Dziewczyny jesteście kochane z tymi komentarzami. Dla mnie wystarczy, że przeczytam 2 takie jak wyżej, zupełnie normalne i wiem, że nie jestem sama na świecie i że gdzieś być może na drugim końcu Polski ktoś martwi się tak samo jak ja.
U mnie 30 dc., 13 dpo. W tym cyklu owu bardzo późno, więc cykl mam dłuższy niż zawsze. Nie nakręcam się, bo dzień w dzień tzw. "ciężkie nogi" przypominają mi, że @ tuż tuż.
Nawet testu jeszcze nie robiłam, bo wiem, że jak go zrobię to godzinę później dostanę @. Więc póki tempka trzyma mi się podwyższona wolę karmić się nadzieją, że się udało. Kiedyś już zdarzył mi się cykl 34 dniowy i oczywiście w ciąży nie byłam, wręcz przeciwnie, bo najprawdopodobniej nie miałam wtedy owu.
Chociaż wiem, że szanse małe, bo pewnie w 3 tygodnie prolaktyna mi nie spadła do normy, no i te bóle, to jednak w duchu modlę się, żeby się udało.
Nawet mężowi już nic nie mówię, oprócz tego, że źle się czuję przed @, bo do tej pory już z 5 razy byłam pewna, że się udało i on się biedny tylko niepotrzebnie cieszył;p.
Weekend spędziłam z dzieciakami siostry, więc chwilowo instynkt macierzyński zaspokojony 
30t4d
Witaj euforio!
Oczywiście euforio wiosenna, pogoda wymarzona, 10 stopni w cieniu, piękne słoneczko, delikatny wietrzyk, dziecko szalejące na placu zabaw i drugie rozpychające się w brzuchu. Kwietniu przybywaj!!!! Ja już chce spacerki w 4 po ciepłym parku
Do wpisu zbieram się od tygodnia, ale sama nie wiem co napisać..
Operacja nie przyniosła żadnych efektów w kierunku starań. Zaczyna się nasz 56cs.. Mijają 4 lata.. Powinnam chyba raczej zacząć mówić, że to 56 cykli oczekiwań, bo nasze starania ciąży nie przyniosą.. Po operacji wiem tyle, że jestem zlepkiem takich przypadłości, że dzisiejsza medycyna nie umie nam pomóc.. Wycieli zmianę z macicy i to jest chyba jedyny pozytyw operacji.. Czekam na wyniki biopsji.. Nastraszyli mnie w szpitalu, ze jeżeli wynik bezie wskazywał na jakieś nowotworowe paskudztwo powinni usunąć mi macicę.. Szansa takiej możliwości jest niewielka bo wszystkie markery nowotworowe nie wskazywały na to.. Czekam z niecierpliwością, żeby już wszystko było jasne.. Jajowody w takim stanie, że nie ma szans ich udrożnić, pozwężane i pozlepiane co centymetr.. Zatem naturalnie w ciążę nie zajdę nigdy:(
Mój stan psychiczny dobry.. Czasem się zasmucę, czasem puszczę łezkę, ale jest to bardziej łezka tesknoty, bezsilności, albo poczucia niesprawiedliwości - kolejna ciąża w okolicy (czwarte dziecko, nie moglibyśmy się podzielić, oni trzy a my jedno?) Obmyślam co dalej..
IN VITRO
Chciałabym spróbować jeszcze raz lub dwa.. Ale jedna próba to minimum 15 tysięcy (leki + procedura) i szanse są bardzo niewielkie.. Może że uda się pobrać jedną albo dwie komórki, a może mimo stymulacji jak dla konia nic z tego nie być.. Chciałabym wygrać w totka, wtedy byśmy spróbowali, a tak to niestety ta opcja dla nas odpada..
KOMÓRKA DAWCZYNI
Jest spora szansa na powodzenie.. Lekarz Nas zachęca.. Koszt samej procedury i jest szansa na więcej niż jeden zarodek.. A największy plus: to nadal jest genetycznie dziecko G.. Ja jestem w ciąży i nie zrobię nic, aby zaszkodzić naszemu Maleństwu..
ADOPCJA
Nie ponosimy żadnych kosztów, ale tak baaaaaaaardzo boję się procedury, obcej baby w moim domu i tego, że po jakimś czasie wyjdą jakieś choroby dziecka, choroby spowodowane zaniedbaniami w ciąży, zaniedbaniami, których ja bym nigdy nie popełniła.. Wszystkie inne konsekwencje adopcji mnie nie przerażają.. Wiem, że nawet nasze dziecko mogłoby wywijać jakieś numery i uważam, że bardzo dużo zależy od Nas, Naszego wychowania, to my kształtujemy to Maleństwo.. Charakterek może być trudny, ale znam kilka przykładów, ze ciężka praca rodziców przyniosła ogromne efekty.. Trzeba być tylko nieugiętym, zasady to zasady:)
Osobiście jestem najbliżej komórki dawczyni.. Ale to nie jest tylko moja decyzja.. Jesteśmy w tym razem i razem musimy podjąć decyzję.. A G. po operacji jest w dołku psychicznym i na razie nie chce rozmawiać.. Powiedziałam mu kilka moich wątpliwości i że jak będzie gotów na rozmowę ma do niej sam wrócić.. I doczekać się nie mogę kiedy to nastąpi:)
Cieszę się, że nadchodzi wiosna, oderwę się od myśli.. Wyjdę do ogrodu, nie wiem jeszcze jak wszystko ogarnę po operacji bo nie mogę dźwigać, ale sam fakt obserwowania moich kochanych roślin mnie cieszy:)
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 lutego 2017, 15:02
28 dc. 12 dpo.
Nienawidzę poniedziałków!!!
Koszmar w pracy, nic nie działało tak jak powinno... do tego musiałam dzwonić na policję, bo klient zamknął się w toalecie na ponad godzinę... Ja tu ku*wa pełna troski pomyślałam, że może ktoś się źle poczuł i potrzebuje pomocy... a tu dragi i strzykawki - taka niespodzianka w ch*j.
W minioną sobotę przyłapałam złodzieja na pakowaniu towaru do kieszeni. Nie na moje nerwy ta robota ostanio 
Temperatura zaczyna lecieć w dół.
Po piątkowej wizycie trochę mi się w głowie ułożyło i już przeszłam w fazę, że bardzo się cieszę.Maluszek ma całe 18mm, serduszko biło pięknie i Pani doktor bez problemu zgodziła się mnie umówić na cc do swojego kolegi, więc tym bardziej czuję ulgę.
w zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że moja kumpela poroniła
wiadomość ta mnie tak zbiła, że nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca ... jeszcze moja świadomość, że ( nie oszukujmy się) zazdrościłam jej stanu błogosławionego nie pomagała mi w tym wszystkim się odnaleźć ...
Wracając do naszych starań, to ten cykl jest jakiś taki niepewny. Zazwyczaj miałam cykle regularne, a tu poprzedni cykl się wydłużył, więc w tym ciężko było mi określić kiedy będzie owulacja, ale patrząc na swój wykres temperatur, chyba nam się udało trafić w owulkę
no nic teraz pozostaje czekać 
Wydarzenia 2óch ostatnich tygodni bardzo dużo dały mi do myślenia.
Przede wszystkim uświadomiły że powinnam tu wrócić i prowadzić obserwacje, żeby wiedzieć dokładnie jaki dziś dzień mamy moja droga? 
Odpuściłam sobie obserwacje i wykresiki bo w zasadzie przecież świat sie nie zawali..oczywiście, teraz wiem że może i by się nie zawalił ale życie mocno by się skomplikowało pod względem organizacyjnym.
Jestem sama jedna we Włoszech, nie mam żadnej pomocy, moja rodzina mieszka w Polsce a ze strony męża nie ma nikogo kto mógłby mi pomóc przy noworodku.
Niestety.
W otoczeniu wszystkich ciąż przyjaciółek przemknęła i owszem mi myśl,że moze ja bym też chciała..?
Teraz już wiem. Nie mogę sobie pozwolić na 3cie dziecko..
Mój czas minął.
Robek zdał egzamin śpiewająco, poradził sobie z tą całą sytuacją lepiej niż ja.
I mimo że nie ćwierka codziennie na gałęzi wszelkim i wobec że mnie kocha jak słońce na niebie to wiem ,że na tego faceta zawsze mogę liczyć i jest w stanie mnie wyrwać za nogę z najgłebszego nawet dołu.
To dla kobiety bardzo dużo.
Ja sama zmierzyłam sie z samą sobą, kolejny raz stanełam z moimi lękami twarzą w twarz.Trochę przegranych bitew ale wojnę wygrałam.
Wiem już, że żadnych tabletek po, przed i w trakcie nie wzięłabym do paszczy..
To nie jest rozwiązanie w moim przypadku.
Nie przerwałabym nigdy ciąży.
Wiem,że gdyby się okazało że jednak zaskoczyłam - od razu pokochałabym to dziecko.
Od razu. Te dwie kreski..jak tylko wstałabym z podłogi.
Miłość i optymizm zalałyby od razu me serce gdybym zobaczyła je na monitorze usg.
Brałam już kwas foliowy by w razie czego cewka nerwowa rozwinęła się prawidłowo.
Tymczasem cieszę się z obrotu spraw.
Nabieram wiatru w skrzydła... a dokładnie w skrzydełka 
Nie wiem,jak zacząć ten wpis...brakuje mi słów i sił,czuję się jakby mi ktoś znowu dał w pysk...
Powtórzyłam betę i spier...ła do 0,45,więc odstawiam luteinę i czekam na @
Zrobiłam też progesteron,estriadol i homocysteinę...i tu wynik progesteronu powalająco -zadziwiający!!!przy braniu przez cały czas od owulacji do dziś luteiny w dawce 300mg wynik następujący:
progesteron 7,29 !!!
estriadol 34
czyżby luteina na mnie nie działała???czyżby tak mega szybko spadał mi progesteron i tutaj była przyczyna związana z zagnieżdżaniem zarodka???
homocysteina 6,81umol/l - czyli ok,kwas foliowy jest przyswajany...chyba?
Napisałam do mojej ginekolog,czekam na info...nie wiem gdzie i czego szukać,czy mam jeszcze szansę???
W sumie juz prawie 3 tygodnie po porodzie ale chyba w końcu moge napisac moj opis porodu póki go dobrze pamietam...
Oczywiscie bylam nastawiona ze bede rodzic dopiero 22 lutego wiec jak codzien rano lezalam sobie po sniadaniu czekalam na ktg i ogladalam nowy odcinek na wspolnej na telefonie. Przyszla do mnie tak po 9 Pani internistka i mówi, ze z dobowej zbiórki moczu wyszlo mi bialko i że bedziemy rozwiazywac ciaze wczesniej, mówie ok spoko i z racji tego ze ona juz mi kilka razy sugerowala ze bedzie wczesniej ciecie i nic z tego nie wynikalo bo ginekolodzy i tak swoje wiedzieli to juz sie odwracalam na drugi bok i wkladalam sluchawki do uszu a ona jeszcze mowi - to prosze dzis juz nic nie jesc. I wtedy ja szok, ze jak to, to bedzie dzis? a ona ze tak i ze jeszcze lekarz do mnie przyjdzie.
Tak jej uwierzylam powiedzmy na 50% nie dzwonilam do nikogo grzecznie czekalam na lekarza ktory zjawil sie z pol godziny pozniej i wszystko potwierdzil. Spytal tylko o ktorej jadlam sniadanie i ze trzeba 4 godziny odczekac czyli ciecie ok 12-13. No to zadzwonilam do meza zeby sie zbieral, ja popakowalam rzeczy, zwiazalam wlosy i polozne zaprowadzily mnie na poloznictwo na sale przygotowawcza. Tam dostalam seksi pizamke do porodu, jakis plyn ktorym mialam sie cala umyc, zalozyli mi welfon, pobrali krew na badania i potem byla lewatywka, po lewatywce kupka, umylam sie poraz kolejny i polozyli mnie do lozka podpieli oxy i sie zaczela jazda. Dostalam silnych skorczy i strasznego parcia na stolec, wolam polozna ze musze do wc zeby mnie z tego odpiela i sory za opis jak myslalam ze po lewatywie wszystko ze mnie poszlo to po tej oxy przy skorczach chyba z najdalszych czelusci moich jelit z calego zycia sie oczyscilam. Polozne tylko pukaly do mnie czy zyje i zebym nie parla przypadkiem bo ze zaraz urodze jeszcze do tej muszli. Jakis hardkor to byl. Wykapalam sie poraz trzeci i dostalam kroplowke do konca. Potem przyszedl lekarz ze mozemy jechac. Anestezjolog mi wszystko wytlumaczyl, ze nie bede czuc bolu, ale bede czuc wszystko, szarpanie wyciaganie itd, oczywiscie nie wiedzialam ze tak bedzie i bylam mocno zdziwiona, potem zastrzyk w kregoslup, nie wspominam za dobrze nie zbyt to bylo przyjemne, potem jeszcze psikala mnie woda anestezjolog po rece, po szyi ze czuje zimne a po nogach ze tylko czuje mokre. Cewnik mialam zakladany juz na znieczuleniu.
Postawili zaslonke i rzeczywiscie czulam wszystko jak ich wyciagaja jak klada na mnie. Pierwszy wyszedl Franek darł się jak szalony taka mial pare
A potem Antek, pielegniarki ich owinely i potem po kolei dali mi ich kolo twarzy do ucalowania. Ja bylam w takim szoku chyba ze nic nie moglam powiedziec chyba tez ze wzruszenia.
Dzieciaczki zabrali pokazac tacie i u mnie zaczelo sie szycie... ale tylko slyszalam "krwawi", "dalej krwawi" "podac wacik" "wyciagamy" "robimy petelke" mialam lekki krwotok z otrzewnej. Lekarz tez mi sie pytal czy mialam problem z zajsciem w ciaze bo jajniki mam zmasakrowane. W koncu mnie zszyli i potem jeszcze lekarz wymyslil ze mi usunie przy okazji brodawke ktora mialam troche wyzej nad cieciem. Nie wiem co mu sie ubzduralo, ale juz mi bylo wszystko jedno, mowie ze jak mu sie nie podoba to zeby wycial :p
Za chwile przelozyli mnie juz na lozko i zawiezli na sale obserwacyjna na dwie godziny a potem na pooperacyjna na ktorej spedzilam tydzien...
Rano dzwonili z kliniki. Dr Czerwińska się pochorowała i musieli mi zmienić termin inseminacji na 9.30
Wpadłam w panikę ponieważ miałam zrobić zastrzyk na 24h przed IUI. A była już 10.00 Więc galopem po zastrzyk (dobrze, że miałam go ze sobą) i pach. Więc nie miałam czasu na strach
Chwile po zastrzyku zadzwonili znowu z kliniki, że dr Czerwinska jednak będzie i mogę przyjechać na 15
Ale zostałam już przy tej porannej godzinie. Dariuszowi również bardziej pasuje. Niestety, da wszystko co najlepsze z siebie (
) i musi jechać. Oczywiście martwię się, że będę sama wracac po IUI i wlewie, ale coż. Takie życie wybraliśmy.
Gdyby udała się ta IUI, to rozwiązanie planowane byłoby a jakieś 27.11. Darko urodziny ma 19.11
Może byłby to najpiękniejszy prezent 
Sama nie wiem czego szukam w pisaniu tego pamiętnika. Od stycznia staramy się zajść i nie wychodzi. W sumie, to było do przewidzenia,skoro matura przyszła z łatwością, podobnie zdanie prawka,licencjat,magisterska oraz raczej bezproblemowe znalezienie pracy, to czemu i w kwestii dziecka miałoby tak być?
Jestem niecierpliwym człowiekiem, boję się, że to mnie zgubi.
Boję się, że za bardzo jestem już nakręcona tym staraniem i coś się przyblokowało.
Boję się, że coś ze mną jest nie tak.
Po 2 zaledwie dwóch miesiącach porządnych starań w rozmowach pojawia się słowo "adopcja".
Zdecydowanie, brakuje mi dobrostanu psychofizycznego.
https://www.facebook.com/mamaginekolog/photos/a.646199685539295.1073741827.646192435540020/672688702890393/?type=3&theater
"Nie wiem czy to jest dobry czy zły moment na post o poronieniu, zważając na moje doświadczenia w ostatnich dniach.
Jak każda kobieta szukałam powodu, przyczyny. Może jedyna różnica jest taka, że nie czytałam forów internetowych a opracowania naukowe. Wydaje mi się, że ta lektura mi pomogła- dlatego chce się z wami podzielić jak sama sobie – usystematyzowałam w głowie temat poronienia. Celem tego postu jest uświadomienie kobiet, że to nie wasza –nie nasza- wina.
Trudno jest ocenić jak częste są poronienia, co zródło to nieco inne dane. Istnieje coś takiego jak poronienie o którym nawet nie wiemy, czyli ciąża która kończy się zanim kobieta zdarzy zrobić test ciążowy. Nie wie, ze była w ciąży, dostaje miesiączkę i nie ma pojęcia, ze właśnie w tej miesiączce były zalążki nowego życia. Takie poronienia to podobno aż 50% ciąż. Liczba ogromna, jednak w tym poście nie chce, się na tych sytuacjach skupiać.
Pomiędzy momentem kiedy kobieta, się dowie o ciąży a 12 tygodniem- do poronienia dojdzie u 10-20% kobiet. Istnieją dwa przełomowe momenty- pierwszy i najbardziej znaczący to pojawienie się akcji serca (FHR – fetal heart rate) – wtedy ryzyko poronienia z dnia na dzień staje się przynajmniej o połowę niższe. Czynność serca pojawia się pomiędzy skończonym 5 a 6 tygodniem. Kiedy zarodek ma 3 do 5 mm. Początkowo czynność serca jest podobna do czynności serca mamy i wynosi 80 uderzeń na minutę, z każdym dniem FHR przybiera na prędkości i ok 10 tygodnia jest najwyższe ok 170 uderzeń na minutę. Dlaczego o tym piszę, ponieważ opracowania naukowe mówią jednoznacznie, że bradykadia (czyli zwolnione bicie serca) w tym okresie jest czynnikiem bardzo źle rokującym. Nie znaczy to jednak niestety, że jeżeli serduszko bije prawidłowo, to poronienie nam się nie przydarzy.
Kolejnym przełomowym momentem jest moment po badaniu USG pomiędzy 11-13 tygodniem- uważa się, że jeżeli nie rozpoznamy w tym badaniu odchyleń od normy lub wad to ryzyko poronienia staje się najniższe w całej ciąży i wynosi ok 1%. O poronieniu mówimy do 20(22) tygodnia ciąży, po tym momencie jeżeli ciąża się przedwcześnie zakończy nazywamy to porodem przedwczesnym.
Poronienia mogą mieć bardzo różne rodzaje- ale zasadniczo możemy je podzielić na trzy typy. Poronienie samoistne- kiedy kobieta zaczyna krwawić i roni w postaci obfitej miesiączki. Poronienie niezupełne- kiedy poronienie samoistnie się rozpoczyna ale nie może się w pełni dokonać bez pomocy lekarskiej.
Poronienie zatrzymane- kiedy kobieta dowiaduje się dopiero na USG, że ciąża obumarła, mimo, że jej organizm mógł nie dawać żadnych oznak, tego że ciąża przestała się rozwijać. Taka sytuacja według literatury jest w ok 2% ciąż- z mojego osobistego doświadczenia w pracy wydaje mi się, że jest to częściej. (Opowiem wam o tym kiedy indziej bo i tak brakuje mi już znaków w tym poście- a była by to kolejna dygresja)
Także o tym jakie są dalsze postępowania napiszę, kiedy indziej. Dziś chciałabym się skupić na przyczynach poronień.
Wydaje mi się, że każda kobieta która przechodzi to bardzo nieprzyjemne doświadczenie jakim jest poronienie, dodatkowo zaczyna obwiniać siebie, zaczyna myślec co zrobiła źle. Taki jest nasz naturalny ludzki odruch. Chcemy wiedzieć dlaczego. Już jako dzieci rodzice nas uczą związków przyczynowo-skutkowych. Bolą nas paluszki bo przytrzasnęliśmy je sobie w szafce, a mama mówiła, żeby nie bawić się szufladą. Dostaliśmy jedynkę z matematyki, bo zamiast uczyć się do klasówki graliśmy w grę na komputerze. Mieliśmy stłuczkę, bo zachowaliśmy za mały odstęp i nie zdążyliśmy wyhamować.
Co zatem zrobiłyśmy źle, że poroniłyśmy? Czy to pytanie nie wydaje się naturalne?
Według badań ponad 60% osób wierzy, że poronienie może nastąpić po podniesieniu ciężkiego przedmiotu. Ponad 70% wierzy, że stres powoduje poronienie. Nie jest to prawda, świadczą o tym bardzo ciekawe badania wykonane w Izraelu- gdzie pokazano, że nawet ogromny przewlekły codzienny stres związany z realnym zagrożeniem życia, tylko o jeden punkt procentowy zwiększa ryzyko poronienia.
A ile kobiet wierzy, że wysiłek fizyczny powoduje poronienie, ile wierzy, że przepracowanie, ile wierzy,że ta jedna kawa którą wypiły, albo ten kęs sera pleśniowego którego nie zauważyły w sałatce, ile wierzy że podróż samolotem, ile wierzy że to właśnie stosunek płciowy z mężem kilka dni wcześniej, ile wierzy że noszenie starszego dziecka na rękach- było przyczyną – statystyk na to nie znalazłam, ale myślę, że były by one podobne.
ŻADNA z tych sytuacji nie powoduje poronienia. Co zatem jest przyczyną poronienia? W 60% przypadków (i jest to dobrze udokumentowane medycznie) powodem jest wada chromosomalna – nie wynikająca z wady u rodziców, tylko powstająca z niezależnych od nas powodów podczas powstawania gamet (jajeczka i plemników – choć zdecydowanie częściej wady te powstają po stronie kobiety i ich częstość wzrasta wraz z wiekiem matki). Kolejna 20% poronień spowodowane jest innymi wadami genetycznymi, które nie wychodzą w klasycznym badaniu chromosomów. Pozostaje nam 20% przyczyn- do tej grupy możemy zaliczyć – zaburzenia hormonalne np. niewyrównane (!) choroby tarczycy – prawidłowo leczona choroba tarczycy nie jest przyczyną poronienia, silne urazy brzucha, infekcje (np. Kiła, chlamydia, ureoplasma, toksoplazmoza, cytomegalia, zwykła grzybica pochwy nie będzie przyczyną poronienia), zaburzenia krzepnięcia, czynniki środowiskowe – i tu uwaga – oto będą rzeczy na które rzeczywiście mamy wpływ – palenie papierosów, spożywanie alkoholu, używanie niedozwolonych leków lub narkotyków, kontakt z toksynami w pracy, kontakt z promieniowaniem jonizującym (RTG, terapie nuklearne)– mogą spowodować poronienie. Ale i to jest bardzo ważne- wszystkie te przyczyny, będą miały znacznie PO terminie spóźnionej miesiączki.
Wniosek powinien być taki – jeżeli nie paliłyście, nie piłyście alkoholu, nie brałyście zabronionych substancji, nie miałyście kontaktu z szkodliwymi czynnikami toksycznymi oraz– byłyście u ginekologa na rutynowej wizycie w której zlecił badania laboratoryjne- wykluczające zdecydowaną większość wtórnych przyczyn poronień, to NIE zrobiłyście NIC źle- po prostu wasze dzieciątko, wasz zarodek- był chory i natura wiedziała, że nie da sobie rady.
Na koniec chce dodać, że jest to post dla kobiet z jednym lub dwoma poronieniami- przy trzecim poronieniu, dopiero powinniśmy doszukiwać się wtórnych przyczyn."
22 dc, 3 dpo
Już trzeci dzień, bo piszę to po północy 
Po wizycie wszystko w porządku. Pomimo niskiej tempki, która mogła też być spowodowana niewyspaniem-owu była!
"Zyklus läuft bei mir,alles wunderbar" 
Zobaczymy za 10 dni czy takie wunderbar 
Cycuchy bolą już od 3 dni. Od owulacji? Czytałam że też tak jest, choć ja nigdy tak nie miałam. Ból nieduży ale czuć.
Pozna zmiana w pracy. Na szczęście tylko 3 x i wolne.
Ruszam dupkę i będę coś tu ogarniać, żeby równo o 2:00 zamknąć i przytulić się do śpiącego męża 
Dieta przerwana po trzech tygodniach. Była super dobroczynna dla mojego organizmu. Schudłam 10 kg. Gdybym schudła jeszcze 6 to wróciłabym do figury z liceum
Na pewno kiedyś podejmę się jeszcze raz tego wyzwania. Podczas diety nie czułam głodu, nie miałam potrzeby pochłaniania cukrów, nie robiły na mnie już wrażenia ciasteczka. Czy pomogłam sobie i jajnikowi? Nie wiem, czasem pobolewa. Za kilka dni a może już jutro okres taki prawdziwy, pierwszy po pigułkach. Boje się. W ciążę nie udało się zajść w pierwszym cyklu po odstawieniu, czuje to
Dziś temperatura spadła.Nie wydaje mi się żeby dieta wpłynęła jakoś znacznie na torbiel. Poza tym za krótko, to potrzeba 6 tyg na efekty. No coż, tabletki odstawione, samopoczucie i kondycja po diecie rewelacja, więc mąż na badanko nasienia i działamy dalej.
Wiadomość wyedytowana przez autora 7 września 2017, 12:28
28cs z OF, 11dc
Nie było mnie tu przez chwilę. Stwierdziłam, że muszę zrobić sobie przerwę i złapać trochę oddechu po ponownej rozmowie z embriologiem, bo inaczej zwariuję... Tym razem miałam warunki, by swobodnie go o wszystko wypytać. Niestety wieści nie były za dobre. Okazuje się, że mam tendencję (duża część z uzyskanych dojrzałych komórek miała tę przypadłość) do gigantycznych ciałek kierunkowych przy komórkach, które tworzą jakby drugą komórkę i zupełnie ją dyskwalifikują do dalszego przetrwania. Podobno to może być przyczyną faktu, iż później zarodki się degenerują i nie dochodzi do zagnieżdżenia. Zrobiło mi się przykro. Okazuje się, że może u mnie występować jakaś wada genetyczna i zasugerował zbadanie kariotypów. Po tej rozmowie chciałam koniecznie coś zdziałać, ruszyć do przodu, myśli nie dawały mi spokoju. Pobiegłam więc zrobić badanie AMH, zapomniawszy zupełnie, że przecież miałam zaczekać do 2-3dc i sprawdzić, czy faktycznie to coś zmienia (tak gdzieniegdzie da się wyczytać) mimo, iż hormon ten ma być niezmienny w trakcie cyklu. Byłam już po punkcji, wiedziałabym więc jak wygląda moja obecna sytuacja i czy jest czas by podchodzić już teraz do transferu, przechodzić ciążę i karmienie (łącznie prawie 1.5 roku) czy też lepiej zrobić kolejną stymulację i nazbierać zarodków na poczet starań o 2 dziecko, póki moje komórki są jeszcze w sensownym stanie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wyniki pokazały iż moje AMH spadło niewiele. Cieszyliśmy się aż do czasu wizyty w klinice, łudząc się, że może jednak da radę zaczekać z następną turą zastrzyków. Niestety dowiedzieliśmy się tam, że zrobiłam badanie zbyt szybko. Aby wskazania były prawidłowe, należy zrobić przerwę ok. 4-6 tygodni od momentu punkcji, inaczej wyniki mogą być fałszywie zawyżone:/ Straciliśmy więc dopiero co nabyty optymizm. Razem z naszą lekarką zadecydowaliśmy, że kolejna stymulacja w obecnej sytuacji to najlepsze wyjście. Powiedziała jednak, że optymalnie będzie odczekać 3 miesiące i nazbierać komórek. Odwołałam więc umówiony ponowny scratching i czekamy... Druga stymulacja dopiero w okolicy połowy maja. Jeśli nie zrobimy świeżego transferu może się okazać, że z powodu lipcowego urlopu, który mamy już nie do odwołania, transfer odbędzie się dopiero w sierpniu. Nie chcemy ryzykować i w ewentualnym wczesnym okresie ciąży jeździć w upale oraz sporo chodzić jak to na urlopach mamy w zwyczaju... Wszystko zatem kolejny raz wymknęło się nam z wcześniejszych założeń... Na dniach idziemy zbadać kariotypy. Podobno na wyniki czeka się do 6 tygodni. Oby nie wykazały żadnych poważnych anomalii!
Wejście w życie ze 100% odpowiedzialnością za swoją rodzinę i nowy dom testuje moje nerwy coraz bardziej. Boże, why? Tak czy siak - zapraszam na "krótką" (hehe) historię o tym, że choćby walił się świat, to dziecię pozostaje największą radością życia.
Poniedziałek. Rano dostałam wyniki posiewu (ujemny), wyszło słońce a powietrze wypełniło się wiosną. To był koniec dobrych wieści. O 17.00 byliśmy umówieni na podpisanie umowy kredytowej. Nie pisałam, bo chciałam Wam tego oszczędzić, ale nie udało mi się nic lepszego wynegocjować, nawkurzałam się strasznie. Zostaliśmy więc przy pierwszym brzmieniu umowy. Pośrednik znowu zlamił, bo nie poinformował nas o tym, że na tą wizytę musimy mieć ze sobą na dzień dobry 5200zł i umówioną wizytę z notariuszem, najlepiej do jutra, bo jak nie, to trzeba będzie sporządzić aneks do umowy kredytowej przedłużający termin podpisania, za, bagatela, 300 zł. Lataliśmy jak za sraczką, żeby te pieniądze na szybko wyjąć z jednego konta i wpłacić na drugie. Spędziliśmy w banku dwie i pół godziny. Mąż twierdził, że ma emocje na wodzy, ale widziałam już, jak gniew niczym maseczka peel-off pomału ściąga mu twarz, a że rzadko go takiego widzę, to bałam się razy pięć. Po załatwieniu tego, co się dało, pojechaliśmy odebrać laktator z OLX. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że zachowuję się nierozsądnie, wydając tak wcześnie kasę na wyprawkę, w dodatku zaczynając od czegoś, być może, totalnie zbędnego, i to nie za dychę, tylko 18 dych. Zaciskam pięści i nie mogę spać do drugiej w nocy, wyobrażając sobie latające stówy, które wyfruwają mi z kieszeni i zaczynam myśleć, czy dam radę oszczędzić na... jedzeniu. Jest mi źle. W głowie mam wizję wykańczania mieszkania przez najbliższe x-dziesiąt lat i odmawianie dziecku pójścia do kina.
Wtorek rano. Szybka akcja, jadę z mężem do firmy, aby od niego ruszyć dalej do endokrynologa i przy okazji czatować na zielone światło u notariusza. Jest światło! Spisze nam akt na 14.00, muszę tylko zawieźć mu papiery... na już. Kalkuluję, że mam godzinę na dojazd, obgadanie szczegółów i dojazd do lekarza. Wybiegam z językiem przy kostkach. Kluczyk w stacyjce, wzium, czuję adrenalinę i wyścig z czasem. Tuż po tym, jak ciężką nogą wciskam gaz i wrzucam wsteczny, a dokładnie w momencie, gdy pomyślałam, czy dobrze się rozejrzałam, słyszę JEB. Walnęłam w kogoś za mną. Nie ma czasu na szacowanie szkód, dzwonię do męża, by to sprawdził i jadę dalej, choć ciśnienie mam już podniesione do kwadratu. Drift po mieście, przyspieszone tętno. Staję. Bilet z parkometru, oszacowanie strat na tylnym zderzaku. Damn - cóż za piękna rysa. Rzucam głośno "kurwą", przepraszam za nią dzidzię i idę do notariusza. Przyjmuje mnie z uśmiechem na twarzy, okazuje się, że mam wszystkie papiery. Yey, czyżbyśmy mieli dać radę? I nagle mąż dzwoni. "Gościowi dwie małe ryski nabiłaś, zostawiłem kartkę. A notariusza zapytaj, czy może być 16:00, bo pośrednikowi od mieszkania nie pasuje 14:00". Bez pośrednika i jego podpisu nie ma aktu. Więc umawiamy się na jutro, a ja już widzę 300zł wyfruwające z kieszeni za nasz dzień spóźnienia. Biurokracja kontra my - 1:0. Staram się uspokoić i jadę do endo. U endo na całe szczęście dobrze. Tylko tym razem euthyrox 75 mam brać na zmianę z 88. Wjazd do apteki. Biorę euthyrox, jodid, vitaminer z kwasem foliowym i DHA. W razie wu biorę też nospę i sok z żurawiny na moje nieszczęsne siku. Myślę sobie, że przydałaby mi się kasetka na leki, bo tyle biorę tego dziadostwa, że już nie mogę zdzierżyć tych walających sie po domu opakowań. Biorę. Babka kasuje stówę. Coooo? Dopiero na rachunku widzę, że kasetka kosztowała 30zł. Ktoś ewidentnie robi sobie ze mnie jaja i myśli, że śpię na kasie. Wraca do mnie widok mojego wyprawkowego Excela, gdzie póki co mam zapisane same "pierdoły", jak koszule nocne, wkłady poporodowe, wkładki laktacyjne, majtki jednorazowe itp, i należność już robi się trzycyfrowa (gdzie tu foteliki i inne takie...) i życie staje mi przed oczami. Co ja sobie myślałam z tą ciążą? Powinnam chodzić do pracy i walić nadgodziny! Jestem przerażona wydawaniem całej wypłaty co do grosza, bez finansowego zabezpieczenia. A tu jeszcze dochodzi ktoś do wykarmienia... Co za skrajna nieodpowiedzialność! Aaa, no tak. O 18:20 mamy jeszcze połówkowe. Za 170zł (niestety moja ginekolog ma za słabe usg i musimy tam). Wybiłam sobie z głowy usg 3D, trudno. Naoglądam się dzieciaka w trójwymiarze po porodzie, a za zaoszczędzone pieniądze kupię sobie może dużo czekolady za ten stres, który przechodzę.
Wtorek po południu. Mijam matkę, która rzuca mi coraz to "lepsze" propozycje imion. Mówię, że żadne absolutnie nie - sama nie wiem, czy dlatego, że mi się serio nie podoba, czy z przekory. Słyszę w zamian, że wszystko, byle nie Miłosz, bo, tfu!, pedalskie. Pytam się jej setny raz, po cholerę mi gada takie rzeczy. "Ach tak? Nie mam prawa do własnego zdania? Każdy może mieć swoje i je wygłaszać, a ja nie?". Jak mam powiedzieć ponad 50-letniej kobiecie, że dobre wychowanie nakazywałoby powstrzymać się z głoszeniem opinii za każdym razem, gdy Ci ją ślina na język ciśnie, bo jeszcze możesz komuś zajść za skórę, obrazić go albo po prostu go to nie obchodzi (w złym przypadku - wszystko naraz)? Jasna dupa, ja ją mam uczyć życia? Jestem o połowę młodsza!
Wtorek wieczorem, chwilę przed badaniem. Dzwoni koleś od auta. Całe szczęście - pokojowo nastawiony. Rozliczmy się, ale kasa pójdzie z ubezpieczenia. Uuuf! Chociaż tyle.
Wtorek wieczorem. Badanie.
… no i co ja Wam mam mówić? Wszystkie ostatnie badania od dłuższego czasu wyglądają śpiewająco! Nie inaczej z dzisiejszymi. Wszystko w normie, wszystko pięknie, wszystko gra i furczy. Normalnie całe napięcie mi zeszło. Ta istota to mój promyczek słońca, który przedziera się przez chmury i grzeje mi twarz, przeganiając zimę. Ach, i płeć! To już oficjalne - widzieliśmy narządy, daruję sobie zdjęcia. It's a girl!
Jak już człowiek wie przedtem, to jakoś tak lżej. Rodzina oszalała.
No i zaskoczenie dnia. Pani doktor zrobiła nam portrecik. Od razu się spięłam i powiedziałam, że my nie przyszliśmy na 3D. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała: "Proszę Pani - ja to robię codziennie od lat, ale mnie to niezmiennie fascynuje, kocham moją pracę i to zdjęcie to prezent, proszę mi nie odmawiać przyjemności!". No i mamy...
… Naszą Córeczkę!

Wiadomość wyedytowana przez autora 6 lipca 2017, 17:04
Mogłabym zmienić pracę na lepiej płatną i bliżej domu, ale w styczniu może będzie in vitro. Sytuacja bez wyjścia.
31 dc, 14 dpo.
@ jeszcze nie przyszła, chociaż całym ciałem czuję, że jest tuż za rogiem. O dziwo po Castagnusie i Dostinexie tempka spada bardzo powoli, ale jak na mnie wciąż utrzymuje się wysoka. Ostatnie dni: 36,72, 36,68, a dzisiaj 36,64. Podstawową mam 36,2 - 36,3.
Humory też mam straszne, wczoraj wieczorem już mnie wzięło na płacz, że nigdy się nie uda. Mąż mnie pocieszał, że sama sobie szkodzę tymi nerwami, ale łatwo się mówi.
Dzisiaj rano już pękłam i zrobiłam test ciążowy, jakiś z internetu, który dostałam gratisem przy testach owulacyjnych, no bo w sumie ovu zaznaczył na wykresie, że dziś planowany termin @. Spojrzałam po sekundzie no i biało, bo czego ja się spodziewałam. Wrzuciłam do kosza, wykąpałam się i po 15 minutach spojrzałam jeszcze raz, w sumie nie wiem po co... dojrzałam cień cienia. Na opakowaniu krótka informacja: "odczytaj wynik po 5 minutach", więc ten mój cień to już po prostu błąd testu bo czas minął.
Ehhh fajnie było marzyć, mimo wszystko cieszę się, że II faza cyklu tak mi się wydłużyła po lekach. Wcześniej trwała 11 dni i w związku z podwyższoną prolaktyną gin podejrzewała niewydolność ciałka żółtego.
Moja decyzja zapadła kilkanaście dni temu – laparoskopia jak najszybciej. Ginekolog się zgodził. Niby wszystko pewne. A jak się okazało… jednak nie do końca. --> Przygotowania do szpitala
wczoraj pobudka 5:15, bo byliśmy w Łodzi na drugim szczepieniu. ten ból w momencie wkłuć pod skórę (6szt) jest potworny, chyba było gorzej niż za pierwszym razem bo wtedy nie wiedziałam, że będzie tak boleć i była nieświadomka. w gabinecie się trzymałam, ale jak wsiadłam to auta to się rozwyłam. chyba nie tylko na ten ból ale na to wszystko co z naszym leczenie związane.. na szczęście minuta i po płaczu, poduszkę pod ręce położył mi mężuś,okular na nos włożyłam, bo było piękne wiosenne słońce i pojechaliśmy do domu.
niestety pod wieczór dostałam @. więc ból od szczepień i od @ się pokrył. całą noc zdychałam bo wolałam po szczepieniach nie brać tabsów przeciwbólowych, ale chyba już będzie lepiej. najgorsza pierwsza doba @.
za parę dni zaczynam drugie opakowanie antyków, potem wizyta w klinice, potem 22.03 kontrolne badanie i dowiemy się, czy szczepienia podniosły poziom allo mlr. potem histero i jeśli allo mlr będzie ładne i histero ok, to w kolejnym cyklu bierzemy dzieciaczka?dzieciaczki? mam dylemat czy brać jeden zarodek czy dwa. dwa zwiększają szansę, ale przy problemach immuno nie wiem czy nie lepiej brać osobno? będę nad tym myśleć intensywnie w tym mcu (Lipa kochana, pamiętam o Twojej radzie i dwóch tej samej klasy zarodkach..)
z rzeczy pozastaraniowych to jestem z nas (najbardziej z męża, że od grudnia nie odpuszcza) dumna
ćwiczymy, chodzimy na siłownię, biegamy, mąż ma rozpisane treningi i dietę i widać postępy. efekty - spadek wagi, przyrost masy mięśniowej, ujędrnianie ciałek, duuużo energii, fajna forma spędzania czasu i mega odstresowywacz
więc rok 2017 na pewno będzie w formie
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.