałam. Krwawienia ciągle mam więc ciągle się strasznie martwie. Za tydzień kolejna wizyta i będę wiedzieć coś więcej.
Martwię się bo wychodzi że owulacja była wcześniej i że możliwe że będąc już w ciąży byłam na depilacji laserowej. Boje się że to mogło mieć wpływ na dziecko. Już nie mówiąc o winie które wypiłam na świętach i sylwestrze.
Głupia ja...
Esperanza od kilku dni próbuję się do Paśnika dobić...jutro będę wydzwaniała aż ktoś odbierze, bo ciekawi mnie właśnie jego opinia w mojej sytuacji...
Jestem na tej stronie na fb ale tam strasznie ciężko coś złapać, bo wiele dziewczyn próbuje się do doktora dostać, ale będę cały czas próbowała 
Wiadomość wyedytowana przez autora 31 stycznia 2021, 20:37
Dzisiaj 12 dni po IUI test dalej negatywny, pewnie już nic się nie zmieni. Już w większości mam dość latania po lekarzach. Dalej chce próbować ale już chyba zaczyna braknąć mi sił, 9 długich lat i dalej stoję w miejscu. Ile kobieta musi znosić żeby zajść w upragnioną ciążę to w głowie się nie mieści, a kiedyś się bało i myślało się że wystarczy jeden wtrysk i bam ciąża... We wtorek następny test a w środę będę jechać na betę, zero objawów oczywiście więc napewno już wszystko znowu stracone. Chyba nigdy nie będzie dane mi zajść w ciążę 😔 za 5 msc kończę 28 lat a pamiętam jak by to było dziś jak mając 18 lat 5 miesięcy do 19 zaczęłam przygodę z leczeniem. Lekarze się dziwili ze dlaczego w tak młodym wieku chce dziecko a tym bardziej przy pomocy lekarza bo przecież młoda jesteś mówili... A ja dalej w ciąży nie jestem, nie byłam... Wiedziałam już wtedy że muszę się leczyć bo od 15 roku życia wspolzylam bez zabezpieczeń i nic się nie działo. Głupia gowniara nieodpowiedzialna powiecie ale ja czułam od najmlodszych lat że będę miała problemy. Mając 14 lat kiedy to pierwszy raz zaliczyłam, pamiętam do dziś jak powiedziałam do mojego byłego męża że boję się zacząć tak szybko bo będę miała problemy z zajściem w ciążę i co wykrakalam sobie w wieku 14 lat 😪😔
Bylam na podaniu accofilu. Kiedy lezalam na fotelu po podaniu leku dzwonil embriolog, wiec nie moglam odebrac i oddzwonilam.
- A cooo? Nie chce pani odebrać ode mnie?
- Chce chce, tylko akurat na fotelu ginekologicznym lezalam.
- No dobrze. To bylo 9 oocytow, jedna sie zdegradowala, jedna byla niedojrzala. Moglismy zaplodnic 6 w pani wieku, zaplodnilo sie 5.
-Yhy...
- Co yhy?
- No ciesze sie, to ladnie, tak?
- Bardzo ladnie!
Następny telefon w piatek. Walczcie nasze Kruszynki!!!
Koszt:
Podanie leku: 180 zl
Dziewczyny z calego serducha dziekuje za cudne komentarze, zawsze wiecie co powiedziec zeby mi sie podkowka w druga strone odwrocila!!!!!
Dzisiaj dzwonili do mnie ze szpitala z kliniki i wydali pierwsze rozporzadzenia w sprawie mojego ivf.
5.02 zaczynam brac progynova przed snem ( 4 tabletki)
13.02 pierwsze usg
14.02 koncze brac progynova
Tak mi sie wydaje, ze tak to sie pisze. Teraz mam tylko czekac, az firma kurierska skontaktuje sie ze mna, zeby dostarczyc wszystkie lekarstwa. No to zaczynamy....hm znaczy sie w lutym, za dwa tygodnie. Smialismy sie z mezem, ze metody naturalne zawiodly, wiec koniec z seksem na 2 miesiace.....i oddajemy sie w rece lekarzy
taki czarny humor nas dopadl. Wiem, ze od tego momentu czas bedzie sie wlokl powoli, ale jestem na to przygotowana.....przynajmniej tak mi sie wydaje na dzien dzisiejszy 
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 stycznia 2020, 23:10
wróciłam wczoraj wieczorem.
dzisiaj rano miałam testować, ale nie zdążyłam. dostałam plamienia.
nigdy nie jem czy to już 1 dc czy ostatni poprzedniego cyklu.
krótki ten cykl - 24 dni.
zastanawiam się skąd skołować kasę na wizytę... no i na leki bo ja tu walczę z dniam codziennym a co dopiero takie wydatki.
mam mikro poduszkę finansową, ale muszę zapisać się do końca miesiąca na egzamin zawodowy. postanowiłam, że w końcu muszę to zrobić. zwlekałam przez całe starania, ale mają zmienić warunki przystąpienia i mogę się nie załapać.
to moja szansa na awans i podwyżkę, furtka do większych firm.
mam niezły mętlik w głowie:/
Ten cykl jest bezowulacyjny... ale jest dalszy plan ... wracamy do stymulacji ... tym razem lametta + pregnyl, takze teraz troche luzu zeby wrócić z nowymi siłami i walczyć z pomocą o szczęście 🙂
Kochane moje... 😘
Będzie długo, bo muszę opisać w skrócie pol roku życia 😅
Dawno mnie tu nie było. Od kwietnia a mamy październik czyli pół roku. Wiele się wydarzyło przez ten czas. Nie pisałam tutaj musialam odpuścić bo za dużo mnie to kosztowało, to śledzenie objawów a ciągle nic z tego 😔
Za każdym razem myślałam że to objawy ciążowe bo @nie ma mimo 34 35, 36 dnia cyklu. Ale niestety to tylko złudzenia. Jak się później okazało miałam bardzo rozregulowany cykl, myślę, że przez leki. W dużej mierze przez luteine która bralam zgodnie z zaleceniem gino między 16 a 18dc.
Powtarzam raz jeszcze‼ Nie wierzcie w to i nie słuchajcie! Lekarze, którzy się znają powiedzieli mi że przez to się wszystko rozregulowalo, a stres zrobił swoje.
Kazdy progesteron bierzemy ze 2 dni po ovu. Jeśli mierzymy tempe i robimy testy to wiemy kiedy to jest i dopiero zaczynamy proga ‼
Moje cykle, w maju, czerwcu i lipcu miały między 34 a 37 dni. To trochę coś nie tak.
Wiedziałam, że coś nie gra i muszę coś z tym zrobić bo Lux med nic mi nie pomagał a wręcz szkodził. Oni nie mają wiedzy i czasu żeby rozprawić się z tematem.
Na początku sierpnia byliśmy na urlopie. Tak bardzo chciałam, żeby to był ten miesiąc.. miesiąc kiedy rok po poronieniu zajdę znowu w ciążę. Na wyjeździe miałam plodne, wszystko było pięknie. Ale niestety skończyło się tak jak zawsze. I już wtedy na urlopie obiecałam sobie, że jeśli się nie uda ten ostatni raz to po powrocie umawiam się w klinice leczenia niepłodności.
I stało się... pierwsza wizyta 28 sierpnia czyli dokładnie w rocznicę poronienia. Czy to dobry termin? Nie wiem... Ale chyba dzięki tej wizycie nie myślałam o tym co mnie spotkało i nie płakałam. Myślę ze inaczej przeplakalabym cały dzień. A tak zajęłam się wizytą i wzięłam się w garść.
Wizyta była długa i naprawdę kompleksowa. Szczegółowy wywiad, choroby w rodzinie, przyniosłam całą moją dokukentacje przed roku i czekałam na instrukcje.
Tą lekarkę poleciła mi przyjaciółka, której znajoma z zespolem policystycznych jajników zaszła w dwie zdrowe ciaze.
U mnie było tylko podejrzenie bo w lux med nie potrafili jednoznacznie określić mimo comiesięcznego monitoringu cyklu.
W każdym razie już na pierwszej wizycie po spojrzeniu na moje wyniki i USG doktor od razu na wejściu zapewniła o 3 rzeczach: policystyczne jajniki na bank, insulinooporność do leczenia i podejrzenie nadkrzepliwosci krwi.
Dodatkowo USG w klinice potwierdziło PCOS i mało tego... wykryto u mnie torbiel na prawym jajniku. Szok był i dla mnie i dla niej bo ostatnie USG byko sprzed 2 tygodni i wszystko było książkowo.
Od razu dostałam skierowania na wszystkie badania, panel mutacji trombofilii, wymazy na choroby weneryczne, jakieś komórki rakowe, torbiel do kontroli. Recepta na metformine, bo cukier był dla mnie jak kwas i musiałam to leczyć. A najważniejsze zmiana diety na niski IG, dużo wody 2-3l dziennie (nadal nie wiem czy tyle pije ale piję dużo więcej, myślę że koło 2l) no i aktywność fizyczna.
Oczywiście wdrożyłam wszystko, poza aktywnością bo u mnie ciężko przy siedzącej pracy ale częste, szybkie spacery. No i totalne wyeliminowanie słodyczy co było trudne, no i zero białego pieczywa itp.
Kochane w poniedziałek 19 października byłam na drugiej wizycie w klinice. Po drodze potwierdziły się u mnie mutacje i nadkrzepliwosc, przez co muszę brać heparyne jak tylko zajdę w ciąże.
Ostatnie pol roku było dla mnie bardzo trudne. Co miesiac mialam nadzieję, że się udało. A jak robiłam badania to jak tylko wyleczylam jedno to wychodzilo coś innego. Ale mniej więcej datą graniczną kiedy odpuściłam był ten sierpień czyli 1 rok po poronieniu. Gdzieś tam w głębi mialam nadzieje, ze zajdę w ciąże do roku po poronieniu i liczyłam na ten sierpień. Kiedy ta data minęła i już wiedziałam że nie udalo się wrzuciłam na luz.
Po pierwszej wizycie w klinice robiłam wszystko zgodnie z zaleceniami pani doktor. Nie napisałam się i czułam taki dziwny wewnętrzny spokój. Mimo dużych kosztów bo w ciągu 3 dni na szereg badań z wizytą w klinice wydałam łącznie 1500 zł. Ale czułam spokój, czułam się zaopiekowana i wiedziałam że ktoś kontroluje mój stan i nie muszę sama się domyślać jak dotychczas. Dotychczas sama prowadziłam sobie całą diagnostykę. Jak tylko przeczytałam coś co odpowiadało mojemu stanowi to umawiałam się na konsultacje w lux med i prosiłam o skierowanie a później konsultowałam wyniki. Niestety w lux med nikt nie patrzy an wyniki całościowo. Kazdy lekarz analizuje tylko swoje wyniki i przez to nikt przez rok nie zauważył PCOS, ani insulinooporności, ani mutacji.
Pozniej w klinice dowiedziałam się, że gdybym rok wcześniej już w pierwszej ciąży brała metformine to możliwe że już wtedy uratowalabym ciążę.
Ale nie ma co rozpamiętywać...
W poniedziałek 19 października na drugiej wizycie doktor w klinice zrobiła mi USG zeby sprawdzić co i jak. To był 26dc, 9dpo. No i okazało się, że miałam piękną owulację z lewego jajnika, endometeoum też ładne. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co wydarzy się później...
Badania już miałyśmy więc wiedziałam co robić. Wdrożono u mnie kwas metylowany który lepiej się wchłania bo mam tą mutację. No i przez zbyt wysoką homocysteine przepisała mi oddzielnie witaminę b6 i b12 w określonych dawkach b6 50mg, b12 10mg. Poza tym Prenatal Uno który i tak zawiera kwas metylowany. Po miesiącu brania tych leków miałam się udać na badanie homocysteiny.
Od tego dnia doszły mi kolejne leki, od tamtej pory biorę 11-12 tabletek dziennie.
No to do sedna kochane 😊
Po tej mojej owulacji 10 października temperatura sobie powoli rosła. Później 8dpo miałam spadek, trochę mnie zaniepokoił ale w moich cyklach nic mnie już nie zdziwi. Bardzo cieszyłam się, że już nie mam plamień w fazie lutealnej. Odkąd brałam metformine moje plamienia ustały tj. Od 2 miesięcy. Poprzednio 4 cykle z rzędu było plamienie przed @, które trwało po kilka dni.
No i od tego wlansie spadku temperatury zaczęłam zaznaczać sobie objawy, które się pojawiały. Zupełnie nie bralam ich pod uwagę bo nieraz jak bralam luteine i dupka to miałam wszystkie ciążowe objawy a ciazy nie było. Ale tym razem zaczęłam brać dupka dzień po pojawieniu się rozdrażnienia i innych objawów.
Z objawów które odnotowałam kilka dni po ovu był wzrost apetytu, czestomocz, zmęczenie, rozdrażnienie i wahania nastroju i jakieś tam minimalne mdłości wieczorami.
Od 12dpo temperatura z dnia na dzień rosła. Objawy przybierały na sile. Coraz większe mdłości, zgaga i zmęczenie. Siusiu chodziłam już bardzo często, czasem nawet w nocy i z samego rana co mi się nie zdarzało. Zazwyczaj siusiam Max 4 razy dziennie a ostatnio musiałam nawet 7-8 razy dziennie, tak co 1,5-2h.
W nocy z 11 na 12dpo obudziła mnie mega zgaga, aż mnie zbierało na wymioty. Była 2 w nocy, nie mogłam przelykac. Zgaga piekelna, piłam wodę jak smok wawelski. I właśnie jak się rano obudziłam to odnotowałam wzrost tempki był to 29dc a za 2 dni miałam termin @.
Tak naprawdę od wtedy zaczęłam coś podejrzewać ale bałam się nawet o tym myśleć. Stwierdziłam, że jeśli w 30dc tempka nie spadnie to zrobię test.
30cd/31
Ranek... strach przed mierzeniem. Zmierzyłam...
37,09 🤞😯 Wzrost serio?! Nadal nie wierzę.
Dzisiaj miałam być test... strach był jeszcze większy. Ale co ma być to bedzie...
No i sikam... zrobiłam test odłożyłam na miejsce, umyłam ręce. W mieszkaniu była jeszcze moja siostra i mąż, chciałam być wtedy sama, żeby nie widzieli mojego stanu psychicznego.
I kiedy chciałam wziąć test do ręki i pójść z nim do pokoju i poczekać przepisowe 5 minut... zamarłam...
Moim oczom ukazały się dwie kreski... oczywiście jedna bledsza ale za to bardzo widoczna. Pokazała się zaraz po umyciu rąk! Nie minęło 5 minut! ❤
Nie wierzyłam.. zaczęłam się trząść...
Patrzyłam na ten test jak sroka w kość z takim oslupieniem. Milion myśli w głowie.
https://zapodaj.net/0ada7c5110a1a.jpg.html
Wzięłam test poszlam do pokoju gdzie była siostra i mąż. Cala roztrzęsiona położyłam test w niewidocznym miejscu i położyłam się pod kołdrę. Czekałam aż siostra wyjdzie do pracy. Wyszła..
Leżałam nadal oslupiona... chyba strach przed tym wszystkim co może się wydarzyć był większy niż radość z tych dwóch kresek. Bałam się cieszyć, było za wcześnie. Po tym co przeszłam bałam się, że to mi się wydaje albo że beta nic nie pokaże.
Mąż zapytał co się dzieje, nie wiedziałam czy mu powiedzieć, nie chciałam.. ale nalegał. Pokazałam test. Oczywiście zapytał co to znaczy.. bo takie same testy robię owulacyjne.
Powiedziałam, że to znaczy to co myśli i że się boję. Ucieszył się. Ja się rozpłakałam. Nauczony doświadczeniem mowil ze jeszcze nic nie wiadomo i żebym się nie nakrecala. Powiedziałam ze boje się i wiadomo ze wszystko sie może wydarzyć ale jednak test jest wiarygodny bo są dwie pewne kreski, nie cień... wyraźne kreski i objawy mnie nie mylily.
Dzien wcześniej umówiłam się na pobranie krwi wlansie na dzisiaj bo te objawy były podejrzane i dobrze zrobiłam.
Rano miałam jeszcze spotkanie z klientem, byłam mega rozkojarzona, a zaraz po tym poszłam na betę i proga.
O 18.30 przyszły wyniki:
Beta 161 mIU/ml ‼
Prog 16,10 ng/ml
Od razu powiedziałam do męża, no to jedziemy do apteki po heparyne. To zdanie było dla niego oczywiste. Jestem w ciąży!
Był piątek, wysłałam wieczorem wyniki do kliniki i czekam na jakiś kontakt. Dzisiaj jest niedziela. Nie odezwali się, więc w poniedziałek zadzwonię zapytać czy wszystko dobrze robię i jakie dalsze instrukcje.
Tak więc do tych 11 tabletek doszły zastrzyki z heparyny. Ja przeżyje wszystko. O to się modliłam, że przetrwam tylko niech się wszystko dobrze układa ❤
W sobotę test też pozytywny.
Akurat tak się złożyło jak w tej pierwszej ciąży, że tak samo w piątek dowiedziałam się o ciąży i na weekend jechaliśmy do rodziców. Nadal u nich jesteśmy. Nie chce jeszcze nic mówić. Tata zrobił mi pierwszy zastrzyk z heparyny. Samo wklucie nic nie czułam, ale ten lek jak już był wstrzykiwany to trochę bolało a potem mega pieczenie i szczypanie, nie mogłam się ruszać.
No i staram się na siebie uważać. Odpoczywam, jem, pije dużo wody. Nie mogę tylko spać. Kiedy ja zawsze długo śpię tak teraz zasypiam po 12 a budzę się po 6. Tak samo miałam w pierwszej ciąży to był jeden z takich objawów tylko moich, wczesne pobudki.
Mąż mówi ze moja mama coś podejrzewa, że mi się przygląda. Kiedys mowilam jej ze heparyne bede brac jak tylko zajde w ciąże, a teraz powiedziałam jej ze byłam na wizycie i mam brać już od piątku.
Ona nie pyta wprost bo wie ile mnie to wszystko kosztuje, woli nie zapeszać. Czeka cierpliwie aż wszystko będzie dobrze i będzie pewne i sama jej powiem. I obym tego doczekała 😘❤🤞✊💚
Nie chcę nawet myśleć, że miałabym przechodzić przez to samo... ja tego nie przeżyje..
Strach taki największy będzie do 12 tygodnia, ale i tak stwierdzam że strach o utrzymanie ciazy jest i tak odrobinę mniejszy od tego że ciągle się nie udaje. Teraz jest o co walczyć i jest nadzieja, ja mam inne nastawienie 💚✊🤞❤
Za 2 tygodnie przyjeżdżamy znowu do rodziców i mam ogromną nadzieję, że wtedy będę mogła im powiedzieć. Nie chcę mówić na razie wszystkim. Sa ludzie, którzy nie są mi życzliwi i można wierzyć w zabobony albo nie, ale mam w rodzinie kuzynki pochodzenia cyganskiego i w ostatniej ciąży powiedziałam jednej z nich tylko dlatego ze ona przyznała się mi, że jest w ciąży tydzień krócej. Poprosiłam ją żeby nikomu nie mówiła ale powiedziała swojej siostrze rodzonej, która jest rok starsza ode mnie ma już dzieci w wieku 7 i 5 lat ale od kilku lat mają problemy zeby udalo się 3 raz. I kiedy się z nią widziałam powiedziała do mnie z takim przekasem "O! Slyszlam że spodziewasz się potomka". Wtedy zabrzmiało to jakby była zazdrosna. Powiedziałam jej, że jeszcze nic nie wiem, nie byłam u lekarza. Ale fama po rodzinie się rozeszła. Najlepsze jest to że kuzynka swojej własnej siostrze o swojej ciąży nie powiedziała ale o mojej powiedziała wszystkim. Bylam wściekła! Mialam ochotę jej coś napisać ale się powstrzymałam.
No i podejrzewam, że jedna z tych kuzynek mi źle życzyła i sama jej zazdrość spowodowała w jakimś stopniu zapeszenie i moją stratę.
Tym razem najpierw wiedział mąż, potem bliska przyjaciółka, która urodziła 2 dziecko dzień przed moim testem, była dla mnie dużym wsparciem przez cały ten czas i modliła się razem ze mną o pomyślne zakończenie. Więc teraz wiedzą dwie osoby i wy...
Boje się co bedzie dalej, dopiero za jakiś czas jak potwierdzę ciążę chciałabym powiedzieć rodzicom i rodzeństwu i moim dwóm kolejnym przyjaciołom, które cały czas trzymają za mnie kciuki. Aha no i przyjacielowi/szefowi, ktoremu rodzi się dziecko za tydzień. Po 6 latach walki i mnóstwie prob invitro w końcu im się udało, więc on bardzo mi kibicuje i mnie rozumie, a że pracujemy razem to da mi fory.
Reszta kiedyś się tam dowie... zresztą o czym ja teraz myślę.. to jest najmniejszy problem.
Jutro idę na drugą bete, proga i homocysteine i może zbadam poziom przeciwciał. Bo wtedy nie dali mi zastrzyku po poronieniu a mamy z mężem niezgodność. Ja mam b- a on ab+. Ile mnie stresu kosztowało to ze będę miała problemy przez błąd szpitala. Masakra. Okazało się w maju ze przeciwcial nie mam ale muszę je teraz regularnie badać...
Trzymajcie kciuki kochane. Ja chcę wierzyć i robię wszystko żeby zatrzymać maleństwo przy sobie ❤💚✊❤
Głęboko wierzę w to, że odpowiednie leki które teraz biorę pomogą mi donosić tę ciążę.
Boże opiekuj się nami! ❤
Hormony mi chyba coraz mocniej szaleją. Ostatnio mam istny rollercoster emocji - raz szczęśliwa, a za chwile ryczę bez powodu. No i ciągle się wszystkim zamartwiam, chodź wiem że nie powinnam... Ale jakoś nie umiem inaczej.
Coraz częściej myślę też o porodzie. Jakby nie patrzeć to już 32 tydzień, więc za jakieś półtora miesiąca ciążą będzie donoszona. Boję się tego co mnie czeka. I w sumie sama nie wiem jak bym chciała aby ta ciążą się zakończyła. Boję się bólu i komplikacji przy porodzie siłami natury, ale też boję się cesarki. Żadna z tych opcji do mnie nie przemawia, a przecież nie ma żadnej trzeciej opcji... A najbardziej boję się rzeczy które dla większości są pierdołą, a u mnie są mocno zakorzenioną traumą z dzieciństwa. Niby się trochę z tym uporałam i jakoś daję radę pobrania krwi bez mdlenia znieść. Ale na samą myśl o czymś takim jak wenflon czy kroplówka poziom stresu rośnie mi na maksa. A jak wiadomo, coś takiego może spowolnić akcje porodową. No i boję się trochę, że nie uszanują moich próśb w szpitalu - że będą oksytocyną czy nacięciem krocza próbować przyspieszyć poród, że nie pozwolą mi wybrać pozycji tylko na ten nieszczęsny fotel mnie wrzucą. I niby będę rodzić w szpitalu który ma dobre opinie (według strony rodzić po ludzku), a mój ginekolog jest tam ordynatorem. Ale i tak się boję.
W dodatku przez matkę nie umiem się cieszyć nadchodzącym macierzyństwem. Znaczy umiem, ale mam jej dość. A raczej dość jej zabobonów i przesądów. Odziedziczyłam po ciotkach/kuzynkach całą masę ciuszków czy innych przydatnych akcesoriów. Wszystko do tej pory czekało u moich rodziców. Teraz kiedy chciałabym już zacząć urządzać pokój syna, zapełnić szafę ciuszkami czy innymi rzeczami i dokupić brakujące, to nie mogę. Znaczy mogę se kupić nowe, matka twierdzi że tamtych rzeczy mi nie da ŻEBY NIE ZAPESZYĆ! To samo jak powiedziałam, że wózek/nosidełko zamówiliśmy. Też się nasłuchałam, że po co tak szybko i że mam to do niej przewieźć, żeby właśnie nie zapeszyć... Ale jakoś nie trafia do niej argument że na wózek mamy jakieś 4 tygodnie czekać i w sumie to ostatni moment na zamówienie... Ogólnie tak mnie tymi zabobonami wkurza. Znaczy zawsze taka była. Niby inteligentna i wykształcona kobieta, ale przez próg Ci ręki nie poda, jak ją ręka prawa swędzi to szykuje ciasto, bo przecież prawa to na gości, jak sztuciec spadnie to podobnie bo ktoś głodny przyjdzie, jak lewa swędzi to totka idzie puścić, bo lewa to na pieniądze... Można by tak pół dnia wymieniać. No i oczywiście ona już sobie postanowiła, że jak już urodzę to przyjedzie na kilka dni do nas... No jeszcze czego. Kocham moją mamę, ale już słyszę te wszystkie zabobonne rady. Na szczęście jak powiedziałam, że na razie nie chcemy jej pomocy (oczywiście dodałam, że jak się zmieni to poproszę) to usłyszałam i od niej i od ojca, że jak nie prześpię tygodnia to będę ich błagać o przyjazd. Tylko że ja nie będę sama - mąż ma najpierw 2 dni okolicznościowego, potem L4 na mnie i 2 tygodnie ojcowskiego. Pierwszy miesiąc siedzimy z synem razem, więc damy sobie radę. Chcemy sami poznać nasze dziecko, a nie że ktoś trzeci będzie się wpychał między nas i pouczał jak robić a jak nie robić. Ehhh, to podobno przypadłość większości przyszłych dziadków. Na szczęście to udało mi się (chyba) w zarodku zdusić, ale z zabobonami nie wygram. Za chwile się chyba całkiem wkurzę i wszystko nowe kupię i tyle. A tamte ubranka jak dostanę to oddam komuś innemu i już.
Trochę taki żalpost mi dziś wyszedł, ale tak jak wspomniałam na początku, ostatnio mam coraz częściej doła. Którego potęguje wieczne niedospanie. Syn toleruje tylko spanie na prawym boku, więc jak się przez sen przewracam to mocno kopie i się budzę. A że ja w nocy zawsze się mocno wiercę, więc mam częste pobudki... No ale może to dobrze - organizm chodź trochę się przyzwyczai do takiego trybu snu.
Z dobrych wieści to na ostatnich prenatalnych wszystko wyszło prawidłowo, konsultacja kardiologiczna wykazała co prawda niewielką wadę serca (oczywiście mojego), ale jest ona serio mała i bez znaczenia, więc wszystko ok. Pozostałe wyniki też mi się poprawiły, więc wszystko przebiega tak jak powinno. Za kilka dni znowu do gina idę, bo teraz już co 3 tygodnie się mamy widzieć, a za chwilę co 2 a potem co tydzień. No cóż, dowiemy się ile urósł - podczas ostatnich prenatalnych ważył jakieś półtora kilo.
Samopoczucie na dziś - zmęczona i na zmianę szczęśliwa i załamana... Eh, te hormony.
przeczytalam, poryczalam sie.... moja matka na mnie nie czekala i nie byla dla mnie nigdy ani wsparciem ani przyjaciolka... ale ja wlasnie chce byc taka matka dla swojego dziecka:
zrodlo: mamadu.pl
"Zmiana była stopniowa i niemal niezauważalna.
Najpierw odsunęłaś się delikatnie, kiedy próbowałam Cię objąć, gdy wychodziłyśmy razem ze sklepu. Potem drzwi do twojego pokoju zaczęły cicho zamykać się za każdym razem, gdy weszłaś do środka. Zaczęłaś częściej chodzić do przyjaciół, niż pytać, czy obejrzymy razem film lub napijemy się razem gorącej czekolady.
Wiem, że należało się tego spodziewać. Wiem, że dorastasz i to naturalne. Jednak trudno mi nie rozpaczać, kiedy przypomnę sobie dni, w których byłam centrum Twojego wszechświata.
Zaledwie minutę temu przytulałaś się do moich nóg, gdy próbowałam zostawić Cię w przedszkolu... Dosłownie przed chwilą Twoim ulubionym zajęciem było chodzenie po domu w moich czerwonych szpilkach za dużych o 10 rozmiarów...
Teraz te buty są na Ciebie za małe, a makijaż potrafisz zrobić lepszy niż ja. Nie potrzebujesz mnie, bym wybrała ci ubrania lub pomogła zdjąć płatki śniadaniowe z górnej szafki. Nie trzymasz mnie za rękę na spacerach, nie przychodzisz rano do łóżka, żeby się przytulić...
Za każdym razem, kiedy się odsuwasz, czuję, że moje serce pęka.
Głośno wzdychasz, gdy znów pytam, jak było w szkole i przewracasz oczami, gdy chcę założyć kosmyk Twoich włosów za ucho. Czasem celowo jesteś okrutna. Komentujesz, że obiad Ci nie smakuje lub rzucasz wrogie spojrzenia, gdy próbuję żartować przy Twojej przyjaciółce.
Jednak wiedz, że codzienne obserwowanie jak dorastasz w swoim pięknym ciele, jest dla mnie wielkim darem. To źródło bólu i radości zarazem. Nigdy bym tego nie zrozumiała, gdybym tego nie doświadczyła.
Duma mnie rozpiera, gdy się uczysz i z pasją zajmujesz się zajęciami pozaszkolnymi. Robisz to z entuzjazmem, którego w życiu nie widziałam. Uwielbiam patrzeć, jak dbasz o siebie i wyrastasz na dumną, dobrą, pomocną kobietę.
To napięcie między nami bywa nie do zniesienia. Dlatego, mimo że wiem, że usłyszę 'nie', zapraszam Cię na kawę, proponuję coś do jedzenia, gdy jesteś zajęta. Bo wiedz, że córki zazwyczaj wracają do swoich mam nawet po długiej rozłące.
Wiem o tym, bo też jestem córką. Niemal z dnia na dzień zapomniałam, że moja mama jest moją najdroższą przyjaciółką. Wiem, że trudno jest Ci to sobie wyobrazić, ale to prawda.
Też byłam nastolatką i też odsuwałam od siebie mamę, tak jak Ty teraz odsuwasz mnie. Walczyłam z jej uczuciami, myślałam, że jej obecność mnie ogranicza. Jednak ona cierpliwie czekała, i tak ja będę czekać na Ciebie. I trzymam się nadziei, że któregoś dnia, w niedalekiej przyszłości, wrócisz do mnie.
Wrócisz do mnie tu, gdzie już teraz czekam z otwartymi ramionami. Bo to właśnie robią matki dla swoich córek, które w okresie dorastania żyją w przekonaniu, że muszą uciec z matczynego więzienia".
Środa 28 dc / 29 cs - 1 po histeroskopii
Cykl dłuższy, ze względu na późniejszą owulację. Termin miesiączki około niedzieli +/- 1 dzień.
W poniedziałek w łazience znalazłam testy owulacyjne. Hm...zrobię, ciekawe co wyjdzie - pomyślałam. Rano we wtorek i dziś przetestowałam papierki. Dziwne, bardzo dziwne, bo wyszły pozytywne. Zdaję sobie sprawę, że mają podobną czułość na alfa i bete hcg, aczkolwiek służą do wykrywania piku LH. A po owulacji to ja jestem na 100 %, potwierdzonej monitoringiem. Dziś jest 10 dzień po niej. To zatem może być przekłamanie. Niemniej jednak ciekawy wynik. Leki tzn. estrofem i luteine mam odstawić w piątek, więc może wykonam test ciążowy, ale jeszcze nie wiem, bo z wiadomych względów nie pałam do nich sympatią.
Co do psychiki, to nadal rollercoaster. Raz lepiej, raz gorzej. Praca mnie trzyma w ryzach. Rozważam samotny wyjazd na któryś weekend. Chcę być przez chwilę zupełnie sama. W domu mąż ciągnie za język. Chodzi za mną i ciągle mówi "no porozmawiaj ze mną, co się dzieje, powiedz, porozmawiaj". Ciekawe, bo to zazwyczaj kobiety chcą rozmawiać . Nie rozmawiam. Nie chcę, już za dużo tych rozmów.
Edit: godzinę po wpisie dostałam plamienia. Widzę że organizm szybko gasi jakiekolwiek poczucie nadzieji. Histeroskopia nie przyczyniła się ani do ciąży ani do zlikwidowania plamień. 😭
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 stycznia 2020, 12:13
Cudem okazało się że 1 z zarodków przetrwał do blastki.
Niestety 1 siłacz bardzo dobrze rokujący odpadł. Wg embriolog jeśli byłby podany w 3 sobie i tak by nie miał szans.
Jestem zadowolona, zawsze chciałam mieć 3 blastki 😊
Oczywiście mąż zawiedziony, myślal że będzie 6 blastek jak jego znajomi. Bo jak patrzyliśmy wyniki badań podobne. Ale nie wiadomo jakie danego dnia wyniki były mojego i jego znajomego. I po drugie wiek 6 lat młodsi, to też różnica.
Jak udało mi się go przekonać że to super wynik w naszym wieku to stwierdzil że zmarnujemy 3 blastki bo NK mi je zabije.
I gadać z takim, zamiast wspomóc co dalej robić to jeszcze szuka problemów.
W końcu plamien od wczoraj nie mam.
Ból brzucha który był okresowy znikł.
To ciekawe kiedy franca przylezie. Chyba nie szybko. Bo oznak nie ma. Pewnie przyjdzie o czasie więc jeszcze z tydzień poczekam. Ale co tam nie spieszy mi się jakoś. Gdyby transfer był o czasie już miałabym 1 dpo. Po prostu to nie mój czas. Niekiedy lepiej poczekać niż się spieszyć.
Wczoraj z nerwów zjadłam czekoladę a dziś mnie wysypało, swędzące krostki. Ehhh co za alergia nawet słodkiego nie można 😩
Co najważniejsze cały stres zszedl w końcu czas na relaks 😄
Anusla trzymam kciuki za zarodki✊✊
Krasi wkrótce zaczynasz ✊✊✊
Dziewczyny będę wam wszystkim kibicować, jak kibicowaliscie mi.
Tylko nie zapomnijcie o mnie po pozytywnym teście 😊
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 stycznia 2020, 18:23
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.