Test ciążowy NEGATYWNY
Wczoraj przestałam czuć spokój. Dopóki wszystko było tylko wynikiem bety nie czułam zwątpienia. Od kąd zobaczyłam kropka, który ma już akcję serduszka poczułam ogromny strach.
Wiem, że to chwilowe.. 19.04 był transfer 4aa zarodka z 6 doby. Miał naciętą otoczkę do badań preimplantacyjnch, duphaston, bensis, estrofem 3x1, cyclogest 2x1, wjechały od dnia transferu accofil & neoparin. Sam transfer był szybki, miałam słabo napełniony pęcherz, wszystko przebiegło jak zawsze. Zarodek ładnie się rozmroził i pojechał ze mną do domu. Po transferze wskoczyliśmy na smażony ser a 24.05 zaczęłam oncalla, by nie zwariować
W między czasie 23.05 mieliśmy urodzinki u znajomych malucha, beta 9 - 4 dpt, równo 3dpt o 14:00 wyszły 2 kreski. Wiedzieliśmy, że coś się dzieje, pytanie czy to chwilowe czy na dłużej. 7dpt - 45,3. W piątek 28.04 czyli 9dpt pojechaliśmy na Mazury do moich rodziców, nikt nic nie wie - twierdzimy, że przygotowujemy się do transferu. Wiem, że rodzina bardzo to przeżywa więc chcieliśmy uniknąć ich zmartwień. Dojechaliśmy 1h po zamknięciu labolatorium, ale ze spokojem 10dpt udałam się na krew. Wynik był szybko 243, piękna beta, testy ciemniały. Chłopaki zbudowali pomost, który musieli rozebrać ze względu na stan techniczny, codziennie dzień zaczynał się przed 7, zbieraliśmy się na działkę, nad jezioro, zero myślenia, zero oszczędzania, żyłam. 13dpt 810,40, 15dpt 1872, 17dpt 3401,98.. Wczoraj był 5w5d pojechałam do swojego zaufanego lekarza, u którego jestem od 2020 roku. Weszłam do gabinetu, opowiedziałam wszystko, wjechałam na fotel i od razu widziałam, że jest pęcherzyk ciążowy, zarodek i widoczna akcja serca. CRL 4mm kolejna wizyta we wtorek plus wlew IVIG... i pewnie pozegnanie z klinika.
Nie wiem co dalej, wiem, że mam dbać o siebie, oszczedzac się, gory i spacery odpadaja, dlugie podroze tez. Mam siebie obserwowac jak reaguje, czy nic sie nie dzieje, unikac ludzi i zarazkow. Inaczej to sobie wyobrazalam, ale obym jak najdluzej sie dobrze czula, bo siedzenie w domu bez pracy nie jest dla mnie. Pracując z samymi facetami, nie chce by za szybko sie dowiedzieli, chcialabym miec gdzie wrocic po
teraz boje sie bardziej, bo wiem ze to sie dzieje, nawet jakby mialo cos pojsc nie tak, zrobilam wszystko, a cokolwiek sie stanie nie jest ode mnie zalezne..
Mam nadzieje, ze moja kreta historia kiedys da nadzieje osobom, ktore maja podobne problemy, mi dala nadzieje inna dziewczyna z translokacją. Chaos kieruje tym postem, ale dziekuje wszystkim wam, które tutaj są i po cichu mnie wspierają i wierzyły w sukces, pomagały, doradzały..
Jestem po zabiegu usunięcia wierzchołka korzenia zęba. Co tu dużo mówić.. uczucie jakby ktoś przecinał mi czaszkę piłą mechaniczną. Zero bólu, ale świadomość obecności piły w moich ustach była dość przerażająca. Na szczęście miałam przykryte oczy taką zieloną operacyjną płachtą, więc nic nie widziałam. Inaczej ten chirurg-rzeźnik by mi się śnił chyba do końca życia 😅 Jak się okazało, tam gdzie odczuwałam lekki ból, stan zapalny był malutki, za to pod niepozornym zębem obok dość duży. Także wycięto od razu dwa zakażone miejsca i tym sposobem (mam nadzieję) pozbyłam się największych rozsiewaczy bakterii w moim organizmie. Znieczulenie jeszcze działa i lekko spuchł mi policzek, ale myślałam, że będzie dużo gorzej. Dziś zostaję w domku i leniuchuję - takie moje pocieszenie ❤️ Mąż odebrał mnie z zabiegu i w drodze powrotnej, mimo, że czas go gonił, zabrał na rynek po świeże warzywa i owoce. Sam wpadł na pomysł, że nic nie będę dziś mogła gryźć i mogłabym zrobić sobie zdrowy koktajl. Przed chwilą dzwonił też z pracy, żeby zapytać, jak się czuję. Rozpływam się w takich momentach. Czy ja w ogóle na niego zasługuję? 🥺 Bardzo mu podziękowałam, że się o mnie troszczy, a on tylko odpowiedział (jak zawsze): "a o kogo mam się martwić, jak nie o ciebie?". ❤️
W środę kończę mój maraton antybiotykowy i liczę na czysty wymaz kontrolny. Małymi, ale dużo znaczącymi kroczkami kierujemy się do przodu i odhaczamy kolejne rzeczy na liście do zrobienia. Do zestawu moich suplementów włączyłam koenzym Q10 oraz prenacaps ovi (z NAC i mioinozytolem). Jak okropnie to smakuje wie tylko ten, kto próbował 🥴 Ale piję to z godnością mając z tyłu głowy wizję lepszych komórek i zdrowego, pięknego bobaska 🥰
Z obecnej diety jestem zadowolona - na co dzień jem zdrowo, nie ciągnie mnie do słodyczy, ale gdy kolega z pracy przyniesie ciasto lub mąż zabierze mnie na kolację to nie wybrzydzam i pozwalam sobie na małe odstępstwa. Może inaczej: nic sobie nie zabraniam. W większości wybieram po prostu zdrowsze alternatywy. Czuję się z tym świetnie i wydaje mi się, że widać to po mnie. Udało mi się też przytyć kilka kg 🤍
Ten cykl to czas mojego naprawdę dobrego samopoczucia. Bez liczenia dni do miesiączki, obserwowania objawów, dyktowania planów pod dzień cyklu. Odezwałam się do trzech koleżanek, z którymi nie rozmawiałam od miesięcy i spotkałam się z każdą z nich. One też się stęskniły, dobrze nam się gadało, umówiłyśmy już kolejne spotkania. Niedługo mam nocować u jednej (ile czasu już tego nie robiłam?), a z drugą umówiłam się na wyjście do baru. Fajnie oderwać się trochę od swoich problemów i po prostu żyć ❤️ No i zauważyłam, że podczas, gdy ja próbuję zajść w ciążę, inni mają swoje problemy, które wcale nie są mniejsze od mojego. Zależy po prostu od sytuacji i z jakiej strony na nie spojrzymy..
Kurcze, chcę napisać jeszcze coś, co od wczorajszego wieczoru nie daje mi spokoju.. Postanowiłam zrobić porządek w moich testach owulacyjnych i ciążowych - chciałam zrobić taki zeszyt, gdzie będę wszystko wklejać i opisywać, aby później móc sobie porównywać. Ogólnie to mam masę pozytywnych testów ciążowych, kreski o różnym wybarwieniu, opatrzone różnymi datami z tego i zeszłego roku.. Nie ukrywam, że obudziło to we mnie sentyment i wprawiło w przemyślenia. No i znalazłam również test z poprzedniego cyklu, na którym gołym okiem widoczna jest kreseczka.. Podobna do tych ze szczęśliwych cykli. Te testy presense mnie jeszcze nigdy nie oszukały, i nawet jak pokazywały cień, to ciąża była. Choć może to tylko wadliwy egzemplarz, który dał mi tyle do myślenia...

Czuję, że będzie dobrze ❤️
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 maja 2023, 13:38
Rok i 9 miesięcy 👦🏻
34+6 🤰🏻
Dawno mnie tu nie było. Czas niezmiennie leci jak szalony. Powinnam tak zaczynać chyba każdy mój wpis. Ciężko znaleźć chwilę dla siebie, gdy jest się pochłoniętą atencyjnym starszakiem, ogarnianiem domu i *w końcu* przygotowywaniem się na pojawienie się drugiego małego misia w domu 🧸
Do niedawna jeszcze nie czułam, że jestem w ciąży. A raczej zdarzało mi się zapominać bo na szczęście ominęło mnie wiele dolegliwości. Ale od niedawna wszystko zaczęło doskwierać na raz. Krzyż boli, brzuch twardnieje, kopniaczki nie są już słodziutkie, a po prostu bolesne. Do tego Franio to mała wiercipięta i jest jeszcze większym szogunem w brzuchu niż był Ignacy. Nie wiem czy to dobrze wróży dla mojego zdrowia psychicznego na przyszłość 🙄 Doszły też bardzo duże bóle miednicy i strzykające boleśnie kości, nacisk na żebra, nocne pobudki i problemy ze snem, zgaga. Można wymieniać i wymieniać. Mąż przyzwyczajony, że ogarniam chate naeet w ciąży sam nie wyjdzie z inicjatywą żebym sobie odpoczęła. A bardzo bym chciała. Nie tylko odpocząć ale usłyszeć i zostać „zmuszoną” - „zostaw to, ja to zrobie” „usiądź sobie, zrobie Ci wode z miętą”. Brakuje mi takiej troski o mnie. Może to szalenie samolubne, ale na prawdę mi tego brakuje. To ja troszczę się o Ignasia, a o mnie w ciąży już się tak nie pamięta jak w ciąży pierwszej. Nawet taka głupia kwestia jak babyshower. Głupio mi było się prosić „hej zorganizujecie mi babyshower?” … nieśmiało zagadywałam do przyjaciółek, potem rzuciłam że może sama zorganizuje jakieś spotkanie. Nikt nie podchwycił tematu. Troszke zrobiło mi się przykro. Bo druga ciąża już nie jest taka ważna? Bo już raz miałam? Franek jest mniej ważnym dzieckiem bo drugim?
Dopiero na dniach moja przyjaciółka podchwyciła temat i pojęła się organizacji. Ale mam wrażenie że teraz ma do mnie żal, że organizuje mi babyshower gdy ona od ponad pół roku nie może zajść w drugą ciążę. Wgl czuje, że nasze relacje się zmieniły od kiedy okazało się, że ja jestem w drugiej ciąży a oni starają się na razie bezskutecznie o drugie po pierwszej szybkiej ciąży.
I ja ją rozumiem, każda tutaj ją rozumie… ale jednak ta niemożmość przeżywania tego radosnego momentu z najbliższą przyjaciółką też jest dla mnie ciężka. Bo co się dzieje teraz u mnie - dziecko, dom, ciąża… u niej podobnie tylko jest jeszcze praca. Moje obecne przemyślenia, strach czy rozterki krążą wokół ciąży, a czuje że to temat tabu między nami. W ogóle ostatnio mam wiele przemyśleń i znów problemy, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie. Depresja poporodowa, a właściwie depresja jeszcze ciągnąca się z okresu starań nie minęła całkiem i teraz kładzie się cieniem na drugiej ciąży i prawdopodobnie na drugim macierzyństwie. Za każdym razem gdy próbuję się zebrać w sobie i poszukać pomocy jest lepszy okres i myślę sobie „dam radę”. Ale to jest jak sinusoida.
To prawda, każda ciąża jest inna. Ta też była, wciąż jest. Jestem dużo bardziej aktywna ale mniej uważna. Jestem bardziej otwarta i mniej przestraszona, ale też mniej świadomie podchodzę do wszystkiego. Jestem mniej w ciąży, a bardziej mamą.
Jestem rozdarta jak to będzie gdy Franio pojawi się na świecie. Ignacy jest oczkiem w głowie całej rodziny, nie przeczę pewnie troszkę rozpieszczony. Jest intesywny, wymagający, charakterny. Jest złośnikiem, bardzo emocjonalnym. Jest strasznym słodziakiem ale też ogromnym uparciuchem. To wciąż mała dzidzia, choć wiele rozumie to jednak wciąż za mało. Boję się, że Franio będzie poszkodowany, że nie będę mogła poświęcić mu tyle czasu i uwagi co Ignasiowi. Boję się, że zaniedbam Ignasia, że będzie czuł się w jakiś swój sposób odrzucony. Boję się o siebie - jak zniosę poród, połóg, karmienie piersią a potem całą nową rzeczywistość z dwójką. Też jestem nerwusem. Jak ja sobie dam rade z dwoma urwisami gdy już przy jednym czasem nerwy mi puszczają. Boję się, że przez 1,5 roku z jednym nie znalazłam pełnej 1 doby dla siebie więc z dwójką tym bardziej tego czasu nie znajdę jeszcze przez dłuższy okres.
Czuję się bardzo nieidealną mamą i czasem mam myśli, czy zasługuje na to, żebym to ja miała dwójkę dzieci. Mąż jest cudownym tatą. Na prawdę cudownym. Ale czy ja jestem cudowną mamą? Nie określiłabym siebie w ten sposób. Jestem mamą ogarniającą.
Ignaś spędził swój pierwszy weekend bez rodziców u dziadków „na wsi”. Był super dzielny i w ogóle nie tęsknił, nie płakał. Bawił się świetnie i jestem z niego ogromnie dumna. My w tym czasie zakasaliśmy rękawy i przygotowaliśmy misiowy kącik w naszej sypialni dla Franuli. Wszystko stało się takie bardziej realne.
W końcu, w 34 tc zapakowałam torbę do szpitala, ale muszęnją jeszcze dopakować. Z Ignacym wszystko dawno było na tip top w tym czasie już.
Franio 3 tygodnie temu ważył prawie 1800 gram, jestem ciekawa ile waży już teraz. Musiał coś przykoksić bo brzuchol już na prawdę ciąży. Wizyta za dwa dni i może uda się go jeszcze podejrzeć bo ostatnio wystawiał tylko kuper.
Czasem czuję się nierealnie. Nie mogę uwierzyć, że niespełna miesiąc dzieli nas od poznania drugiego okruszka, który znów wywróci nasze i tak jeszcze nieco poturbowane życie do góry nogami. 🙈🧸
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 lipca 2023, 23:52
Już wiem, jak się chcę zestarzeć!!! Jak Grace i Frankie z serialu, uwaga, o jakże wdzięcznym tytule "Grace&Frankie"
uwielbiam go, ląduje w pierwszej trójce moich ulubionych seriali (na równi "Dr House", "Różowe Lata 70."). Uwielbiam wnętrza, które tam występują, mam wrażenie, że są dodatkowymi, cichymi bohaterami!!! Ile inspiracji 
tc: 16+4 wg OM, 17+0 wg apki, 17+5 wg usg, Mały Człowiek ma 13,6 cm od głowy do stópek i waży 201 gramów!!!
Byłam dziś na wizycie u nowej Pani Doktor. Mężuś nadal nie mógł wejść, dlatego (za radą kilku dobrych dusz) nagrywałam usg
będzie miał co oglądać. I dostałam chyba z 10, może 12 zdjęć - to po tym, jak marudziłam, że w innych miastach mężowie mogą wchodzić na wizyty, a w ogóle to ja potrzebuję jakiegoś ładnego zdjęcia, bo mój Małżonek po każdej wizycie wybiera sobie najładniejsze, wycina z całego wydruku i wkłada do legitymacji służbowej (tak dokładnie robi). Lekarz na to: "Naprawdę? Niesłychane!". Akurat ja myślałam, że "słychane" i większość Tatusiów tak robi.
Weszłam ze swoją teczką - teczka znacznie odchudzona, przecież nie będę ze sobą nosić całego ivf i wcześniejszych starań.
"Oj oj, już się boję teczki".
Wypytała się mnie o leki, które biorę. Dyktuję więc: "Formetic 500 mg" - "Oj nie lubię metforminy w ciąży" - "To z powodu mutacji w genie PAI, prof. Jerzak wytłumaczyła to w ten sposób, że mutacja ta powoduje wzrost przeciwciał PAI i jedynym lekiem skutecznie je obniżającym jest metformina" - "Co jeszcze?" - "Clexane 0,4, acard 75 mg, kwas foliowy 5 mg" - "A to są jakieś mutacje?" - "Tak, proszę tu mam wyniki, pozostałe mutacje wyszły w porządku" - "A to klinika sobie życzyła?" - "Nie, myśmy sobie życzyli" - "Aha, aha, a co Pani robi zawodowo?" - "Orzekam." - "Ah, bo myślałam, że jest Pani medykiem (raczej z ironią, tak to odczytałam) - "Siostra urodziła się z wadą serca - przełożeniem pni tętniczych, miała wylew w wieku jednego roku, w międzyczasie mama miała udar, stwierdziliśmy, że może być coś na rzeczy" - "Aha" i nastąpiło zluzowanie rajtuzów, chyba stwierdziła, że faktycznie miałam pewne podstawy do szukania przyczyn niepowodzenia, a wiedza, którą posiadam nie wynika z chęci jej posiadania i "bycia górą nad lekarzem", a z doświadczenia (którego wolałabym uniknąć). Podczas badania szyjki i usg, trochę się nagadała na temat metforminy, że owszem ona u mnie wynika z czego innego, ale gdyby wynikała z z cukrów, to przerzuca się pacjentki na insulinę, i ona wolałaby, żebym skończyła brać metforminę w 20 tc (nie ma takiej opcji, a po konsultacji z Mężusiem - "Nie ma bata!!!") oraz potem o kwasie foliowym 5 mg. Że no owszem przez 1 trymestr to ok, ale najnowsze badania pokazują, że potem może powodować u dzieci problemy z krwinkami. I ona by zrezygnowała z tego. Tu akurat z Mężusiem stwierdziliśmy, że pomyślimy, tym bardziej, że natknęliśmy się na artykuł:
https://www.drbenlynch.com/folic-acid-homocysteine/
Nadmiar powoduje wzrost homocysteiny. Zbadam sobie przy najbliższej okazji poziom homocysteiny i kwasu foliowego i będziemy decydować.
Dzieciaczek na usg drzemał, serduszko ok, najpierw zasłaniało się nóżkami, po opukaniu brzucha z łaską przekręciło się na drugi bok, wyprostowało nogi i zaczęło się zasłaniać rączkami. Wstydzioch. Zrobiła mi więc badanie przezpochwowe, i też się zasłaniało, więc jedyne stwierdzenie, którym musimy się teraz zadowolić to "Prawdopodobnie dziewczynka".
Pani Doktor znalazła torbielkę podpajęczynówkową, powiedziała, że na tym etapie nie mamy się, o co martwić, że będziemy sprawdzać na połówkowym, ale generalnie nie ma się, czym przejmować, bo one się wchłaniają.
Powiedziała, żeby zadzwonić do kliniki na Agatową w Warszawie i dowiedzieć się, jakich dokumentów potrzebuję, by wykonać echo serca. Konieczność wykonania echa serca u Tygryska wynika tylko z historii rodzinnej, a nie z budowy serca Tygryska. Jej zdaniem miałabym to wykonać na NFZ. Podpowiedziała też, że jeśli mam dodatkowe ubezpieczenie w pracy, to wtedy podpytać kadry - ona może wystawić fakturę i mam częściowy zwrot za wizyty - no fajnie, fajnie, jutro będę dryndać do moich kadr (ledwo skończyłam z tematem sprostowanego zwolnienia, a zacznę z nowym, fajnie ze mną mają, cały czas o nich pamiętam!!!).
Podpytałam też o bolący prawy guz kulszowy - cholernik boli jak tylko się położę na plecach - nie za wcześnie? "Nie. Po prostu ma Pani skłonności do rwy kulszowej, na późniejszych etapach ciąży może skutkować nawet bólem w prawej nodze" - "Co z tym robić?" - "Ćwiczyć i nie leżeć na plecach" - "A w związku z ćwiczyć: rusza joga na trawie itd., mogę zacząć chodzić raz w tygodniu?" - "Tak, może Pani zacząć wychodzić, joga dla ciężarnych świetna sprawa, oczywiście niech Pani zachowuje reżim sanitarny, w naszym regionie sytuacja wydaje się opanowana, więc sugeruję również spacery co jakiś czas." 





także ten, w piąteczek pierwsza joga nie przed kompem 
Kolejna wizyta 23 czerwca. Zapowiedziałam jej, że na następnej widzimy się w czwórkę, tj. ja, Tygrys, Mężuś i ona.
A tu ślemy całuski do Wszystkich Cioć Internetowych:
https://zapodaj.net/6c86195ae3bdc.jpg.html
27 kwietnia - dziś mija termin porodu mojego pierwszego, długo oczekiwanego szkraba. Mojej miłości, spełnionego marzenia, iskierki, która odmieni życie i nada mu sens. Piękna data, którą mocno zakreśliłam w kalendarzu. Zawsze chciałam urodzić wiosną.
27 kwietnia - 7 miesięcy po stracie pierwszego maluszka i tydzień po stracie kolejnej ciąży. Miały być bliźnięta. Jeden niestety poddał się już w 5 tc ale drugi był dzielny. Pokazał mamie serduszko, które za chwilę zgasło 😔
Z każdym odejściem dziecka, umiera kawałek mojego serca. Ból psychiczny jest nie do opisania. Nie da się tego ująć słowami. Zrozumie go jedynie kobieta, która przez to przeszła. Przerażające jest to, jak bardzo zawodzą bliscy, jakim brakiem zrozumienia i taktu się wykazują. Owszem, mogę liczyć na partnera ale on inaczej przeżywa, nie chce rozmawiać, myśleć, pamiętać. Szanuję to i nie chcę być dla niego obciążeniem więc płaczę, gdy nie widzi. Każdego dnia łykam łzy i krztuszę się nimi żeby ukryć jak bardzo jest mi źle. Cierpię samotnie, po cichu, po kryjomu. Męczę się sama ze sobą. Nie znajduję niczego, co pomogłoby nie myśleć i nie widzieć ciąży, którą złapałam w dłonie w trakcie poronienia.
24 cykl starań
28 dzień cyklu
Jutro powinnam zacząć nowy cykl, ale przez CB owulacja przesunęła się o tydzień, więc jeszcze chwilę zaczekam. Jednocześnie jestem pod wrażeniem siły mojego organizmu, bez żadnych leków owulacja mimo wszystko wystąpiła. Zdążyłam zrobić wiele badań, właściwie wszystkie wyniki prawidłowe, nawet TSH pięknie unormowane do 1.5, jestem w końcu z siebie dumna 🙂 Niezbyt często dobrze o sobie myślę, mam bardzo wysokie oczekiwania względem siebie samej i jestem wobec siebie bardzo krytyczna dlatego takie stwierdzenia nie przychodzi mi z łatwością. Odbyłam wizytę u immunologa i to ostatnie co chciałam zrobić przed kolejnym podejściem do IUI, powoli zaczynam nastawiać się na IVF, chyba jestem gotowa i zrobiłam wszystko co mogłam. Chciałabym jeszcze 3 razy podejść do inseminacji, a od września iść krok dalej. Do tego czasu odpocznę, nabiorę sił, skorzystam z pogody i wakacji, zakończę szczepienie i zamknę pewien etap, po to by z jeszcze większą siłą ruszyć dalej. Mam nadzieję, że tym razem nic już ich nie pokrzyżuje, może jedynie ciąża 🤭 Jestem spokojna, w końcu nie odliczam do testowania, pogodzona z tymi 2 latami starań. W środę obchodzimy pierwszą rocznicę wizyty w klinice i chociaż nie jest zwieńczona tym na co najbardziej czekamy to wiem, że jesteśmy zaopiekowani, przebadani i każdy lekarz daje nam zielone światło na ciążę, mój organizm na każdym kroku udowadnia, że jest w pełni gotowy. Pozostało uzbroić się w jeszcze odrobinę cierpliwości. A na znak rozpoczęcia nowego etapu, po wizycie u immunologa, która utwierdziła mnie w tym jak wiele już zrobiłam i jak blisko celu jestem, kupiłam kilka ubranek we wzory Disneya, które schowałam do pudełka oczekującego na TEN DZIEŃ. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku nadejdzie moment, w którym będę mogła je otworzyć i z największą radością móc się cieszyć tym co znajduje się w środku ❤️
"There is purpose in your season of waiting."
6 miesięcy 19 dni
Czas szybko leci. Ostatni tydzień był dla mnie bardzo ciężki. Dokładnie tydzień temu zmarł mój tatuś. Do tej pory ciężko mi z tym. Nigdy nie myślałam że będę tak przeżywać. Tym bardziej że jestem twarda. Na pogrzebie nie uronilam łzy ale potem płakałam jak bóbr. Ten rok naprawdę jest mega ciężki.
Powoli wracam do normalności. Przez tydzień snułam się jak cień..nawet z domu nie wychodziłam. Dobrze że jest mały zawsze to jakaś odskocznia. Tak samo mama siedząc trochę z małym na jakiś czas zapomina.
Mam pół roku wolnego więc chciałbym wszystko wysprzątać w domu.
Bardzo się zdziwiłam kiedy na pogrzebie u taty był mój kierownik który specjalnie przyjechał z innej miejscowości. A jednak... Może chłop się zmienił......
U malucha ok..ma swoje grymasy płacze itd.
Wprowadziliśmy 3 tyg temu jedzonko. Z początku jadł.nie chętnie. Teraz że smakiem. Bardzo lubi owoce. Jedynie szybko robi się głodny i chce mleka.
Jakiś czas temu budził się o 1-2 w nocy na mleko. A ostatnio przed 6 a potem nie śpi.
Za to ja śpię po 5-6 godzin. Istne zombie.
Po mału wyrzynają mu się zęby. I to 4 na raz. Po prawej i lewej stronie górne. Stąd pewnie jest marudny.
Oczywiście jest leniwy i robi wszystko po swojemu. Obroty go nie interesują leżenie na brzuchu też nie. Woli rączki i obserwacje ściąganie ze stołu.
Za to teraz kocur mega zazdrosny. Nigdy nie lubil spać na kolanach. To teraz kiedy małego karmię bach i kot na kolanach. A sierści wszędzie bo jeszcze teraz linieje.
6 dpt blastki 4.1.1
Zrobiłam wczoraj popołudniu test, wyszedł słabiutki, ledwo widoczny cień, ale dzisiejsza beta 3,61 🥺 coś ruszyło na pewno, bo zawsze jak nie byłam w ciąży beta była <1,2, ale to bardzo bardzo mało. Jutro jadę powtórzyć, nie wyjdzie dokładnie 24 h bo dzisiaj byłam o 8.00 i czekałam do 9.00 na pobranie, więc jutro jadę przed 6.00 😱 nie nastawiam się na to że cokolwiek ruszy bo takie cuda rzadko się zdarzają 🥴. Nie wiem już co o tym wszystkim myśleć. Tyle leków, badań, dieta, urlop żeby się nie stresować i dalej nic. Mamy jeszcze jeden zarodek, ale ja już psychicznie nie mam sił. Od stycznia 2020 roku żyje tylko in vitro. Mąż jak zawsze jest bardzo zaangażowany i robi co może żeby było dobrze. Obiecywałam sobie, że nie przystąpię do następnej procedury, a teraz sama już nie wiem. Jeżeli już to na pewno nie w tej klinice. Ale to przyszłość, chociaż w sumie niedaleka bo w tym roku kończę 39 lat, nie ma czasu na zastawianie się, musi być szybka decyzja albo robimy kolejna procedura albo nie. Mąż ze mną na ten temat rozmawia, niby mówi że druga procedura ok, ale on chce żebym zrobiła badania czy po tym roku przyjmowania różnych leków jest wszystko ok. W praktyce wiem, że to decyzja będzie należeć do mnie, bo skoro mąż wie jak bardzo chcę być w ciąży to nie powie mi, już tyle, wystarczy. A ja jak się na to nie zdecyduje to możliwe, że będę miała kiedyś pretensje do siebie że nie spróbowałam.
7dc
Skończyłam brać Aromka, martwi mnie jedna rzecz. Zaczęły mi wypadać włosy, boje się że to jakieś hormonalne rzeczy 😥 muszę zapytać lekarza jak będę w środę czy to przypadkiem nie jakieś skutki uboczne.
Boże proszę Cię niech to się już skończy, nie nadaje się
do takich rzeczy, za bardzo mnie to wszystko stresuje już. Czy będą jajka, czy kochać się co dwa czy trzy dni a może codziennie, czy endometrium będzie odpowiednio grube, czy aby jajowod faktycznie jest drożny...ja już po prostu nie mam siły. A myśle, że to że się tym wszystkim stresuje to nie pomaga.
Jedyne co nadzieje dają mi dziewczyny z forum, które mimo skrupulatnego mierzenia temperatury, monitoringów zachodzą w ciąże wiec jednak da się pomimo zafiksowania 😂 wiecie to w kontekście „musisz odpuścić to wtedy się uda”.
Chyba bolą mnie jajniki wiec może tam się coś dzieje. Tylko nie mogę się zdecydować który. Bo chyba na przemiennie.
Seksów jeszcze nie zaczęliśmy, jakoś oboje jesteśmy zmęczeni pracą i wszystkim dookoła. Dziś Stary wraca z piłki koło 24 wiec też mi się nie bardzo chce. Mi to się już szczerze mówiąc w ogóle nie chce i tak między nami dziewczynami to najchętniej zrobiłabym sobie inseminacje tak żeby ktoś to zrobił za mnie 🙈 wiem, strasznie to brzmi. Ale jakbyśmy mieli kochać się tylko wtedy jak mamy ochotę to pewnie by to było 4-5 razy w miesiącu, no tak mamy i już. Jasne że wtedy też by się mogło udać ale która staraczka by tak ryzykowała 😉
Buziaki dla Was
W poniedzialek doktor powiedzial, ze pecherzyk lada moment wybuchnie i „dzis lub najpozniej jutro prosze probowac”. Endometrium swietnie, badania w normach, wszystko idealnie na zmajstrowanie malego ziomka. We wspanialym humorze wrocilam do domu. I tyle by bylo z pozytywnego nastawienia.
Czesto podczas owulacji czuje sie jak nikt. Czuje sie brzydka, nieatrakcyjna, nijaka. A to za sprawa mojego ukochanego. Wiem jak to brzmk. Jest mi strasznie przykro, bo wiem ze on mnie kocha, a ja jego, najmocniej na swiecie. Ale kiedy slysze teksty typu „jak trzeba to trzeba”, „trzeba zagryzc zeby” czy „nie wiem czy cos z tego bedzie”, to chce mi sie plakac.
Siedzac na nim, gotowa do dzialania, mialam ochote zwymiotowac, poryczec sie i generalnie krzyczec z rozczarowania. A w glowie siedzialo „OWULACJA”.
Drugi raz w zyciu plakalam po seksie.
Brakuje mi takiej namietnosci, spontanicznosci, radosci z seksu. Poczucia, ze jestem atrakcyjna i ze moge sie podobac, ze facet chce sie ze mna przespac, a nie przede mna ucieka przerazony, ze zostanie wykorzystany.
Juz nie moge doczekac sie sierpnia i pierwszej proby inseminacji. Moze wtedy wrocimy do normalnosci i znow poczuje sie jak kobieta, a nie niedorobiony inkubator.
27dc.
Grzechy staraczek - ten post pisze dla siebie i nie jest on krytyką nikogo, jest ważnym przypomnieniem dla mnie gdzie byłam a gdzie jestem i gdzie chce być.
Między 2015 a 2017 rokiem długo starałam się z byłym mężem o dziecko. 17 cykli starań w tym 2 poronienia, jedno w 7cs (ciąża biochemiczna) i kolejne w 17cs (poronienie zatrzymane zakończone łyżeczkowaniem w 10tc)
Tamten, jak dla mnie, długi okres starań wspominam jako najgorszy czas w moim życiu. Miałam pełną obsesję na punkcie zająca w ciążę, ciągłe monitorowanie "objawów" - tak objawy ujęłam w cudzyslow ale do tego zaraz wrócę, ciągle mierzenie temperatury, życie ułożone pod starania, ciągle wizyty u lekarzy, i praktycznie całe dnie spędzone tu na forum.
Zbawieniem okazało się dla mnie znalezienie pracy marzeń, ironia w tym jest taka, że pracy zaczęłam szukać na pierwszym miejscu po to aby móc dalej finansować próby zachodzenia w ciążę - inseminacje, lekarzy itd. Z początku nie szukałam niczego bardzo wymagającego, lub dla mnie ambitnego - byłam gotowa przyjąć dosłownie kazda prace byle płacili jakieś tam minimum które sobie sama ustaliłam (nie była to wysoko kwota) i musiała to bym umowa o pracę, bo oczywiście w razie zajścia w ciążę chciałam żeby nalezalo mi się wsparcie finansowe. Pamiętam że przeszłam wtedy przez "naście" rozmów o pracę - od Tesco, przez firmy telekomunikacyjne po sklepy w galeriach handlowych. Kilka ofert dostałam, jedną nawet przyjęłam i rozpoczęłam szkolenie. Ale los na szczęście chciał dla mnie czegoś więcej więc w skrócie mówiąc, z nikąd pojawiła się jeszcze jedna oferta pracy i jak to mówią - the rest is history.
(Musiałam ściemnić coś w tej pracy w której szkolenie już zaczęłam żeby móc pojechać na rekrutację do tej "wymarzonej" bo ta odbywała się w Gdańsku a ja mieszkałam wtedy w Poznaniu) - ile ja miałam wtedy wątpliwości, ile niewiadomych - a co jak tę pracę dostanę, a co ze staraniami, co powiem mężowi... Itd... Praca stewardessy wykluczała na jakiś czas ciążę i tak oto dopiero teraz po 4 latach wracam do staran 🙂
Ale wrócimy do tego o czym najbardziej chciałam tu dla siebie napisać - Grzechy staraczek. Po 4 latach od ostatnich staran, od ostatniego poronienia, od odejścia od pierwszego męża i związania się z prawdziwą miłością mojego życia - wracam do gry. Podjęliśmy z mężem decyzję o dziecku - wątpliwości nadal się czasem pojawiają bo lubimy życie takie jakie mamy i trochę strach nam to zmieniać, ale jednak chcemy też być racjonalni i biorąc pod uwagę moja historie starań i mój wiek (w tym roku kończę 31 lat) to kiedyś trzeba zacząć bo później możemy żałować ze zwlekaliśmy dla swojej wygody.
Powrót tu na forum po tylu latach nie jest dla mnie łatwy, podchodzę do tego bardzo ostrożnie bo nie chce się za bardzo znowu w to "wkręcić". Czytam różne wątki, w jednym się minimalnie udzielam ale z radością dla siebie i ze smutkiem dla innych dziewczyn widzę, że pewien etap jest już dawno za mną i na pewno do tego nie wrócę. Smutno mi się czyta niektóre posty dziewczyn o ich drodze do macierzynstwa, jak smutno im jest za każdym razem jak okres przychodzi, jak obserwują swoje ciała i każde ukłucie biorą za objaw ciąży, bo sama to kiedyś robiłam i ten pamiętnik w postach sprzed kilku lat jest pewlem takich "obserwacji" i załamań kiedy objawy ciąży jednak okazywały się objawami... Niczego...
Poniżej dla samej siebie zrobiłam listę grzechów których już nigdy, przenigdy nie chce popełnić. Tutaj jeszcze bardzo ważne jest abym zaznaczyła, że cykle miałam zawsze bardzo bardzo regularne, hormony zbadane i wszystkie w normie i owulacje potwierdzone przez gina. A więc...
1. Mierzenie temperatury - skoro wiem że mam owulacje i nie mam z tym żadnego problemu to po co mierzyć temp? Żeby wstrzelić się z ♥️? Nie nie tędy droga - seks kiedy mam ochotę i najlepiej dla zdrowego związku aby był regularny i spontaniczny a nie tylko w okresie owulcji.
2. Regularne ♥️ - w nawiązaniu do punktu pierwszego - seks pod starania nie jest dobry dla mojego związku - jest wymuszony i zadaniowy i odbiera mi ważną bliskość z partnerem a po owulcji mimowolnie tego partnera odsuwalam i to było jeszcze gorsze i na pewno nie wypływalo dobrze na nasz związek (mój mąż nie powinien się czuć jak dawca spermy)
3. Obserwacja szyjki - chyba jeden z najgorszych grzechów - pchanie paluchów gdzie się nie powinno... 🤦♀️ nie bez powodu szyjka znajduje się tam gdzie jest i na pewno nie jest to zaproszenie do macania jej paluchami. Ani w okresie owulcji ani przed okresem - ostatnie czego potrzebuje to jakas infekcja a do tego, umówmy się... Ile to już osób myślało że jest w ciąży bo szyjka twarda i wysoko a tu bah przychodził okres 🤷♀️ koniec z macaniem szyjki.
4. Testy owulacyjne - osobiście nigdy nie rozbiłam i nigdy nie rozumiałam ich sensu - z tego co zawsze widziałam tu u wielu dziewczyn na forum to z tymi testami zawsze było więcej problemów niż pożytku - wieczne problemy z interpretacja, stres że może jednak owu nie ma bo test nie pokazuje (mimo że owu potwierdzone przez gina) itd - ku przestrodze dla siebie - trzymaj się swoich starych przekonań i dalej niemarnuj kasy na testy owu - bez sensu.
5. Badania na własną rękę - oj ile tego było... Potrafiłam chodzić do kilku gin na raz, czasem nawet 2 jednego dnia bo pierwszy nie mówił tego co chciałam usłyszeć. I nie nie była to sytuacja braku zaufania czy wątpliwości co do wyboru gina ale moja obsesja. Badanie progesteronu po owu? Kolejny hit... Nie nie dowiem się po poziomie progesteronu czy jestem w ciąży. Muszę odpuścić - była owu? Ok teraz życie dalej się toczy I co ma być to będzie już na nic więcej nie mam wplywu.
6. Wczesne objawy ciąży - muszę to siebie powiedzieć jasno - pierwszy, prawdziwy objaw ciąży to spóźniający się okres - wszystko inne może być tak samo objawem ciąży jak i nadchodzącej @ - ból piersi, ciągnięcie w jajnikach, macicy, lekkie plamienie między owulacja a okresem, skurcze, zmęczenie itp itd... To nie są objawy ciąży - to jest bycie kobieta i niestety burze hormonalne sprawiają że czuję się inaczej przed a inaczej po owu. Te objawy nic nie oznaczają.
7. Przedwczesne testy - ok był to mój grzech nr🥇! Czekaj Wojcinka do terminu @ i dodaj sobie jeszcze kolejne 3-4 dni i dopiero testuj! Szkoda kasy i stresu na testy przed terminem @! Ten test nic nie zmieni, jak jesteś w ciąży to jesteś, jak nie to @ i tak zaraz przyjęcie. Przestań! Kup sobie za te pieniądze coś słodkiego, kwitka, winko, jakiś kosmetyk - cokolwiek sprawi Ci radość ale nie marnuj kasy na testy.
8. Cień cienia? - znowu nawiązanie do poprzedniego punku - z czym się wiąże przedwczesny test? Z cianiami cienia i innymi przykrościami. Ah i mój ulubiony - cień który pojawia się na teście po kilku godzinach - tak w takie rzeczy chciałam wierzyć - no więc nie - nie ma nic na teście od razu? Jest "biel vizira" to znaczy że albo nie jestem w ciąży albo złamałam punkt 7 i zrobiłam test za wcześnie.
9. Czy ta kreska ciemnieje? Zrobię kolejny.... - jak już wyszedł mi pozytywny test to się kurde mam cieszyć i jak mogę to jechać na betę, a potem tę betę powtórzyć po 2 dniach. Sikanie dalej na testy i interpretowanie czy ta kreska jest ciemniejsza niż była kilka godzin wcześniej nie ma sensu. Test testowi nierówny, a jak już nie mogę pojechać na betę to powtórzę test za kilka dni ale na pewno nie za kilka godzin.
10. Mamo tato jestem w ciąży! - ok to już nie do końca grzech staraczki, ale dla mnie bardzo bolesny i ważny punkt - nigdy już nie będę się nikomu chwaliła ciążą za szybko. Teraz ustalam sobie i mężowi koniec pierwszego trymestru, badania genetyczne i jak wszystko będzie ok to mówimy rodzicom i przyjaciołom. W mojej rodzinie słowa "ok mamo, powiem Ci ale absolutnie nikomu nie mów" to standard, a później mama idzie do bratowej i mówi "Powiem Ci ale nie mów K. ze wiesz..." Itd 😂 także kocham moich rodziców bardzo i cała rodzinę, ale niekoniecznie muszą uczestniczyc w moim potencjalnym kolejnym poronieniu, zwłaszcza że mieszkamy na innym kontynencie - dowiedzą się dopiero jak będziemy wiedzieli że wszytako jest ok i na pewno wymyślę wtedy jakiś fajny sposób żeby ich o tym poinformować 
Mam nadzieję że nigdy żadnego z ttch grzechów nie złamie i że nie będę musiała powracać dk tego postu, ale dla spokoju ducha cieszę się że tu jest w razie gdyby nastąpiły dla mnie gorsze dni 💛
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 maja 2021, 11:38
No to rozpoczęlam wczoraj o 19 przyjmowanie progesteronu. Jakoś stresuje sie tym razem bardziej niz zawsze, chyba dlatego ze to ostatni mrożak. A z drugiej strony chce wierzyć ze będzie dobrze tym razem. Niemalże co 2 godziny jakies leki biore, masakra. Kalendarz w telefonie pęka w szwach. A potem to czekanie do bety... najgorsze. Igła z akupunktury nie wypadła jeszcze z ucha, jak dotykam to czuje ze tam jest. Ciekawe czy to cos da... dobrze ze szykuje sie zajęty tydzien w pracy to szybko zleci.
Po połówkowych. Mamy 100% zdrową dziewuszkę ❤️ moje przeczucia kolejny raz mnie nie zawiodły. Od początku czułam, że będzie 3 córcia. Girls power! 🥰
Wczoraj i dziś to jakaś masakra. Poddałam się jakiemuś załamaniu i non stop chce mi się płakać, na co sobie w sumie pozwalam. Do tej pory jakoś podchodziłam do tego na spokojnie, a od wczoraj totalna załamka. Doszukuje się rzeczy, które robię nie tak, że podniosłam coś za ciężkiego, że za długo byłam z psem, że za bardzo pies mnie pociągnął, że zakupy, że porządki... Wczoraj rozmawiałam z lekarzem. Progesteron i estradiol są ok. Druga weryfikacja w piątek.
Mam wrażenie że jest źle, że się nie udało, że nie dam rady.
Nie wiem co że sobą zrobić. Nie wiem jak sobie pomóc. Nie wiem jak się uspokoic.
.
7 dpt
Zrobiłam rano betę, progesteron i TSH. Progesteron 24,20 ng/ml, TSH 2,6 (spadło w ciągu tygodnia z 3,8 po zwiększeniu leku do 150, ale od dzisiaj biorę już 125). A beta z dzisiaj, 21 h po wczorajszym badaniu 4,42. Według mnie biochemiczna znowu 🥺 jutro jade powtórzyć. Do kliniki zadzwonię jutro po weryfikacji ale mam wrażenie, że będą mi mówić że jest ok i żeby sprawdzać przyrosty, chociaż tak niska beta nie rokuje w ogóle na ciążę, która się utrzyma. Już chyba wolałabym żeby spadła ta beta i nie miałabym dylematów. Spisuje sobie już badania, które pewnie będę musiała zrobić przed kolejnym transferem, ale już niewiele przychodzi mi do głowy. Na pewno histeroskopia, nie odpuszczę tego tym razem, jeszcze nie wiem jak przekonam do tego lekarza, a jak powie że nie ma takiej potrzeby to poszukam kliniki gdzie można zrobić. Immunlog pewnie każe powtórzyć allo mlr i cytokiny. Beta ruszyła więc allo mlr pewnie będę mogła zrobić dopiero za około 10 tygodni, nie wiem też co z cytokinami po immunsupresji, też pewnie trzeba odczekać. Więc kolejny transfer może sierpień, wrzesień. I do nowa wszystkie badania wirusologiczne. 😕 W środę mam wizytę u diabetologa, do którego wysłał mnie endokrynolog po zrobionej dwustopniowej krzywej (insulina mu się nie podobała), wizyta na fundusz więc nie spodziewam się nie wiadomo czego, ale może dostanę skierowanie na 3 stopniowa krzywą glukozowa i insulinową. W kolejnym tygodniu wizyta u endokrynologa i immunologa. A na początku czerwca USG piersi, które muszę kontrolować bo od rozpoczęcia procedury zwiększyła się ilość torbieli a już raz miałam robiona biopsję.
Moja przyjaciółka cały czas mi wmawia, że na pewno się udało, przecież beta rośnie a ja wymyślam i już uznałam że jest po wszystkim. Wiem, że chce mnie pocieszyc ale nie daje sobie wytłumaczyć że takie bety nie dają podstaw do optymizmu i poprostu zaczynana mnie to wkurzać. Ostatnio też tak było, nie dała sobie powiedzieć że się nie udało.
Mąż mnie wczoraj zaskoczył, powiedział że chce podejść do kolejnej procedury jak się nie uda. Nie wiem skąd weźmiemy pieniądze, zwłaszcza że czeka nas jeszcze jeden transfer i diagnostyka przed nim, więc to nie będzie cena tylko transferu, która też nie jest mała.
Kolejne miesiące będą się kręcić znowu wokół jednego...🥴
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 kwietnia 2021, 09:49
Tak cholernie sie boję że nigdy nie będę miała swojego dziecka...tak cholernie się tego boję! Niby teraz dopiero pierwszy cykl ze staraniami ale jakoś tak trudno mi w to wszystko uwierzyć....powtarzam sobie od początku cyjlu jak mantrę "jestem w ciąży" staram się myśleć pozytywnie ale głowa robi swoje. Dlaczego to musi byc tak cholernie trudne? Dlaczego nasze zycie musi byc wlasnie takie? Zeby tego bylo malo ten cykl jest popiepszony...jajniki odczuwam codziennie jak nie prawy to lewy...ten dyskomfort jest wkurzający...dzisiaj dodatkowo do południa odczuwałam podbrzusze...mam tylko nadzieję że to żadna torbiel. Chciałabym już wizytę u psychologa, może pomoże mi poukładać to wszystko w głowie..
Panie Jezu, Ty się tym zajmij 🙏
Byłam w ciąży 5 razy... a widziałam tylko 2 swoje córeczki... J urodziła się pierwsza,nie odważyłam się jej zobaczyć, stchórzyłam, do końca życia sobie tego nie wybaczę..córeczko mamusia Cię przeprasza, że się...bała..tak, bałam się zobaczyć swojego dziecka, a dzisiaj nie potrafię sobie poradzić z wyrzutami sumienia..
tak bardzo chciałabym ją zobaczyć, przytulić i powiedzieć, że kiedyś się spotkamy żeby się nie bała.... następna była P.. widywałam ją codziennie przez 2.5 miesiąca.. moje ukochane, najpiękniejsze dziecko...nasza maleńka Calineczka..gdy pierwszy raz ją usłyszałam (3 razy zakwiliła, a lekarze byli w szoku, że dziecko z wagą 570g ma aż tyle siły) byłam przeszczęśliwa..wiedziałam, że żyje...że będzie mi dane ją zobaczyć, że tym razem nie stchórzę...Kruszynko moja byłaś kopią tatusia,który kocha Cię ponad wszystko...po mnie miałaś tylko nosek..najpiękniejsze dziecko świata ❤ Twój śliczny uśmiech koił moje serce, niebieskie oczka tak bardzo bystre wpatrywały się we mnie z wiarą, że obronię Cię przed całym złem tego śwoata, a ja nie dałam rady tego zrobić..znowu zawiodłam
ostatnią córeczkę także widziałam..tym razem nie stchórzyłam choć pielęgniarki mówiły,abym tego nie robiła... byłaś taka jak Twoja starsza siostrzyczka...mniejsza jej kopia..ten sam kształt główki,oczka,nosek... nie żałuję, że się odważyłam..mam chociaż świadomość tego, że się z Tobą pożegnałam..płakałam ja..i płakały pielęgniarki.. i tak płaczę codziennie..
Mamusia tak bardzo kocha każdą z Was + te 2 małe aniołki,których nie było mi dane poznać,zobaczyć... tak bardzo chciałabym być z Wami.. ból nie daje normalnie żyć, a maska, którą mam codziennie na twarzy robi się coraz cięższa..
Ktoś by pomyślał..a ta tylko jęczy, płacze itp, ale takie właśnie jest moje życie.
19 dc.
Moje wczorajsze plamienia przybrały na sile, a o 4 nad ranem obudził mnie straszny ból brzucha, no i przyszla miesiączka. Dziś miałam usg i uwaga... Jest pęcherzyk 20mm, wygląda jakby miał pęknąć. Lekarka zdziwiona skąd ta krew, skoro tu widzi owulację. Zbadałam progesteron (nie znam jeszcze wyniku), i kazała wrócić w środę na usg sprawdzić czy pęcherzyk pękł, bo jeśli nie to będzie musiała mi przepisać tabletki anty, żeby jajniki się zresetowały.. Totalnie dziwna sprawa. Mam dwie rzeczy naraz - owulację i miesiączkę 🤷♀️
Przepisała mi euthyrox który dalej mam zażywać, dziwne bo TSH mi ładnie spadło do 0,99. I dostałam też delikatny lek na zbicie glukozy, bo kilka razy miałam podwyższoną jak badałam.. W ogóle od kiedy zaczęłam się badać to tak jakby mój organizm się buntuje i wszystko jest nie tak 🙆
No to jestem.
przeczytałam cały mój pamiętnik od początku. popłakałam się. teraz jestem zupełnie inna. mam inne zmartwienia i patrząc na to co było - kłopociki.
16 października moja Córeczka skończy 10 miesięcy. przeglądam zdjęcia w galerii telefonu i nie mogę się nadziwić jak bardzo przez ten czas się zmieniła. jak wyrosła, ile nowych rzeczy się nauczyła. mój mały wielki Cud już prawie chodzi 🙈 staje przy meblach, zaczyna się ich puszczać. ściąga i demoluje wszystko w zasięgu małych rączek. poznaje świat.
nasze początki były bardzo trudne. czas pokazał, że ciąża to był tylko przedsmak tego co mnie spotka. patrząc z perspektywy czasu z jednej strony myślę sobie, że to nic takiego. z drugiej jestem przerażona jak ja sobie dałam radę. z nieskończoną ilością zastrzyków, tabletek. nagłych wizyt w szpitalach. praktycznie nieustannym leżeniem i samotnością. bo w ciąży byłam samotna. nie sama, ale samotna. mąż nie umiał się w tym wszystkim odnaleźć. nie rozumiał jak to jest, że dookoła uśmiechnięte i aktywne ciężarne a ja leżę, łykam kolejne porcje leków. bardzo chciałam robić zdjęcia rosnącego brzuszka. kilka ich zrobiłam, ale potem patrząc na nie płakałam. pełno siniaków i krwiaków. z resztą bałam się je robić. bałam się, że w pewnym momencie piękny sen się skończy i zostaną mi smutne pamiątki. ale sen się nie skończył. trwa do dziś 😊 i jestwm pełna nadzieji, że przez najbliższe lata jedynym moim zmartwieniem będzie brak snu i zmęczenie. zmęczenie jakiego nigdy nie znałam. funkcjonowanie na najwyższych obrotach po 2, czasem 4 godzinach przerywanego co chwilę snu. jest pięknie. mam fantastyczną Córeczkę. męża, który w końcu dorósł do bycia Tatą. Tatą przez duże T. i choć dalej prawie wcale go z nami nie ma to stara się jak może urwać choćby chwilkę z Malutką. zaczął doceniać to co robię. to miłe. choć ja na każdym kroku wypominam sobie moją niedoskonałość jako matki. bo wiem, że mogłabym bardziej, mogłabym lepiej i więcej. najbardziej jestem na siebie zła za brak sił. za ból kręgosłupa i blizny po cc. za moją słabość i zmęczenie. ale z drugiej strony jestem zawsze, kiedy Mała mnie potrzebuje. nie opuszczam jej na krok. jestem przy niej bez przerwy, stale. czuwam nad nią i nikomu nie powierzam nawet na kilka chwil. dlaczego? bo jest mamoza totalna, bo innym płacze bez wytchnienia. bo mnie woła i tęskni. jest beze mnie nieszczęśliwa. bo to ja nie umiem spuścić z niej oka.
od początku potrzebowałam pomocy - przy wstawaniu z łóżka. do 6 miesiąca życia Lenki ledwo się sama podnosiłam.
moja cesarka to była rzeźnia na pół żywca. kiedyś opiszę to wszystko. ale jeszcze nie teraz. nie chcę i nie dopuszczam do tego by ta najpiękniejsza a zarazem najgorsza chwila mojego życia przesłoniła tą radość jaką daje mi Lenka. i choć nigdy nie sądziłam, że będzie tak ciężko to z pełną świadomością zrobiłabym to po raz drugi.
bo w końcu mam dla kogo być. w końcu czuję, że żyję. jestem cholernie szczęśliwa.
a było bardzo blisko tego, że mogłam ją stracić. że zamiast happy endu byłaby tragedia. kiedyś napiszę. żebym pamiętała wszystko. żebym mogła to odtworzyć za kilka lat. żeby umieć doceniać mój Mały Wielki Cud.
a co do kolejnych ciąż i dzieci to... chciałabym, bardzo ale nie mam na dzień dzisiejszy tyle odwagi by się na to po raz drugi decydować. na samą myśl robi mi si3 z jednej strony ciepło i przenikliwie zimno. moja trauma porodowa i około porodowa jest na razie zbyt wielka. zobaczymy co życie przyniesie.
ale dziś zapowiada się piękny dzień 
ściskam M.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.