27dc, 13/14 dpo
Niby dzisiaj dzień miesiączki. Na razie cisza, nie zrobiłam nawet testu. Nie czuję żebym była w ciąży więc odpóściłam sobie testowanie. Nie chcę znowu oglądać tej bieli, to starsznie frustrujące.
Dzisiaj się popłakałam w pracy. Dobrze, że mam takie wspaniałe dziewczyny z biura, które mnie pocieszały nie wiedząc tak na prawdę z jakiego powodu. Dowiedziałam się, że dziewczyna, która w styczniu wróciła do nas z urlopu macierzyńskiego znowu jest w ciąży!! I to nie z tego powodu było mi cholernie przykro, bo dzieci to szczęście, to cud. Przy pierwszej ciąży mówiła, że to wpadka, że ona nie chce dzieci i ogólnie nie była zadowolona. Nie zmieniło jej się po urodzeniu dziecka, zapierała się że na pewno kolejnego nie będzie, że to jedno jej wystarczy, że ona dzieci nie lubi itd. Nie wiem czy jej się zmieniło, czy to kolejna wpadka, nie wnikam, ale poczułam jakbym dostała młotkiem w łeb. Kiedy 4 miesiące temu mówiła, że na pewno nie zdecyduje się na kolejne dziecko poczułam ulgę, że mam jeszcze czas, że teraz na pewno będę następna. Nawet teraz łzy napływają mi do oczu kiedy sobie pomyślę o jej ciąży 
Edit: Zapomniałam napisać, że wczoraj mama zadzwoniła z życzeniami na Dzień Dziecka. Bardzo się cieszę z tego powodu, to krok naprzód w naszej relacji. Życzyła mi spełnienia tego największego marzenia!! O losie... plisss
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 czerwca 2020, 20:55
Dziś są moje urodziny... Posypały się życzenia, fajnie pięknie... Tylko jedno ale... Robię się coraz starsza... Zegar tyka, a my stoimy w martwym punkcie ☹️
Dzisiaj od rana mam ciężki psychicznie dzień. Najlepiej bym go całego przepsała, a tu zaraz trzeba iść do pracy. Znowu nastaje u mnie czas buntu, złości, gniewu i samych negatywnych uczuć. Znowu nie potrafię sobie poradzić sama ze sobą, ze swoimi emocjami...do psychologa nie mam co iść bo mi powiedział że muszę przejść żałobę. Przeszłam już ją tylko nie potrafię pogodzić się z tą cholerną niesprawiedliwością. Każdy gada że mam myśleć o przyszłości i się nie poddawać a tak naprawdę gówno wiedzą co to znaczy pochować swoje dziecko..wybierać trumienkę zamiast łóżeczka, szykować ubranko do trumny zamiast do chrztu. Uczucie, które zawładnęlo mnie podczas pochówku nie chce się odczepić, ta złość i bezradność zabija moje życie..nie potrafię się w ogóle nim cieszyć. Przekonałam się jednego..niezła ze mnie aktorka. Tak wszystkich zakręciłam że myślą że jest dobrze, że się pogodziłam ze śmiercią dziewczynek i chcę dalej żyć. Nie, nie chcę. Takie życie jest dla mnie bez sensu...na dodatek wieczne problemy z poczęciem kolejnego dziecka..nie mam już na to wszystko siły. Za duży mam krzyż do dźwigania.. ginakolog mówi żeby się nie poddawać i walczyć bo jak się poddam to się nie uda..walczę tyle czasu i co? Mam non stop kłody pod nogi przez życie rzucane..czy to złe fatum w końcu kiedyś minie?
Tak. Taki mój żal post bo już nie chce z nikim rozmawiać o tym jak mi źle..ten pamiętnik będzie rozładowaniem choć w minimalnym stopniu moich emocji..
5 dc
Nie wiem skąd u mnie znowu tyle energii i pozytywnego nastawienia. Ale tak, mam siłę i co najważniejsze chęć na dalszą walkę 💪
Dziś miałam wizytę kontrolna u hematologa, odbyła się ona przez telefon i jak p. Dr usłyszał moje wyniki (jak zawsze lekko niższe), to zaraz zlecił mi więcej szczegółowych badań. A jak mu wspomniałam o 1,5 rocznych staraniach to powiedział, że z takimi wynikami może się nie udać. Wcześniej lekarze mówili, że takie wyniki to "taka moja natura". Wolę być zdiagnozowana, żeby już w końcu wiedzieć w którą stronę dalej ruszyc.
No i żeby w końcu moc wykorzystać ten nadmiar energii z pozytywnym skutkiem 😘
- 3cs - 14dc -
MONITORING: brak torbieli, endometrium ładne drugofazowe (10 mm), 1 pęcherzyk na pewno pękł, drugi - nie do końca była pewna. Oba na lewym jajniku. Powiedziała, że dzisiejszy pozytywny test mylący, tym bardziej, że temperatura już skoczyła. Co dziwne - dopiero dziś czuję się napęczniała tam na dole, jakby dopiero dziś miało się coś dziać.. Dupka mam brać od 05.06 do 17.06 i wtedy beta. No chyba, że do tej pory przyjdzie @. Tak czy siak wtedy kontaktować się z nią i znów się umówimy. Jeśli się nie uda, powtarzamy procedurę...
💛💚
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 czerwca 2020, 11:14
Ten wpis będzie długi, muszę się wygadać, muszę wyrzucić z siebie te wszystkie emocje. Będzie o: stracie najlepszego przyjaciela, plamieniach, szpitalu, parvowirusie i moich przemyśleniach o NK, nie najlepszych wynikach testu podwójnego do badań prenatalnych oraz o tym, że nam się odmieniło i powoli szukamy domu.
Dwa tygodnie temu wydarzyło się coś, co wywróciło życie mojej rodziny do góry nogami. Zmarł pies moich rodziców. Niektórzy pomyślą: wariatka. Taki wstęp i umarł pies. Otóż w mojej rodzinie zwierzęta są na równych prawach jak my (czasami lepszych:)). Pierwszy piesek, z którym się wychowałam umarł po 15 latach wspólnego życia. Nie mieszkałam już wtedy z rodzicami, rodzice zajęli się opieką nad nim. Po prostu, jak dzieci wybędą z domu, a dom jest duży i jest w nim żona i mąż i pies, to ten pies jest po prostu dzieckiem. Po śmierci Czarka mama zarzekała się, że nie weźmie drugiego, bo go tak nie pokocha, aż weszła na stronę schroniska i zobaczyła Karlosa. Był kilkumiesięcznym szczeniakiem, wziętym ze wsi interwencją OTOZ. Kilkumiesięcznego psa trzymano na ciężkim łańcuchu w stodole, a jego mama miała obrożę wrośniętą w szyję. Mama pojechała do schroniska i kiedy panie pokazały jej pieska, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Poprzedni pies był psem moim i siostry, a Karlos był psem mamy. To ona go wypatrzyła, to ona dostała strzałą amora. Tata oszalał z miłości również. Karlos to nie był zwykły pies i myślę, że można o jego więzi z moimi rodzicami nakręcić film taki jak z Richardem Geerem o Hashiko. Nigdy nie tresowany, słuchał mamy jakby rozumiał ludzką mowę. Na spacerach ludzie przystawali ze zdziwienia, że jak to, że pies tak słucha. Przykład: mama idzie po wale rzecznym, jedzie rower. Mama woła: Karlos, a on biegnie błyskawicznie i siada przy jej nodze. Nigdy go tego nie uczyła. Za mamą chodził krok w krok, nawet do kibla. Kiedy mówiła patrzył na nią cały czas, jakby wsłuchiwał się. Tata z kolei odnalazł się w spacerach. Mimo, że rodzice mają dom z dużym ogrodem, codziennie było wiele spacerów, bo mieszkają nad jeziorem. Karlosa znali wszyscy wędkarze. Ba, kochał go nawet mój wujek, który nie lubi psów. Niestety, już kiedy psiut miał pół roku okazało się, że ma padaczkę. Ataki zaczęły powtarzać się coraz częściej. Była przerwa, a potem kilkanaście na dzień. Dopiero dzięki Karloskowi zobaczyłam grozę tej choroby. Utrata przytomności i te drgawki, coś strasznego. Jeden atak trwał pół godziny, a jest to już zagrożenie życia i mama leciała w środku nocy do sąsiada weterynarza i błagała go, żeby coś zrobił. Przyszedł w ostatniej chwili, atak trwał już godzinę. Dostał zastrzyk uspokajający i przeszło. Zwiększono mu wtedy dawkę leków i był spokój 2 lata. Aż do teraz. Pechowo, w dobie pandemii, Karlos znów dostał ataków. Jeden był ciągły, rodzice więc jechali z nim w drgawkach do lecznicy, wpdali i krzyczeli o ratunek. Udało się, otrzymał od życia drugą szansę. Rodzice dostali do domu zastrzyki uspokajające i jak tylko psiut miał atak, tata wbijał lek w wenflon. Po tygodniu ataki ustały. Cały dom był usłany poduszkami i miękkimi rzeczami, żeby w razie ataku Karlos się nie poturbował, bo dodatkowo lekko wypadł mu kręg i mogło się to pogłębić. Zamówiliśmy mu z mężem olejek CBD, ponoć pomaga w padaczce. Karlos po olejku wrócił do siebie błyskawicznie. Radość była wielka. Ja już byłam w ciąży i te ataki spędzały mi sen z powiek, ale Karlos znów był uratowany! Ostatnio byliśmy w domu na weekend, psiut był jak zwykle energiczny i radosny. Wróciliśmy do Krk, dwa dni później dzwoni mama. Poznałam po głosie, że coś się stało: nie wiem jak Ci to powiedzieć, bo jesteś w ciąży, ale i tak musze to zrobić, Karlos dziś umarł.
OMG, ryczę jak to piszę. Jak to się stało? Zaczął wieczorem wymiotować, rodzice myśleli, że ot, jakieś zatrucie. Ale wymiotował całą noc i bardzo dużo pił, nad ranem już go wyginało z bólu. Rodzice pojechali do lecznicy. Tam okazało się, że wyniki trzustki są fatalne, wet stwierdził, że musiał się czymś otruć, pytał czy mamy trutkę wysypaną. Ależ skąd! My i trutka? Nasz kot zjada wszystkie myszy w siąsiedztwie. Nikt też nie mógł niczego do ogródka wrzucić, bo mieszkamy na uboczu, mamy jednych sąsiadów, z którymi żyjemy w przyjaźni. Karlos dostał kroplówkę i po skończeniu kroplówki, kiedy tata miał już go brać ze stołu, okazało się, że serce stanęło.
Zastanawiamy się dziś jak to się stało. 6-letni pies, który miał pisane umrzeć na padaczkę, umiera na zatrucie??? Wyczytałam, że duże dawki leków na padaczkę powodują ostre zapalenie trzustki. Przy zapaleniu trzustki następuje zazwyczaj również niewydolność nerek. Nie można wtedy psu podawać kroplówki dożylnie, a jedynie doskórnie. Podanie dożylne powoduje wzrost ciśnienia i serce może stanąć. Karlos dostał wielką butlę kroplówki dożylnej i zaraz po kroplówce serce stanęło. Błąd weterynarza. Być może ze zniszczoną trzustką i tak nie pożyłby długo, ale tego nie wiemy.
Moi rodzice są w rozsypce. Zawsze się bałam, że ich więź z tym pieskiem jest za duża, że jakieś granice są przekroczone, ale jak nie kochać takiego kochanego psiaka? Wczoraj, już dwa tygodnie po odejściu Karloska, rozmawiałam z tatą i kiedy poruszył temat psa, nie był w stanie już rozmawiać. Jakiś jedyny pozytyw tego wszystkiego to to, że rodzice wczoraj pierwszy raz od 6 lat poszli na długi spacer, do kawiarni itd. Wcześniej tylko jedna osoba wychodziła, bo psa chorego na padaczkę nie można zostawić samego. W razie ciągłego ataku wymagane jest pilne zawiezienie do weta.
Liczę na to, że ból kiedyś przeminie, a ich serca przyjmą kolejną kochaną znajdę ze schroniska.
Przykro mi, że zdarzyło się to kiedy jestem w ciąży. Przepłakałam cały tydzień i pod koniec dostałam plamień. Kij wie czy nie ze stresu i emocji. Choć to już trzeci raz (wcześniej dwa krwawienia). Znów panika i nogi jak z waty. Była sobota, mój lekarz nie przyjmował, napisałam do niego i kazał mi jechać na oddział ginekologiczny. Na oddziale przyjęli mnie szybko. Pielęgniarka na wieść o ivf zapytała: i jak, faktycznie to tak strasznie boli wszystko? Mówię: nieee, skąd, samo ivf nie boli. Najgorsze jest czekanie na betę. Ona: wie pani, ja pytam, bo sama będę podchodzić.
Zaskoczyła mnie, porozmawiałyśmy sobie. Trzymam za nią kciuki.
Doktor zbadał mnie i nawet dostałam zdjęcie z usg (na nfz, wow, myślałam, że takich rarytasów nie otrzymam). Kazał zażywać magne b6 3 x 1 i wypisał do domu.
To nie koniec przygód, bo dostałam również wyniki parvowirusa. Doktor kazał to zrobić, bo nie podobała mu się część łożyska, Powiedział, że albo jest silnie unaczyniona, albo to parvowirus. No i co? Parvowirus pozytywny. Rany, jak ja się wystraszyłam. Igg pozytywne, Igm negatywne. Internet poszedł w ruch. Znalazłam artykuł naukowy w pdf, w którym wyczytałam, że Igg pozytywne oznacza nabycie przeciwciał i przejście zakażenia, Igm negatywne znaczy, że nie ma świeżego zakażenia, więc nie ma zagrożenia dla płodu. Ufffff, co za ulga. I to skłoniło mnie do przemysleń. W wakacje miałam kilka miesięcy swędzący rumień na nodze. Swędziało jak cholera, było czerwone i chropowate. Myślałam, że to nawrót boleriozy (bo to dziadostwo oczywiście też w życiu przechodziłam), bo miałam dodatkowo bóle mięśni. Zbadałam i boleriozę i zapalenie mięśni i nic nie wyszło. W tym czasie badałam NK i wyniosły prawie 30%. Organizm musiał walczyć, stąd taki wynik. Miałam też w tym czasie IUI. Boże, jak to dobrze, że ona się nie udała. Dziecko byłoby śmiertelnie zagrożone. Przy zakażeniu parvowirusem dziecko może umrzeć lub urodzić się z ciężką niedokrwistością. I teraz myślę nad obecną "modą" na zbijanie komórek NK. Włosy mi stają dęba, kiedy dziewczyny mają wynik 14% i już to zbijają, żeby było poniżej 10%. Przecież wysokie NK może świadczyć o tym, że organizm z czymś walczy, nie wiemy z czym, ale osłabiamy go dodatkowo, niszcząc komórki NK, czyli natural killers. Gdybym w czasie przechodzenia parvowirusa miała duże dawki encortonu lub intralipid, kto wie czy nie skończyłabym z ciężką niedokrwistością? A tego, że lekarze w czasie piku epidemii wrócili do przepisywania encortonu, accofilu i intralipidu, to już mi się nawet nie chce komentować. Ja rozumiem, że dla dziecka wszystko, ale nie kosztem własnego zdrowia. Dziecko potrzebuje zdrowej, silnej mamy.
Jakby tego wszystkiego było mało, przyszły mi wyniki pappy i wolnej bety hcg. O ile pappa w normie, o tyle beta ponad normę dla 11 tygodnia. Panika, strach, zimny strach. Wczoraj mieliśmy usg genetyczne i na szczęście wszystko dobrze. Maluch jest cudny, ma taką kształtną główkę i nosek, małe cudo. Usg super, ryzyka również wyszły niskie po wrzuceniu w system, jupi! Jedynie trisomia 13 wynik 1:1200 i on jest poniżej normy, więc moge rozważyć Nifty, ale stwierdziliśmy z mężem, że skoro usg jest super, doktor i tak powiedział, że nawet to ryzyko jest niskie, to nie będziemy już szli w Nifty.
Zapytałam doktora o płeć. Stwierdził, że nie jest zwolennikiem gdybania na tym etapie, ale niewykluczone, że chłopiec i pokazał mi siuśka. Tak, to był siusiek. Tak wyglądał przynajmniej.
Ponieważ prawie wszystkie imiona dla chłopców uważam za brzydkie, stwierdziłam, że będzie się nazywał X. Kolega mówi: no to może Ksawery? Hmm , niegłupi pomysł. Tylko jak to zdrabniać? Mężowi się podoba Emil, mnie też. Sęk w tym, że kot moich rodziców (a właściwie mój, bo ja go przywlokłam) ma na imię właśnie Emil. Mamie się podoba Patryk, mnie też, mężowi z kolei nie do końca. Mnie się podoba Wiktor i Hubert, mężowi też nie do końca. Wczoraj mówi: - może Norbert? - E niee, Norbi, kobiety są aha aha, gorące...Oskar też jest rozważany, ale też nie do końca czujemy to imię. Prawda jest taka, że zawsze chciałam Krzysia. Ale Krzyś to śp. brat mamy mojego męża. Kochany człowiek, ale miał dość nieszczęśliwe życie, pił i którejś nocy już się nie obudził. Wczoraj mnie naszło: Kacper. Kuzynka ma Kacpra, ale to nie szkodzi. Kacper, Kacpi, takie wdzięczne. Mąż się ucieszył, Kacper bardzo mu się podoba. Tak że chyba już mamy imię, oczywiście jeśli to będzie mężczyzna:)
Zadecydowałam, że do pracy już nie wrócę. Właściwie poprosiła mnie szefowa o decyzję, bo musi kogoś zatrudnić na umowę zastępstwo, a jakbym wróciła na 2-3 mce, to nie mogłaby tego zrobić. Nieuczciwe byłoby z mojej strony wstrzymywanie jej. Zaczynamy wdrażać nowy system HR i miałabym go powdrażać na chwilę i iść, a nowa osoba miałaby się uczyć i spowalniać proces? Niech się wdraża już teraz, to szybciej wejdzie w tryb i szybciej im pomoże. Mam nadzieję, że szybko kogoś znajdą.
Dziś 12 tc +3. Mdłości i wymioty są nadal. Tzn częściej już poranne szarpanie i odruchy wymiotne, ale niczego nie mogę rano zwymiotować, bo wszystko jest po nocy strawione. Słaba jestem nadal i energii brak. Nie wiem kiedy objawy miną, ale bajeczki o ich minięciu w drugim trymestrze mogę sobie wsadzić gdzieś. Wiem, że i tak jestem uprzywilejowana, że udał się mój drugi transfer, że nie mieliśmy kłopotu ze słabym nasieniem czy słabymi komórkami, że tyle jest jeszcze dziewczyn, które czekają w kolejce po swoje szczęście. Wiem, że mimo jednego z najgorszych kirów jaki może być, zaszłam i utrzymałam ciążę w pierwszym trymestrze bez accofilu. To tak wiele, tak wspaniale! Jednak, mimo wszystko ten pierwszy trymestr był jednym z najcięższych okresów mojego życia. Psychicznie i fizycznie mnie wykończył, do tego liczne przeboje i wieczny stres. Proszę Boga o nudną ciążę i zdrowe dzieciątko.
I na koniec tego przydługiego wpisu (choć nie wiem kto to w ogóle przeczyta), zaczęliśmy się rozglądać za domkiem. Na spokojnie, powolutku, planujemy dopiero za 2 lata. Na naszych 35 metrach może się jakoś ze szkrabem pomieścimy. Przez te dwa lata będziemy ostro zbierać pieniądze na wkład własny. Chcielibyśmy nasze mieszkanko zachować i wynajmować, ale cóż, życie pisze różne scenariusze i może nie damy rady uzbierać wkładu, więc sprzedamy mieszkanie. Wtedy wkład będzie spory, bo mimo, że nasze mieszkanie jest małe, to leży w najdroższej, ale też najpiękniejszej dzielnicy Krk. I to też nasza bolączka. Kochamy tę dzielnicę całym sercem, no bo kto by nie kochał miejsca, gdzie ma 5 minut do lasu? I to jakiego lasu, lasu z wąwozami, jurowymi skałkami, kopcem. No ale rzeczywistość jest taka, że jeślibyśmy chcieli tutaj coś większego to musielibyśmy zapłacić milion zł, a na to nas na pewno nie stać. Ostatnio znajomi kupili dom 40 km od Krakowa. Urzekł mnie widok. Dom trochę na uboczu, ale widok niesamowity, mogłabym siedzieć na tarasie godzinami. Tylko natura i przestrzeń. I tak to, my z mężem, mieszczuchy od zarania, zapragnęliśmy domku. Gdzieś pod Krakowem, przy granicy z miastem, żeby było blisko, ale żeby była natura na wyciągnięcie ręki. Może to życie wreszcie przybierze jakieś normalne tory:)
Jestem po badaniach prenatalnych. Robiliśmy też okropnie drogie testy genetyczne, ale przynajmniej wiemy, że na 99% zostały wykluczone choroby genetyczne.
Teraz z perspektywy czasu myślę, że udało się nam, bo liczyliśmy w sumie że chyba się nie uda i zaczniemy nowy etap w naszym życiu. Chyba jest coś w tym odpuszczeniu sobie, tylko że na to nie ma przepisu. Trzeba przekroczyć granicę swojej wytrzymałości i wtedy się dopiero odpuszcza tak na prawdę starania.
4cs, 12dc
Święta juz blisko! W tym cyklu mam zamiar trochę wyluzować. Powinno mi się udać bo jestem na wyjeździe a termometr został w domu :o
Przez najbliższe dni zamierzam cieszyć się tym pięknym czasem, spędzać dużo czasu z rodziną a jak wyjdzie ze staraniami to zobaczymy w praktyce 
Ostatnio zdałam sobie sprawę że tak mam bardzo dużo: wspaniałego męża, uroczego zdrowego synka. Zamierzam bardziej doceniać to co mam!!!
Najprawdopodobniej 1 dpo, 8cs
Jestem nieco zaskoczona owulacją (o ile była) w tym cyklu.
Wczoraj kiedy śluzu płodnego powinno być jak najwięcej (a zazwyczaj nie mam z tym problemów) nie było go w ogóle oprócz odrobiny wieczorem.
Test owulacyjny wyszedł negatywny, jedyne co może wskazywać na owulację to temperatura i kłucie jajnika w wieczorem i w nocy.
Dzisiaj rano za to śluzu płodengo było mega dużo. Myślę, że jeszcze dzisiaj może się postaramy, czemu nie, tym bardziej, że jajnik czasem nieco kłuje.
Pozytywne myślenie i nadzieja powoli ze mnie uchodzą.
Resztki nadziei zostają we mnie dzięki perspektywie piątkowej wizyty u lekarza.
Mam ogromną nadzieję, że będzie dobrze i w końcu nam się uda. Ten cykl nie wiemy jeszcze czy jest stracony, ale nie chcę się nastawiać i jak na razie stosunek mam nieco luźny do tego.
Jest też plus wczorajszego dnia, badałam TSH i wynik to 1,250, więc Euthyrox przyjmowany od ponad roku działa.
Praca daje mi się już we znaki. Dzisiaj mam dalszy ciąg wczorajszej burzy i czuję ogromny stres. Mimo, że pracuję z domu jestem cała roztrzęsiona i zestresowana a wiem, ze nie pomoże mi to w zajściu w ciążę.
Marzę by móc powiedzieć przełożonemu, że jestem w ciąży i znikam jak najszybciej.
Zobaczymy kiedy to się stanie, ale kiedyś na pewno.
29 dc, 12 dpo
Czekam na miesiączkę. Na razie nie mam nawet plamień. Z tyłu głowy myśl "a może się udało", po czym szybko próbuję sprowadzić siebie na ziemię. Mówię "nie nakręcaj się, to bez sensu". Kolejny etap to płacz, gdy miesiączka już się zjawi. I co miesiąc ta sama historia. Moje życie toczy się od miesiączki do owulacji, a później znowu do miesiączki. Budzę się i chodzę spać z myślą, że nie możemy mieć dzieci. To przy mnie jest cały czas. Czasami myślę, że jestem już na granicy kompletnej rozsypki, że dłużej tego nie zniosę. A potem okazuje się, że znoszę jeszcze więcej. Mam tego dosyć. Tak, leczymy się, szukamy przyczyny, ale to trwa mam wrażenie, że nieskończoność. Wiem, wiele dziewczyn stara się tutaj o wieeeele dłużej. Podziwiam, jak wiele z Was zachowuje przy tym względny spokój i pogodę ducha i nadzieję, że się uda. Ja mam tylko przebłyski optymizmu, a staramy się raptem 15 miesięcy. Tylko jak przestać o tym wszystkim myśleć? To już się stało moją obsesją.
Dziękuję dziewczyny za słowa wsparcia 😚 Czekam na kolejny cykl.
Esperanza Mia coś słyszałam kiedyś o darmowych badaniach na Dzień Ojca ale to chyba bez morfologii więc to dla mnie strata czasu i paliwa.
Dość prawdopodobnym terminem badania jest dla mnie końcówka lipca. Mamy wtedy urlop i nie będzie się trzeba martwić o czas. Postanowiłam robić badania co 2 miesiące. Pierwsze będzie totalnie na fantazji, drugie już podczas przyjmowania Fertilman Plus lub Profertil. Trzecie wyjdzie po 4 miesiącach kuracji. Chcę wiedzieć czy to coś w ogóle daje. Tak więc lipiec, wrzesień i listopad.
Poważnie zastanawiam się nad moja drożnością. Bo tak sobie myślę że nawet gdyby jego wynik był kiepski to chyba trafiłaby mi się chociaż jakaś ciąża biochemiczna lub coś? Sama już nie wiem, chyba na siłę szukam usprawiedliwienia.
11cs 12dc
Dziś na monitoringu lekki szok. Lekarz stwierdził że widzi ciałko żółte w prawym jajniku, podejrzewa że to pozostałość po zeszłym cyklu.. ale kurna nic się nie zgadza.. lekarka w piątek nic nie widziała na tym jajniku.. możliwe też że owu była właśnie tego 9dc. Jeśli tak to słabo bo seksu nie było (był dopiero 10dc). Za to na lewym jajniku zobaczył pęcherzyk 10mm. Idę w piątek zobaczyć czy on urośnie i czy z niego będzie owulacja. Oglupiec idzie z tym wszystkim. Czy to ciałko przerwałe może zablokować mi owu z lewego jajnika?w sumie po wykresie widać że coś jest innego w tym cyklu bo mam wysokie temperatury jak na 1 fazę cyklu..
Oczywiście musiałam przełożyć badania nasienia na 19.10 i wizytę u Wolskiego na 28.10 bo jeśli owu jednak jeszcze będzie to nie wyrobimy się z zachowaniem abstynencji 🙂 długi październik nas czeka..
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 października 2020, 15:06
Poniedziałek 28 dc / 38 cs
Criotransfer 5 dniowej blastocysty nie udany.
Beta 0
Progesteron 19
Żeby jedni byli szczesliwi inni muszą cierpieć.
Ogarnął mnie dzisiaj ogromny strach. Staram się racjonalnie podchodzić do 👑 ale jak czytam i słyszę że znowu wstrzymują poeody rodzinne..zaraz wstępu na oddział neonatologiczny...jedna z dziewczyn na innym forum opisywała jak urodziła wcześniaka w maju..leżał na neonatologii 2 miesiące a ona nie mogla go zobaczyć ani razu! Raz na tydzień położna przesyłała jej zdjęcie dziecka...nie potrafię sobie wyobrazić co czuła taka matka. Czy ten chory system oszalał do końca?! Przecież wcześniak najbardziej na świecie potrzebuje właśnie matki! Gdy moja P była na oiom a ja się rozchorowałam i przez 3 dni nie byłam w szpitalu-chodził sam M to małej tak serduszko telepało że lekarze się bali...jak ja przyszłam od razu się wyciszyła i od tamtej pory nawet jak byłam nadziębiona to ubierałam maseczkę i do niej szłam chociaż na 10 minut..rozdzielanie matki z dzieckiem moim zdaniem jest barbarzyństwem! Jak dzisiaj sobie o tym pomyślałam to ogarnął mnie strach jak nigdy wcześniej w tej ciąży
wiem że do marca jeszcze 10 razy się wszystko zmieni ale człowiek tyle już przeszedł że siedzi i myśli...analizuje.. kiedy świat w końcu wróci do normalności?!
To drugi cykl z rzędu w którym na około 10dni przed okresem strasznie bolą mnie piersi! Są mega wrażliwe i jakby ciężkie? W tamtym miesiącu brałam je za objaw ciąży - nigdy nie miałam takich piersi! W tym niestety biorę je za objaw okresu, wiec chyba nic z tego w tym cyklu?...
🤰31tc(30t6d) 🤰( 8 mc rozpocznę oficjalnie jutro :p )
64 dni do TP ( 6 sierpnia z USG )/ 66 dni do TP z OM ( 8 sierpnia)
Waga aktualna 68 kg ( +11 kg od początku ciąży)
Wczorajsza wizyta szybka, podglądowa - niby USG III trymestru, ale ja zawsze mam dokładnie, sprawdzaną szyjkę, dziecia w 4d, wszelkie przepływy,łożysko, serduszko dopplerem. Wszystko dobrze
Malutka urosła przez ostatnie 2 tyg. i waży teraz ok. 1606 gram, BPD 7,93 cm, główka - 29,16 cm, brzuszek 25 cm, nóżka 6,21 cm. Większość pomiarów wskazuje na 32t1d jedynie brzuszek standardowo mniejszy. Jednak nie zamierzam się tym przejmować, dzieci po 34tc ruszają z kopyta, z Maksem było tak samo
Moja szyjka 23-25 mm nadal, trzyma
Pięknie się córcia pokazała na usg i znów na zdjęciach.
Wyprawkowo byliśmy wczoraj na zakupach w sklepie dzieciowym. Jak cudownie było w końcu pooglądać te wszystkie skarby, podotykać, samemu powybierać. Już tak zbrzydły mi zakupy przez neta, że nie pytajcie
Wanienka, materacyk do łóżeczka, prześcieradełka z jersey'u, kosmetyki dla malutkiej, środki do prania, smoczki, butelka, większość rzeczy dla mnie do porodu - KUPIONE
Teraz pozostało mi wykupić rossmana ( wychodzą mi najtańsze pampersy i chusteczki mokre) aptekę doz ( lepsza i tańsza od przereklamowanej gemini) - stąd maść na brodawki, herbatkę na laktację, witaminy dla małej, rzeczy higieniczne jak np.ocenisept). No i w innym sklepie stacjonarnym lub w necie muszę poszukać ręczników z kapturkiem, fridy, butelki antykolkowej i szczoteczki do włosków, chciałabym taką z naturalnego włosia a nie było w innych
I tak z grubsza mielibyśmy wszystko dla Królewny. Pozostaną jakieś dekoracje, zabawki, pierdółki i najważniejsze - komoda i farba do pokoju - nie mogę znaleźć odpowiedniego różowego odcienia

Weekend udany, goście ugoszczeni,upiekłam pleśniaczka, super było pobawić się z chrześniaczką
. Dzieciaki z zabawek ucieszone
W tygodniu pogoda dopisuje, place zabaw wreszcie otwarte to w pon i dziś obowiązkowe 2 godziny zabawy na świeżym powietrzu, cudnie było wyjść do ludzi, pogadać z innymi dzieciatymi
DO takiej zupełnej normalności brakuje mi jeszcze basenu - kocham pływać ( baseny zapowiadają otworzyć za jakieś 2 tygodnie, zobaczymy) i roweru - ale tym to sobie pojeżdżę najszybciej na koniec września lub w październiku jak tyłek się zagoi
ot tak 
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 czerwca 2020, 17:30
22 dc
Nie wiem od czego zacząć.. 17 dc prawdopodobnie była owulacja, wszystkie czynniki na to wskazywały a na wieczór myślałam ze zagwałce małża.. nie żeby się skarżył 😂
Mówiłam, powtarzam sobie, nie miej nadzieji na ten cykl, po co.. ale moje myśli odbiegają momentami, że A MOŻE.. Ale ja nie chce się nastawiać, serio chce odpuścić myślami.. Staram się jak mogę.. Ostatnio w sklepie zakuło mnie w boku i Moj A oczywiście pół żartem, pół serio, że może dzieć się wgryza.. 🙈
Mam wrażenie, że moja głowa podzielona jest na dwie sekcje.. jedna mówi daj sobie spokoj, druga codziennie zastanawia się czy może się uda.. ugh..
Ostatnio też humor mój jest jak kalejdoskop.. raz szczęśliwa, raz smutna a coraz częściej obojętna.. Mam nadzieje, że urlop unormuje moje samopoczucie.
Dziś mija 3 tydzień od zlecenia w Diagnostyce badań kariotypów. Muszę się chyba pożegnać z szybkim wynikiem i skoncentrować na czymś innym - w kolejnym cyklu się nam nie uda wystartować. Za to próbowalismy jeszcze powalczyć naturalnie w tym cyklu i (obecnie jest około 5 dpo - wogole cos mam wrazenie, ze mnie w tym cyklu boli prawy jajnik albo cos w okoliczy) i chyba powalczymy jeszcze w następnym - mimo że doktor powiedział, ze mamy bardzo małe szanse na naturalną ciążę zawsze tli sie jakas nadzieja, szczególnie ze mąż trochę poprawił wyniki - a nóż widelec los się nad nami zlituje i zdarzy nam się taki mały cud przed rozpoczęciem interwencji medycznej, i to jakby nie patrzeć od razu grubego kalibru 
Pani z Diagnostyki mi dziś odpisała na moja ogromna prośbę o sprawdzenie orientacyjnego terminu zakończenia badania: "Kariotyp oczekujemy do 38 dni roboczych, dodatkowo pracownia zgłasza opóźnienia w wykonywaniu badania. Prosimy o cierpliwość."
Właśnie słucham wywiadu z dr Robertem Gizlerem - dyrektorem medycznym w klinice Invimed Wrocław - mowi, ze jak zaczynał pracę czynnik meski stanowił 30% przypadkow nieplodnosci, obecnie juz siega nawet do 65% przypadkow.... ciekawe - i to to bedzie za klkanascie - kilkadziesiat lat???
Jedynie się cieszę z relacji z mężemw tej całej sytuacji - są bardzo dobre - wspieramy się i okazujemy dużo czułości i oby tak zostało. Czasami tak mysle, ze o wiele wiecej parę kosztuje, ale tez paradoksalnie niektorych zbliza do siebie to przejscie przez te nieudane starania, pierwsze badania, diagnostyke, dlugie oczekiwanie a potem przez cala procedure medyczna. Cale zycie sobie myslalam, ze zrobie wszystko aby moje dzieci mialy dobry, kochajacy dom (troche inny niz mi sie trafil) - moze dlatego tak dlugo nie moglam sie zdecydować. Teraz mysle, ze jesli uda nam sie miec dziecko, bedzie ono bardzo chciane i kochane 
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 października 2020, 21:03
1 dc
Na urodzinki przyszedł okres... Naiwność i nadzieja to bardzo bliskie uczucia.. Łatwo je pomylić. Jutro lekarz. Jestem ciekawa co tym razem usłyszę.
Krótka historia o jednym z polskich szpitali. Zglosilam sie na ip bo nie czułam ruchów od rana. W szpialu powiedzieli mi dziecko ma dystrofie... wymiar główki to 35tc a brzucha 28/29tc. Wyszłam stamtąd natychmiast, podpisalam papier że wychodzę i juz. Zadzwonilam do mojego lekarza prowadzącego, opowiedzialam mu jaka jest sytuacja. Przyjął mnie natychmiast, wszystko sprawdził, pokazal, wytłumaczył, zrobil zdjecia usg razem z opisem i moje dziecko ma jak najbardziej prawidowe wymiary. Powiedział zebym unikala tego szpitala jak ognia... Dziecko zaczęło się ruszać kiedy tylko weszłam do gabinetu
To co sie nadenerwowalam to moje.. najważniejsze że wszystko w porządku
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.