Vesna Starania in progress 15 sierpnia 2014, 16:22

dziś 19dc a owulki jak nie było tak nie ma :/
czyżby kolejny cykl stracony?
Głupia ja nie potrzebnie się na niego tak nakręciłam...

helutka droga do zielonej kropki 16 sierpnia 2014, 11:18

3cs
14dc

Na sygnalizacji OF zielone światło, a mnie się nie chce..
Chyba jeszcze nie jestem na tym etapie, że MUSZĘ męczyć męża za każdym razem jak jest zielone światło, wskaźniki odpowiednie itd. Jakoś po poprzedniej porażce - wolę postać. Będzie zielona kropka to będzie. I tyle. Nie mam ochoty na siłę się starać..

W ogóle dzisiaj jakiś dupiaty, smutny dzień.
Mam ochotę zaszyć się pod kocem z kubkiem kawy i nie wystawiać nawet nosa.

Chyba trzeba iść biegać.

Już 2 cykle za nami bezo owocne, teraz zaczęłam 3 cykl, dni płodne od 21 sierpnia zobaczymy jak to będzie:). U ginekologa byłam z miesiąc temu, cytologia w porządku, jajniki i macica idealna tak usłyszałam, więc niby powinno być wszystko prosto a tu już 2 cykl. Zażywam obecnie kwas foliowy a mężowi kupiłam Androvit takie witaminki i minerały specjalnie dla mężczyzny.
Od dnia dzisiejszego :

- RZUCAM FAJKI! KATEGORYCZNIE
- NIE PIJE ALKOHOLU WOGÓLE MĄŻ TEŻ
- NIE PIJE COLI, KAWĘ PIJE TYLKO 2 DZIENNIE, MAŁŻONEK TEŻ ( czytałam że kofeina nie jest wskazana przy staraniach)
- LEPIEJ ODŻYWIAMY SIĘ
- BIORĘ REGULARNIE KWAS FOLIOWY A MĄŻ WITAMINKI

Bergo Bergo - nowa ja 15 sierpnia 2014, 18:48

Dziś sąsiedzi wrócili z małym Olkiem do domu. Jeszcze się nie widzieliśmy i nie zamierzamy tam iść czy dzwonić, bo to ich i tylko ich magiczny czas. Żeby jednak było miło, kiedy Jarek pojechał do szpitala ozdobiliśmy im trochę drzwi.
2csih6o.jpg
Wczoraj wróciła 5 letnia ulubienica mojego męża. Ta dziewczynka, która swoim bezpośrednim podejściem stopiła lód w jego sercu. To pierwsze dziecko, które polubił. Bawił się z nią, pozwalał wchodzić sobie na głowę, siedzieć na kolanach itd. Wczoraj wielka radość była, bo mała spotkała po 3 miesiącach swojego ukochanego wujka :). Wujek natomiast wczuwa się w rolę taty. Bardzo chciał obudzić synka w moim brzuchu, poczuć jego ruchy. I była zabawa. Włączał muzykę i zbliżał tablet do mojego brzucha. Dziecko spało... Nic go nie ruszało- ani Ramstein, ani rosyjskie "przeboje", aż w końcu sięgnął po broń ostateczną. Postanowił go wkurzyć i włączył mu "Mydełko FA"! Ale była afera w brzuchu! :D Mieliśmy niezły ubaw!
Zakończyłam pranie, prasowanie i układanie ubranek w rozmiarze 56. Jest tego cała duża komoda 5 szufladowa. Obstawiam, że połowy w ogóle nie zdążymy założyć :) Syndrom gniazda mi się włącza powoli. Piorę dalej- teraz 62. Sprzątam w domu i zaczynam zaglądać w jakieś dawno nie widziane kąty, pudła... Ogarniam każdy skrawek... Mam jeszcze 2 miesiące, ale jest mi już ciężko. Zwykłe sprzątanie łazienki i wytarcie kurzy w domu kończy się bólem pleców. Może więc lepiej, że porobię te porządki teraz, a potem na koniec będę leżeć i pachnieć?


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 sierpnia 2014, 18:48

biedronka_1982 Sen o Wiktorii 15 sierpnia 2014, 18:53

I huj bombki strzelil druga IUI.
Nie bawie sie juz. Zabieram zabawki i ide na inne podworko!

Tak jak dziewczyny z dziećmi przechodzą ich skoki rozwojowe, tak samo można napisać że bezdzietne mają swoje etapy w dążeniu do ciąży a te w ciąży mają swoje ciążowe okresy. Jedna z rzeczy która łączy wszystkie trzy rozdziały to chęć wycia do księżyca! I nie tylko. Wycie do kieliszka jak miesiączka przyjdzie, do poduszki już w ciąży jak hormony świrują, płaczemy w ramiona ukochanego, przy reklamie, glapiąc się w lodówkę, jadąc samochodem, a może nawet podlewając kwiatki, potem już jak dziecko jest a spać nie chce, jak drze jape a nikt dookoła nie wie jak mu ulżyć, jak zęby wychodzą a ty spać chcesz. Powody są różne choć płacz to płacz. Jak baba ryczy to świata jest koniec. Moim problemem ostatnio jest to że sięgnęłabym chętnie po szklankę wódki i paczkę fajek. Pewnie bym się uryczała za całą ciążę i poszła spać. A tak - kupa. Ani popić ani zapalić. Naczyń już wytłukłam, nogi se poobijałam, zafoszyłam na gaszka i wyklęłam się za całą ciążę.
Wszystko mnie wkur*ia.

Gaszek mnie wkur*ia,
Jego córki mnie wkur*iają
Gertruda mnie wkur*ia
Bałagan mnie wkur*ia
Prasowanie mnie wkur*ia
Telewizor mnie wkur*ia
Zmywanie mnie wkur*ia
Wybór wózka mnie wkur*ia
i moje własne dziecko też już mnie wkur*ia

I jest tylko jedna rzecz która nie ma mnie jak wkur*iać, bo od od sześciu kure*skich dni jej nie ma. Jak był to dziad mnie wkur*iał prawie każdego dnia. Niszczył nam siatki na komary, szczał w kwiaty, zjeżdzał brudnymi łapami z dachu samochodu na maskę, a w nocy ganiał po dachu domu jak stado dzikich koni. Wyskakiwał zza krzaka wprost na moje nogi i gryzł jak podlewałam w ogródku, do domu znosił zdechłe karaluchy, a w dzień ciągle skomlał o coś do jedzenia. I nigdy, ale to nigdy, nie odchodził od domu na dłużej niż 12h. A teraz kur*wa już sześć dni tego kure*skiego dziada nie ma!!! I ja siedzę i ryczę, bo po nocach mi się śni i chcę go z powrotem. I ryczę jak dawno dawno tak nie ryczałam. Bo to ja go jako kociaka do domu zniosłam brudnego i śmierdzącego; ze śmietnika wyciągnęłam i kąpałam codziennie bo cuchniał przeobrzydnie jakby na śniadanie kupy zjadał. Tydzień po tygodniu, szampony, mydła i perfumy, aż się w końcu okazało że to nie on tylko jego spróchniałe zęby tak jadą i dzięki Bogu że same zdążyły wypaść bo gaszek już pięści szykował żeby mu je powybijać... I teraz? Ani smrodu, ani darcia siatek, ani miauczenia, ani galopu po dachu nocą. Nic. I to mnie też w sumie wkur*ia. Bo ja nigdy kotów nie lubiłam. A teraz siedzę i ryczę jak bóbr, bo dziadygi nie ma!!!

To chyba ta ciąża tam na mnie działa... Już mnie to zaczyna powoli wkur*iać... Bo ta znowu siedzi i kręci mi w brzuchu, jakby masło ucierała... Dżizas...

EDIT: Czytam ponownie i błędy swe poprawiam, no kur*a, ciąża mi już wygryza wszsytkie resztki yntelygencji, nie tylko emocjonalnej... wstyd...


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 sierpnia 2014, 16:16

llallka Kolejna runda- przegrana... 18 września 2014, 08:57

Dzięki za słowa wsparcia. dziś na dodatek dostałam @. Mam więc komplet: ból psychiczny i fizyczny. Ten cykl od razu mogę spisać na straty bo wiem, że w okolicy dni płodnych mój będzie w delegacji. Może za miesiąc uda nam się podejść do inseminacji. A do tego czasu chyba zwariuję!!!!!

ołowiana wrona Wronie gniazdo... 17 sierpnia 2014, 12:52

15DC

Czy była ovu...pewności nie ma nawet OF. Testy "prawie" wychodziły w 13dc, później już wyraźnie słabsze krechy, albo lekki cień. Więc nie zaznaczam. Chociaż kusi, żeby rypnąć zielony plusik w 13dc i niech przerywane krechy zrobią się soczyście czerwone i grubaśne!
Przez ten krótki czas na ovu nabawiłam się już tylu fiksacji i ciążowych wkrętów...
Zastanawiam się, jak to możliwe, że NAM STARACZKOM lekki stresik przesuwa ovu a patologie, ofiary przemocy, kobiety po wypadkach, traumach zachodzą w ciążę.
Ostatnio muszę się poddawać "odwrotnym psychoanalizom" samej siebie...Czuje się źle jako kobieta, nie atrakcyjna, gruba...Dlaczego? ubieram się w luźne spodnie, dlaczego? A BO GDZIEŚ PRZECZYTAŁA DURNA WRONA, ŻEBY NIE NOSIĆ UCISKAJĄCEJ BIELIZNY CZY SPODNI!
Seks? KOLEJNE MITY...
Gdzieś przeczytałam, że lepiej jak kobieta nie ma orgazmu w czasie zaciążania, albo jesli JUŻ to po facecie, żeby skurcze macicy zassały spermę, co skraca czas drogi plemniorom nawet do 30 min.
Seks po owulacji?? CZY ABY NA PEWNO?? Przecież skurcze macicy mogą utrudniać zagnieżdżenie!
ACH, NIE NO POPRAWKA...SEKS OK, ALE BEZ ORGAZMÓW DLA NAS!
To samo tyczy się alkoholu i nie mam tu na myśli zalewania się w trupa, dawania w kanał i zgodnie na 3 dni tylko nawet głupie piwko, winko...raz na ruski rok!
Stwierdziłam, że NIE MA CHUJA WE WSI, pieprze to!! i wypiłam lampkę półwytrawnego...
Mam schizy, że jak raz czy drugi zapomnę o kwasie foliowym to dziecko mi tego nigdy nie daruje! Jeszcze nie jestem matką ale już z przydomkiem ZŁA.
No i te wszechobecne ciężarówki, czy to jakaś zmowa, skuteczna forma dojebywania mi co dzień!!?? przecież nie ma dnia żeby nie otaczały mnie same brzuchate!
Mój mechanizm obronny polega na prześmiewczym stosunku do zabieganych rodziców...Po co wam to było, teraz tylko smród i brud w domu a dzieciaki i tak dupy na was wypną w wieku nastu lat. Jak widzę kogoś z bliźniakami to się śmieje i w wyobraźni (a czasem nie) pokazuje big L na czole i krzycze 'loser!' /frajer w luźnym tłumaczeniu... Ale to co zazdroszczę, nie umiem się już sama przed tym bronić, przepadłam i wiem, że nie będę szczęśliwa bez małej wronki w gniazdku! ;/


Jejku ciągle nie mogę uwierzyć, że wreszcie sie udało. Człowiek traci nadzieję i masz... Takie niespodzianki to ja kocham <3 A moją kropeczkę mróweczkę pokochałam odkąd ujrzałam plusika ma teście ciążowym. Teraz modlę się do Boga, żeby dał mi szansę urodzić dziecko zdrowe i cudowne. Nasz synek bardzo się cieszy i wybiera już imiona i dba o mnie :) przykrywa kocykiem i wszystko co robię mam robić ostrożnie. Mąż też bardzo sie cieszy i musi sprostać zadaniom mężczyzny i wspierać mnie w moich humorkach i spełniać moje zachcianki <3 Kiedy urodził sie Julek bardzo mi pomagał. Czasami wstawał do małego zanim ja zdążyłam otworzyć oczy <3 Ciekawe jak teraz będzie sie sprawdzał. Bo przecież musi sie udać... <3

Bergo Bergo - nowa ja 17 sierpnia 2014, 13:18

Spać. Spać, leżeć, zamknąć oczy, nic nie robić. Jestem kompletnie nie w formie. Zmuszam się do najprostszych czynności. Wrzucenie naczyń do zmywarki mnie przerasta. Jak dobrze, że ją mamy, bo gdyby trzeba było zmywać ręcznie to już dawno zaroślibyśmy stertą brudnych naczyń! Nie ćwiczę, nie uczę się, nie piszę, nie robię nic. Leń mnie ogarnął. Wczorajsze 4 godziny na torze w roli obserwatora wykończyły mnie dodatkowo. A przecież naciskanie spustu migawki w aparacie to nie jest jakiś męczący sport! Nic innego nie robiłam- patrzyłam i robiłam zdjęcia. Dziś wieczorem goście. Chyba umrę... P. nie pomoże, cały czas spędza na wykańczaniu domku. Maluje, wozi meble, szlifuje, składa hydraulikę itd. W tym roku nie skorzystamy z tego domku, niestety to trwa dłużej niż sądziliśmy. Ale będzie na kolejne lato, już z młodym. Za chwilę zaczną się przeróbki i kucie w mieszkaniu. Gdzieś się muszę wynieść. Wolałabym nie do rodziców... Za dużo stresów tam zawsze przeżywam. Chyba ze 2-3 dni spędzę jednak na działce. Najwyżej będę się myć w misce i nie będę sobie gotować. Na przystani są dobre ryby- tam będę jeść. Skąd ta senność, skąd zmęczenie? Nie może tak być, dziecko w drodze! Potrzebuję energii i cierpliwości dla niego. Pies jest u rodziców i to mnie cieszy- nie muszę wstawać wcześnie i z nim wychodzić. Co się ze mną porobiło?!
A sny miewam coraz głupsze... Męczy mnie to już. Czy ja nie mogę normalnie spać jak dawniej tylko muszę takie telenowele przeżywać w nocy?!
Nic już nie wiem. Nie wiem jakie imię nadać dziecku, nie wiem na jaki kolor pomalować pokój, nie wiem czy sobie z macierzyństwem poradzę i nie wiem czy się zaraz nie położę znowu spać...

........................
Mój brat własnie wrócił z wakacji. Z drzemki nici, bo pierwsze co musi zrobić to tutaj przyjechać "na kawę". Zapewne z tą swoją flądrą mądralińską... Tak, jestem aspołeczna. Tylko, że nic na to nie poradzę. Nie chce mi się rodzinnych kawek, gadania o niczym, a już najmniej spowiadania jego dziewczynie dlaczego wypiłam kawę z kofeiną. Czy tylko ja tak mam? Czy tylko mnie się odechciewa tego rozgardiaszu, hałasu, odwiedzin? Strasznie mi się nie chce ludzi, a nie ma dnia, żeby ktos się nie dobijał, nie dzwonił, nie przyszedł. Mam takie poczucie bezsilności i zmęczenia tym, że chce mi się ryczeć jak słyszę dzwonek telefonu. Może ze mną coś nie tak?


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 sierpnia 2014, 16:34

Idzie jesień- moja ulubiona pora roku z mglistymi porankami i pełnymi słońca i nasyconych kolorów dniami. Jeszcze czuć ciepło lata ale gdzieś w nocy wślizguje się już lekki podmuch zimy. Idzie wrzesień, pełen zawirowań, najpierw moje imieniny, potem początek stymulacji, jak dobrze pójdzie punkcja, potem transfer a potem na początku października test. Nie nastawiam się, że się uda, to może być jeszcze długa droga ale przynajmniej jakoś zarysowana na kartce papieru z datami i dawkowaniem leków. Euforia miesza się z lękiem a drżące oczekiwanie z niepewnością.... Wchodzę do sklepu, kieruję się do działu dla dzieci, głaszczę te malutkie ubranka, dotykam. Mam w domu takie tajne pudło, stoi wysoko na regale, żeby TŻ jakoś się nie zainteresował. Od 19 cykli wkładam do niego kupione ciuszki dla Maleństwa. Zaczęło się od buciko-skarpetek, które kupiłam, żeby zapakować w nie pozytywny test, stały samotnie kilka miesięcy. Potem dołożyłam malutkie body r.56 i spodenki r.50 tłumacząc, że była promocja i zaoszczędziłam. Teraz po 1,5 roku pudełko się nie domyka w oczekiwaniu na kogoś, kto to założy <3

Diety ciąg dalszy. Nie mogę jeść praktycznie nic, tylko sam wywar oczywiście na mięsku i warzywach, ew. do tego lane kluchy. Wczoraj zjadłam 2 jogurty naturalne i wypiłam 1l wody.
Trzeba uważać, bo jelita po laparo zaczynają późno pracować, więc trawienie opóźnione.. Dziś próbowałam się załatwić (ost. raz była lewatywa w czwartek rano) no i nic - nie mam parcia przez ten brzuch, ale sądzę,że niedługo wróci ..Jutro dopiero mogę zacząć powoli normalnie jeść. Ale tak mi jakoś podpasowało te liche jedzenie, że przy tym zostanę. Zostanę przy zupkach, jog.naturalnym, wodzie, owocach i warzywach.
Odniosłam sukces, bo bez słodyczy mogę już wytrzymać. Nie są one dla mnie na pierwszym miejscu ..i jak się budzę, nie mam w głowie tego ,że nie będę mogła zjeść nic słodkiego.
Więc tak już minęły dwa tygodnie bez obżarstwa . Waga poprawiona - z 71.0kg na 68.8kg.
Powoli dojdę do celu.

Dziś przyjeżdżają moi rodzice.. wczoraj kupiłam flaszkę, wino, brandy i miód pitny - choć miało być bez żadnego picia i bez spotkania rodzinnego. No ale każdego trzeba zadowolić..

Bez tramalu nie mogłabym w miarę funkcjonować. Ból pleców troszkę przeszedł, mogę spokojnie podespać 2 godzinki i budzę się inna, z kilkoma gramami siły i garstką życia.
Nie pisałam jeszcze o dziewczynie, z którą byłam na sali. Aż szkoda było mi opuszczać szpital, bo nie dość że się wyspałam na wygodnym łóżku, to jeszcze ten czas spędziłam w fajnym towarzystwie. Książki przeczytałam może ze 12 stron, bo ciągle gadałyśmy.
I była bardzo podobna do mnie.. i wiele rzeczy nas łączyło. Nawet miałyśmy tatuaż na tej samej stopie. Dobrze, że wzięłam jej numer telefonu, bo nie wiem czy kiedykolwiek mogłabym ją jakoś namierzyć. Chyba to był mój najlepszy wypad do szpitala, nie licząc bólu z jakim się obudziłam po wszystkim..






Wiadomość wyedytowana przez autora 17 sierpnia 2014, 16:09

Sobota 16.08.2014 pełna nadziei, z walącym sercem i drżącymi rękami zgłosiłam się po odbiór wyników badań krwi, które zrobiłam w 4 dc w ramach przygotowań do kwalifikacji do IVF..

FSH 5,04 normy w fazie folikularnej 3,5-12,5 w fazie owulacyjnej 1,7 - 17,7 czyli nie jest źle
TSH, które samo na przestrzeni 4 lat unormowało mi się i teraz wynosi 1,150 :)
AMF 1,0 ;( i tu załamka bo normy fazy płodnej 1,4 - 8 :(

Kiedy wyszłam z przychodni i przeczytałam wynik AMH łzy leciały mi jak grochy po policzkach.. Ludzie, których mijałam na chodniku przyglądali się, ale miałam to gdzieś..
Przypomniały mi się słowa dr Pająka z zeszłego miesiąca po kolejnej nieudanej stymulacji zakończonej 4 torbielami na jajnikach "zmarnowała Pani przynajmniej 3 pęcherzyki".. A ile ich zmarnowałam przez stymulację w ogóle.. Z drugiej strony.. ja nie po to poddałam się stymulacjom by coś marnować, ale by zwiększyć nasze szanse na Maleństwo.. Po raz kolejny przekonałam się, że jestem do d..y ;(

Mamax Walka o Bobo. 17 sierpnia 2014, 16:10

25+0 - czyli juz 7 miesiac :-)

Zrobilam sobie termin na spotkanie z polozna na 2 wrzesnia. Ale zanim do niego dojdzie to przedemna kolejna wizyta u ginki (25-tego) a wraz z nia badanie na poziom glukozy. Bardzo boje sie tego badańia bo wiele zlego o nim slyszalam i mam nadzieje ze przejde przez nie bez wiekszych problemow tak jak to bylo w ciazy ze starszakiem. Wtedy tez sie strasznie balam a sie okazalo ze nie bylo czego bo przeszlam je bez problemow. Obym tym razem tez miala tyle szczescia ;-)

Hm niew wiem dlaczego ale ostatnio bardzo pobolewa mnie krocze i to napewno nie od sexu...

Angelike Mam to gdzieś... ;) 17 sierpnia 2014, 17:27

Z cyklu "Fiksacje staraniowo-depresyjne" ...

To było już ładnych 6 miesięcy prób i rozczarowań. Cierpliwość skończyła mi się gdzieś chyba w 4 miesiącu i każdy kolejny to był głęboki zwrot w dół. Pomijam już wszelkie objawy typu np.zazdrość ciężarówkom, które ciągle gdzieś tam widywałam. Kupowałam różne tablety, folik zażywałam już prawie rok asekuracyjnie, seks zrobił się głównie tylko prokreacyjny, powoli zaczynała mi brzydnąć taka forma, unikałam alkoholu. Lubie czasem coś chlapnąć, a przez to że sobie odmawiałam (dla zdrowia dziecka) to tym bardzie mi się chciało i czułam się pokrzywdzona. Wyliczyłam kiedy najpóźniej powinnam zajść żeby móc jeszcze wrócić do pracy przed rozwiązaniem firmy i trochę popracować.
Wszystko to dupa bo i tak nie zachodziłam. I to był dla mnie straszny cios.
I nagle pewnego pięknego dnia, siedząc w pracy, dowiaduję się, że jedna pizda (wybaczcie za wyrażenie ale nie umiem o niej obecnie myśleć inaczej) zaszła!! Za pierwszym razem, postanowiła że teraz chce i dostała to, na co ja już tyle czekam!!!! Ona jest starsza ode mnie, jej facet nie dość, że starszy od mojego to ma jeszcze straszną nadwagę. Na dodatek ta dziewucha ma straszny charakter, zero empatii, jej żywioł to kłótnie. Nawet rzadko choruje bo zarazki i bakterie się jej boją (tak słyszałam). I ktoś taki zaszedł??!!!
Wcześniej ta dziewucha wzbudzała moją ogólną pogardę, współczucie ale w większości obojętność. Ale teraz?? Ta wiadomość wyzwoliła we mnie największą rozpacz.
Najpierw poczułam się jakbym dostała obuchem. Na szok i stres reaguję skurczami żołądka więc jak się tylko dowiedziałam poleciałam do wc zwymiotować. To było w pracy. Na szczęście nie miałam czym zwymiotować. Resztę dnia w pracy przesiedziałam na autopilocie. Niby wykonywałam polecenia ale tak jakby mnie nie było. Nic z zewnątrz już do mnie nie docierało. Myślałam tylko o tym że to ja powinnam być w ciąży, nie ona,jak to możliwe. Im dłużej o tym myślałam to łapał mnie większy wkurw. Nie pamiętam jak dotarłam z pracy do domu, nastąpiło to bardzo szybko, bo chciałam szybko schować się przed światem i wyryczeć za wszystkie czasy.
Byłam w domu akurat sama więc mogłam sobie pozwolić na histerię totalną. Rzuciłam się na łóżko, miałam ochotę kogoś zabić więc postanowiłam wyżyć się pięściami na poduszkach. Pierwszy raz rozładowywałam złość siłą. Musiałam tą wściekłość rozładować. Ryczałam, darłam się, waliłam w materac pięściami aż znowu zachciało mi się rzygać. Pobiegłam do łazienki ale oprócz odruchów wymiotnych nic nie chciało polecieć. Chciałam się zmusić, chciałam wymiotować, chciałam cierpieć, chciałam umrzeć...
Następne parę dni tkwiłam w letargu, chwyciła mnie depresja, prawie przestałam jeść, schudłam parę kilo, popłakiwałam po kątach skrycie, bo nie chciałam nikomu pokazywać jaki ze mnie mięczak. Nic mnie nie cieszyło, wszystko stało się bez sensu. Sięgnęłam dna... Teraz można było się już tylko podnieść, nie mogłam już spaść niżej.
W tym czasie wybrałam sie do nowego gina. Chciałam żeby mnie wyleczyli, żeby mnie naprawili, dalej usilnie chciałam być w ciąży. W poczekalni przed gabinetem byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów. Siedziały ze mną same jebane ciężarne. Z mężami, kochankami, chłopakami - chuj tam wie. Ja siedziałam sama i wydawało mi się to niesprawiedliwe - ja chodzę po lekarzach, martwię się, robię coś, próbuję, a mój narzeczony siedzi spokojnie w domu i gra na kompie. Poczułam się najbardziej osamotnionym, opuszczonym człowiekiem na ziemi. U lekarza z trudem połykałam łzy. Tak strasznie mi zależało. CZułam że on tego nie rozumie że dla mnie to na wagę życia i śmierci. Po wyjściu z gabinetu, w aucie, wybuchłam płaczem.
Po ok dwóch miesiącach udałam się do swojego starego lekarza. Kazał mi odpuścić, wyluzować, i przeczekać spokojnie rok. Wytłumaczył mi że procedura leczenia niepłodności wymaga aby przejść wszystkie etapy po kolei, nie wolno żadnego pomijać czy skracać, nie wolno zmieniać kolejności. A pierwszym etapem jest rok starań bez wspomagaczy, bo tyle potrzebuje dziś przeciętna para. Owszem można leczyć się szybciej, można załatwiać invitro szybciej. Ale można też poczekać i pozwolić naturze samej podziałać. Jedna kobieta zajdzie zwyczajnie po pół roku, inna po półtora. Gin kazał zapomnieć o kalendarzykach, pilnowaniu owulacji, bzykać się normalnie kiedy chcemy a nie z widokiem na kalendarz.
Uznałam, że poddaję się. Daję sobie rok. Uznałam, że pewnie i tak nie zajdę więc przestałam się usilnie starać. Nie gonię swojego faceta gdy widzę na ovu płodne, bzykamy się tylko wtedy gdy mam ochotę, a ochotę mam różnie, czasem w płodne jej nie mam to się nie zmuszam, w dupie to mam bo pewnie i tak by nie wyszło. Sorry dziecko - zrobiłam co w mojej mocy żebyś przyszło na świat - teraz ty, jak chcesz się pojawić, musisz się trochę postarać ;)
CZasem zapomnę tabletek, no trudno, od jednej pominiętej świat się nie zawali. CZasem wypiję drina, czasem wypiję ich z 15, no i co z tego. Jestem człowiekiem, nie robotem, nie więźniem.
Od tamtej pory, dnia walenia pięściami w materac, od rozmowy u gina, jestem zwyczajnie bardziej szczęśliwa. I spokojna :)
Ogólnie, bo nadal miewam gorsze dni, doły itp. Zwalam to wtedy zwykle na hormony. A nie na niesprawiedliwość świata dla mojej osoby.
Jestem wariatka. Nie mam dziecka. Trudno. Dziecko przyjdzie jak przyjdzie TEN dzień.

Mika80 Kiedy wreszcie???? 17 sierpnia 2014, 17:29

Mam juz dosc wszystkiego! Mam to wszystko w dooopie!


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 sierpnia 2014, 17:36

mallinka Mallinkowa wyczekiwanka 18 września 2014, 09:07

Mam wiele nadziei co do tego cyklu, choć z drugiej strony moje wyniki TSH 3,12 nie wróżą najlepiej :(

Magic Niemożliwe 17 sierpnia 2014, 20:04

Dziś coś poczułam... nie złość, smutek ani żal. Ogromną radość :) że wszystko dopiero przed nami. Wiem, że szczęście jest tuż za rogiem i już puka do naszych drzwi... poczytałam dziś trochę pamiętników z Belly :) i już wiem, czemu tak się staramy i stajemy dosłownie na głowie :) dla tych chwil radości... to one będą nas napędzać w działaniach w trudach i gorszych chwilach, że warto się poświęcać i walczyć do samego końca :)

Wiara czyni cuda! <3

mia6 Trudna droga do spełnienia marzeń. 23 listopada 2014, 11:55

Nie jest ciekawie.
Na zmianę ogrania mnie wściekłość, bezradność i objętość.
Nie mamy już siły. Obydwoje.
Jest źle.

Patrząc na mój wykres widzę 3 rozwiązania:
1. jutro zaliczę spektakularny spadek temperatury i we wtorek zawita @
2. temperatura nie spadnie i we wtorek zawita @
3. temperatura spadnie dopiero we wtorek i zawita @

Nie widzę innej możliwości, bo wygląda to tak jak w innych cyklach. Zero objawów, mało kremowego śluzu (tylko przy szyjce), no i szyjka nie jest wysoko. Dodatkowo czasami odezwie się jajnik prawy, z którego była owulacja, ale też lewy, który pewnie przygotowuje się na kolejny cykl :/ jednym słowem: dupa :(

22+0 22+3

szpital!!!!!!!!!!!!!

maly sie pcha na swiat...pecherz plodowy wchodzi do kanalu rodnego i rozwarcie na 1 palec...ratuja mnie kroplowka, magnezem, luteina i spazmolina, plus jeszcze sterydy dla malucha na pluca...

kochane jesli poczujecie, ze dziecko jest nisko i zacznie brzuch ciagnac do dołu to natychmiast na IP...u mnie tak bylo i w glowie czerwone lampki migaly, ze cos sie dzieje. teraz mam lezenie, nie wolno mi wstawac, nie wolno mi nic...oby to sie cofnelo, maluszku nie pchaj sie tak na swiat...jeszcze masz czas na to...


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 sierpnia 2014, 20:19

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)