Ciąża rozpoczęta 27 lipca 2019
Dzisiaj na bieliźnie zauważyłam brązową plamę
Szybko zadzwoniłam do swojego lekarza. Powiedział, że plamienie, nawet brązowe, nie jest normalną oznaką ciąży i kazał mi leżeć, zwiększyć dawkę luteiny (do tej pory brałam 2x100g) i wziąć nospę. Bardzo się boję
Nie mam skurczy, czy bóli brzucha, ale np. piersi przestały mnie boleć. Nie wiem, czy to nie zły znak. Wczoraj badałam betę i przyrost jest dobry. Wczoraj wzięłam pierwszy zastrzyk neoparin. Wmawiam sobie, że to od tego. Boże, żeby wszystko było dobrze...
14 tc
Dzisiaj czeka mnie monitoring. Wczoraj pęcherzyk miał 2,2 cm. Odebrałam wyniki prolaktyny🤦♀️ znowu za wysoka-41,1 a norma to 23. Gdyby nie to pół bromergonu to chyba pobiła bym mój poprzedni rekord z przed leczenia. Ten cykl spisuje na straty. Nie dość że owulacja po nie drożej stronie to jeszcze ten pęcherzyk pewnie nie pęknie przez tą prolaktynę😓 co za los🤷♀️
Jestem jeszcze baradzo słaba wczoraj tylko raz wymiotowałam sukces mam nadzieje że bedzie się to pomalu wyciszać. Z wagi spadlo mi 4 kg najgorzej sie martwie o dziecko bo nie mogę wszystkiego jesc a muszą mu tereaz witaminy wystarczyć
zupkę którą wczoraj zjadlam a raczej jej wodę niestety zwróciłam. Pomału muszę się tez rozpakować ale brak siły. Maż przejął wiekszość obowiązków bylam wczoraj na spacerze z psem ale zaraz słabo mi się robiło choc wiem że muszę sie też dotleniać to teraz bedzie ciezkie bo znowu te maski wróciły
Wczoraj wyczytalam ze takie infekcje tez moga wmagac takie wymioty wiec moze jak podlecze je to jakoś choc troche bedzie lepiej. Dużo się nauczyłam i o diecie i o postepowaniu w takich sytuacjach sama nie wiem czy to nie było jakies zatrucie ciazowe bo to nie mozliwe zebym ciagle żółcią wyniotowała.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2020, 10:57
Wizytę miałam w poniedziałek ale dziś dopiero ochłonęłam. Zapisuję tutaj moje przemyślenia i mam nadzieję, że niedługo moje posty będą bardziej pozytywne.
Póki co nie jest zbyt optymistycznie.
Ostatnio będąc na wizycie w maju okazało się, że mam torbielke i po badaniach hormonów się zupełnie załamałam - Fsh 30. Skąd? W lutym było niecałe 10. Moje Amh jest niziutkie więc nie spodziewałam się, że Fsh będzie rewelacyjne ale w granicach 10-12.
Pełna niepokoju poszłam do lekarza w poniedziałek. Na usg wszystko pięknie. Jak hormony będą ok to zaczynamy elonve. No i oczywiście jak na usg jest git to hormony znów szaleństwo. Fsh nadal strasznie wysokie - 17. Tsh w ciągu miesiąca skoczyło z 1,3 na 3,9..
Nie mam sił.. Ponoć stres ma duży wpływ ale jak się nie stresować takimi wynikami. Teraz też sporo stresów mam w pracy.
Rozmawiałam z dr o KD. Powiedziała, że narazie przynajmniej do jesieni spróbujemy dojść do stymulki. Ona widzi szanse na moich komórkach i uważa, że trzeba spróbować. Ja chyba już nie mam nadziei.
Może to boski plan - wmawiam to sobie. Od końca czerwca przez cały lipiec mam urlop i nie będzie stresów z pracą. Może wtedy będzie odpowiedni czas.. Próbuję się łapać już wszystkiego.. Póki co wesoło nie jest..
Piątek 26 dc / 34 cs
Badania wykonane. Pozostało jedynie usg piersi. Część wyników już spłynęło - wszystko ok. Na posiewy moje + badanie nasienia z jego posiewem jeszcze czekamy.
Podsumowanie kosztów (zaokrąglone, nie bawię się w grosze) :
Biochemia z krwi - 700 zł
Posiewy moje - 180 zł
Nasienie+posiew - 220 zł
Koszty do tej pory : 1100 zł
Termin miesiączki w okolicach poniedziałku lub wtorku. Luteine i estrofem przyjmuję do jutra włącznie. Testowania nie będzie. Nie mam w zwyczaju. Bardzo rzadko to robię. Wizyta w klinice w okolicy 3 dc - inseminacja będzie na stymulacji letrozolem.
Jestem dumna z męża. 3 raz podszedł do badania nasienia. Pobranie krwi też zniósł dzielnie. Choć nie obyło się bez trzymania za rękę. Panie w laboratorium żartowały że gdyby miały lizaka lub naklejkę to by dostał bo był dzielnym pacjentem 😁 wiem jak bardzo nie lubi i boi się wszelkich badań dlatego jestem Mu bardzo wdzięczna że mimo wszystko bierze to wszystko na klatę. Ach Ci Nasi delikatni Panowie 😍
OK. To mamy weekend. Jest gorąco, jest słonecznie. Trzeba korzystać póki burzy nie ma 😉 a zapowiadają...
Miłego weekendu! 🏖️🌞🍺🍸🎾🧘♀️🚴♀️
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 czerwca 2020, 14:32
14 miesięcy
Jak zwykle dziewczyny miałyście rację 😁
Ale od początku. Po trudach pierwszych dni w żłobku nadeszły choroby 🤦♀️Od trzech tygodni nie możemy wyjść z gila. Kilka dni chodzi do żłobka, a później tydzień siedzi w domu, na szczęście przyjeżdża moja mama i się nim zajmuje, więc nie musiałam póki co brać L4. Oddanie do żłobka nadal jest trudne, płacz zaczyna się już w momencie otwarcia bramki, ale chwilę po wejściu do sali jest już lepiej, potem się już bawi, wczoraj nawet nie spieszył się do domu. Drzemki w żłobku zdecydowanie krótsze, ale są. Jeść też coś je, więc dramatu nie ma. Lubi natomiast jak obie ciocie są w sali i żadna nie może wyjść, bo wtedy jest płacz 🤷♀️Jestem bardziej spokojna i już się tak nie martwię, tylko te choroby mnie przerażają.
Jeśli chodzi o rozwój Janka, to codziennie mnie zadziwia, rozumie już wszystko co się do niego mówi, buduje z klocków, pięknie robi papa, bawi się z nami, okropnie łobuzuje, wszystko po nas małpuje, coś tam sobie gada po swojemu, ale zupełnie niezrozumiale poza, mama i tata 🙈Motorycznie jest super, wszędzie włazi, biega, mąż się śmieje, że będzie kaskaderem, bo ciągle jest na granicy ryzyka 🤣 Ogólnie jest przekochany, zwłaszcza jak się przytula i daje buziaczki.
Spanie to odrębna historia nadal, było kilka dni, że spał pięknie, jedna pobudka w nocy i szedł spać dalej, ale teraz znowu wróciły imprezy nocne, kręcenie się i popłakiwanie. Wychodzą mu wreszcie czwórki, może one są odpowiedzialne ze ten stan rzeczy, no i skok rozwojowy nam nie pomaga.
Odstawiłam go też od piersi, od tygodnia nie ma nocnych karmień, w dzień została butelka z mm przed snem nocnym i drzemką, o ile z tej przed drzemką chętnie bym zrezygnowała to nocna mogłaby jeszcze zostać, bo widzę, że jej potrzebuje i nie przeszkadza mi to.
Jeśli chodzi o mnie to psychicznie jest dużo lepiej, powrót do pracy dobrze mi zrobił, tęsknie za synkiem bardzo jak jestem w pracy, ale nie żałuję. Trochę mi smutno, że nasza mleczna droga się skończyła, ale z drugiej strony ogromnie się cieszę , że obyło się bez dramatu, wyszło zwyczajnie naturalnie 💪 a tak się bałam tego odstawienia, bo jeszcze kilka tygodni temu jadł 3 razy w nocy, a teraz ani razu 😱 Marzę tylko o tym, żeby w końcu zaczął spać, bo snu brakuje mi okropnie.
7dc protokół długi STYMULACJA
Dostałam rozkmine na prawie tydzień....
I tak sobie myślę, że jednak nie zapłodnie wszystkich komórek jajowych.
Normalnie ma sie pobranych ok 10 -15 oocytów. U mnie na wstępnie doktor powiedziała, że bedzie 20 i więcej.
I tak sobie przemyślałam, że w takim przypadku może 12 zapłodnić ? Jeszcze będę musiała z mężem oczywiście pogadać.
Bo co wtedy z resztą? Pobrane oocyty mogę oddać- znaczy resztę nie zapłodnionych. Bo nie wiem czy 20 sztuk zapładniać? Troche sporo tego... Zwłaszcza , że zazwyczaj zapładniają 6, przy wieku 35r.ż. ,który jest przeciwskazana w wiekszej ilości zapładniania wtedy zapłądniają wszystkie badz drugie tyle, czyli 12,w zależności od pobranych oocytów. Bo jednak tylko przy PCOS , jest więcej tych komórek, normalnie z wiekiem jest mniej ich , i mniej odpowiadają jajniki na stymulację.
Wiadomo, że wszystkie dojrzałe nie bedą, pewnie 2/3(dojrzałych)? Wiem też, że zapłodnione komóki zdegraduja do 3 doby- 1/3? Później pewnie kolejne 1/3 przetrwają do 5 doby? No i oczywiście klasyfikacja. pewnie z 6 zostanie przy zapłodnionych 12... albo nawet mniej...
Jak mój tok myślenia? Jeszcze będę musiała oczywiście z mężem pokminić.
Obczaić temat. Może na innych forach, poczytać, zapytać.
P.S.
Stwierdzam po przeczytaniu na forum,że dla dziewczyny z pobranych 26- 5 zostało ! chyba lepiej wszystkie zapłodnić. I w razie czego oddać, zostawiając sobie np 5 ładnych blastek.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 czerwca 2020, 08:04
Tej nocy miałam sen, ze robię test ciążowy a tam dwie kreski... rano wstałam z takim szczęściem i zapałem do zrobieni testów! Które szybko minęło bo na tym prawdziwym teście zobaczyłam tylko jedną
Wczoraj zrobiona beta wskazała 64, z tego co sprawdziłam wynik zgadza się z czasem poowulacyjnum. Nawet test paskowy nie wskazuje jeszcze ciąży.
10 dc.
Obudziłam się z ostrym zapaleniem pęcherza moczowego
Piekło i szczypało niemiłosiernie ale już jest dużo lepiej. Podziałała furagina i domowe herbaty. Mam nadzieję, że nie spieprzy to ani nie przesunie niczego w cyklu.
Do tej pory ciągle coś na dole pobolewało, ciągnęło, a to jajnik jeden albo oba, delikatne odczucia w obrębie miednicy, a dziś cisza. Wczoraj już też mniej było. Szyjka wysoko i bardzo miękka, śluz słaby, ale u mnie zawsze był z tym problem. Zresztą nie patrzę na to już tak bardzo skoro za chwilę ma być IUI. Modlę się tyko, by trafić w dobry czas, bo P. nie jechać do kliniki dwa dni pod rząd
Jeśli tego jednego dnia się nie wstrzelimy, to nie wiem co będzie. A sądzę, że właśnie nie, że dopiero po USG da Ovitrelle i wyznaczy termin na IUI. Poddaję się losowi, bo i tak nic nie zmienię. Albo zamrozimy albo przekonamy lekarza by zrobił w ten sam dzień, najwyżej plemniki poczekają tą dobę zanim jajo pęknie. Jeśli od razu po wizycie zrobiłabym zastrzyk to mamy te 24-36 h, tyle to chyba dadzą radę... Ponoć czekają nawet 5 dni więc może lepiej się tak nie spinać.
Jeszcze zależy jakie nasienie, ale P. ma akurat bardzo dobre, aż ponad miarę. Wiadomo, że to jest zmienne, ale jeśli nie był ostatnio przeziębiony, nie brał leków i nie zmienił stylu życia, to chyba niewiele się zmieniło.
Będzie co będzie, najwyżej przygotujemy się do 2 IUI. Życie.
Póki co, odpuściłam alkohol, dobrze się odżywiam, ćwiczę jogę, coś na spokojnie, już nie godzinne tabaty czy HIIT. Czytam książki, próbuję się relaksować.
8 dc. lewy jajnik miał pęcherzyk 12 mm
Prawy 9-10 mm
Dzisiaj powinny mieć już po 16 i 14 mm. Jutro chyba pojadę ponownie to skontrolować, bo ta niewiedza doprowadza mnie do szału. Nie wiem czy coś jest, nie wiem czy się nastawiać, czy rośnie prawidłowo. Jak przypomnę sobie czasy, zanim nauczyłam się robić sobie USG w pracy, to nie wiem jak to przeżyłam :p Tą niewiedzę, wróżenie z fusów. A tak co miesiąc wiem, że albo mam owulację, albo nie i co w ogóle się pojawiło.
Byle przeżyć do wtorku. A reszta jakoś zleci.
10 miesięcy 
Waga: 9,5 kg
Wzrost 74cm
Dni lecą nie wiem kiedy. Jaś bardzo się rozwija, gada jak nakręcony, oczywiście po swojemu 😉. Mówi już do nas Mama i Tata 🥰.
Swoje pierwsze bardzo świadome "Mama" usłyszałam w Dniu Matki 🥰 to był najpiękniejszy prezent 🥰.
Mamy dwa ząbki 🤗, wszystko trwało łącznie może z 2 tygodnie. Jaś był trochę marudny, zwlaszcza przy prawej dolnej jedynce 🦷, ale nie miał gorączki, rozpulchnionych dziąseł, kataru, ani braku apetytu. Przeszliśmy przez to na spokojnie 🤗.
Wiadomość wyedytowana przez autora 13 czerwca 2020, 14:18
37t + 2d
Witamy w 38 tygodniu ciąży. Samopoczucie... ok. Fizycznie w miarę ok. Jutro mam usg kontrolne, jeśli okaże się, że mały przekroczył 3700 możliwe, ze zaprogramujemy wywołanie porodu. Ale myślę sobie (mam nadzieję), ze jednak nie przyspieszył z przybieraniem na wadze, pilnuje cukier i praktycznie od ostatniej wizyty kontrolnej jego poziom przekroczył dosłownie parę razy i nie dużo. No i trochę boje się wywoływania... nie wiem czemu, boje się ze takie sztuczne wywoływanie nie będzie skuteczne i ze skończy się na cesarce. Staram się myśleć pozytywnie i nie rozmyślać za dużo o tym.
U nas jest niby kwarantanna, chociaż nijak się ma do tej z początku epidemii. Dzieciaki chodzą do szkoły, na ulicach ruch jak gdyby nigdy nic... zakaz przemieszczania się na więcej niż 100 km, ale teściowa z odpowiednim zaświadczeniem będzie mogła przyjechać zająć się Fifim. Pytanie czy zdąży. Wstępnie ma przyjechać w okolicach terminu porodu lub ewentualnie, jeśli ustalimy wywołanie. Trochę mnie stresuje ta sprawa. Już zdążyłam się naczytać, ze drugi poród może być dużo szybszy niż pierwszy. Co zrobimy jeśli w ciągu 2-3 godz od początku skurczy będę musiała jechać do szpitala, a teściowa jeszcze tu nie będzie? Ona ma 8 godz drogi 🙈 Mamy parę przyjaciół, ostatecznie po nich zadzwonimy chociaż oboje pracują. Sąsiadka tez się zadeklarowała, ze w razie co jest do naszej dyspozycji. Tylko chciałabym, żeby Fifi się nie stresował, z babcią wiem ze byłby w miarę spokojny. Także to mi teraz zaprząta głowę...
Walizka jeszcze nie spakowana. Nie wiem na co czekam... jutro muszę się za to zabrać.
Na razie nie mam większych oznaków zbliżającego się porodu. Czasem ból jakby miesiączkowy, ale tylko czasem i to zdarza się już od dłuższego czasu. Brzuch stawia się jak zawsze. Mam więcej białawej wydzieliny, ale tego nie biorę jako oznakę zbliżającego się porodu. Czasem zakłuje w pochwie, zaboli w pachwinie, udzie, tu myślę, ze to jest już coś co mnie zbliża do porodu, ale jak bardzo?
Pochwaliłam Fifiego w jednych z wpisów, ze taki aniołek... No wiec od jakiegoś tygodnia daje nie źle popalić. Coś jest na rzeczy, czy to zęby? Zmiana łóżka? Czy czuje, ze zmiany nadchodzą nieubłaganie? Nie potrafię położyć go na drzemkę popołudniu, wcześniej zasypiał sam, w małym łóżeczku, z którego nie mógł wyjść. Teraz chce do mamy/z mamą i nie ma zmiłuj. Jedynie posłucha, kiedy tata każe mu się położyć. Zreszta i mniej śpi tez w dzień, a w nocy budzi się kilka razy. Co jeszcze? Każde przebranie go to walka, zmiana pieluchy, trzeba się nagadać, a ostatecznie i tak trzeba go złapać i zanieść na przewijak. I jeszcze problem z jedzeniem. Jeśli jakieś jego ulubione danie - spoko, ale jeśli nie nie zjada nawet połowy porcji. Także mamy ciężki okres. Trochę mnie przeraża, ze to jakiś bunt dwulatka się zaczyna i ze będzie ciężko, kiedy nie będę mogła mu poświecić tyle czasu, kiedy będzie z nami jego brat. Myśl pozytywnie...
Mysle, ze zajrzę tu jeszcze przed porodem
zostały 4 tygodnie do terminu. Jestem gotowa i nie jestem też...
- 3cs - 25dc - 11dpo -
Temperatura jeszcze niżej a @dalej nie ma. Niby już wczoraj pozbyłam się nadziei, a jednak ileś razy sprawdzałam wykresy wyskakujące po haśle "implantation dip". Dziś już jednak nie mam złudzeń, po tym kolejnym spadku. No prawie, bo sprawdziłam swój ciążowy wykres i tam też zaliczyłam w podobnym czasie spadek 2 dni z rzędu, potem delikatny wzrost i wtedy przestałam mierzyć, żeby się nie stresować. No ale to jest dla mnie taki ostatni 1% nadziei, bo spadek w ciążowym nie był aż tak znaczny.. Jak to człowiek walczy sam z sobą - niby nie wierzę, ale ten 1% zostaje chyba zawsze, do samego końca..
Dziś nastrój mam już niby lepszy, zazwyczaj jeden dzień wracam do siebie po dostaniu @ czy tak jak w tym przypadku, po znacznym spadku temperatury. Ale tak ogólnie, rozkminiając to wszystko, to nie potrafię się psychicznie ogarnąć, nie umiem wypracować jakiegoś mechanizmu, który pomógłby mi przejść przez te starania.. Nie wiem czy w ogóle taki istnieje. Bo niby trzeba wierzyć, ale jak wierzę, to się nakręcam i zderzenie z rzeczywistością za każdym razem boli tak samo, albo nawet coraz bardziej. Nie umiem się na to wyłączyć. Ten cykl niby był taki trochę jakbym leciała na autopilocie, ale końcówka była bolesna jak zawsze. Nie wiem gdzie mnie to zaprowadzi. Nie potrafię się przez to do końca cieszyć macierzyństwem, cały czas widzę tę rysę na szkle, cały czas czegoś brakuje. Jak widzę jak Bruno cieszy się na inne dzieci, tym bardziej mi źle..
Nie wiem ile mi jeszcze starczy sił. Boję się, że w końcu coś pęknie i zamknę się na to wszystko. Bo starając się mam wrażenie, że wystawiam swoje serce na dłoni. Nie wiem komu, chyba losowi. I za każdym razem, kiedy ten los zabiera mi kolejną szansę, każe mi znów czekać, to to serce obrywa. I za chwilę znów muszę je takie bezbronne wystawić. Czasem się zastanawiam czy nie lepiej zacisnąć dłoń na tym sercu i ochronić je przed tym okrutnym losem. Schować do kieszeni bezpieczne. Tylko, że cały czas nie potrafię. Nie umiem się poddać. Ciągle mam z tyłu głowy słowa którejś ze staraczek, że starania o kolejne dziecko są takie same jak o pierwsze. Z jednej strony się nie zgadzam, bo jest się mamą, przeżywa się te wszystkie cudowne chwile, a z drugiej strony uczucia skierowane w to kolejne upragnione dziecko są jota w jotę takie same. To ogromne, niespełnione pragnienie, te huśtawki nastrojów, te nadzieje i rozczarowania.. Tak bardzo chciałam tego uniknąć, a tu z miesiąca na miesiąc znów zapisuje się coraz większa liczba cykli.. Pamiętam tytuł pierwszego pamiętnika "Pamiętniku, proszę bądź krótki". Teraz proszę o to samo. Już ostatni raz.
Ciąża zakończona 9 października 2020
36+4
Na obchodzie ordynator stwierdził że wywołujemy poród w poniedziałek. A dziś znów przepływy i USG. Z takich wieści się ucieszyłam.
Pierw poszłam na USG naczczo bo myślę że znów jakieś badania zrobią.
Okazało się że szyjka koło 3 cm zamknięta brak infekcji. Lekarze zgodnie na poniedziałek.
Tylko 1 kobieta była za nie. Stwierdziła że za bardzo ryzykujemy. A co będzie jeśli przelepszymy. Wody się Sącza coraz bardziej i w poniedziałek będzie małowodzie 2-3 AFI
No to słyszę zmiana decyzji indukcja dziś. Nie jemy już nic.
No cóż oni wiedzą lepiej niż ja.
Poszłam się spakować. I za chwilę wysłali mnie na porodówkę.
Tam wiele pielęgniarek mnie poznało, stwierdzili że długo wytrzymałam.
Podłączyli mnie pod oxy o 12.
Zaczęli od dawki 11 skończyli na 45.
Po 11 h chyba zwątpili, dalo spokój i uznali że robimy cesarkę. O 23 zabrali mnie na salę operacyjną.
Znieczulili i o 23.21 usłyszałam płacz. Żyje takie były moje pierwsze myśli. Potem już tylko zostało zaszycie. W godzinę się uwinęli. Przed tym podali mi małego na 5 min. A ja sił nie miałam, tylko go ucałowałem. A położna poroniła fotki i wysłała mężowi. Bardzo miło z jej strony. Potem wywieźli mnie na salę poperacyjna, spotkałam tam super kobitkę. Dużo mi pomagała. A ja strasznie się trzęsłam, nogi bezwładne, tragedia. Potem już mnie wrzucono na salę poporodową. Zasnęłam przy kroplówkach. Jak się obudziłam myślałam że to wieczór. Patrzę na zegarek a tu 10.od razu walizki mi się przypomniały. Prosiłam aby je przynieśli. I wtedy zobaczyłam fotki Piotrusia. Miny niczego sobie bardzo źle, jakby miał powiedzieć za szybko mnie wyjeliscie.
Koło 11 kazano mi wstać o matko jakie to było trudne i bolesne. Potem już się nie kładłam bo stwierdziłam że nie wstanę potem.
Dali mi kartkę aby dowiedzieć się czegoś o małym. Chłop powiedzial że taki tam nie leży. Wkurzyłam się.
Prosiłam pielęgniarkę o pomoc, stwierdziła że na obchodzie mam się pytać. Byłam zła. Gdzie moje dziecko.
Wkoncu trafiłam na fajna pielęgniarke która wykręciła numer do Pani doktor.
Poinformowała mnie że mały nie leży w inkubatorze.
Był pod obserwacją i dostaje antybiotyk w razie gdyby wody miały infekcje.
Jak długo zostanie ciężko powiedzieć. Pierw antybiotyk potem różne badania.
To już pewne że z nami nie wróci zostanie tam
Zapytałam się jej czy mogę go odwiedzić, więc jeśli przebywam w szpitalu to tak.
A więc udałam się na jego poszukiwania.
Kiedy go znalazłam spał smacznie.
Robił źle minki ale kiedy glaskalam mu główke to się ślicznie uśmiechał. Nie płakał, oczkow nie otwierał, ale czuł moja obecnosc. Nie miałam siły by go wziasc na ręce. Bałam się rany.
Jest taki cudowny. Jedynie ból sprawił mi welfron na głowie przez niego podają mu antybiotyki. Biedne dziecko przeze mnie musi brać.
Mam nadzieję że wkrótce do domu wróci.
I tak ladna punktację dostał 9/10
Wzrost 54, waga 2620.
Ale cesarki nie polecam zwijam się z bólu. Nie wiem kiedy ustąpi. Szkoda że naturalnie się nie udało.
A tak wgole jak na małego patrzyłam stwierdziłam że to wielki cud od Boga.
Jezus opiekował się nim cała ciążę, bo do łatwych nie należała. Ten cud wkrótce będzie ze mną w domku. To dla mnie nadal abstrakcja, coś niemożliwego a jednak.... Chociaż to wczesniak na niego nie wygląda różni się jedynie waga z innymi dziećmi. Wzrostowo nawet większy niż z 38 czy 39 tc, główka jak u osoby z 49&40 tc.
Ale mimo wszystko jest cudowny.
Cieszę się że już po wszystkim. Teraz zacznie się nowy etap mojego życia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 10 października 2020, 23:55
Jest już ze mną maluszek 3BB 💚💚💚💚
Transfer poszedł sprawnie,dołożyłam kleik i niech się dzieje magia!
Mimo, że to duże ryzyko to zjadłam tego maka... A co tam... Mam nadzieję, że mi nie zaszkodzi.
Sam transfer poszedł gładko. Rano wydeptałam ścieżkę przez chałupę ale później napawałam się tym euforycznym stanem szczęścia, że zabieram dziecko do domu.
Jesteśmy razem. W tym momencie mam go w brzuszku, moje maleństwo. Zostań ze mną, błagam 🙏
14tydz + 2dni
Tak jak myślałam... Nie może być po prostu dobrze i bezproblemowo... Od dwóch dni spina mi się brzuch. W dzień jest dobrze, a wieczorami czuję się jakbym zamiast macicy miała twardą kulę w brzuchu. W pierwszej ciąży było trochę inaczej, bo macica się spinała, a po zmianie pozycji odpuszczała. Teraz kładę się i macica jest spięta przez jakiś czas, niezależnie od pozycji. Przechodzi po nospie i jak się wyśpię. Zaczęło się to w sobotę wieczorem, w niedzielę cały dzień było super, ale przyszedł wieczór i powtórka z rozrywki. Dziś zadzwonię już do lekarza, niech mi powie co robić, bo oszaleję.
Boję się.. zaszliśmy tak daleko i zapowiadało się na książkową ciążę, a tu znowu jakieś skurcze. Boję się, że znowu skróci się szyjka... Że znowu moja ciąża będzie ciężarem dla wszystkich, że znowu wysiłki się nie opłacą.. że znowu będziemy cierpieć. Nie wiem czy dam radę po raz trzeci... A już wybraliśmy imiona dla dziewczynki i chłopca...
Jestem tykającą bombą. Skurcze dokuczają mi co raz częściej. Z jednej strony marzę o tym, żeby już urodzić, żeby było po wszystkim. A z drugiej chcę odwlec to w czasie, mam trochę pietra i ciągle mam wrażenie, że to "jeszcze nie jest dobry dzień". Moja najgorsza obawa jest taka, że zacznie się kiedy będę sama w domu, albo co gorsze sama z Emilą (na szczęście wróciła już po chorobie do przedszkola). Gdyby mój poród przebiegał "normalnie" kompletnie by mnie to nie stresowało, ale mając w pamięci jak ekspresowo przebiegło to ostatnim razem i fakt, że moja Doktor twierdzi, że teraz pójdzie jeszcze szybciej nie pomaga...
Śpię marnie, ciągle się wybudzam, mąż już też na czuwaniu. Na każde moje nocne siku pyta, czy wszystko ok. To świadczy o jego trosce, wiem, ale jestem tymi pytaniami co raz mocniej zirytowana.
Taki to dziwny czas, kiedy z jednej strony nie mogę się doczekać Tosi w moich ramionach, a z drugiej towarzyszy mi tak wiele obaw (dopiero teraz mnie dopadły cholera). Niezależnie od wszystkiego, jakby nie patrzeć już dużo bliżej niż dalej ❤️
23+2
Moje 33 urodziny
Nie pamietam moich urodzin rok temu. Chyba był to zwykły dzień w którym poszłam do pracy. Nic szczególnego. Byłam wtedy świeżo po pierwszej wizycie w klinice. Być może już zaczęłam robić badania do IUI. A może jeszcze się zastanawiałam co robić? Na pewno wciąż miałam nadzieje ze zaskoczy naturalnie, ale czas pokazał, ze nie było mi to pisane. I ze te dwie próby IUI tez były niepotrzebne. Nie żałuje ze je robiłam - taka była moja droga do IVF, odpowiednio się tez do nich nastawiłam - nie spodziewałam się wiele wiec tez nie rozpaczałam mocno jak się nie udało.
Co bym zmieniła gdybym rok temu miała taką wiedzę jak dzisiaj? Na pewno byłabym spokojniejsza. Tak bardzo w niepłodności wykańczająca była dla mnie niepewność czy kiedykolwiek się uda, myślałam o tym dużo i cały czas probowalam sobie poukładać w głowie jak będzie wyglądało nasze życie jeżeli nigdy nie będziemy mieć malucha. Dużo mnie to kosztowało nerwów, dlatego tak bardzo chciałam i z taką determinacją podchodziłam do leczenia. A gdybym wiedziała ze w następne moje urodziny będę w 24 tc to byłabym po prostu spokojniejsza, bardziej wyciszona, mniej bym pewnie o tych staraniach myślała a skupiła się bardziej na byciu z mężem i cieszeniu się tym co mamy.
No tak ale mądry człowiek który wie, a z tamtej perspektywy było zupełnie inaczej.
Tak dużo się zmieniło przez ten rok. Niby niewiele- zaszłam w ciąże, kupiliśmy samochód, dostaliśmy mieszkanie służbowe, podgonilismy z budową domu... zwykle życie. Ale czuje się kilometry świetlne od siebie samej z tamtego roku. Czuje ze w tym roku upływ czasu mnie po taz pierwszy nie boli bo nie jest już piętnem w staraniach. Tak samo jak nie boli mnie te 7 kg na plusie od tamtych urodzin bo przecież w ciąży się nie tyje tylko przybiera na wadze 😂
Jak sobie wyobrażam moje urodziny za rok? Już z małym człowiekiem razem z nami. I z resztą rodziny - tak bardzo chciałabym ich wszystkich zobaczyć - na razie to niemożliwe z powodu koronawirusa - rodzice mieszkają na Śląsku a mama jest pielęgniarką więc wciąż się nie ryzykujemy spotkań. Mam również nadzieje ze będzie lepsza pogoda niż dzisiaj. Może uda mi się wyjść na zakupy i upiec tort z truskawkami.
Tak mi się jakoś zebrało na podsumowania dzisiaj - jak nigdy w sumie, ale w tym roku szczególnie widzę jaka drogę przeszłam. Warto być cierpliwym. Poprzednie lata były smutne bo mimo wysiłków nic się nie zmieniało, kolejne lata mijały a ja miałam wrażenie ze stoję w miejscu. W tym roku wszystko przyszło na raz, po raz pierwszy patrzę wstecz i widzę ze chociaż zdawało mi się ze kręcę się w kółko to jednak szlam do przodu.
Wszystkiego najlepszego dla mnie! 🥰
12 cs 17 dc
Dziś od rana czuję kłucie jajników, temperatura nisko, owulację zazwyczaj mam 16-18 dnia cyklu.
W sobote (15 dc) byłam na monitoringu w klinice. Pęcherzyk w lewym 14 mm a w prawym 13. Ogólnie to jest cykl stymulowany clo i myślę ze słabo na to reaguję i powinny więcej urosnąć.
Ale lekarz mówi ze endomerium ok, a owulacja będzie prawdopodobnie w środę. Przepisał gonapeptyl na pęknięcie - mam zrobić zastrzyk jutro rano.
Ale boję się że owulacje mam dzisiaj i nie wiem czy w ogóle powinnam wstrzykiwać sobie ten gonapeptyl.
Miałam dziwną sytuację w poprzednim stymulowanym cyklu bo równo tydzień od zrobienia zastrzyku dostalam okres( to byl 23 dzien a ja myslalam ze może to plamienie). Mam takie podejrzenie ze owulacje miałam dzien wcześniej i może ten lek mi jakoś zaszkodził? Lekarz mówi że to dziwne i raczej przypadek.
Czy może któraś z Was mogłaby mi coś doradzić? Boję sie powtórki. Plan mam taki ze zobaczę czy jutro rano tepmetratura skoczyla do góry i zdecyduje co robić.
Będę wdzięczna za rady.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.