Dziękuje dziewczyny za każdą historie 🙏❤️ To daje nadzieje na to że się uda, czuje wewnętrzny spokój co do 2022 roku. Wiem że to głupie bo przecież in vitro może nie wyjść, liczę się z tym ale mam poczucie że jestem bliżej ciąży niż kiedykolwiek wcześniej. „Zwykle” staranie już mi nie wystarcza, potrzebuje mieć zdecydowane ruchy, czuć że się przybliżam. Znów są nowe ciąże w towarzystwie, przyjęłam je ze spokojem i z myślą w głowie „ja tez już będę nie długo…”. Głupie, bo jak się nakręcę pozytywnie to będzie ryk później ale z drugiej strony wiara czyni cuda. Może jak bardzo będę wierzyć to się uda?

Z działań, mam konsultacje jeszcze u jednego lekarz od niepłodności. Podobno jakiś super, mama naciska żebym poszła bo „załatwiła” mi wizytę u niego wiec ok pójdę. A w drugiej połowie stycznia mam endokrynologa bo trochę mnie martwi moja tarczyca. Mam guzki boje się co się tam podziało po tych wszystkich stymulacjach, tsh w lipcu było ok ale nie robiłam długo usg. Zobaczymy, zobaczymy intensywny czas 🙂

aster Plan B. 6 stycznia 2022, 23:01

23 d.c.
Jesteśmy po wizycie. Bałam się, jaki będzie stan mojego endometrium, że będzie trzeba przedłużyć leczenie i dalej czekać. Dlatego kiedy doktor, patrząc na obraz USG powiedział "no, dobrze to wygląda" poczułam ulgę. A więc żegnamy się z orgametrilem, od przyszłego cyklu stymulacja lamettą i jedziemy z uiu 😀. Od razu klinice zrobilismy wymazy ktore już straciły ważność, oraz badania z krwi. Dzięki temu nie będę latać po diagnostykach, uff. Około 10 d.c. Mam mieć USG, mam nadzieję, że będzie dobrze. Nareszcie, po ponad 3 latach ciągłego czekania, błądzenia po omacku, badania czego się tylko da - wreszcie jakiś konkret. Wiem, ze inseminacja nie daje dużych szans, nie nakręcam się na powodzenie za pierwszym razem, ale cieszę się, że przynajmniej możemy spróbować. Zawsze jest plan B - pieniążki na niego odłożone 😉.
Na razie skupiam się na tu i teraz, bo dobrze się zaczął ten rok 🙂👍

5 dpo 7 cs
Dni płodne wypadły w sylwestra i nowy rok 😊 oczywiście byliśmy u znajomych w Lublinie więc trzeba sobie było radzić 😊 działaliśmy na podłodze w łazience 😂 dzisiaj mam 5 dpo, praktycznie od owulacji bolą mnie jajniki. Raz jeden, raz drugi, a jeszcze innym razem oba na raz 😊 bolą mnie plecy, szybko się męczę. Cycki bolą leciutko tylko pod dotykiem. Ale mam wrażenie, że cały czas mnie coś swędzi i cycki też. Ale, ale. Jestem na duphastonie więc myślę, że większość wszelkich objawów to po nim 😊 poza tym czy to pierwszy raz są jakieś niespecyficzne objawy? Nie.. Więc nie biorę ich na serio. Żre acard, kłuję się heparyna.. Zrobię wszystko dla tego dziecka. Mąż również robi wszystko co może 😊 żre suple, pomidory, sok pomidorowy, olej lniany, ryby wędzone, ogórki kiszone, czarnuszkę, pije mace, ograniczył kawę, poszedł na siłownię, myje się w letniej wodzie. Jestem z niego dumna 👏

21+0

Napinanie twardnienie macicy i lekkie bóle miesiączkowe mnie zaniepokoiły.. Byłam na szybkiej wizycie, szyjka bez zmian (na szczęście) mam progesteron i salbutamol w razie "w". Mam nadzieję jednak ze nie będę musiała go brac...

An. Niepewność 10 stycznia 2022, 18:57

Pytanie techniczne.

Czy tez Was wywala, ze tak powiem z aplikacji? Ze jak ja zamknięcie to trzeba się co chwile logować ?

A drugie pytanie to, czy jak wchodzicie czasem w wykres to często się nie wyświetla? Albo wyświetla się na chwile i zaraz ginie ?


Pozdrawiam xx

Vaiana Czy się doczekam..? IVF 24 marca 2022, 14:14

Ciężki czas za nami, coraz gorzej psychicznie to znosimy z mężem i nie wiemy jak długo to potrwa.. miałam wizytę w 3dc - moja wina - nastawiłam się już na stymulację, że z kopyta ruszymy z ivf, a tu klops.. wysoki estradiol, tabletki anty na wyciszenie, jeden z pęcherzyków już się ukazał jako dominujący i stymulacja mogłaby nie przynieść takich efektów o jakie nam chodzi. Więc lekarz zdecydował o antykoncepcji, za 2 tygodnie na kontrolę. W chwili poczułam, że ciągle mamy pod górkę i że chyba nigdy nam nie wyjdzie.
Dziś, kilka dni po tej wizycie jest troszkę lepiej. Zaufaliśmy lekarzowi, on wie co robi. Inne, trudne tematy poza staraniowe też jakiś czas temu nam się bardzo posypały, a w ciągu kilku tyg zaczyna się każdy temat powoli pozytywnie kończyć- więc nadzieja jest na to, że i temat z ivf w końcu będzie miał wymarzony i wyczekany finisz.
Nigdy nie przypuszczałam, że będziemy musieli sięgnać po ivf zawsze ten temat wydawał mi się taki odległy. Ale podejść musimy, dzięki temu będziemy mieć więcej informacji- dot. komórki jajowej, ale też o zarodku- czy w ogóle powstaje, jak się rozwija itp.
Nie potrafię pogodzić się z bezsilnością.

AgrafkaCh Przeznaczenie 8 stycznia 2022, 10:34

Nie mam pojęcia dlaczego to pisze, 99% czytających uzna że jestem jakąś poj....na histeryczka.. pewnie będą mieli rację. Może znajdzie się 1 osoba która czytając to pomysli "mam tak samo". Bez tej jeb...Ej poprawności politycznej, po prostu.
Bezplodnosc jest chu..owa, ale to całe otoczenie i presja wokół mnie sprawia że moja Bezplodnosc staje się nie di zniesienia. Po raz kolejny czuje ze moje życie nie należy do mnie, a jest determinowane przez cos/kogoś innego. Nienawidzę tego uczucia, sprawia że mam ochotę wylogować się, własnego życia, bo to dałoby mi poczucie odzyskania kontroli..

25 dc
11 dpo

Okruszku, witaj na pokładzie! 💜💜💜🙏🏻🙏🏻🙏🏻

744e4d5d75c9.jpg

Wczorajszą kreskę ledwo widzieliśmy z mężem na żywo, a dzisiaj widać cień już nawet na zdjęciach 💜
Mały okruszku, zostań z nami na najbliższe 9 miesięcy! 🙏🏻💜💜💜


Wiadomość wyedytowana przez autora 8 stycznia 2022, 12:40

An. Niepewność 8 stycznia 2022, 19:29

33 dc.

Kolejny negatywny test, tylko tym razem bez zbędnych emocji. W poniedziałek muszę iść w końcu na sprawdzenie tsh. Zapytam się lekarza czy może mi zlecić jakieś badania na niepłodność. Ciekawe czy amh jest refundowane czy nie.
Nadal czuje podbrzusze, mam nadzieje ze to na okres.

We wtorek idę na kolejna rozmowę o prace. Trzymajcie kciuki.

Miłego weekendu xx


Wiadomość wyedytowana przez autora 8 stycznia 2022, 19:30

Wspomnień ciąg dalszy ... Kolejne dni przepełnione są żalem, smutkiem i ogromną ilością łez. Tym razem sama biorę udział we wszystkich formalnościach związanych z pożegnaniem Malutkiej, jadę z Mężem kupić ubranko. Powinno być do chrztu... Jest do trumienki... Śliczna, skromna sukieneczka, ciepła (w końcu to grudzień) i milusia w dotyku. W niedzielę, odbieramy Dawidka od mamy. Trochę się stęsknił, ale nawet sobie nie zdawałam jaki to już duży i dzielny chłopiec. Mój Mały twardziel! Kolejne dni to dalej formalności i przygotowania do Świąt. Dziwne, nie cieszy mnie ubieranie choinki ani dekorowanie domu, ale uczestniczę w tych przygotowaniach dla Synka i Męża. Dla Synka to pierwsze takie bardziej świadome Święta, dla Męża wydaje mi się, że są odskocznią i skupienie się na tych przygotowaniach pozwala mu się jakoś trzymać, nie chcę im tego psuć. Ciałem obecna, duchem i myślami zupełnie gdzie indziej. Kolędy, które do tej pory bardzo lubiłam i z chęcią nuciłam teraz wywołują we mnie potok łez. Oj nie jest to łatwy czas. I tak to się wszystko miesza. Ogromna tragedia i ból z codziennością i radosnymi (choć nie dla mnie) Świętami. Nie tak to miało wyglądać. Święta przebiegają w miarę normalnie. Udaje mi się zachowywać 'jak przystało' i nie psuć nikomu humoru. Myślami jednak nadal jestem daleko stąd...

Pożegnanie Martynki odbywa się już po Świętach. Jestesmy tylko we dwoje z Mężem. Tak jest lepiej. Widok trumienki z moją Córeczką sprawia że znów się rozklejam i rozpadam na kawałki. Długo stoimy w ciszy i zamyśleniu. Każde zatopione w swoich myślach. Nie mogę w to uwierzyć, że tak potoczył się nasz los... To takie niesprawiedliwe!!!!

Nijgorszy jest Sylwester. O północy gdy wszyscy świętują i cieszą się, dla mnie każdy huk fajerwerków to kolejny napływ łez. W tym momencie już nie jestem z stanie udawać że się trzymam. Nie cieszymy się, nie świętujemy. Kupiłam szampana i nawet włożyłam do lodówki, żeby się schłodził, ale jak pomyślałam że mam wznieść toast to jakoś nie mogłam. Za co? Za to, że los tak nas pokarał? Że zostaliśmy brutalnie i w jednak chwili pozbawieni planów i marzeń? Za to że zabrał naszą malutka i niewinną Dziewczynkę, której nawet nie było dane nas poznać? Która nie dostała szansy, żeby bawić się, uczyć, cieszyć, smucić, kochać i być kochaną, która nie dostała szansy na zycie... Mąż poszedł dotrzymać towarzystwa psom, ale podejrzewam, że dla niego był to równie trudny moment.

kamisia Nasze małe, wyczekane szczęście 24 września 2021, 09:43

Historia naszych starań zaczęła się kilkanaście lat temu, jakoś zaraz po tym, gdy zaczęliśmy być razem, a nasz wiązek trwa już 14 lat.. Zaczęło się od tego, że przed samymi Świętami Bożego Narodzenia zorientowałam się, iż kończą mi się tabletki antykoncepcyjne i już za cholerę nie uda mi się zdobyć recepty.
Byliśmy razem krótko, ale gdy powiedziałam Mu o tych tabletkach to nawet się ucieszył, pomyślałam „wariat”, ale potem doszłam do wniosku, że „a co mi tam, będzie co ma być..” Po świętach nadal nie poszłam po te tabletki i usilnie staraliśmy się żeby z tych „nie starań” coś wyszło, no ale nie wyszło. Miesiąc, drugi, szósty, ósmy i nic. Przy czwartej miesiączce polały się łzy i tak lały się za każdym razem przez kolejnych parę lat, potem z czasem się już do tego przyzwyczaiłam i po prostu wiedziałam, że ta @ przyjdzie. Zrobiłam dosłownie kilka setek testów ciążowych. A ileż to razy przez ten czas słyszałam, że to kwestia głowy, żebyśmy gdzieś pojechali, żebym odpuściła i pewnie wtedy zajdę w ciążę. Taa, jasne. Do dziś pamiętam jak podle się czułam gdy okazało się,że moja siostra jest w ciąży, czułam tak ogromną zazdrość. Po kilku miesiącach podobną informację usłyszałam od bratowej. I znowu płacz w poduszkę. Oni w święta z dziećmi, a mi pozostawało się upić ze smutku..
Przez te kilkanaście lat siostrze i bratu urodziło się jeszcze po kolejnym dziecku.. Siostra zaszła w nieplanowaną ciążę podczas zmiany jednych tabletek anty na drugie i to w momencie kiedy miała się rozstać z ojcem dziecka, taka to sprawiedliwość.. To chyba wtedy zwątpiłam w wielkiego Pana Boga, do którego przez lata modliłam się o to dziecko. A przecież nie prosiłam o tak wiele... Staraliśmy się jakoś dwa-trzy lata bez pomocy lekarza. Przez ten czas zdążyłam sporo schudnąć, bo słyszałam opinie iż moja nadwaga może być przeszkodą w zajściu w upragnioną ciążę. W końcu postanowiłam się umówić na wizytę do ginekologa, dostałam masę badań do zrobienia, które wyszły dobrze, badanie nasienia wyszło wręcz rewelacyjnie, lekarz dalej kazał się starać. Po kolejnym roku dostałam zlecenie zrobienia krzywej cukrowej z insuliną po obciążeniu, gdy podczas monitoringu owulacji okazało się, że pęcherzyki nie pękają. Badanie wykazało, że pomimo diety, ruchu i znacznej utraty wagi mam insulinooporność. Dostałam wtedy metforminę. No i pokazały się piękne owulacje. Lekarz stwierdził, że znaleźliśmy przyczynę i kazał starać się nadal. No i tak staraliśmy się kolejne dwa lata. Ciąży nadal nie było. Postanowiłam, że podejdziemy do IUI, dostałam skierowanie na HSG. Przez rok próbowałam umówić się na badanie do szpitala w ZG i wciąż od nich słyszałam, że urządzenie do wykonywania tego typu zabiegów jest zepsute. Wtedy na forum dowiedziałam się, że takie badanie mogę zrobić w innym szpitalu niż ten na skierowaniu (o ja głupia!) i tak trafiłam do Nowej Soli. Zabieg okrutnie bolesny, myślałam, że tam zejdę z bólu, nie lepsza była diagnoza: kontrast nie wyszedł z macicy, podejrzenie macicy jednorożnej. Gdy usłyszałam od lekarza, że to może oznaczać iż nigdy naturalnie w ciążę nie zajdę, zawalił mi się świat na głowę. Chyba nie muszę tłumaczyć tego uczucia gdy wiesz, że twój partner może mieć dzieci, a ty jesteś niepełnowartościową kobietą nie mogącą urodzić dziecka..
Kolejny etap to była laparoskopia diagnostyczna, która potwierdziła diagnozę, że nigdy naturalnie w ciążę nie zajdę, gdyż nie mam jajowodów i lewego jajnika, tak się urodziłam. To wyjaśniło tajemnicę lewego jajnika, którego nigdy na USG widać nie było. Lekarze nadziwić się nie mogli, byłam pierwszym ich takim przypadkiem w karierze. Nieźle, nie? Być jedną na...tysiąc? Milion? I znowu były łzy... Mój partner bardzo mnie wtedy wspierał. Zresztą, on wspierał mnie od samego początku, nigdy nie usłyszałam od niego, że to moja wina. Nawet gdy sama mówiłam, że gdyby był z inną kobietą to pewnie by te dzieci miał, za każdym razem mówił żebym nie gadała głupot i że jest przecież in-vitro. I że my te dzieci mieć będziemy. Długo dochodziłam do siebie po tym wszystkim. I ja wiem, że długo zwlekałam z leczeniem, że to wszystko za długo trwało, ale ja się bałam, bałam się co usłyszę od lekarzy, bałam się, że tą matką nigdy nie zostanę. W międzyczasie jeszcze pojawił się kryzys w naszym związku, rozstawaliśmy się dwa razy, ale za każdym razem wracaliśmy do siebie. Aż wreszcie dojrzałam do tego by umówić się do kliniki. Zwłaszcza, że mój facet coraz częściej mówił o ivf. No i w kwietniu 2019r pojechaliśmy wreszcie do kliniki poleconej przez mojego lekarza.
Dziś żałuję, że wybrałam tę klinikę, mój lekarz nie był złym lekarzem, ale miał stanowczo za dużo pacjentek, z wizyty na wizytę zupełnie mnie nie pamiętał. I znowu lista badań, na niektóre trzeba było długo czekać, aż w końcu w lipcu przyszły wyczekane długo kariotypy, dostaliśmy zielone światło – zaczęliśmy stymulację.
Chyba nigdy nie zapomnę swojego pierwszego zastrzyku. Nienawidzę igieł. Stałam z tą strzykawką nad brzuchem chyba z dziesięć minut, prawie się popłakałam. Nawet mój mąż próbował go wykonać, ale nie dał rady. Finalnie zdecydowałam się na wkłucie, przecież wydaliśmy tyle pieniędzy i skoro inne kobiety dają radę to ja też dam ;D okazało się, że strach ma wielkie oczy, a igła bezboleśnie weszła w fałdkę jak w masło. Byliśmy tak pozytywnie nastawieni. Tak szczęśliwi,że oto już za chwilę będziemy rodzicami! Bo to in-vitro, przecież musi się udać, prawda? Yhym... Przy stymulacji pobrano siedem komórek, szczęście, euforia, rany, co my zrobimy z siódemką zarodków! Czas szybko zweryfikował naszą radość. Po dwóch dniach dzwoniąc do laboratorium okazało się, że tylko cztery komórki były dojrzałe do zapłodnienia. Zapłodniły się trzy. Myśleliśmy: i tak super, trojka dzieci – rewelacja. Postanowiono, że podadzą mi jeden w trzeciej dobie. Przed samym transferem dowiedziałam się, że dwa zarodki zatrzymały się po drugiej dobie, ja dostanę ten trzeci, słabiutki. Zła, rozgoryczona i zawiedziona, wracałam do domu, Rafał mnie pocieszał, że pewnie z tego jednego zarodeczka będzie ciąża. A ja, choć pełna nadziei, czułam, że nic z tego nie będzie. I niestety miałam rację... Były kolejne łzy.. Mama płakała razem ze mną. Transfer nieudany, brak zamrożonych zarodków, brak kasy na kolejną procedurę. O ivf wiedziała najbliższa rodzina, która bardzo nas wspierała przez cały ten czas, nawet moja babcia, która była bardzo religijna powiedziała, że skoro to nasza jedyna szansa na bycie rodzicami to żebyśmy się nie wahali. Niestety, nie doczekała prawnuka, zmarła w momencie kiedy zaczęłam drugą stymulację..
Trzy miesiące, przez które zbieraliśmy na następną procedurę poświęciłam na małą diagnostykę i suplementację. Zwiększyłam dawkę metforminy, w porozumieniu z moim poprzednim lekarzem, nie z tym z kliniki, tu byłam trochę zawiedziona, bo tyle kasy zostawiliśmy u nich, a nawet nie zlecili mi dodatkowych badań po tej pierwszej, beznadziejnej procedurze. Mało tego, po drugiej punkcji, zaraz po zabiegu usłyszałam od lekarza (nie od mojego), że komórek było dużo, ale pęcherzyki były małe i pewnie te komórki są słabe i niedojrzałe, że on to słabiutko widzi i pobrał tylko siedem bo nie było sensu pobierać więcej. Opinię wyraził nie widząc wyniku mojego estradiolu, bo „kochana” Diagnostyka opóźniła się troszkę. Na szczęście lekarz się pomylił, zwiększona dawka mety i koenzym Q10 bardzo pomogły, bo jak się okazało moje komórki były o wiele lepsze, wszystkie pobrane były dojrzałe, sam embriolog je pochwalił. Sporo też pewnie dał lek o nazwie Elonva, który dostałam jednorazowo na start drugiej stymulacji.
Transfer był odroczony ze względu na wysoki estradiol, który wynosił 11tyś, było ryzyko hiperstymulacji. Trochę byłam zawiedziona, że kolejny miesiąc czekania,ale z drugiej strony byłam szczęśliwa, że dzięki temu przestymulowaniu uzyskaliśmy aż cztery piękne zarodki! Hiperka mnie ominęła, małpa przyszła szybko, mogliśmy transferować nasz piękny zarodek. Znowu ekscytacja, euforia. Cykl sztuczny, estrofem, USG, transfer. Za radą dziewczyn z forum Ovufriend zbadałam progesteron w dniu transferu. Wynik był gdy byliśmy w trasie, bardzo niski bo tylko 3ng/ml. Panika, szybko sms do lekarza prowadzącego, nie było wtedy jeszcze e-recept, musiałam takową wykombinować, gdyż lekarz zalecił progesteron w zastrzykach Prolutex. Wracać nie było sensu bo kawał drogi mieliśmy już za sobą, szybka decyzja- pójdę do rodzinnego, pewnie wypisze jak poproszę. Z drogi podjechaliśmy od razu pod ośrodek zdrowia, kolejka do lekarza ogromna, po wytłumaczeniu sytuacji pani w recepcji udało się nas wcisnąć przed wszystkich. U lekarza zdumienie, on niczego nie wypisze, nie zmiękł nawet wtedy gdy wytłumaczyłam mu sytuację. Rafał też nic nie wskórał, dopiero gdy z bezsilności się rozpłakałam z łaską wypisał receptę na dwa opakowania. Ja poszłam do domu, a Rafał wskoczył w samochód i pojechał do miasta 60km żeby wykupić lek, który jak na złość w tym okresie był bardzo trudno dostępny. Niestety pomimo podania leku kolejny transfer się nie udał.. Byłam zła na lekarza dlaczego nie zlecił mi zbadania tego cholernego proga wcześniej, tylko dostałam taką samą dawkę jak wszystkie inne pacjentki, z automatu. A ten progesteron jest przecież tak ważny, już od dnia transferu. To był listopad, postanowiliśmy miesiąc odpocząć i wrócić po następny zarodek w styczniu, żeby spokojnie, bez nerwów przeżyć Boże Narodzenie. Niestety nie było nam to dane, przy świątecznym stole brat oświadczył iż spodziewa się trzeciego dziecka. Pogratulowałam i uciekłam z pokoju, popłakałam się, szlochałam spazmatycznie nie potrafiąc się uspokoić. Teraz wiem, że wtedy, przy tym stole tylko ja jeszcze nie wiedziałam o tej ciąży. Ale nikt mi nie chciał wcześniej powiedzieć, byłam po drugim nieudanym transferze, zaorana psychicznie. Nikt się nie odważył, tylko brat, lekko już pijany pospieszył z tą radosną nowiną.. To mnie złamało. Szybko się zebraliśmy, mama i siostry spakowały nam na szybko trochę prowiantu i już nas nie było. Resztę świąt spędziłam na płaczu w ramionach pocieszającego mnie męża. Rok 2019, ten rok starań z ivf to najgorszy rok w moim życiu. To rok w którym posiwiałam..
Na styczeń był zaplanowany transfer numer trzy. I znowu cykl sztuczny, estrofem, USG i transfer. Tym razem, mądrzejsza, brałam zastrzyki z progesteronem już od pierwszego dnia, w którym miałam zaplanowane stosować proga. W dniu transferu miałam piękne 22ng/ml. I choć znowu pełna nadziei to lekko już zrezygnowana podchodziłam do tego transferu. Starałam się dużo nie myśleć,a zamiast tradycyjnie leżeć po, postanowiłam, że zrobię pierogi. I wtedy, w 1dpt kiedy przy tym garze z pierogami zakręciło mi się w głowie czułam, że mogło być to, że mogło się udać. I o dziwo tych objawów było mniej niż przy poprzednich transferach, a mimo to nie mogłam uwierzyć gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłam pozytywny test ciążowy wykonany w 4dpt. Gdy pokazałam go mężowi popłakał się. Brak słów by opisać naszą radość wtedy. Gdy pojechaliśmy do mojego lekarza i zobaczyliśmy to malutkie, bijące serduszko, wreszcie uwierzyliśmy,że to naprawdę się dzieje, będziemy rodzicami! Ja naiwnie myślałam,że to już, że najgorsze za nami, że już teraz pozostaje cieszyć się ciążą i czekać na upragnione dziecko. O naiwności.
Dzień po USG zaczęłam nagle krwawić, krwi było tak dużo, że ciekła mi po nogach, byłam pewna,że już po wszystkim, że oto w tym momencie straciłam swoje małe, wyczekane szczęście. Szaleńcza podróż do szpitala, masa papierologii i wreszcie mogli zrobić mi USG, był krwiak, a obok serduszko,które wciąż było na swoim miejscu i wciąż pięknie biło, ta ulga, którą poczuliśmy, tego nie da się opisać..
Po tygodniu wyszłam ze szpitala, maluszek rozwijał się prawidłowo, a ja miałam na siebie uważać. Badania prenatalne wyszły bardzo dobrze. Nasze oporne dziecko długo nie chciało pokazać czy jest chłopcem czy dziewczynką. Mąż tak bardzo marzył o synu, a ja wiadomo, chciałam po prostu mieć zdrowe dziecko.. W 17tc okazało się, że marzenie męża się spełni, czekaliśmy na synka. W piątym miesiącu ciąży zaczęłam mieć ogromne problemy z nogami. Najpierw prawa kostka, nadwyrężone ścięgno bolało tak bardzo, że nie mogłam chodzić. Po 30tc doszła cukrzyca ciążowa i insulina. Gdy po dwóch miesiącach sytuacja z kostką się poprawiła, pojawiła się rwa kulszowa, w drugiej nodze. To był dopiero okrutny ból, który nie opuszczał mnie nawet podczas leżenia. Miesiąc tak leżałam męcząc się strasznie, wstawałam tylko do toalety i na szybki prysznic, płakałam schodząc po schodach gdy miałam wizytę u mojego gin, to był 36tc. Gdy ten zobaczył w jakim jestem stanie od razu wypisał mi skierowanie do szpitala, z myślą, że dostanę blokadę na tę rwę abym przy porodzie i potem mogła w miarę normalnie funkcjonować. Mój lekarz nie pracował w szpitalu, więc poprosiłam o skierowanie do Nowej Soli, mimo, że daleko od domu, to pamiętałam tę wspaniałą opiekę podczas zabiegu laparo i na taką samą liczyłam w tym okresie okołoporodowym. Poza tym mają tam fantastyczny noworodkowy. Niestety, szybko pożałowałam swojej decyzji. Najpierw kilka godzin oczekiwania na przyjęcie w recepcji siedząc na wózku inwalidzkim z okropnym bólem. Potem już przy badaniach usłyszałam, że co ja tu robię, wymęczyli mnie tymi badaniami, wejście na fotel było nie lada wyczynem. Nawet zwykłe położenie się do USG było bolesne. W dniu przyjęcia do szpitala, u mojego gin Kubuś ważył 4150g, w szpitalu podczas badania usłyszałam, że waży 4100g, niestety lekarz wpisując się pomylił i wpisał 3080g. Po kilku godzinach mogłam się wreszcie położyć z ulgą, na okrutnie twardym łóżku. Nie dostałam tej znieczulającej blokady na nogę, ani wtedy, ani przez kolejne dni, mimo że lekarze widzieli jak do toalety chodziłam trzymając się ściany. Pytałam co z rozwiązaniem, zbliżał się 38tc, pytałam czy będzie cc, a oni, że nie, bo czemu. Tłumaczyłam, że dziecko jest duże i że ta rwa.. Usłyszałam, że dziecko waży 3kg i że mogę rodzić naturalnie. Nie przekonywało ich to gdy pokazywałam dokument od mojego lekarza z wagą dziecka dużo większą, prosiłam o ponowne USG, bez rezultatu, nie chcieli zrobić, mówili, że to niepotrzebne.
Po tygodniu bezsensownego leżenia w szpitalu, 10 września po 3 w nocy odeszły mi wody, zabrano mnie na porodówkę i podłączono do KTG. Ponownie, bez rezultatu, prosiłam o USG. Nikt mnie nie słuchał gdy mówiłam, że dziecko jest większe niż w ich dokumentach bo lekarz się pomylił. I tak leżałam kilkanaście godzin, aż koło północy zaczęły się skurcze. Bolało okrutnie, co jakiś czas sprawdzali rozwarcie, które było niewystarczające. Wyłam z bólu. Gdy anestezjolog usłyszał moje wycie, oraz to, że mam rwę dał mi znieczulenie w kręgosłup. Rany, jaka to była ulga, usnęłam wtedy na dwie godziny. Obudziłam się gdy znieczulenie przestawało działać i znów czułam te pojawiające się skurcze, rozwarcie wynosiło już 10cm. Ale postępu wciąż nie było. Ja znowu wyłam z bólu przez dwie kolejne godziny, prosząc o cc. Usłyszałam od sióstr, że niestety dyżur ma lekarz nie lubiący wykonywać cc. Postępu wciąż nie było... Gdy wreszcie zaczęłam skomleć, że nie dam rady, że nie urodzę lekarz zadecydował o cc. Szybko przygotowania, kolejne znieczulenie i zabieg. Jakież było ich zdziwienie, zaniemówili gdy usłyszeli wagę 4600g.

Moje malutkie szczęście urodziło się 11 września 2020r o 5:30

Ale to niestety nie był koniec.. Ja po cc czułam się okrutnie, rwa dalej bolała, a malutki nie chciał łapać piersi. Wcale nie pomagał upał panujący w szpitalu.. Próbowałam ściągać mleczko laktatorem i podawać małemu, ale niestety ta laktacja szła opornie. Dostawał mleko modyfikowane. Okazało się też, że Kubuś ma wysokie CRP i zabrali mi go na noworodkowy. Do dziś pamiętam jak przyszła pani doktor pediatra i mnie nastraszyła tym wysokim CRP, ja się bałam, że stracę dziecko.. Znowu rozpacz, ależ płakałam.. Na szczęście po dwóch dniach mu się poprawiło i mi go przywieźli. Pojęcia nie miałam jak mam się nim zajmować, siostry nie pomagały w niczym, na szczęście koleżanka z sali mi dawała dużo rad. Nigdy nie zapomnę sytuacji gdy w nocy Kubuś obudził się głodny, a ja z moją bolącą nogą musiałam chodzić na noworodkowy po mleczko, jedna z sióstr powiedziała, że nie da bo mam karmić piersią. Rozpłakałam się tam wtedy na środku korytarza ze złości i bezsilności. Tłumacząc,że tyle razy próbowałam go przystawiać i nic, nie łapie. Z wielką łaską dała mi to mleczko, a za trzy godziny musiałam iść znowu się prosić.. Potem przyszedł do mnie neonatolog i powiedział, że Kubuś ma mały problem z serduszkiem, znowu był płacz.. Dostaliśmy skierowanie do kardiologa na wizytę zaraz po wyjściu. Ciężko psychicznie przechodziłam to wszystko, jeszcze brak odwiedzin ze względu na pandemię. Pięć dni leżeliśmy w szpitalu zanim te CRP nie spadło. Wyjście z tego szpitala to był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. I dziś, gdy patrzę w oczy mojego synka, gdy się do mnie uśmiecha, wiem, że było warto przejść swoją małą drogę krzyżową, by na końcu zacząć nowe, piękniejsze życie z naszym synkiem :)
Po roku i kilku wizytach u kardio wiemy, że z serduszkiem małego jest już ok, choć wizyty kontrolne wciąż mamy.


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 września 2021, 10:40

Leksa Ile jeszcze ? :( 7 maja 2022, 07:59

37+0
Ciąża donoszona 🥰

Cofnijmy się kilka dni wstecz - 36+4
Byłam u diabetolog i to była ostatnia wizyta u niej. Zostajemy przy diecie do końca ciąży, jakby coś sie działo to dzwonić :). Tego dnia tez miałam wizytę u mojej ginekolog. Malutka już nie taka malutka, bo ważyła 2900g 😊 najważniejsze, ze zdrowo rośnie sobie w moim brzuszku 😍tak bardzo juz czekam na spotkanie z nią ❤️

Pozostało 17 dni do cc

7+1
Dzisiaj USG w klinice u dr Chrostowskiego 💜
Okruszek ma 10,8 mm długości 🥺💜💜💜
Serduszko bije 150 uderzeń na minutę 💜💜💜
Natomiast zrobiła mi się torbiel w ciałku żółtym na jajniku i jest do obserwacji 😬
Mamy umówiony test Nifty pro na 31.01, o 11:00 ma przyjechać do nas pielęgniarka na pobranie 🥺🙏🏻
W tym chorym kraju chcemy mieć pewność, że jest wszystko w porządku 🥺🤞🏻
15.02 na 9:40 mam umówione badania prenatalne ponownie u dr Totko 💜
Podziękowałam dr Chrostowskiemu za pomoc w drodze do spełnienia naszych marzeń. Kazał pozdrowić dr Wojasa, bo okazało się, że razem studiowali 🙈💜 Zakręciła mi się łezka ze wzruszenia. Doktor prosił o smsa jak już będziemy po porodzie 🙏🏻🤞🏻💜
To będzie dobry rok 💜💜💜
Po 12 tc czeka mnie pobyt w szpitalu na założenie szwu, ale damy radę! 💜💜💜

2512-FF15-B012-408-A-A40-D-E94684-BD7886.jpg

Syla87 wychodzi na to że nasienie bo tylko do niego można się doczepić. Niby z mojej strony wszystko ok. Końcem stycznia mamy pierwsza wizytę, nie wiem ile to wszystko będzie trwało, co powie lekarz, czy będzie nas namawiać na inseminacje.

Ewa89_89 na razie nawet nie chce myśleć o genetyce. Wiem że klinika to studnia bez dna której na razie delikatnie uchylamy wieko. Wiem że kwoty są kosmiczne, staram się o tym nie myśleć. Poszliśmy do Invicty że względu na dofinansowanie. Wcześniej wszystkie wyniki męża robiliśmy w InviMed. Wszystkie tzn. 3 badania nasienia, plus mąż miał wizytę u androloga z usg. Usg wyszło ok.

Nie wiem jak wyglądać bedzie nasza droga ale planujemy przeznaczyć max. 30 tys. Jak nie wyjdzie to trudno. Może jakimś cudem zaakceptujemy że będziemy żyć tylko we dwójkę. Staram się nie analizować i nie pisać scenariuszy. W leczeniu pokładam nadzieję, nie myślę o porażce.

Nie mogę spać. W ciągu ostatniego tygodnia ścina mnie totalnie popołudniami. Godzina 14 - a ja mam ochotę tylko się położyć, skulic i przykryć kocem. Cały tydzień byłam sflaczała wiec dziś z wyrzutami sumienia zmobilizowałam się na pójście na siłownie i myslalam ze stamtad nie wrócę 🙈 byle 50 min trening mnie tak wykończył ze nie mialam siły rozczesać włosów po umyciu 😳😅 No, a teraz nie mogę zasnąć.
Martwię się, czy to zmęczenie to jakieś wczesne oznaki ciąży, czy może raczej zimowa apatia i demotywacja… oby to pierwsze

Jo!Zio Starania w walce z nadciśnieniem 9 stycznia 2022, 00:18

W piątek zrobiłam badanie poziomu progesteronu w poniedziałek będą wyniki. Udało mi dostać do gabinetu rzutem na taśmie i mega się cieszę, bo inaczej musiałabym czekać kolejny miesiąc na odpowiedni dzień po owu

Mam plamienia przed miesiączką, jeśli poziom hormonu będzie za mały, to w końcu dowiem się co leczyć l, jeśli będzie ok, to jeszcze lepiej, bo odchodzi jeden problem, także w każdej sytuacji wygrywam

A najlepsza opcja byłaby taka, że w tym miesiącu w końcu się udało, ale na razie się nie nakręcam, test zrobię za rowny tydzień, chyba że wcześniej pojawi się @

📆 Minął już miesiąc od momentu w którym dowiedziałam się o śmierci Józefa a jakby to było wczoraj... Próbujemy z mężem wrócić do siebie sprzed ciąży ale C'MON już nic nie będzie takie samo, bo jest TA pustka i świadomość, że kogoś brakuje a powinien być. ☹️ Odwiedzamy Józia na cmentarzu co tydzień, w przyszłym tygodniu będziemy montować tablicę z jego imieniem i nazwiskiem. ☺

Zaczynam się martwić, to już 28 dc a okresu brak. Czekam na niego niecierpliwie nie mając żadnych objawów i nie wiedząc kiedy będzie 😐. Ovu co chwilę zmienia mi datę owulacji i planowanej 🐒. Wiem, że mam jeszcze czas, bo od 4÷6 tygodni ale ja bym chciała, by on przyszedł już - od razu jeden problem z głowy.

Wyniki z bety 5.01 odbiorę dopiero jutro, mam nadzieję, że wynik negatywny po takim czasie...

Lilou Ciągle w oczekiwaniu - 🌈 17 grudnia 2021, 19:23

22 dc,

pojawiła się jedna dobra wiadomość. Właśnie wracam z USG u zaprzyjaźnionego gina - chciałam prosić o dupka żeby cykl nie trwał wieki...

A tu się okazało że ciałko żółte jest, endo 10mm - stan po owulacji.

Nie wiem kiedy była - ostatnie seksy były we wtorek, czy się wstrzeliliśmy nie mam pojęcia.
Jestem totalnie... zaskoczona.

01.10
Wyciągnęli mi wenflon, bo już mnie ręka bolała, a jedyna rzeczą którą mi dawali przez niego była kroplówka, której bym nie musiała mieć, gdybym nie zaliczyła podłogi po wkłuciu...
02.10
Pierwsza rozmowa co dalej, skoro tej ciąży ewidentnie nie widać, beta nie chce sama spadać... zostaje metroteksat, po nim tydzień leżenia tutaj, bo trzeba sprawdzać betę na 4 i 7 dobę po...
03.10
Beta minimalnie spadła, bo wyszło 190, ale tak naprawdę waha się od przyjęcia między 190 a 215...
Na usg czekałam długo, dopiero koło 17, po pilnych pacjentach... lekarz który jest naprawdę dobry w znajdowaniu takich ciąż na 90% widzial ja w lewym jajowodzie... lekarz namawia na laparoskopie z usunięciem jajowodu, do ivf nie jest potrzebny... niestety ciąża jest w takim miejscu, że trzeba usunąć róg macicy.. oczywiście pierwsze pytanie czy to przeszkadza w procedurze...nie przeszkadza... decyzja należy do mnie, ale on sugeruje zabieg, 2 dni i wracam do domu... mam inne wyjście? Nie spałam cała noc, że świadomością że to ostatnie dni tutaj...
04.10
Bety juz nie badamy, bo bez sensu...
Rano nie jadłam śniadania, wody tyle co do moich tabletek...po 7 przyszedł lekarz co będzie robił zabieg... kazał zjeść śniadanie, bo nie będzie to prędzej niż 13, a może mawet 18-19...
O 8 przychodzi inny i pyta czy wiem że mam nie
jeść... no przed chwilą była wersja że to będzie późno... nie, to może być zaraz...
Wrocil o 14 pyta czy mam wenflon... nie mam... to zaraz założymy...
O 18 przynieśli mi kolację, szukam kogokolwiek kto mi powie jaki jest plan... pytam tego lekarza co był rano, to mówi że kończą ostatni zabieg i zaraz ja...
Jest 19, do tej pory nic nie jadłam i nie piłam... przychodzi lekarz z dyżuru, nie robiąc usg, stwierdza że beta spada (ma te same wyniki co on wczoraj...) I mówi że mam zjeść kolację, bo takich zabiegów nie robi się na dyżurze, bo to niepotrzebne ryzyko....
K*wa naprawdę nikr nie mógł mi tego powiedzieć w ciągu dnia? Ja rozumiem że są pilniejsze przypadki, cesarki, zabiegi ratujące życie... ale nie da się tego powiedzieć przed 19?
Pytam co dalej... to jutro zobaczymy, w zależności od bety będą decyzje... pytam czy skoro nie piątek, to w weekend się da? Tak...
05.10
O 6 chodzą z ciśnieniem... położna mówi że mam nie jeść, gdyby zabieg... bezczelnie zapytałam czy znowu do 19... powiedziała że do obchodu... o 8 beta... lekarka już wiedziała co wydarzyło się wczoraj, przyszła o 10, że czekamy na bete, usg I zobaczymy
Przyszła położna, że zakładamy wklucie gdyby zabieg, mówię jej, że się nie zgadzam, dopóki nie będzie pewności że zabieg siw odbędzie...
beta wzrosła znowu do ok. 200, na usg ona nie widzi... lekarz dyżurny nie podejmie się zabiegu nie wiedząc co usuwa... może jednak powinnam rozważyć metroteksat... powtórzyła że to się wiąże z tygodniem tutaj...
06.10
Kolejna beta, kolejne usg... beta 212, czyli granica błędu z tą przy przyjęciu... na usg nic nie widać, zlecają badania do metroteksatu...
Wieczorem lekarka na obchodzie mówi że na wszelki wypadek mam nie jeść, gdyby jednak zabieg... kolejny raz nie wiem co się dzieje....
07.10
Pobrali krew pod metroteksat...
Pojawia się lekarz co miał w piątek zabieg robić... zdziwiony że nie zrobili... oglada jeszcze raz na usg... widzi w jajowodzie, usuwamy jajowod, bez rogu macicy bo jednak jest głębiej niż w jajowodzie...
Pękłam polały się łzy... patrzy na mnie i pyta co się dzieje... mówię mu że chciałabym konkrety... bo jedni mówią że lepiej metroteksat, bo może się okazać że usuną jajowod bez ciąży... on mówi że zabieg, bo w środę dom, a po metroteksacie tydzień tutaj...
Pytam go czy jest szansa ze nie usuną...."gdybym nie był pewien co widzę nie sugerowałbym zabiegu..."
On sugeruje zabieg... poszłam się ubrać, wychodzę z łazienki a on stoi naprzeciw drzwi i pyta o decyzję, bo jeśli zabieg to ma 20 minut żeby przygotować blok...
Kolejny raz polały się łzy, powiedział że rozumie emocje, ale musimy coś zdecydować... mam iść na sale, ochłonąć i wróci za chwilę...
Zdecydowałam się, podpisałam papiery...
Tymrazem zabieg się odbył...
08.10
Po zabiegu czuje się nieźle, zwłaszcza że jutro dom....w końcu zobaczę moje dziecko...
Aż przychodzi on i mówi że nie usunęli jajowodu bo nie było tam tej ciąży...
Pobrali krew na betę... wieczorem wynik 150... 🫣
09.10
Kolejna krew na betę, rozważają metroteksat... ale pielęgniarki dały wypis sugerując że beta spada i dom... między 12 a 14 dostane wypis...
Beta 135, mąż przyjechał po mnie, a Lekarka zdziwiona, zw nikt nie mówił o wypisie, że dalej myślą o metroteksacie, bo powinna spadać szybciej....
10.10
Dalej myślą... beta 145....
11.10
Dostałam metotreksat...

Witajcie po długiej przerwie i .... żegnajcie...

Żegnajcie marzenia również....

Zaczynając od początku, ostatnio w nerwach i po alkoholu usłyszałam słowa, które zapadły w pamięć tak, że raczej stamtąd nie ulecą... moje marzenie bycia mamą, okazało się tylko moje...
Po kilku głębszych mąż powiedział, że on nigdy nie chciał dziecka i nagiął się dla mnie, że może gdyby to była córka, to po urodzeniu by ją pokochał... Syna nie zaakceptuje... dodatkowo, były wywody, że to z nim coś jest nie tak... może młodzieńcze wybryki...

Dodatkowo kilka dni wcześniej oglądaliśmy mimochodem jakiś paradokument w TV o ciąży i urodzeniu chorego dziecka i zdziwiło mnie podejście męża, że skoro wiadomo, że chore to usunąć albo oddać do adopcji... nie wiem o czym to świadczy... Niedojrzałość? Dziwne priorytety? Przestałam rozmawiać na te tematy... wszystkie kwasy foliowe, witaminy i testy ciążowe schowałam głęboko w szafce. Zastanawiałam się przez moment, czy ich nie wyrzucić, jednak pomyślałam, że szkoda pieniędzy... może łudziłam się że zmieni zdanie? Może... od ostatniego stosunku minęło już dwa miesiące... nie zabiegam, wręcz przeciwnie, łapę się na tym, że nie chce aby mnie dotykał... płacze po kontach i ciągle w głowie mam wypowiedziane słowa...

Ostatnie co chciałabym Wam powiedzieć to, że gdy oboje chcecie - walczcie... każdej z was się uda. Jednej wcześniej innej później ale się uda! U mnie nie ma już nadziei.
Zastanawiam się nad przyszłością... czy warto w to brnąć dalej?

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)