10 DC
30 cykl starań(!!!)
Świeżo po monitoringu i z planem na 4 podejście do IUI 🤞🏻
Dziś zobaczyłam coś wyjątkowego, dwa pęcherzyki dominujące (15 i 17mm) 💚💚 - endometrium 10mm (poprzednio w dniu inseminacji ledwo 8mm było). Wiem, że może to nie znaczyć nic a może znaczyć dużo - podwójna szansa przy jednym podejściu.
Teraz dalej muszę utrzymać spokój ducha i ciała - za 3 dni
A potem znowu zaczniemy odliczać - zaczniemy mój ulubiony czas w cyklu - gdy wszytko może się zdarzyć.
🍀Bądź🍀
8+4
Poprzedni tydzień był bardzo intensywny. Byliśmy na działce. Mąż miał pomóc przy remoncie, a ja odpoczywać. Generalnie tak było, ale nie mogło obyć się bez strachu..
W sobotę wujek stwierdził, że umili mi pobyt i zamontuje kokon, żebym się pobujała. I tak się pobujałam, że spadłam.. Łańcuch się chyba przesunął i runęłam na tyłek. Na szczęście jakieś 30cm.
W pierwszej kolejności zaczęłam się śmiać, ale gdy emocje opadły zaczęłam się martwić, czy na pewno wszystko jest okej.. W końcu to jeszcze zagrożony czas, do tego zagrożona ciąża 😔 do końca wyjazdu nie robiłam nic, kazali mi uważać na wszystko, łącznie z emocjonalnymi ruchami rękami.
Wczoraj byłam na wizycie NFZ - wszystko w porządku.
Dziś prywatnie - maluszek ma 2.16cm, ma się świetnie, a serduszko puka jak należy ❤️ kamień spadł mi z serca, że nic mu nie jest.
Co prawda według rozmiarów ma dwa dni więcej, ale to nic takiego, nie ma się czym przejmować 😊
Najgorsze jest tylko to, że mam podwyższone ciśnienie (wraca to, co było przed ciąża) + to, że nie tyję. Moja waga wynosi 45,5kg przy wzroście 154cm. Uwierzcie mi, nie głoduje, jem to, na co tylko mam ochotę i nic 😔
Ale nie będę się tym narazie przejmować, bo maluszek rośnie, czyli jest dobrze odżywiony. Może on zjada to, co ja powinnam przytyć? 🙈
Do tego od wczoraj męczy mnie migrena.. Przed ciąża też się zdarzała, ale nie była tak silna. Kończyła się na swiatlowstrecie, ogólnym rozdrażnieniu. Wczoraj i dziś przeszła sama siebie.. Mdli mnie, płaczę z bolu i bezsilności. Cała noc przespałam w plastrze chłodzącym, wzielam 2 tabletki apapu, ale on pomaga na pół godziny. Jak sobie radzić, gdy wcześniej sięgałam po ketonal albo nimesil? Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.
Hej ciocie! Mam już rączki, nóżki, a moje serduszko bije 178 razy na minutę. ❤️ Pozdrawiam Was serdecznie!
![]()
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 sierpnia 2021, 14:25
"Żadnego dziecka bez ślubu i przed 30!" Tak mówiłam, mając lat naście i wczesne dwadzieścia.
Los sprawił, że plan się powiódł, albo raczej powiedzie, bo do ukończenia trzydziestego roku życia mam jeszcze 11 miesięcy.
W 2018 roku trafiłam do szpitala. To było zaskoczenie, bo do ginekologa chodziłam raczej regularnie, co roku, może co półtora, od skończenia 16-go roku życia.
Traf chciał, że nim trafiłam do szpitala, wyjątkowo zaniedbałam jedna wizytę. Ale przecież miałam lat 26, co wielkiego mogłoby się wydarzyć na przestrzeni 2.5 roku...
Ano dużo, na tyle dużo, że lekarze również byli zaskoczeni, że przez 2,5 roku na moich jajnikach urosły torbiele i potworniaki. Gdyby jedna z torbieli nie pękła, pewnie potworniaczek osiągnąłby bardziej spektakularne rozmiary. Wtedy miał zaledwie 7cm...
I te 7cm wystarczyło, żeby z jajnika zostały zgliszcza.
Drugi jajnik udało się ocalić wycinając z niego jedynie torbiel.
Torbiel, która pękła i wymusiła na mnie wizytę w szpitalu, wywołała krwotok wewnętrzny, którym uciekło mi około litra krwi. W szpitalu spędziłam tydzień, a ze względu na rodo nikt nie poinformował mnie, że wycięto mi jajnik, jak jeszcze leżałam na sali. O tym dowiedziałam się w dniu wypisu. Wtedy też dostałam informację, że nie powinnam planować ciąży przez najbliższy rok.
Ale ja przecież byłam jeszcze długo przed trzydziestką! W związku, ale z Niemężem.
Ta sytuacja mocno mnie zmieniła. Przestałam myśleć, że jestem nieśmiertelna i panem własnego życia. Spokorniałam... Nie nad wszystkim jestem w stanie zapanować. Nie wszystko jestem w stanie zaplanować i zrealizować z sukcesem.
I oto jestem tu. Ponad 2 lata starając się o dziecko. Przed 30. Wcześniej z Niemężem, dzisiaj już z Mężem.
Kiedy człowiek dowiaduje się, że zaczyna być pod górkę, weryfikuje swoje przekonania. I tak oto, niecały rok po zabiegu, w maju 2019 roku, pod koniec 26 roku życia, uzgodniono z lekarzem, że już można z Niemężem próbować zajść w ciążę. Dał nam na to 6 miesiący. W razie niepowodzeń mieliśmy widzieć się na jesień.
Niestety moje częste zagraniczne wyjazdy służbowe nie sprzyjały. Zdarzyły się "zmarnowane" cykle. Chociaż i wtedy Niemąż starał się, jak mógł, żeby przylecieć do mnie w odpowiednim momencie, na dzień czy dwa.
We wrześniu coś zaczęło mnie niepokoić. Pojawił się ból. Mój lekarz był wtedy na urlopie, więc poszłam na kontrolę do innego. Wychodząc z gabinetu, ze łzami w oczach i skierowaniem do szpitala w ręku cieszyłam się tylko, że Niemąż czeka z otwartymi ramionami. Diagnoza... Trzy i pół centymetrowa torbiel w jajniku.
Byłam załamana, jednak nie chciałam opierać się tylko na opinii jednego lekarza, w dodatku nie mojego lekarza, do którego jedynie mam pełne zaufanie.
W październiku poszłam na drugą konsultacje, mój lekarz stwierdził, że gdyby nie fakt, że mam jeden jajnik i nie rodziłam, sam zalecałby laparoskopowe usunięcie tego dziada, niemniej, podjął się leczenia farmakologicznego, diagnozując torbiel krwotoczną. Uspokoił mnie, wytłumaczył skąd to się najpewniej wzięło. Z gabinetu wyszłam z receptą i uśmiechem na twarzy. Nie pora na szpital
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 sierpnia 2021, 08:43
9 cykl starań, 1 dzień cyklu
Organizm ludzki jest niesamowity, naprawdę w tym miesiącu czułam się inaczej i miałam cichą nadzieję. Okazało się dzisiaj, że mój M też ją miał. Ale okres pozbawił nas złudzeń, przyszedl jak zawsze w terminie.
Ale dzisiaj jest też dzien podjęcia decyzji o rozpoczęciu leczenia. Zdecydowaliśmy się na naprotechnologię w Białymstoku, pomimo że mamy do tego miasta prawie 500km w jedną stronę. 1 września jedziemy na całodniowe konsultacje i badania. Wierzę że to początek nowej drogi i mam nadzieję że słusznej, bo do pełni szczęścia brakuje nam jedynie maleństwa.
5 dni po poronieniu
Długo tu nie zaglądałam, bałam się głośno mówić o ciąży żeby nie zapeszyć, tak bardzo chciałam żeby wszystko było dobrze, ale to nie wystarczyło.
W kwietniu zaszłam w upragnioną, wyczekiwaną i cudowną ciążę. Czułam się świetnie, bardzo na siebie uważałam mimo, że wszystkie badania były w idealnym porządku. Badania prenatalne wyszły super, żadnych powodów do niepokoju. Dwa tygodnie później w 16 tc - rutynowa wizyta u ginekologa, w badaniu na fotelu wszystko w normie, już umówiona wizyta za miesiąc, ale jeszcze USG na koniec... i wyrok. Serduszko nie bije.
Moje serce też wtedy stanęło. Umarła część mnie - dosłownie i w przenośni. Cztery dniu później byłam już w szpitalu, przeżyłam koszmarne poronienie wywołane tabletkami - lekarze i pielęgniarki byli w szoku w jaki sposób to przebiegło. Wiedzą o mnie chyba wszyscy w szpitalu, bo takie rzeczy się podobno nie zdarzają. A jednak zdarzyły się mnie.
Później kolejny dramat z pobieraniem próbek do badań genetycznych. Niekompetencja i ignorancja niektórych ludzi jest porażająca. Postaram się coś z tym zrobić, żeby już żadni rodzice nie musieli przechodzić tego co my, ale do tego muszę nabrać jeszcze sił.
A teraz... teraz, nie mogę znaleźć dla siebie miejsca. Wstaję rano i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Każdą komórką mojego ciała czuję ból, smutek i pustkę, ale jednocześnie czuję też upór i siłę. Nie poddam się, nigdy. Podczas poronienia, okrutny los chciał żebym miała moje dziecko na dłoni, żebym była pierwszą osobą, która go dotknie - traumatyczne i straszne przeżycie, ale jednocześnie to chyba ono daje mi siłę. Widziałam ciało mojego dziecka, puste, w którym nie było już tej iskierki życia jaką mu podarowaliśmy, ale wiem, że ona gdzieś jest i czeka na to by wrócić w lepszym czasie, w lepsze miejsce. To widać nie było doskonałe, a moje dziecko będzie idealne, piękne, silne i zdrowie.
Iskierko, zrobię absolutnie wszystko żebyś do nas wróciła. Nie ma takiej siły, która mnie powstrzyma.
No i miał być dzisiaj zabieg i nie ma.
Już wenflon mam, czekałam na konsultacje i na konsultacji okazało się, że jestem w złej fazie cyklu, przed miesiączką i nie można zrobić dobrze zabiegu usunięcia polipu.
Zabieg przeniesiony na 13 listopada...
Tyle stresu po nic.
Wiadomość wyedytowana przez autora 8 listopada 2023, 14:03
Dupa, dupa, czarna dupa…
Miał być potencjalnie transfer w szczęśliwa date piątek 13go, a zamiast tego 11.08 dostanę implant podskórny który ma wyciszyć moje hormony (reseligo).. pani doktor chce mnie inaczej przygotować, tak, zeby endometrium się totalnie zluszczylo na wypadek, gdyby wciaz było jakieś zapalenie lub mikropolipy. To ma zwiększyć szanse naszym słabszym zarodkom.
Doceniam, ze ma jeszcze jakiś pomysł ale ja mam już dość… już przed oczami był finisz, napis meta prawie możliwy do odczytania… jeszcze najwyżej 2 transfery i jakkolwiek się nie potoczą, to będzie koniec. A tu znowu ten stan zawieszenia. To czekanie na „coś”. Na wizytę, badania, transfer, testowanie…
Chce już skończyć ten etap, który zaczął się w 2015 roku, gdzie przerwa od myśli o staraniach i ivf była tylko w ciąży i kilka mcy po porodzie. Chce już w pełni moc odetchnąć, ze nic nie siedzi z tylu głowy. Poza tym czuje, ze przez starania o rodzeństwo traci Iga - bo moje myśli w dużej mierze są gdzieś indziej, czuje się momentami nieobecna, bo ciagle odliczam dni do następnego etapu.
Ale może jeszcze ten jeden ostatni raz dam radę…
Nowy plan:
Implant 11.08
Wizyta kontrolna 6 lub 8.09
Transfer około 22/23.09
Transferowana bl2 (na moje oko 2.2.2 lub 2.1.2)
Wiadomość wyedytowana przez autora 6 sierpnia 2021, 22:45
Minęły kolejne 4dni, wciaz zyje, chociaz zastanawiam się co to za zycie...
Wczoraj dowiedziałam sie ze kuzynka jest w ciąży, niby nic nadzwyczajnego, ale ma ywrnin porodu na początek września... pytanie czemu wszyscy robią z tego taka tajemnice? Czuję sie jak tredowata... jakby wszyscy próbowali ukrywać przede mna ciążę, dzieci... to nir pomaga...
Dzisiaj - kolejna ciaza koleżanki, która jeszczs chwilę temu mówiła ze nie chce byc mezem, ze myśli o rozwodzie, a dzisiaj wspólny znajomy mówi ze jest w kolejnej ciazy...
Czy naprawde wszyscy moga mieć dzieci tylko nie ja?
Gdziekolwiek jesteś daj mamusi sile do dalszej walki z życiem...🙏
Biel wali po oczach. Nawet cień cienia.
Czuję niemoc, beznadzieję i to uczucie, że znowu zawiodłam męża.
Temperatura niby wysoko, ale jutro spadnie i to z takim impetem, że sąsiedzi usłyszą.
Wczoraj świrowałam na punkcie marynowanego imbiru, którego od lat nie znoszę. Musiałam iść i go kupić. W aucie dostałam takiego ślinotoku na samą myśl, że za kilka minut go zjem, że sama się sobie dziwiłam.
A jak się dziwił mąż i moje przyjaciółki, bo przecież nie znoszę imbiru.
Wczoraj to był najlepszy przysmak.
I chyba też dał nadzieję, że a nuż może jednak to nie stracony cykl.
Rano kolejna biel w moim życiu.
Dziś płaczę i nie mogę pojąć, dlaczego znowu przegrałam...
Ale dawno mnie tutaj nie było. Nic dziwnego, bo systematyczność nie jest moją mocną stroną 🙈
Mąż zakończył leczenie, we wrześniu ponawia badania nasienia, w między czasie zrobiliśmy badanie kariotypów, które mamy prawidłowe, u męża AZF i CFTR równiez ok. Bałam się strasznie tych kariotypów, jakby nie było to takie badanie, z którym nic się nie da zrobić, także całe szczęście, że to już za nami..
Ja się witam w 3dc na wakacjach nad morzem, na które tak czekałam. Oczywiście pogoda średnia, bardzo mało dni słonecznych, no ale co zrobić. Wypoczywamy a to najważniejsze.
Czekam z niecierpliwością na ten wrzesień, okaże się czy możemy ruszać z IVF, bo szczerze mówiąc już nie czekam na cud, nie nastawiam się na naturalną ciążę, już nie martwi mnie zbliżający się okres, nie załamuje mnie, że przychodzi co miesiąc, wiem że IVF to też nie jest złoty środek, ale trzeba wybrać taką drogę, bo jedynie to może dać nam dziecko.
13dc
Oglądam zdjęcia w telefonie sprzed 2 lat. Zdjęcia pierwszego w życiu pozytywnego testu ciążowego, prt screeny z dodatnimi wynikami bety. Chłonę ten widok całą sobą i modlę się, abym jeszcze w tym miesiącu mogła dodać kolejne takie zdjęcia do albumu.
🙏🏻🙏🏻🙏🏻
Mija kolejny dzień, a ja wciąż z gilem, kaszlem, bólem wszystkiego co się da i bez głosu. Przenoszę się z łóżka na kanapę i albo śpię albo wegetuję patrząc w sufit. Tyle jest we mnie siły. Jedyna moja aktywność to czytanie OF. Dużo brzuszków się zwalnia więc zaglądam żeby wiedzieć co słychać u znajomych staraczek. Cieszę się z każdego forumowego bobasa, bo wiem ile kosztowało rodziców znalezienie się w tym miejscu.
Trochę jednak katuję się w ten sposób, bo pogłębiam swoją tęsknotę za dzieckiem. Cała ta otoczka ciążowa, wyprawkowa, porodowa zdaje się być abstrakcją. W mojej głowie macierzyństwo jest utopią. Coś o czym się marzy, czego się pragnie, co wydaje się spełnieniem. Świat pełen miłości, pięknych momentów, o którym się mówi, czyta i śni ale w rzeczywistości nie istnieje.
W chorobie mam za dużo czasu do myślenia. Zaczęłam sobie wyobrażać jak by było, gdyby w maju urodziło się nasze pierwsze dziecko. Jak by wyglądało, czy byłoby spokojne, czy mały łobuziak, co byśmy w danej chwili robili.
Później myślę o drugiej ciąży. Termin był na 18 listopada ale mogły to być bliźniaki więc duża szansa, że miałabym je już w domu. Ale byłby kolorowy zawrót głowy. Nigdy się to nie wydarzyło, a bardzo za tym tęsknię.
Niby do transferu coraz bliżej, biorąc pod uwagę, że powinno do niego dojść najpóźniej w grudniu. Nie ma jednak we mnie entuzjazmu i wiary. Choroba wiele popsuła i zdecydowanie podcięła skrzydła. Wisi też nade mną widmo niemożliwości utrzymania ciąży. Udany transfer to nawet nie połowa sukcesu. Ciężko jest mieć nadzieję. Cały czas popłakuję po kątach, bo zbyt długo już to trwa i mam też świadomość, że walczę z wiatrakami.
Długo mnie tu nie było, nie udało się 😓 a jeszcze się coś z cyklem posrało... 29 dc.. Normalnie 26-27 dni ma cykl.. Mam dziś potężnego doła 😓
Prawdopodobnie dzisiaj wyłapałam pik na testach owulacyjnych. Nie jestem tego w 100% pewna, bo coś ostatnio się dziwnie wybarwiają. Jutro mam wizytę u ginekolożki z PZU, zobaczymy co powie o owulacji i jak skomentuje wyniki cytologii. Mam zamiar również poprosić o skierowanie na badania anty tpo i anty tg

W poniedziałek, tj. 13.03 miałam HSG pod USG w znieczuleniu ogólnym.
Dla przypomnienia na później opiszę jak to wszystko przebiegało:
- Stawiłam się do kliniki, przekazałam podpisane dokumenty i zapłaciłam za to wszystko (w dniu zabiegu 1800 zł, wcześniej opłaciłam anestezjologa 180 i za konsultacje gin 230zl)
- kilka minut przed zabiegiem pielęgniarka poprosiła, abym się przebrała w koszulę i zaprowadziła mnie do sali (chyba to była sala pooperacyjna) w której miałam poczekać na swoją kolej, byly tam 3 dziewczyny po jakiś zabiegach
- założono mi tam wenflon
- jak przyszedł mój czas poproszono mnie o przejście na salę operacyjną
- tam podano mi znieczulenie
- więcej z samego zabiegu nie pamiętam, bo przytomność straciłam bardzo szybko
- nie za bardzo pamiętam w jaki sposób z powrotem wróciłam na salę pooperacyjna, chyba przeszłam sama, ale nie jestem pewna w 100% tego
- to, co najbardziej zapamiętałam to silny ból w podbrzuszu, dostałam na to najpierw paracetamol dożylnie, ale nie pomogło za bardzo więc dołożono mi Ketonal, ból przeszedł po kilkunastu minutach
- miałam leżeć godzinę i tak też było
- w międzyczasie przyszedł lekarz przeprowadzający zabieg i przekazał mi wszystkie dokumenty, poinformował, że oba jajowody są drożne i na moje pytanie czy był widoczny pęcherzyk, powiedział, że tak. Ma on około 12-14mm i jest umiejscowiony w prawym jajniku.
- po wstaniu z tego łóżka (jak już ta godzina odpoczynku minęła) poleciała ze mnie krew, nie miałam czym jej zebrać więc całe nogi były zabrudzone, pomogła mi z tym pielęgniarka która dała mi papier i na szczęście w łazience, w której się przebierałam była umywalka i prysznic, więc mogłam się jakoś ogarnąć, podpaski też tam były (wcześniej myślałam, że będzie wylatywał że mnie jakiś płyn którego używają do zabiegu, dlatego wzięłam majtki miesiączkowe, to był na prawdę dobry pomysł)
- sama nie mogłam opuścić kliniki, mąż musiał podpisać jakieś papiery, że mnie zabiera
- zapomniałam wcześniej wspomnieć lekarzowi, że potrzebuje zwolnienie lekarskie na ten dzień więc jeszcze podeszłam do recepcji i poprosiłam o to, nie było z tym żadnych problemów. Wieczorem zwolnienie już było widoczne w zusie
- ten silny ból który czułam bezpośrednio po zabiegu już nie wrócił
- jeszcze przez 2 dni (wt,śr) plamiłam jak po okresie, ale bez bólu
14dc
Chwilę mnie tu nie było, ale nie działo się nic, o czym mogłabym wspomnieć. Czekam na owulację, obserwuje śluz i wiem, że pojawi się jak co miesiąc.
Nowenna pompejańska daje mi spokój i ukojenie. Chyba po raz pierwszy tak naprawdę uda mi się zawierzyć moje przyszłe macierzyństwo, nasze rodzicielstwo Bogu. Moja pierwsza pompejanka to było żebranie u Boga o dziecka i wielka obraza majestatu, gdy się nie udało.
Teraz wiem, że Bóg nie jest złotą rybką do spełniania marzeń. Ma dla nas swój plan i trzeba mu zaufać chociaż to tak CHOLERNIE TRUDNE!
Kolejne ciążę bolą tak samo, a my ciągle w jednym punkcie. Ale czy na pewno? Może właśnie po to jesteśmy doświadczani trudną droga do rodzicielstwa, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga?
Z przyziemnych spraw. Byłam na kolejnym spotkaniu z instruktorką metody Creightona. Powiedziała, to co już wiem- że z mojej strony wygląda na to, że wszystko jest ok. Czas zapisać się do lekarza, ale odwlekam to w czasie. Chyba boje się tej wizyty
2 dc
Cykl trwał 33 dni. Taką długość miały cykle przed ivf, więc to dobrze że organizm wraca ,,do siebie,, . Wczoraj było mi smutnk, że się nie udalo przez 5 min a później założyłam plecak i pomaszerowalam w góry. Coś się chyba zaczyna zmieniać w mojej głowie.
Odliczam dni do kolejnego weekendu, tym razem wyjazd w Bieszczady 🤩
Do suplementów, które biorę dorzucam witaminę C 1000 i olej z wiesiołka. No i będę robiła testy owulacyjne, zostało mi ich jeszcze tyle, że szkoda żeby leżały.
Z mierzeniem temperatury nie wiem jak będzie , dużo ostatnio mam wyjazdów i nie wiem czy to będzie wiarygodne 🤔 i chyba czas znowu ograniczyć słodycze i wrócić na siłownię, bo dupka rośnie 🙈😅
Od czasu do czasu wejdę na fb do dziewczyny, która odwiedzała swoją corkę na oiom,gdy ja leżałam z moją P...dziewczynka urodziła się w 29tc 3 tyg po mojej córeczce...dzisiaj żyje,bawi się, śmieje, sprawia radość rodzicom... wchodzę i podglądam z tak okropną zazdrością, że aż mi wstyd za samą siebie, bo raczej nigdy nie byłam osobą zazdrosną...wszystko się we mnie pomieszało, w moich uczuciach, w głowie... znowu nachodzą mnie myśli, że lepiej by było gdyby mnie nie było.. tak, miewam myśli samobójcze,ale wiem, że to nie rozwiązanie, że to nie poprawi mojej sytuacji, a tylko pogorszy mojej rodzinie...tylko gdy patrzę na tą małą, że jej dane jest żyć, a Polcie mi wykończyli to mam w sobie taką złość, że byłabym w stanie pożyczyć od znajomego pistolet, pójść do szpitala i powybijać ich wszysykich.
Mój mąż który mi zabronił czytać i maglować internety, dziś rano gdy się ubierałam:
"a wiesz, że mamy jeszcze szansę na bliźniaki" "14 dnia dopiero się zarodek dzieli" "to 1 do 2% sznas"
"wiesz, zarodki dobre to takie aa,ab,bb,ba" "kurcze, lepiej, żeby było 5 zamiast 4, może trzebaby było naciąć osłonkę?"
A jaki podekscytowany.
No tak martwił się, że będzie 8 dzieci, to teraz sie martwi, że będą bliźniaki. A niby ja zawsze tylko wyszukuję problemy.
Słyszałam jego smutek jak mówiłam przez telefon, że mamy dwa zarodki "to z ośmiu komórek zostały nam tylko dwa zarodki?"
Tyle się ostatnio dzieje, że zbytnio nie mam się czasu pomartwić. Oby dwoje zgodnie stwierdziliśmy, że ta cała stymulacja odbyła się jakoś "w międzyczasie" i nie zdażyliśmy się zorientować, że już po. Może rzeczywiście całe in vitro jest zbyt mocno rozmuchiwane. Pisałyście mi wiele razy, że to w sumie nic wielkiego. I potwierdzam, dla wahających się. Przy tym, co czasem przechodzimy to pikuś.
Mega komfortowo (odpukać) czuję się w klinice. Jeżdzę tam z chęcią, uśmiechem i bez bólu żołądka.
Wiadomość wyedytowana przez autora 9 sierpnia 2021, 12:47
Tak naprawdę nawet nie wiem kiedy bys sie urodzila... trzymam siw daty, którą mi lekarze wyliczali, wg tego wczoraj skończyłabys pol roku... tak naprawdę z racji moich wskazań do cc pewnie z tydzień czy 2 więcej...
Dalej zastanawiam jakby wyglądało nasze życie... jak powinno wyglądać... czy skoro Ciebie nie moglam mieć kolo siebie, bedzie mi dane miec kiedys zywe dziecko?
Mimo ze juz nigdy nie bedzie normalnie, tak bardzo chciałabym dostać od życia szansę na bycie matką żywego dziecka...
Ciebie i tak bede kochać juz zawsze, mimo ze nie mogłaś zostac tu ze mna, juz zawsze będziesz częścią mojego zycia, niezależnie od jego dalszego scenariusza...
Chyba to czekanie jest najgorsze... kiedy juz wiem, pecherzyk pekl, ciałko żółte jest i zostaje czekać...
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.