Ezia90 Akcja bobas! 3 grudnia 2016, 16:50

24 listopada mialam przeziernosc karkowa. CRL 53,2 mm NT 1,31 wiec w normie wszystko. Badanie na nfz wiec nic wiecej sie nie dowiedzialam.

Jestem w II trymestrze!!! Aaa dziekujemy Ci Boze <3 Czujemy sie dobrze:) delikatny przypływ energii, cisnienie ok, waga niewiele poszla w gore, dopiero teraz w ruszyla nieco :) oprocz okropnych gazów, wzdec, zaparc, bolow glowy i lekkimi bolami krzyza nic mi nie dokucza ;)

9tc (8t0d)

BBF pokazuje, że dzisiaj mam 20% ciąży za sobą no i 3 miesiąc o_O

Gdzie to zleciało, przecież nie tak dawno testowalam...

Nie mam nawet o czym pisać bo jak na razie moja ciąża jest straaaaasznie nudna.

Wizyte mam dopiero w czwartek na 10:40, więc wtedy na pewno coś więcej napiszę ;)

Mam nadzieje, ze wszystko dobrze z moim maluszkiem i że rośnie jak na drożdżach:)
W sumie podbrzusze mi coraz bardziej wywala...

Jak na wizycie okaże sie, ze maluch ladnie urósł to obiecuje, ze do końca ciąży bede spokojna ;)

Boże - daj mi cierpliwość :)

Ajajajaj.. Nie ma czasu na pisanie, bo ON w domu na dłużej. Cieszę się każdą chwilą. Czerpie z niej najwięcej jak tylko mogę.

Oczywiście jak jestem z Nim to pojawiają się różne fascynujące pomysły- jakiś szybki wypad w góry.. Któż to wie :-)

Czekam na wyniki. Czekam na kolejną wizytę. Czekam na @. Czekam, znowu czekam na wszystko.

Układałam dziś pierwsze rzeczy dla Ciebie w komodzie i ryczałam jak bóbr! Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteśmy już tak daleko. Tak niewiele brakuje do szczęśliwego końca tej ciężkiej dla Nas drogi. Dużo przeszliśmy, aby móc znaleźć się w tym miejscu, a dziś mogę co dzień patrzeć i głaskać swój brzuszek. Jestem tak bardzo szczęśliwa choć wciąż tak bardzo się boję o każdy dzień. Nasze długo wyczekiwane, upragnione szczęście! Marzenia pomału się spełniają!

Dooti Czekając na cud... 3 grudnia 2016, 19:16

Od wczoraj tylko czytam Wasze pamiętniki, Wasze historie...i w jakiś sposób pomagają mi...
Siedzę w domu i nie wiem co ze sobą zrobić, nie umiem znaleźć sobie miejsca. Kompletnie na nic nie mam ochoty, mogłabym nic nie jeść, nie pić, w sumie to nawet oddychać mi się nie chce.
Wszystko jest takie świeże, choć z drugiej strony ciągle mam wrażenie że to sen, że to nigdy się nie zdarzyło...niestety to nieprawda...
Płaczę gdy nikt nie widzi, płaczę mężowi w ramię. Tak mi cholernie ciężko, nawet nie mam z kim o tym porozmawiać.
Chciałam bardzo jechać dziś na cmentarz, na grób dziecka utraconego...ten pomnik stoi u mnie w mieście od niedawna, nie zdążyłam wcześniej odwiedzić tego miejsca...a teraz...teraz mam już 2 świeczki do zapalenia. Ale chyba jeszcze nie jestem na to gotowa, chyba jeszcze za bardzo boli...
Teraz wieczorem rozbolał mnie brzuch, nawet on przypomina mi o tym co się stało. Wciąż jeszcze plamię ale tylko trochę. l4 mam do końca przyszłego tygodnia, lekarz bez problemu mi wypisał i odebrałam je wczoraj razem z wypisem. W ogóle na wieczornym obchodzie po zabiegu nie pytał mnie czy mnie boli brzuch. On zapytał mnie o głowę...nic nie odpowiedziałam, co miałam mu powiedzieć...No ale to był mój lekarz, on wiedział...
Tęsknię...
Dziękuję dziewczyny za wsparcie :*

W piątek miałam jakieś lekkoróżowe krwawienia w maleńkiej ilości, w niedzielę też trochę. Nie mam pojęcia co to.

Balladyna Małe szczęście!! 3 grudnia 2016, 21:50

25t1d

Wczoraj miałam naprawdę podły humor. Dobija mnie płacenie komuś za wynajem do kieszeni. Na kupno nas nie stać. Będziemy starać się o kredyt po nowym roku i zaczniemy się budować. Duży dom z dużym ogrodem. Przeglądaliśmy ziemie, projekty domów i mniej więcej wiemy czego chcemy. Oby się udało, bo płacenie komuś mnie psychicznie wykończy.

Zauważyłam u siebie totalny spadek energii. Nie jest tak jak na początku ciąży, że nawet mruganie mnie męczyło, ale muszę robić krótkie przerwy po odkurzeniu każdego pomieszczenia. Ogólnie zaczynam już odczuwać różne ciążowe utrudnienia. Poruszam się jak bałwanek, kiwając się na boki. Nie mam żadnego poczucia orientacji i chodzę wchodząc we wszystko i nie trafiając we framugę drzwi. Coraz trudniej mi wstać czy się schylić.

Mała miała dzisiaj rano atak kopania. Obudziła mnie przed 7:00 i koniec spania. Nawet tata w podekscytowaniu trzymał rękę i dostawał kopniaki, chociaż zazwyczaj jak tylko tata przyłoży dłoń to maleńka cichnie. Tak na przekór. Mały złośliwiec po rodzicach :)

Już 2/3 ciąży za nami. Aż dzisiaj mnie to uderzyło. Będę tęskniła za ciążą. Nawet każda kolejna będzie już inna, bo ta pierwsza jest wyjątkowa, bo jest pierwsza. Smutno mi, że czas upływa, że tak dużo za nami, ale z drugiej strony chciałabym żeby już było po. Żebym mogła wziąć Michalinę w ramiona i kochać ją aż do końca świata (a nawet dłużej). Jestem ciekawa, jak wygląda, jaki będzie miała charakter i pasje.

EwkaKonewka czynnik męski/immunologia 4 grudnia 2016, 14:12

Oszalałam! Miałam podejść do wszystkiego "na chłodno", miało być bez zbędnych emocji, bo przecież to, czy będę się przejmować czy nie, nic nie zmieni, ale chyba się nie udaje. Gadam ze swoimi jajnikami, zachęcam, żeby ładne jajeczka wyrosły, obiecuję cuda wianki jak już tylko któreś zechce się ładnie zapłodnić i z nami zostać. A to dopiero 4 dzień stymulacji... :D Mąż akceptuje moje dziwactwa, ale powiedział, że ze swoimi plemnikami gadał nie będzie, bo mu głupio :D No jak tam sobie chce ;)


Nadal walczę z przeziębieniem, to już ponad tydzień. Zatoki wyleczyłam, zostało gardło i kaszel. Zastanawiam się, czy może włączyć jakiś antybiotyk, bo to już za długo trwa, ale muszę pogadać z lekarzem, czy mogę. Mam ochotę nakrzyczeć na matkę, która przysłała do mnie na lekcję chore dziecko, bo to od niego się zaraziłam. Czemu ci ludzie są tacy głupi...? :/

Kurwa mać, że tak zacznę dzisiejszy wpis.Znowu moja naiwność zwyciężyła nad rzeczywistością.
We wrześniu pomyślałam, że pewnie na jesień/zimę moje wyniki się znacząco poprawią,a co za tym idzie, skoro insulina nie będzie zaburzała owulacji, to uda się.I dupa, największa jaka może być!!!

Po trzech miesiącach brania Formeticu 500, wyniki gorsze niż przed braniem!!!
Zarówno glukoza, jak i insulina wyższe znacząco, o wiele za wysokie.Nie takich wyników się spodziewałam!


A że byłam się kłóć, to i betę sobie strzeliłam i pięknie, powalający wynik przed chwilą zobaczyłam - 0,100. Nosz kurwa, ciąży to ja się doczekam w tym roku.

I biję się w pierś, bo to moja wina!!!bo to moja durnota, żeby myśleć, że jakieś małe słodkie co nieco, nie zaszkodzi, że ciemne pieczywo nie zaszkodzi, że czerwone wino nie zaszkodzi. Gówno prawda, zaszkodziło, endokrynolog napisał wyraźnie żeby odstawić, miałam dietę od Izy dietetyka, a mimo to dałam się złamać, diety przestrzegałam połowicznie, a tak nie wolno!!!

Więc znowu, walka z insuliną od początku. Znowu pragnienie nie spełnione, nie będzie na święta, tak jak marzyłam. Ale to nie znaczy, że nie będzie pięknie!!!Będzie!Wdrażam dietę, ćwiczenia, skonsultuję wyniki z endokrynologiem, do nowego ginekologa jestem umówiona na 10 stycznia, więc wypytam co i jak, może mój organizm potrzebuje czegoś na stymulację, skoro nic z tych owulacji nie wychodzi, mimo, że je czuję, mniej lub bardziej, ale czuję.

W takim razie, koniec złudzeń i marzeń, że uda się w grudniu. Grudzień będzie odpuszczony psychicznie!A co będzie w nowym roku, czas pokaże.

Tylko do cholery, dlaczego mimo znacznych ograniczeń i przy braniu mety, wyniki są tak spieprzone???

Dooti Czekając na cud... 26 stycznia 2017, 17:15

1 dc

Dostałam okres, a przynajmniej na to mi to krwawienie wygląda. Wynika z tego że cykl trwał tylko 25 dni. Owulacja, jeżeli w ogóle była to musiała być ok 12 dc., chociaż jest też możliwe że skróciła mi się II faza cyklu, niestety bez monitoringu ciężko mi to ocenić. Jutro mam zamiar kupić kapsułki z olejem z wiesiołka, zawsze coś to pomoże na śluz ;)

W sumie to byłam chora i to porządnie, to też na pewno miało wpływ na ten cykl.
Teraz mężul chory, niby człowiek stara się dbać o siebie, jednak ciężko czasem uniknąć jakiegoś choróbska. Najważniejsze żeby doleczyć się do końca i jeśli trzeba to wyleżeć.

Tolik123 Starania ;) dwie kreseczki 4 grudnia 2016, 00:13

I czekam na owulke, juz 19dc i nic... -.-

26t0d

99 dni do konca ciazy wedlug belly lub 98 wedlug usg - poczatek 7 m-ca
Niby strasznie sie ciesze ale jest to ale... strach coraz bardziej narasta we mnie, boje sie coraz bardziej ze cos sie stanie teraz I nasz ukochany maluch nie przezyje, stresuja mnie te ciagle infekcje tam na dole, ktore mi dokuczaja od samego poczatku tej ciazy. Nie mam pojecia dlaczego sie tak dzieje, dbam bardzo o hygiene i stosuje wszystkie leki ktore dostaje a ciagle jest cos nie tak, bardzo mnie to martwi i boje sie o synka. Tak bardzo chce mniec Go juz przy sobie. Mialam tez 2 dni ogromnego stresu bo maly bardzo malo sie ruszal, doprowadzalo mnie to do szalu, teraz jest troche lepiej, a gdy idzie sie tu skonsultowac to tutaj wszystko jest normalne i juz. Paranoja. Plyn czasie plyn


Wiadomość wyedytowana przez autora 10 grudnia 2016, 12:44

Mimi32 Czekając na mojego Maluszka... 4 grudnia 2016, 12:45

Dziś 30 dzień listopadowego cyklu. Mąż wyjątkowo w pracy, a ja pichcę sobie obiadek. Nic nie wskazuje na to, aby ten cykl był udany, co prawda dziś temperatura odbiła w górę, ale czekam na @ i na nowy cykl. W tym miesiącu odpuszczam lekarza, a po Nowym Roku znajdę jakiegoś innego, skoro po roku leczenia nie ma nadal efektu. Albo w ogóle odpuszczę i co ma być to będzie. Muszą mi się jeszcze unormować zmiany w pracy, bo jak na razie to nie mogę nic zaplanować. Tak po za tym, to bardzo szybko przeminął mi ten rok. Bardzo bym chciała przyszłe Święta spędzić już we troje.


ALE NIE MOJA WOLA, ALE TWOJA NIECH SIĘ STANIE.

Dziennik pokładowy:
58 dc, ukończone 7 tygodni + dzień 3 (wg. usg)



Na samym początku pragnę podziękować Wam, kochane komentatorki, bo moje polepszone samopoczucie to w głównej mierze Wasza zasługa. Dziękuję za miłe słowa. :*

Myśli w mojej głowie powoli przestają szaleć, ale żeby dać im się wyszaleć do końca, to muszę je wszystkie chyba spisać i będzie dobrze. Uh, zapowiada się dłuższy wpis...

Stosuję się wytrwale do zaleceń mojej ginekolog i nie ukrywam, że czuję się jak kaleka. Od czwartku wieczorem prawie w ogóle nie wychodzę z łóżka - moja najdalsza wyprawa z meandrów pościeli wynosi jakieś 10 kroków w kierunku toalety. Dodatkowo ja - naczelna przeciwniczka leków - wciągam dziennie 13 tabletek, czyli 3x2 UroSepty na jakieś bakterie w moczu, kwas foliowy, Euthyrox, 3 x nospa forte, plus, co by nie obciążać tyle otworu gębowego, 2 x luteina dopochwowo. Walka z jedzeniem dalej trwa. Poczułam się winna, że nie walczę z tym należycie - w końcu dziecko potrzebuje mnóstwa składników odżywczych, stwierdziłam, że zmuszę się do pełnowartościowego posiłku. Niestety, jedno ugryzienie brokuła i leciałam nad muszlę - to już mój drugi zahamowany bełt tej ciąży i zastanawiam się, na ile dam radę jeszcze odpierać ataki mojego żołądka. Stwierdziłam więc, że kapituluję, słucham swojego ciała i jem tyle, ile mogę, co też nie jest najlepsze w skutkach, gdyż okazuje się, że w tydzień schudłam dwa i pół kilograma. Póki co i tak rozpiera mnie duma, bo kiedy piszę ten wpis, to właśnie kończę jeść dwa jajka, kilka liści sałaty i pomidorka skrojonego na kawałki - WOW, kuźwa, w końcu warzywa i białko!

Muszę też pochwalić mojego męża, pytanie tylko czy serio musiałam zemdleć, żeby zaczął mnie inaczej traktować? Tego pechowego dnia, kiedy zjechałam na przystanku, urwał się z pracy, a dodam, że był na delegacji, i jechał do mnie 3 godziny, żeby odebrać mnie ze szpitala. I od tego momentu siedzi ze mną cały czas, przyrządza mi to, co mogę zjeść i wypić. Co prawda nie minęło mu upodobanie do kiełbasy, ale przynajmniej pyta mnie, czy otworzyć okno, kiedy odpala patelnię. Najsmutniejsze jest to, że nawet biedakowi "nie odwdzięczę" się należycie - mamy bana na seks od lekarza.

Ych, nie mogę się pozbyć z głowy tego momentu, kiedy stałam się totalnie bezbronna i bezwładna i mój los w dużej mierze zależał od obcych ludzi. Cały czas się zastanawiam, co było przyczyną tego omdlenia - niedożywienie? Za mało tlenu? Za dużo tlenu? Odbijające się echem w mojej głowie "ciąża zagrożona poronieniem" wypowiadane przez lekarza? Ciąża tak po prostu? Może wszystko na raz? Pamiętam, że bardzo wolnym krokiem dodreptałam na przystanek, stanęłam pod wiatą i nagle zaczęłam czuć, jakby gotowało mi się pod kopułą. Pierwsza myśl - "będę rzygać". I co robię? Oczywiscie nie proszę ludzi o posadzenie mnie, tylko myślę sobie, że przetrzymam - głupia buła! Po czym nagle rozmazuje mi się cały świat, mam wrażenie, że jestem totalnie ślepa. Po omacku łapię boku wiaty, ale chyba nie trafiam, nie wiem, czy kogoś obok mnie nie ma, bo go zwyczajnie nie widzę. Mówię "przepraszam bardzo...". A potem nagle jakieś jebudu, ludzie krzyczący "Jezus Maryja!", "Błożesztymój", i... siedzę już na ławeczce. Nie wiem, jak upadłam i na co - upieprzona kurtka wskazuje na to, że chyba lewy pośladek. Widzę, że nade mną dywagują jakiś łysy pan i starsza kobitka, dzwonią po pogotowie. Pan później towarzyszył mi do samego przyjazdu karetki i chwała, że mieszkam w mieście, bo nie czekaliśmy chyba dłużej niż dziesięć minut. Do teraz jestem strasznie urzeczona postawą tego pana, tym, że cały czas pytał, czy nie chcę się położyć. Wspomniał, że spóźni się do pracy, ale i tak przy mnie był. Chciałabym wiedzieć, jak się nazywa i gdzie mogę go znaleźć, podziękowałabym mu jeszcze raz. Tego dnia ktoś postawił go na mojej drodze i jestem temu zrządzeniu losu bardzo, ale to bardzo wdzięczna. Odzyskałam wiarę w ludzi.

No i tak na dobrą sprawę, pomimo tej małej tragedii, to było jedno z trzech pozytywnych wspomnień tego dnia. Pozostałe dwa to USG - jedno u mojej ginekolog, a drugie w szpitalu po omdleniu. Na obu Bakłażan stał dumnie naprężony jak jakaś Zielona Latarnia, albo inny super hiroł, serce biło mu jak oszalałe. Czasami sobie myślę, że ten mały gość (lub gościówa) ma w sobie więcej dumy i wiary w życie ode mnie. Podziwiam go jak cholera.

Już chyba nie plamię - mówię chyba, bo na bieliźnie nie mam nic, ale podczas aplikowania luteiny ciągle widzę lekko podbarwiony śluz na aplikatorze. Mówię sobie, że najwyraźniej ciągle się jeszcze oczyszczam i cieszę się, że nie jest to "żywa krew". Każdy dzień od tamtego czwartku bez plam na wkładce to dla mnie +100 do zajebistości. Nie chodzę do kościoła co prawda, ale jakieś tam życie duchowe mam, i na swój, mnie tylko znany sposób, modlę się wewnątrz o to, żeby to się nigdy nie powtórzyło.

Na temat szpitala aż brakuje słów, same dobrze skomentowałyście doktora pod ostatnim wpisem. Powiem tylko tyle - to doświadczenie chyba było potrzebne, żebym wiedziała, gdzie absolutnie nie chcę rodzić. Może by tak zacząć rozglądać się za prywatną kliniką... Po tym jak zostałam potraktowana i przez piguły i przez tego konowała to chyba muszę przyznać, że nie szkoda mi żadnych pieniędzy, żeby zdjąć sobie trochę stresu w tak ważnym dniu. Temat do przemyślenia.

Ach, no i praca... Mamy kwas. Nie wiem, czy pamiętacie, ale po tym, jak powiedziałam szefowi, że chcę iść na zwolnienie lada moment, przekonał mnie na przepracowanie pierwszego trymestru ("Moja żona to pracowała do ósmego miesiąca...!"). Zgodziłam się. No i co robię? Nagle kładę L4... kiedy napisałam mu smsa, że dwa tygodnie zwolnienia, że omdlenie, że ciąża zagrożona, że szpital, odpisał mi tylko "OK". Nie wiem, jak to odczytywać... Biedak chyba nie zdaje sobie sprawy, że ja już raczej nie wrócę w ogóle. Wkurzam się na siebie, bo wiem, że to nie moja wina, dodatkowo sama firma wkurwia (przepraszam) mnie praktycznie odkąd przepracowałam w niej pół roku, a ja mam do siebie jakieś pieprzone pretensje! Głupia ja.

Nie będę ukrywać przed Wami, że myśli o poronieniu atakują mnie dalej. Nie potrafię się cieszyć ciążą - nie rozmyślam nad płcią, nie szukam ubranek, nie myślę o mebelkach. Szczerze boję się zacząć. Każdy dzień odhaczam po prostu jak więzień kreskami na ścianie i myślę sobie "przeżyliśmy". Nie mniej, chyba wyleczyłam się z czegoś. Dotychczas bardzo żałowałam, że powiedziałam w pracy i w rodzinie. No bo wiecie - "a co, jeżeli utracę maleństwo?". Pomógł mi chyba ten artykuł (czy też blogowy wpis):

https://www.psychologytoday.com/blog/do-not-faint/201204/the-quiet-fear-miscarriage

Jest po angielsku, ale pozwolę sobie przetłumaczyć jeden fragment, który otworzył mi oczy:

Kilka scenariuszy rozegrało się w mojej głowie. Pierwszy - mówię wszystkim wtedy, kiedy chcę, ciąża jest zdrowa i przechodzę ją szczęśliwie. Koniec. Drugi - mówię wszystkim "za wcześnie", ronię ciążę, cała rodzina i przyjaciele są przy mnie i wspierają mnie w cierpieniu. Trzeci - nie mówię nikomu, ronię i... co? Cierpię w samotności?

Dopiero rozpisanie tego niczym algorytm uświadomiło mi, że nie chcę cierpieć w samotności. I że zrobiłam wszystko, jak musiałam, a jakieś obawy w stylu "bo się inni dowiedzą" to tylko jakieś durne, utarte kulturowo pierniczenie. Cały artykuł mówi o tym, więc jeżeli angielski to dla Was nie przeszkoda - polecam.

Oczywiście - wszystko może być w najlepszym porządku i nawet nie wiecie, jak bardzo tego pragnę. Ale jeszcze się nie cieszę... jeszcze nie dziś.


Trzymajcie za mnie kciuki, bo dzisiaj zaplanowałam wyprawę nieco dłuższą niż do toalety - jadę z mężem do biura zrobić porządek przy moim stanowisku (czytaj wrzucić do torby jakieś papiery zalegające w szufladzie i zanieść kubek do kuchni) i położyć pod klawiaturę mojej koleżanki moje L4, bo zwyczajnie wiem, że już nie wrócę do pracy i wolę to zrobić teraz, niż ładować się w korki w środku tygodnia. Oby obyło się bez ekscesów.


Uff, kto wytrwał do końca ten... nie ma co robić w życiu chyba. :D Ale jeszcze raz dziękuję Wam za wsparcie, dziewczyny. Uwielbiam Was!

Edit.
Ach, zapomniałabym! Sprawa mieszkania się ruszyła - "utargowaliśmy" zadatek, niedługo spisujemy umowę i mamy czas do połowy lutego na uruchomienie kredytu. Oby wszystko dobrze się skończyło... Ale musi. :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 4 grudnia 2016, 13:05

Tolik123 Starania ;) dwie kreseczki 4 grudnia 2016, 12:54

No i test ovu pozytywny;) Rozpoczynamy starania:)

Dziewczyny ja juz w domu. Ile sie naczekalam i denerwowalam na IP :/ to co sie tam dzieje to jest porazka. Ale wracając do mojego plamienia i tych boli. Lekarka zrobila mi USG, na ktorym malenstwo zyje i ma sie dobrze. Ma 8,6 mm i serduszko bilo ale zrobil mi sie mały krwiaczek. I możliwe ze stąd to plamienie. Na opisie zanotowali ze rozpoznanie wstepne to poronienie zagrażające ale oprócz tego krwiaczka nic nie stwierdzili i ze jest ok. A no i ciąża młodsza o okolo 8 dni. Dodatkowo pisze mi takie cos:

"Kosmowka z obszarem hypoechogenicznym mogacym odpowiadac wyznaczeniu o wym.11x5mm."
O co tu chodzi to nie wiem

18t3d
Wczoraj mąż mnie zabrał do eleganckiej restauracji. Jedzenie było pyszne <3 Po raz pierwszy w życiu jadłam kaczkę :D Już dawno tak nie wyszliśmy tylko we dwoje, było na prawdę miło. Potem poszliśmy do znajomych oglądać ksw, ale te walki to na psy schodzą... Na szczęście towarzystwo fajne, więc spoko się siedziało. Teściowa sobie z Zosią poradziła.
Dzisiaj Zosia przydreptała do nas do łóżka i pytam jej kto był u niej w nocy. "Kojaj" mówi. A zostawił ci prezent? "Nie". Na pewno ci zostawił, chodź, poszukamy. Mąż nagrywał, a Zosia szukała prezentu. Szybciutko znalazła i była bardzo podekscytowana. Oczywiście sam prezent bawił może z 30 minut, ale i tak było fajnie :)

Czy też tak macie,że jak przez @ pojawia się plamienie, spada temperatura i generalnie wiadomo, że @ już za zakrętem, to i tak liczycie,że może tym razem będzie inaczej? Ehh...


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 stycznia 2017, 17:13

kropka_ myśloodsiewnia 26 stycznia 2017, 18:17

Ciąża zakończona 19 stycznia 2017


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 stycznia 2017, 18:13

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)