kama005 Czekając na nasz cud. 5 kwietnia 2015, 18:26

Święta święta i po świętach. Było sympatycznie, spokojnie, nawet tak bardzo się nie zmęczyłam. Tylko moi rodzice i mama mojego M. do nas przyjechali więc spędziliśmy ten dzień mega kameralnie. Jutro mieliśmy jechać do rodziny mojego M. ale na całe szczęście jednak nie jedziemy i możemy pooobijać się w domu :)

Zmierzyłam dzisiaj tempkę godzinkę wcześniej niż zwykle i było 36,59. No zobaczymy. Zrobiłam też test i na początku nic nie było na nim widać a po dwóch godzinach jak znowu na niego luknęłam był cień cienia. Pewnie nic z tego i takiego testu nie można brać pod uwagę ale fajnie to wyglądało. Jutro zatestuje znowu. Akurat będzie 14 dpo.

Boli mnie podbrzusze i brzuch a rano to była tragedia. Piersi bolą czasami tak po prostu a czasami przy dotyku. Rzadko przed @ mnie aż tak bolą. Dziwny ten cykl. Nie rozumiem go. No ale... Nadziei sobie nie robię.

Mąż wczoraj wrócił z pracy i widział że jestem smutna. To jeszcze się na mnie wydarł. Powiedział że nie wie ile jeszcze ze mną wytrzyma. I że ja niszczę nasze małżeństwo tym co robię, czym ? tym że płaczę ? Bo się martwię bo się stresuję? Co mam skakać z radości ?

Idę na operację dla nas obojga. A jak okaże się że nie mogę mieć dzieci nawet po laparo, to wezmę z nim rozwód. Bo i tak znajdzie sobie kobietę która urodzi mu dziecko...

justi87 Pragnienie dzidziuśka :) 5 kwietnia 2015, 16:24

Adaś przyszedł na świat 1 kwietnia o 17:53.zartownis zrobił mamie prima aprilis 9 dni przed terminem:-) a zaczęło się dzień wcześniej od odejścia właściwie stopniowego saczenia się wód. Wieczorem pojechaliśmy sprawdzić i rzeczywiście. Jako że miałam gbs pozytywny to musiałam dostać antybiotyk co 4 godz no i nie mogłam rodzic gdzie miałam planowo z samymi poloznymi tylko w consultant led unit i dobrze bo juz w ostateczności o 12 w południe następnego dnia po skurcze które zaczęły się o 2 w nocy nie mogłam wytrzymać z bólu. Niecałe 4 godz później po 50 min parcia Adaś Przyszedł na świat. Jest boski, prześliczny i przeslodki.w dwa dni po urodzeniu dokładnie o 18 byliśmy już w domku.dochodzimy do siebie, boli mnie cięcie właśnie gdzie szwy mam,brodawki mi odpadają masakra z tym karmieniem. Cycki mam jak arbuzy a brodawki jak jakieś marne rodzynki z Tesco mały się denerwuje a ja aż płacze z bólu niejednokrotnie.miejmy nadzieje ze wkrótce się poprawi.

sosenka80 Czekając na... ten dzień... 5 kwietnia 2015, 16:52

Jak ja bym chciała, żeby rozwijało się we mnie nowe życie...

Czy to marzenie się urzeczywistni...

Nadzieja... Muszę ją mieć w sobie...

Nie mam większego pragnienia...

Aska84 Aniele Mój... 6 kwietnia 2015, 11:53

6 dzien cyklu...zaczynamy walkę o kolejnego bąbelka. Musi sie udać...innej możliwości nie biorę pod uwagę


Wiadomość wyedytowana przez autora 6 kwietnia 2015, 11:54

Dzisiaj jestem 13 dni po punkcji a 11 po transferze dzisiaj rano bylo malutkie brazowe plamienie jednak juz po godz przestalo i na papierze nic nie ma nic nie boli powinnam zatestowac w piatek za 3 dni ale zrobie to jutro moze cos wyjdzie ale boje sie ze nie wyszlo.. Cycki i sutki przestaly bolec jak to zwykle mam 1-2 dni przed @... Jedyne co to w sobote mialam ochote na moje ulubione piwko a tu co nie wypilam bo tak jak wczesniej mi bardzo smakowalo teraz bylo ochydne i teraz mnie troche mdli ale nie biore tego do sb.. ;)


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 września 2015, 16:10

DZIEWCZYNKI MOJE KOCHANE SPOKOJNYCH I PEŁNYCH UŚMIECHU ŚWIĄT WIELKANOCNYCH

1012389rzez3tuptv.gif


1976741ojt76mq6hq.jpg

NARESZCIE W DOMU!

Gdyby nie to, że przyjechała Jacka siostra z mężem i córeczką, to wróciłabym do domu 5 sekund po przekroczeniu progu mieszkanie teściów. Na wejście teściowa pijana, pozapraszała nas na święta, nie przygotowała prawie nic, nawaliła się jak stodoła i ten stan utrzymała przed piątek, sobotę i pół niedzieli. A resztę niedzieli skacowana i wielce skruszona, a mnie mało krew nie zalała ;/ Całe święta mi spartaczyła, bo gdybym wiedziała, że tak będzie to bym została w domu i nigdzie nie jechała. A tak to zamiast rodzinnej atmosfery, były trzy dni prawie samych nerwów, spięć z Jackiem, bo on sam chodził wściekły, aż doszłam do wniosku, że jak zostaniemy dłużej, to dostane wylewu albo zawału. :/

Już zapowiedziałam Jackowi, że Wigilię spędzamy w domu, i następną Wielkanoc też. Już któryś raz z kolei to samo, a ja nie mam zamiaru pogubić klepek w głowie z poczucia obowiązku. Mają do nas tak samo daleko jak my do nich, i jak będą chcieli to wiedzą gdzie mieszkamy. Koniec robienia wszystkiego dla innych!

I mam tak paskudny nastrój, że czuję, że ani ten, ani następny cykl nie będzie szczęśliwy... Zamiast radości czuję tylko gniew, rozczarowanie i brak perspektyw... Mam dość... I już mi łzy lecą z tych kumulowanych nerwów! Wszystko do dupy!

Mam nadzieję, że u Was lepiej. Trzymam kciuki za Wasze starania i mam nadzieję, że Wasze Święta były lepsze od moich!


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 kwietnia 2015, 20:17

Rotenkopf Walka. 5 kwietnia 2015, 20:18

Nie takie święta chciałam mieć.
1) Mój ośmio miesięczny chrześniak trafił do szpitala.
2) Od rana kłótnie z mężem.
3) Spotkanie z teściami i ogólnie rodziną męża a co za tym idzie - mam kolejne dowody na nieodpowiedzialność matki małej T.
4) Jestem w pracy na noc.


Mam kolejny spadek samopoczucia, totalne załamanie i dół.

mysiulek Małymi kroczkami:) 5 kwietnia 2015, 22:14

Troszkę minęło od mojej wizyt w klinice.....Pani doktor mega sympatyczna na podstawie " starych" badań stwierdziła, że mamy mało czasu i trzeba działać........Miała uwagi do laparoskopii, że wogóle po co???że mogą być z tego zrosty:(po badaniu trochę nie spodobał jej się lewy jajnik, bo mało aktywny, ale stwierdziła, że tak czasami się zdarza przy usg..
Ze starych badań najgorszym wynikiem była rezerwa janikowa 1,45 norma od 1,40 -7, więc zleciła mi dodatkowe badania wymazy) i poprosiłam ją jeszcze o zrobienie raz rezerwy.....Wyniki miały być do 10 dni, ale coś mnie tkneło po 5 dniach i zadzwoniłam czy wyniki już są.....i były żadnych bakterii , a rezerwa janikowa 3,29:) więc ja totalny szok, po paru godzinach znowu zadzwoniłam i poprosiłam i potwierdzenie badań......i faktycznie norma która zanika w moim przypadku się zwiększyła:) chyba cud:)

Kolejne badania pomiędzy 1-5 dnim cyklu, wcześniej muszę podesłać wszysykie badania z poprzedenije kliniki i lekarza prowadzącego:) wszytko mam i czekam, tzn jeszcze tarczycowe badania muszę zrobić.......Po wynikach rezerwy jakoś nabrałam wiary.....poza tym na wizycie rozmawialiśmy nt in vitro i zapisaliśmy się z M:) Inseminacja ma zbyt mały pocent powodzenia więc nie ma na co czekać.....Niedługo miesiączka ma przyjść czekam z niecierpliwością.

Poza tym M namówił mnie do odmawiania Nowenny Pompejańskiej i wiecie co nie wyobrażam sobie teraz dnia bez Nowenny:)

Pozdrawiam i życzę Spokojnych i Mega Pozytywnych Świąt.....

mysiulek Małymi kroczkami:) 5 kwietnia 2015, 22:18

CD

znajomi którzy pobrali się w sierpniu zeszłego roku od dwóch miesięcy starali się o dzidziusia koleżanka załamana bo 2 miesiące i nic, faszerowała się kwasem foliowym i okazało się, że zaciążyła mój M przekazał mi tą wiadomość, bo z kolega razem pracują.....Jak się dowiedziałam czarna rozpacz zaliczyłam takiego doła, że myślałam, że się nie podniosę, a jeszcze wybieraliśmy się razem na obiad....Nie wiem jakim cudem dałam radę, jeszcze musiałam udawać, że nic nie wiem.......ale sobie pomyśłałam spokojne my też niedługo będziemy się cieszyć:)

Paróweczka Powiernik 6 kwietnia 2015, 09:45

6cs, 12dc,

Czas dłuży sie niemiłosiernie. Jutro drugi monitoring ktory da nadzieje albo odbierze szanse tego cyklu na jakikolwiek szczęśliwy finał. Jak pozno nie byłaby owu w 13dc musi byc juz widac jakiś pecherzyk dominujący a jego brak to raczej z gory przesadzony brak owu w tym cyklu...

Angelike Mam to gdzieś... ;) 8 kwietnia 2015, 11:11

Boshhhh...
Ale ten mój gin to cielak i sierota. Mówił na ostatniej wizycie "Proszę przyjść w czwartek albo po świętach po swoją dokumentację medyczną"
Na co ja odpowiadam "A to przyjdę już po świętach we wtorek"
"Ok"

No to przychodzę wczoraj, pani w rejestracji (notabene jego żona) nic nie wie o mojej dokumentacji, która miała być u niej zostawiona. Czekam w kolejce do niego. Pytam go a on "O Boziu, przepraszam, zapomniałem"
Ludzie..........
Chyba muszę poszukać innego lekarza do prowadzenia mojej ciąży w przyszłości. Myślałam o nim bo mam do gabinetu 4 minuty na pieszo z domu ale dajcie spokój.
Wiadomo każdy ma swoje wady i zalety.
Kiedyś go chwaliłam bo po 2giej iui miał dla mnie wieczorem mnóstwo czasu i długo gadaliśmy. Rzadko kiedy czeka się u niego w kolejce dłuzej niż 15 min. bo szanuje czas swoich pacjentek i umawia tak aby nikt nie musiał za długo czekać. Ma bardzo kolesiowskie podejście do swoich pacjentek, w sensie, że jak jestem jego pacjentką to czasami wchodzę bez kolejki i bez płacenia, można sie z nim dogadywać na maile czy smsy w różnych sprawach.
Ale co z tego?
Co z tego skoro nawet nie pamięta jak się nazywam, nie kojarzy "mojego przypadku" i czasami nawet nie raczy łaskawie zajrzeć do swoich notatek. W środy ma dyzury w szpitalu w innym mieście dlatego ostatnio zabrakło mi środowego monitoringu, może wtedy moja 3cia iui miałaby większe szanse na powodzenie.
No i jeszcze te jego wczorajsze "zapomniałem". Widać jestem dla niego postacią zupełnie przeźroczystą, o której nie warto pamiętać :) Może powinnam była kiedyś walnąć u niego pięścią w stół, krzyknąć, rozbeczeć się albo zemdleć. Cokolwiek co utkwiło by mu w pamięci. Może wtedy lepiej by mnie kojarzył i nie śmiał by zapomnieć o obiecanych dokumentach ;)
W sumie to po ostatniej iui żałowałam że nie zrobiłam wokół siebie przy tej okazji trochę więcej szumu. Bolało mnie jak diabli gdy coś tam majstrował z tym pieprzonym cewnikiem, do tego stopnia że jak zeszłam z fotela to zakręciło mi się w glowie.
Czemu ja mam zawsze taki głupi impuls, że jak coś mi się dzieje niedobrego to uciekam z przychodni, z gabinetu? Zamiast zostać i poinformować o tym lekarza?? Dlaczego? Przecież to nielogiczne.
Miałam tak już wiele razy. W gabinecie udaję że wszystko jest ok a jak wyjdę to albo ryczę, albo mdleję z bólu.
Kiedyś wymyśliłam sobie kolczyk w pępku, po całym zabiegu zrobiło mi się tak słabo, że nie słyszałam co do mnie mówi kosmetyczka, wiedziałam tylko jedno - muszę wyjsć na powietrze bo jest mi słabo. Po wyjściu zemdlałam i upadając na metalową barierkę schodów rozcięłam sobie skórę na brodzie. O tyle dobrze że uderzenie automatycznie mnie ocuciło. Dobrze, że nie wypadłam przez tą barierkę i nie poleciałam w dół :/
Innym razem - zamrażanie kurzajek u dermatologa. Po zabiegu zrobiło mi się biało przed oczami, czułam że musze szybko wyjść na powietrze. Nie pamiętam co do mnie mówił lekarz. Wychodząc z przychodni musiałam robić trzy przystanki po drodze na krzesłach lub ławkach bo nie miałam siły iść, pewnie ludzie musieli się na mnie dziwnie gapić bo wyglądałam jak jakaś zamulona ćpunka. Odsapnęłam dłuższą chwilę na ławce przed przychodnią i dopiero wtedy mogłam iść do domu.
Po ostatniej iui czułam się okropnie. Znowu zakręciło mi się w glowie ale ja udaję że wszyściutko jest ok i biegnę szybciutko się ubrać żeby jak najszybciej znaleźć się w domu.
Innym razem byłam z rodzicami w przychodni na pobraniu krwi. Tato był pierwszy, potem wyszedł na zewnątrz zapalić papierosa. Potem ja, a potem miała być moja mama. Moja mama miała kiedyś krwotok przy porodzie mojego brata, była tak często nakłuwana igłami że żyły jej się w rękach pochowały. A że byłam z mamą w gabinecie to widzę i słysze jak się ta zabiegowa z moją mamą męczy. Nienawidzę szpitali, lekarzy, krwi. Ogarnęła mnie panika, poczułam że zaczynam odpływać. Wylecialam z gabinetu, wyleciałam z przychodni wprost na ulicę. Dobrze że mnie akurat nic nie przejechało. Kątem oka ledwo ledwo śmignął mi mój tato. Uciekłam do domu, mieszkaliśmy po drugiej stronie ulicy więc nie miałam daleko. W domu musiałam się położyć i odpocząć, dopiero wtedy mi przeszło.
Pojechałam kiedyś z moim M do szpitala do krwiodawstwa, oddawał krew, chciałam go z powrotem odwieźć autem gdy będzie osłabiony. Skończyło się oczywiście tym że to on odwoził mnie, bo jak zobaczyłam tam te wszystkie rurki, sprzęty, ten zapach, ludzi podłączonych do rurek, a wokół nich pięlęgniary-wampiry - obrzydlistwo... Znowu zrobiło mi się biało przed oczami. On oddawał krew ale to ja piłam po wszystkim jego czarną kawę na wzmocnienie. Mój M oddaje krew regularnie, uważam że to bardzo dobry uczynek i sama chciałam zostać dawcą ale najpierw musiałabym pokonać ten wewnętrzny lęk. Później się dowiedziałam, że choroba tarczycy dyskwalifikuje mnie jako dawcę więc i tak nic tego mojego oswajania z krwiodawstwem nie będzie.

Co to do cholery za durne zachowanie? Te wszystkie lęki, panika, omdlenia?
Najgorsze, że nie umiem nad tym zapanować i nie mam jak nad tym popracować.
Kiedys to się może dla mnie źle skończyć.

I teraz co? Czytam że transfer zarodka w ivf odbywa sie przez cewnik i że nic nie boli bo to tak samo bezbolesne jak iui. A ja się już trzęsę i mam łzy w oczach!! Pamiętam co było na hsg, pamiętam co było na inseminacjach, rzekomo bezbolesnych. Trochę mnie to załamuje, panicznie się boję co to będzie. Gdyby nie to, że trochę głupio być naprutą podczas transferu to pewnie bym się upiła, żeby to jakoś znieść. Nie wiem czy to by cos dało bo jeszcze nigdy nie próbowałam takiej metody.
Jak to możliwe, że tak mnie męczą cewniki? Czy to możliwe, że to po części problem tylko w mojej głowie? Nie no, niemożliwe bo przecież gin sam widział na własne oczy, że moja szyjka macicy nie współpracuje.
Nie wiem, jeden raz na cztery akcje z cewnikami udało mi się, że nie bolało. Boję się bólu, znowu, boję się cewników, być może przed lub po transferze znowu zemdleję, ale ..... chcę spróbować, bo muszę. Chcę dać nam szanse na dziecko. Tylko nie wiem co zrobić żeby to jakoś znieść.

Musze popytać dziewczyny po transferze, jak to przeżyły, jak się czuły.
wczoraj przed zaśnięciem o tym myslałam intensywnie i oczywiście w nocy przyśniło mi się że leżę w szpitalu. Na szczęście nie pamiętam już szczegółów.

Dawno nie pisałam. Ale postanowiłam, że od dziś codziennie, choć jedno zdanie napiszę. Że będę miała pamiątkę...
Dziś rozpoczęłam nowy cykl. Już od dwóch dni plamiłam i zastanawiałam się, czy to już okres, czy jeszcze nie. Ale dziś ewidentnie przyszedł. Zatem od jutra zaczynam stymulację. Zaczynamy kolejne podejście. Tym razem o rodzeństwo. Moje podejście widzę, że nie jest takie jak kiedyś. Zdaje sobie sprawę, że może się nie udać. Ale jednak trzeba mieć nadzieję.
Rodzina nic o naszych staraniach nie wie. Dla każdego będzie to niespodzianka. I tak jeśli się uda będzie spora róźnica wieku bo aż 2 lata. Tak więc czekamy do jutra na pierwszy zastrzyk. Jutro napisze jak było.

Dziś bardzo bolał mnie brzuch i prawy jajnik od rana. Pewnie to owulacja i mam nadzieję że rzeczywiście. Tak bym chciała żeby chociaż do niej doszło. Już nie proszę o ciążę a o samą owulację która da nadzieję.

Za 40 minut kończymy 36tc :)
Jeszcze łapiemy się na Wesołych Świąt wszystkim :*
Wspaniała nowa dolegliwość - hemoroidy. Od tygodnia zadnia część ciała mi odpada, pali żywym ogniem. Maści nie działają, czopki nie działają, kora dębu nie działa. Ruszyć się nie mogę. To znaczy wydawało mi się, że jest już ciut lepiej, to dzisiaj zaczęły krwawić :/ Cudownie, brakowało mi jeszcze dodatkowej utraty krwi do szczęścia :P Także bezczelnie rozpoczęłam proces wyganiania małej z brzucha. Ona już sobie poradzi na 100%, a jeśli moja ciąża potrwa jeszcze planowany miesiąc lub dłużej to będę pierwszą osobą która zeszła z tego padołu na ból tyłka :P

Kiniacz Nadzieja umiera ostatnia... 6 kwietnia 2015, 00:03

02.04 - w końcu wrócił mój ginekolog - jaka ulga :) i powiedział, że grzybicy nie widać, więc chyba przeszła. Teraz czekam na wynik cytologii - ma być po 4-6 tygodniach.

Lollis Ja + On + Ona ...i ? 6 kwietnia 2015, 00:52

Lili ma 6 tygodni <3

A ja jestem wręcz w y k o ń c z o n a ...
To nie były fajne Święta, a na pewno nie zaliczę ich do tych moich ulubionych.
Jak co roku zbieramy się wszyscy i na Wigilię i na Wielkanoc u mojej babci w domu. Jest nas sporo, bo teraz z Lilką chyba z 15 osób.
Śniadanie było umówione na 10:00, na całe szczęście babcia mieszka ulicę dalej, bo nie wiem o której godzinie byśmy dotarli.
Nie wiem jak to zrobiłam ale przebudziłam się 9:50 i wyszykowałam mnie i Lilkę w 20 min !
Co jest rekordem, tym bardziej, że biedulka płakała, że chce cyca.
Miałam oczywiście nastawiony budzik, którego najnormalniej w świecie nie słyszałam. Byłam tak mega padnięta po nocnych karmieniach i przewijaniach :/
Aż się przeraziłam, że mogłam nie słyszeć mojej płaczącej dzidzi, ale tak mocno i słodko spała, że nie miałam wątpliwości, że się nie przebudzała.
Ostatnio mamy tak mega rozregulowany tryb karmienia, że przestałam nawet patrzeć na godziny karmienia. A niby powinno się już wszystko powoli stabilizować... gucio prawda.
Bardziej stabilnie było jak tylko wróciliśmy ze szpitala, Lila budziła się równo co dwie godziny.
Wracając do śniadania Świątecznego...
Spóźnieni około 40 min, wkroczyliśmy do domu mojej babci. Moja mama wydzwaniała do mnie chyba z 5 razy żeby nas pospieszyć - o mały włos a urządziłabym jej awanturę o to. Kurde. W końcu mam niemowlę, które żyje swoim trybem. No ale nikt tego nie rozumie chyba za bardzo...
Poza tym, nikt mi nie przyszedł pomóc się szykować, nawet żeby chwilę popatrzeć na Niunię żebym mogła się ubrać ( moi rodzice mieszkają piętro niżej jak my). Tylko wszyscy czyści, pachnący, wyfryzowani, w wyszukanych strojach po prostu mieli w dupie czy ja mam jak, co i w ogóle.
Ech.
No dobra, może przesadzam, bo wiem, że i tak mam luksus mieszkania z rodzicami, którzy w sumie bardzo dużo mi pomagają. Wystarczy, że nie muszę nic gotować, tylko przychodzę na jedzenie.
Na śniadaniu zdążyłam się pomodlić i... mała w ryk.
Oczywiście cycuś poszedł w ruch w sypialni babci. Jakoś nie mam hmmm nie tyle odwagi co dziwnie bym się czuła wywalając cycki przy wszystkich, przy kuzynach i wujkach. Też nie chciałabym stawiać nikogo w kłopotliwej sytuacji, bo wiem, że niektórzy nie wiedzą jak się zachować przy kobiecie karmiącej piersią, albo jest to dla niektórych niesmaczne.
Tak więc karmiłam Lilkę 6 razy (!) od 10 do ok 15. Biedna nie mogła pospać, bo gdzie z nią nie poszłam tam był hałas. Wszyscy głośno gadali - szczególnie wujkowie, którzy sobie popili - dziewczynki mojej cioci biegały wokół mnie karmiącej Lili, a to ją głaskały a to liczyły jej paluszki... a ona się co chwile rozbudzała. Ogólnie panował po jedzeniu chaos i Lila nie potrafiła się wyciszyć. Dopiero przysnęła jak wsadziłam ją do wózka gdy jechaliśmy do domu.
W domu znowu ją nakarmiłam i w końcu po kilku minutach marudzenia padła. A ja razem z nią.
Ej dziewczyny... To moje pierwsze Święta z których wróciłam głodna :P
Nie miała za bardzo co zjeść, no i kiedy.
Szczerze to jakoś mi ten dzień nie różnił się od innych. Tylko tyle, że się nadenerwowałam dodatkowo.
Mam nadzieję, że Święta Bożego Narodzenia będą już zupełnie inne.


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 kwietnia 2015, 14:06

37dc a @ dalej nie ma. Za to mam moczopednosc oraz budzenie sie do toalety + dzisiejszej nocy atak malego gloda.. coraz bardziej jestem przekonana, ze to jest wlasnie to... :-)

gabi544 moja historia 6 kwietnia 2015, 10:10

Chcecie poprawić parametry nasienia? Weźcie zimny prysznic 30 minut przed gorącą nocą. Zimna woda stymuluje ciśnienie krwi i poprawia ruchliwość plemników.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)