kropka_ myśloodsiewnia 16 grudnia 2016, 12:02

wczoraj w ramach prezentu świątecznego (takiego dla siebie) zmobilizowałam się i... poszłam odebrać dyplom. zebranie się zajęło mi niecałe 1,5 roku, także nad refleksem to ja jeszcze muszę popracować. niemniej! lepiej późno niż wcale. najbardziej podziałało na mnie chyba to, że to był już naprawdę ostatni dzwonek, bo potem to pewnie czekałabym aż Młody się urodzi i trochę podrośnie, czyli co najmniej do czerwca.

wracając z uczelni zaczęłam się zastanawiać, czy to dobrze, że się tak sama "wypuszczam" w miasto, bo jakby nie patrzeć został już ledwo miesiąc (z lekkim nakładem) do porodu, ale z drugiej strony serio dobrze się czuję, jakoś specjalnie zimno, a przede wszystkim ślisko nie było, no i z własnego doświadczenia wiem, że ludzie się mogą potknąć/przewrócić również w domu, więc izolowanie się niczego nie gwarantuje. inna rzecz, że po świętach faktycznie przestaję kusić los i urządzać sobie dalekie "wycieczki", bo potem to już nie będzie chodziło tylko o to, że coś mi się może stać, ale że w każdej chwili mogę zacząć rodzić. tym bardziej, że wciąż nie opuszcza mnie przeczucie, że urodzę wcześniej i obstawiam tak +/- 15 stycznia.

nasze rodziny już nie mogą się nas (czytaj: mnie z brzuszkiem) doczekać na święta, bo ostatni raz (jeśli o mnie chodzi) widzieliśmy się ponad miesiąc temu. i pomyśleć, że ("dopiero") rok temu życzyli nam potomka, a my już przecież wtedy byliśmy po pierwszych (nieudanych) staraniach i tylko tępo kiwaliśmy głowami z uśmiechem odpowiadając, że "jeszcze mamy czas", chociaż w środku wszystko w człowieku krzyczało.


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 grudnia 2016, 18:57

Odkryłam, że głośne mówienie o tym co się stało przynosi mi... ulgę?

Dzisiaj od rana miałam 3 telefony od znajomych, którzy nie wiedzieli o tym co się dzieje. Wiedzieli, że jestem w ciąży, więc zapytali o moje samopoczucie i musiałam im powiedzieć. I wiecie co? Poczułam ulgę i nieprawdopodobne wsparcie z ich strony! Wiedziałam, że ten moment, kiedy będę musiała wszystko tłumaczyć w końcu nadejdzie. I bałam się tego jak cholera. Okazuje się jednak, że mimo smutku potrafię o tym mówić. Traktuję to jako dobry znak.

Z innej beczki, jestem prawie przekonana, że wczoraj, po 19 dniach wystąpiła u mnie pierwsza owulacja po zabiegu. Zawsze była pomiędzy 19-20 dc. Czyżby nic się nie zmieniło? Śluz był ewidentnie płodny i prawy jajnik dawał o sobie znać. O tym czy mam dobre przeczucie dowiem się na wizycie u ginekologa 22-tego.

Dziewczyny, mam do Was takie pytanie w klimacie przedświątecznym:
Otóż, wiadomo wszem i wobec, że jak jest się w ciąży to pewnych produktów spożywczych powinno się unikać na wszelki wypadek, np surowego mięsa, surowych czy wędzonych ryb. Powiedzcie, czy unikacie tego również podczas starań? Niby można sobie czasem czegoś odmówić, ale jak starania trwają już półtora roku i nie wiadomo ile jeszcze potrwają i czy w ogóle kiedykolwiek zakończą się sukcesem, to co? Odmawiać sobie latami śledzia czy łososia? Idą święta, na stole staną śledzie w kilku pysznych wersjach, a ja mam nie jeść bo "a nóż się w tym cyklu uda"?
Powiem Wam, że takie wyrzeczenia przy bezowocnych staraniach wywołują u mnie frustrację :( będąc w ciąży to co innego- wiesz, że czemuś te wyrzeczenia służą, a tak to tylko denerwują.
Poza tym, kobiety (w tym moja mama) kiedyś hurtowo objadały się w ciąży śledziami i jakoś masowych dramatów z tego nie było.

Co sądzicie? Nie dać się zwariować czy na wszelki wypadek odmawiać sobie czegoś, na co ma się masakryczną ochotę?

Ps. Powiem Wam jeszcze, że jak ostatnio miałam te kilka cykli przerwy w staraniach, to hurtowo zajadałam się wędzonymi kurczakami, serami, wędlinami, wędzoną i surową rybą. Jak mieliśmy wrócić do starań to w odpowiednim momencie poszłam wykonać badanie w kierunku Listerii (bo o nią tu się rozchodzi) i....nic. Jakoś się jej nie nabawiłam :)

Dawno mnie tu nie było.Dużo pracy, stres, zmęczenie dają o sobie znać. Nie ma jednak dnia żebym nie popłakiwała tym bardziej, że w ostatnim czasie wokół mnie bardzo dużo porodów- w rodzinie czy u znajomych, dużo też "świeżych" ciąż. Zastanawiam się jak to jest z tą sprawiedliwością, kto w naszym życiu rozdaje karty i dlaczego rozdaje je tak nie równo?
A tak w ogóle to dzisiaj 3d nowego cyklu więc depresja u pogłębiona jest jeszcze bardziej.
Niech już przestanie się lać i niech już przyjdzie czas starań, a póki co idę zbierać siły na jutrzejsze przedświąteczne sprzątanie ;) Dla Was również- niech moc będzie z Wami w tym przedświątecznym czasie;)

24 dc, 9dpo

Przeczucie że znowu się nie udało, szyjka robi się miękka a ja mam objawy PMS (albo jest piątek).Temperatura spada. Do tego pełnoobjawowe PMS, smutek i poczucie niesprawiedliwości tego świata. Po prostu o tej porze cyklu więcej mnie boli. Więcej się wkurzam. I pracuję za dużo. Straciłam rachubę i chyba za późno powiedziałam pewnym rzeczom NIE.
Po Świętach ogarnę to bardziej.
Czasem mnie boli że innym tak łatwo wszystko wychodzi a ja na wszystko muszę zasłużyć.
Tak wiem, życie jest niesprawiedliwe ale i tak jest dobre.

Kolejna wizyta w klinice zaliczona, zostaliśmy zakwalifikowani medycznie do procedury in vitro. Wszystkie wymazy i wyniki wyszły ok.
Jeszcze raz to napiszę, że gdyby nie lekarz, to zrezygnowałabym z tej kliniki.
Panie są przemiłe, pomocne i pod tym względem nie mogę im niczego zarzucić, ale panuje spory chaos i bałagan. Lekarz mówi, proszę iść do położnej wypełnić dokumentację, położna każe wypełnić w domu, w teczce z dokumentacją, otrzymaną w rejestracji brak kilku dokumentów, ponownie powrót z położną do rejestracji i wykłócanie się przy pacjencie, że przecież wszystko wydrukowane.
Stałam jak wmurowana, dobrze, że lekarz przyszedł do rejestracji po chwili, bo chyba uciekałbym gdzie pieprz rośnie ;)
Doktor nie chce się zbytnio spieszyć, chciałby żebym jeszcze trochę pojadła dhea, żeby na ile się da wzmocnić moje komórki jajowe. Poza tym wyjeżdża na jakieś dwa tygodnie za granicę i nie chce zostawić mnie "rozgrzebanej", z rozpoczętą stymulacją, bez jego kontroli (chyba niezbyt lubi przekazywać pacjentki innym doktorom ;) ).
Czekamy na miesiączkę, między 1-5 dniu cyklu podajemy już ostatecznie Zoladex, po około 10-14 dniach przyjdzie krwawienie i wówczas mam przyjść na wizytę. On musi jeszcze ze spokojem wszytko przeanalizować, bo waha się, który protokół u mnie zastosować. Wyniki mam takie sobie, ale w usg widać, że jajka ładnie rosną same.
Na dodatek nikt nam nie powiedział, że wniosek o dofinansowanie z miasta powinniśmy dawno złożyć, bo miasto dość opieszale je rozpatruje.... to jak? Właściwie jestem gotowa do stymulacji, a my nadal nie wiemy na czym stoimy w sensie finansowym.
Mąż dziś dostał misję zawiezienia wniosku do kliniki, bo przecież ja ciągle nie mogę zwalniać się z pracy.
Jakoś wczoraj dopadły mnie wątpliwości. Rzadko płaczę, ale wczoraj puściło. Przestraszyłam się, że nie dam rady, już mnie nosi do zwykłym dhea, a co będzie dalej? Czy damy radę? Jak przejdziemy przez to? Z jakim skutkiem psychicznym dla naszej rodziny?
Po suplementach na zbicie homocysteiny czuję się doskonale, mam wrażenie, ze mój organizm wraca na swoje tory, co znalazło też odzwierciedlenie w wynikach krwi, moczu i wymazach.
W czwartek zobaczymy jak suplementacja działa, bo będę sprawdzać homocyteine, witaminę B12, kwas foliowy i witaminę d.

23 TYDZIEŃ !!!
Jak to szybko leci :o

Margo84 Moje marzenie - duża rodzina 17 grudnia 2016, 07:56

8t6d

Sobotni poranek. Na nogach jestem od 4.30. Niestety przeziębienie dopadło młodego, poranki są zakatarzone i rozkaszlane. Za to jesteśmy już po śniadaniu, teraz inhalacje i zalegam do łóżka na nowo.

Od wczoraj intensywnie boli mnie podbrzusze. Po nocy było lepiej, ale teraz czuje na powrót ból. Martwię się tym, muszę odpocząć. Młodego ubiore ciepło, noże pochowam wysoko i idę oddać się "nicnierobieniu". No dobra, jeszcze rosół nastawie :) Kotlety rozmroże i pranie nastawie. Ale to koniec :) Resztę zrobi mąż jak wróci z pracy

21 tydzień 0 dzień

Święta coraz bliżej a wczoraj taka tragedia :-( moja Ola wczoraj nie zobaczyła już bijącego serduszka na Usg. Jej dzieciątko nie żyje :-( w poniedziałek ma zabieg... Jakoś strasznie mi smutno i nie wiem jak z nią porozmawiać :-( ja już w połowie ciąży a jej aniołek w niebie :-( wiem co przeżywa, bo sama też to przeszłam, ale teraz wiem że chyba lepiej odsunąć się na jakiś czas. Pewnie jej sytuacja i moja ciąża nas od siebie oddali :-( ehhhh


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2016, 08:32

Zirael jaskółka. 17 grudnia 2016, 08:58

udało się.
dostałam okres przed końcem roku.

jakoś tak dziwnie mi wczoraj było, a w czasie zakupów popołudniu zaczął boleć mnie lewy jajnik.
gdy dotarłam do domu już miałam plamienia, a dziś już mogę zaznaczyć krwawienia, chociaż nie jest to jeszcze typowy mój okres, ale no różnie może być.

ważne, że jest, jest po 37 dniach po tym wszystkim.

chcę mieć nadzieję, że teraz 2 cykle będą super i będziemy mogli zacząć...

Sheis 2 niepowodzenia 17 grudnia 2016, 09:06

Od kilku dni mam kiepski nastroj. Boli mnie wrecz brZuch z nerwow. Chyba zbliżające święta tak na mnie działają. Nie chce swiat. Kolejne swieta bez dziecka. Boli mnie wszystko w srodku. Wkurza mnie ze musze udawac ze wszystko jest ok wsrod znajomych i ludzi.

Nie jest okej. Czuje sie zagubiona. Wyniki kariotypu sa dobre. Badania tez wyszly ok. Liczylam ze cos.wykryja i bede to.mogla.leczyc. tymczasem jestem w punkcie wyjścia. Teraz.minal pierwszy cykl staran. Znowu proba i nie wiadomo co dalej. Nie mam czasami juz sily. Zaczelam brac acard. Zmienilam.ginekologa. I sie boje. Tak bardzo sie boje.

1 dzień cyklu

Nie czuję się zawiedziona ze @@@@ przyszła.

Ostatnio wiele się zmieniło, wyszedł mi stan przedcukrzycowy.

czekam na wyniki insuliny by potwierdzić insulinowosć.

Jednak jak się szuka to można coś w organizmie znaleźć.

3 nia cyklu robię badania hormonalne i szukam dobrego gina endokrynologa i z zestawem badań jadę do niego.

Cykl traktuję lajtowo.





17 grudnia rok temu przywiozłam do domu młodego, pamiętam doskonale jak z łzami w oczach ubierałam choinkę i prosiłam żeby został że to dla niego że bez niego nigdy nie będziemy prawdziwą rodziną. Teoretycznie jest z nami od roku praktycznie od 3,5 miesiąca a w moim sercu od zawsze!

11 tydzień 2 dzień
Wczoraj wieczorem znowu dopadł mnie ból zęba..Boże kiedy on do cholery wyrośnie.. Wzięłam paracetamol, bo nie mogłam funkcjonować. Jak na złość ząb boli mnie w sobotę. Wtedy, kiedy dentyści nie przyjmują i nawet nie idzie się do nich dodzwonić. Wrrr..
Ciągnie mnie trochę w pachwinach. Ale to dobrze, niech niunia się rozpycha :)
A no i dzisiaj zauważyłam, że mi dziąsła krwawią i od razu kupiłam jakąś pastę na to Lacalut. Może coś to da.


Wiadomość wyedytowana przez autora 17 grudnia 2016, 11:49

25 dc, 10 dpo

Zrobiłam test mega czuły test ciążowy (10mIU) i wyszedł negatywny. Biel wizira bez śladu cienia cieni cienienów, nawet pod kątem. I powiedziałam o tym Mężowi. Łzy stanęły mu w oczach. Prosił, abym nie robiła żadnych testów tyko czekała na to co będzie.

Teraz żałuję, że nie zachowałam tej wiadomości dla siebie. Wiem, że liczył na prezent świąteczny - te dwie kreski. Chyba nie tym razem.

20t2d
No, to przekroczyliśmy połowę. Oczywiście, że nie bez przygód. Wczoraj wróciłam ze szpitala. W niedzielę cały dzień mi się nie podobał mój brzuch i w końcu w okolicach 17 postanowiłam, że pojedziemy na ip. Z jednej strony wydawało mi się, że to nic takiego, a Iza się ruszała, ale z drugiej, hm, no już było wcześniej tak, że pojechałam a tam rozwarcie na 1,5cm, więc dmuchać na zimne nie zaszkodzi. Byłam przekonana, że mnie zbadają i o ile nic się tam nie dzieje to wypuszczą. A tu heca. Jeszcze mnie nie zbadali już postanowili, że zostaję. Pierwsze badanie. Szyjka długa i zamknięta - czyli wszystko ok, na grzyba ja tu siedzę?? No, ale dostałam kroplówkę, już jakoś przeżyję ten jeden dzień. Poniedziałek - badanie nr 2. To samo. Chciałam wychodzić, postanowili potrzymać do wtorku. Zosia przyjechała z tatusiem, wtuliła się w mamę stęskniona, przecież miałam niedługo wrócić, a tu cała noc i pół dnia beze mnie... Wtorek. Spakowana i gotowa do wyjścia, mężu z małą w drodze. Badanie nr 3. A tu... rozwarcie wewnętrzne i pęcherz płodowy ładuje się do szyjki!!!!! Opatrzność czuwała... Cały dzień przeryczałam. Po pierwsze bo Iza... Po drugie bo już miałam wracać, a tu się okazuje, że muszę zostawić Zosię na tak długo, a jeszcze mała dostała kataru więc nawet nie mogłyśmy się zobaczyć! W czwartek rano 4 badanie. Jest lepiej, pęcherz się cofnął, szyjka wydłużyła, gdyby taki obraz pojawił się na badaniu nr 3 pewnie by mnie wypuścili na chatę. Jedyne co, to rozwarcie zewnętrzne się powiększyło na 1 cm. Decyzja o profilaktycznym założeniu szwu, wspierana z resztą przeze mnie całym sercem. W międzyczasie dostałam kataru, dziękuję Zosiu, pach, znieczulenie, szew, cewnik, sala pooperacyjna, powrót na moją salę, na drugi dzień badanie. Uf. Wszystko wyszło, wygląda dobrze, szyjka zamknięta, długa, Iza ok. Wychodzę! Mąż przyjechał po mnie z małą, która była ewidentnie obrażona. Wczorajszy dzień to masakra. Same histerie, wszystko do tatusia, mama be. Wyglądała strasznie, więc kazałam wezwać lekarza, ale na szczęście to tylko wirus u niej, dzisiaj jest już lepiej. U niej. Ja jestem chora, co chwilę mam wrażenie, że coś ze mnie cieknie, plecy mi odpadają i strasznie szybko się męczę :/ Ponadto mam się oszczędzać i czeka mnie jeszcze wizyta u lekarza, prywatnie, więc kasa poleci, a czekam nadal na ruch zusu... Eh. A tu święta. Ho ho ho. Ciekawe kto nie będzie w tym roku lepił pierogów :P

Zajączek Ostatnia opcja-naprotechnologia 17 grudnia 2016, 20:58

Jestem po usg prenatalnym. Wszystko wyszło prawidłowo i na 70% będzie chłopak. Trochę jestem zaskoczona bo cały czas wydawało mi się że to dziewczynka. Chociaż jeszcze wszystko jest możliwe ale co by nie było będę tak samo szczęśliwa, byle było zdrowe. Nadal nie mogę uwierzyć że to się dzieje naprawdę.

Święta wciągają!!! <3

Szybki skrót - Wredna Małpa rozchulała się na całego. Już 6 dzień, ciekawe kiedy teraz się skończy, bo aktualnie końca nie widać. U gina ok. Pojawiła się niewielka torbiel na lewym jajniku. Lekarz stwierdził, że to nic groźnego i często tak sie zdarza po poronieniu. Powinna się wchłonąć. Podejrzymy na kolejnej wizycie. Cały czas podkreśla, żeby rozpocząć starania w lutym. Na razie kazał do Świąt się wyluzować i nie myśleć o badaniach ani o niczym. Wypytałam trochę co będzie jak zajdę w kolejną ciążę to podkreśli, że cała armia zapobiegawczo - Duphaston, Clexane i Acard. Dodatkowo kwas foliowy 5 mg. Noo dobrze, że ma jakiś tam plan heh.

Pan T przesadził z choinką, stojak za mały, trzeba było podjechać do Castoramy i skończyło się na wyrzynarce ;-) Zabrakło trochę lampek i łańcucha, ale już mi się nie chce biegać za tym do miasta.



Kolejna wizyta 28.12. Może akurat uda się trafić na czas owulki, żeby ją podejrzeć :-)


SANTA CLAUS IS COMING!!!!


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 grudnia 2016, 11:46

17/12/2016

Nie czuje nic. Ani smutku ani żalu , na prawdę niczego. Przez przypadek zorientowałam sie ze to dzisiaj.
Znajoma na fb udostępniła post ze dzisiaj miałaby termin porodu gdyby nie poroniła. Od razu sobie uświadomiłam ze ja tez jakoś w tym terminie bym rodziła, ale nie wiedziałam który dzisiaj jest dzien miesiąca. 17/12/2016 - tak to dokładnie na dzisiaj kalendarz wyznaczył mi termin porodu zgodnie z OM.
9 miesięcy temu zaczęłam swój jedyny jak na razie zafasolkowany cykl. 8 miesięcy temu ten cykl sie zakończył i rozpoczął sie kolejny. 16/04/2016 poroniłam.
W Boga nie wierze, ale wierze ze nic nie dzieje sie bez przyczyny. Jakiż to zbieg okoliczności, ze akurat dzisiaj mojej znajomej przypadał tak samo termin porodu jej aniołka. Gdyby nie ten jej post to na pewno nie zorientowalabym sie ze to właśnie dzisiaj.
Serio nie czuje smutku, nie czuje żalu, nie czuje niczego.
es82ev.jpg
2hxmxjn.jpg
Mam parszywy humor bo właśnie pokłóciłam sie z mężem, ale kłótnia nie miała nic wspólnego z poronieniem.
Wiem ze faceci są różni, jedny romantyczni inni nie, jedny empatyczni inni nie, jedni bardziej rozumieją kobiety i ich potrzebny mniej... Często odnoszę wrażenie ze mój znajduje sie gdzieś po środku tego wszystkiego. Często myśle sobie ze jakie to szczęście ze akurat tak sie dobraliśmy , ze akurat on na mnie trafił, bo mimo ze to on mnie często wyzywa od terrorystek i choleryczek to tak na prawdę mało która kobieta zniosłaby jego humorki i nastroje.
Ja nie moge np liczyć na współczucie, empatię czy słowa pocieszenia dzisiaj ze storny męża jeśli chodzi o poronienie. Nie potrzebuje tego wiec nie ma problemu, ale z drugiej storny myśle sobie ze co by było gdybym była tak jak wiele innych dziewczyn, które bardzo cieżko znoszą stratę. Czy to jest tak ze on podświadomie zna mnie na tyle dobrze i wie ze ja tego nie potrzebuję? Czy gdybym była bardziej wrażliwa to i on byłby bardziej empatyczny? Czy po prostu szczęście i los sprawiły ze sie spotkaliśmy i związaliśmy.
Awantura była okropna, nie pierwsza taka. Nie jesteśmy jednym z tych małżeństw, które nigdy sie nie kłócą i pierdza serduszkami na swój widok. Ogólnie uważam ze dobraliśmy sie dobrze oboje twardo stąpamy po ziemi, oboje jesteśmy nerwusami co ma swoje wady i zalety :) a przede wszystkim cholernie sie kochamy. Pochodzimy jednak z innych środowisk. Ja z wykształconej zamożnej rodziny z dużego miasta, on z biednej prostej rodziny ze wsi. Ja miałam zawsze wszystko, on nie miał niczego. Takie sytuacje sa łatwiejsze kiedy sytuacja jest odwrotna - ona biedna on zamożny. Oczywiście ja nie jestem zamożna - moi rodzice są, ale wiadomo ze juz mnie nie utrzymują, start w życie jednak mi/nam zapewnili. Mąż od swoich rodziców nie dostał w życiu NIC, nawet wsparcia. Wiecznie wszystko krytykują i sa na nie. No cóż przyzwyczailiśmy sie.
Cieżko mi nawet określić o co sie teraz pokłóciliśmy, zaczęło sie od normalnej rozmowy o polityce o tym co pisiury odwalają , przeszliśmy do rozmowy o "pincet plus" i jakie to żałosne ze ludzie dla kilku złotówek sie sprzedają i do tego momentu bylismy zgodni. Potem jednak im dalej rozmowa szła zaczęły wychodzić na wierzch kompleksy męża, ze inni maja łatwiej bo im rodzina pomaga, bo mieli duzo szczęścia, fartu itd. Ze on jest pracowity chciałby wiele osiągnąć itd ale życie nie daje mu takich możliwości. Problem mojego męża jest taki ze jemu wiecznie jest mało. Nie ważne ile zarobi i tak bedzie potrzebował wiecej. Jasne milionów nie zarabiamy, ale zdecydowanie wystarczająco zeby żyć i odłożyć pare groszy miesięcznie i aby moc sobie pozwolić na fajne wakacje. Nie potrafię z nm o tym rozmawiać bo każda rozmowa na ten temat kończy sie kłótnią bo przecież ja wg neigo gowno wiem bo nigdy nie byłam biedna... i weź tu z takim rozmawiaj.
Jakiś czas temu miałam pomysł na biznes, mąż go popierał mówił od początków ze milionów nie zarobię ale ze lepsze to niż u kogos za dwa tysie pracować. Pomysł nie wypalił, tata go nie poparł a bez jego pomocy nie ma możliwości tego zrealizować. I teraz nagle mąż wypala mi w kłótni ze on od początku uważał ze pomysł jest żałosny, fatalny, mój ojciec miał racje itd. OK ja to wiem, ale sposób w jaki mi to wykrzyczał był straszny i w ogóle nie wiem po co powracał do tego tematu skoro sprawa jest zamknięta i ja juz o tym nie myśle. Od słowa do słowa wykrzyczał mi ze miał chujowy dzień o czym ja nie wiem bo mi nic nie mówi... ze wypił sobie w samochodzie sektę przed wejściem do domu i wiele innych niefajnych rzeczy. Chuj mnie strzelił. Raz ze nie powinien pic, dwa ze ewidetnie sie upił tą setką i dlatego tak nagle zaczął agresywnie reagować, a trzy ze powiedział wiele, wiele okropnych rzeczy które juz wiele razy w czasie kłótni mówił i za które zawsze potem sie kaja i przeprasza.
Kocham go i chce z nim byc juz zawsze, patrząc w przyszłość widze nas jako pare staruszków trzymająca sie za ręce. Ale sa momenty kiedy mam tego dosyć, kiedy chciałabym nie tyle co od niego odejść co raczej nigdy go nie poznać. Nigdy sie nie ustatkować, moc spakować teraz walizki i wyjechać w świat, zwiedzać, podróżować i moze gdzieś na drugim końcu świata poznać kogos z kim wiodłabym beztroskie życie. Wiadomo to takie głupie gadanie, ale czasami to wszystko mnie po prostu przytłacza. Do tego wszystkiego dochodzi problem z zajściem w ciaze. Wiem ze dziecko nie jest rozwiązaniem problemów, ale myśle ze dla mojego męża dziecko bedzie wreszcie impulsem do ogarnięcia swojego życia. Oboje pragniemy dziecka i niepowodzenia w tej sferze tez odbijają sie na innych aspektach naszego życia.
Problem mój w tym wszystkim jest taki, ze ja wiem ze jakoś to bedzie, ze wszystko sie ułoży i ja widze szklankę zawsze do połowy pełną, mój mąż niestety do połowy pustą. Ja widze nas w przyszłości z piękna rodzina w pięknym domu , on widzi jak nas nie stać na kupienie dziecku butów czy podręczników szkolnych, to wszystko sprowadza sie znowu do tego jak dorastaliśmy.
On teraz juz śpi, rano idzie na 24h do pracy na służbę i nie będziemy mieli jutro okazji na spokojnie porozmawiać, nie wiem z reszta w jakim nastroju on sie obudzi. Ja mam juz dosyć tych kłótni, ale z drugiej storny nie moge mu odpuścić tego co znowu powiedział po złości. Czy to tak wiele, ze oczekuje od mojego męża ze pewnych rzeczy nawet w największym gniewie nie powie?

Ten post napisałam dla siebie, bo potrzebowałam to z siebie wyrzucić, nie mam juz siły i ochoty obarczać tym swoich przyjaciółek, ani koleżanek na naszym forum.

Monika1357 Zawsze nie jest dobry moment 17 grudnia 2016, 23:02

Dawno nie pisalam.
Poprzedni cykl trwal 20 dni. Ale mi sie poprzestawialo, przed poronieniem mialam idealnie co 28 dni. Jakie to straszne, ze nawet nie wiesz kiedy powinnas dostac @.
Przez to jak bardzo chce byc w ciazy to wariuje. Na sile wyszukuje sobie objawow ciazy. Nie myslalam, ze takie ciezkieczasy nadejda w naszym zyciu. Strasznie to wszystko nie sprawiedliwe.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)