Ciąża zakończona 7.04 10t0d
Poronienie chybione rozpoznane w 7t6d , rozwój zatrzymał się ok 6t4d.
Indukcja porodu w szpitalu i łyżeczkowanie,
Brak jakikolwiek objawów poronienia, zero bólu , plamien itd
Oddaliśmy zarodek do badań genetycznych i zawieszamy starania o dziecko na ok rok.
39 dc, 12 dpo.
Obudziłam się z minimalnym plamieniem, ale temp. wysoko, piersi dalej bolą. Test negatywny. Po pracy pojechałam na betę. Wynik bardzo szybko, po godzinie. Ale niestety negatywny 0,100. Koniec wiary w dziecko w 2017 r.
Kolejne 3 cykle z aromkiem, może wtedy coś ruszy.
Nie moze Byc u nas nudno...miasto zapowiedzialo likwidacje grup przedszkolnych niestety nasze przedszkole tez to dotyka...mimo ze w trakcie rekrutacji juz mamy nabor pelny na kolejny rok...mam tylkoe nadzieje ze Jedna babeczka zdecyduje sie na emeryture-wtedy utzrymam sie w pracy...
ale mimo wszystko z walki nie rezygnuje najwyzej sie pozapzyczam trudno narbie dlugow-pozniej bede sie martwic jak je slplacic:D
Jutro jade na monitoring...zobaczymy czy po stymuacji ruszyl ten moj prawy jajnik:D jesli tak podejdziemy do IUI (ile razy juz mowilam ze do ostatniej ale tym razem mysle ze bedzie ostatnia)pozniej juz in vitro...
trzymajcie kciuki
Ręce mi opadaja tekst teeciowej,, idz na impreze pość się a moj syn wychowa" ( ...) myślałam że jak powiemy im o problemie to bedzie wspolczucie i jakas pomoc a nie zaczęło się dopierdalanie...
Czas przestać odwiedzać tesciów;/
10 dzień cyklu.
Dawno mnie tu nie było... Ale w skrócie: od stycznia bardzo intensywnie pracuję, wyrabiam bardzo dużo nadgodzin i dosłownie nie mam czasu na życie prywatne. Moje poświęcenie się opłaciło, ponieważ dostanę bardzo wysoką premię i podwyżkę. Jeszcze nie wiem ile dokładnie, ale podobno będę zadowolona. W każdym razie mam za sobą bardzo intensywny okres, mam nadzieję, że z końcem marca wszystko już wróci do normy.
Co do mojej tarczycy - ostatnio endokrynolog zalecił przyjmowanie codziennie 50 mg Euthyroxu (miesiąc temu TSH było na poziomie 2,14). Dziś powtórzyłam badania i chyba udało się dobić do właściwego wyniku - 1,08.
Także naszła mnie teraz refleksja, że ten cykl daje mi większe nadzieje. Jeżeli nam się nie powiedzie, poproszę Męża o powtórzenie badań i poszukamy dalej.
Za miesiąc moje urodziny - 30te. Bardzo chciałam zajść w ciążę przed 30tką, jakby to była jakaś magiczna data. Dziś wiem, że to już nierealne, postaram się wreszcie odrzucić cały ten stres na bok i zacząć myśleć pozytywnie.
Do następnego wpisu drogie Staraczki.
No wiec kolejny dzien za nami 
Dzis juz naprawde byla wiosna
bardzo cieplutko bylo. Kolejny spacerek po podworku zaliczony 

Moja kochana 
A tu moj Ksiaze 




Wiadomość wyedytowana przez autora 24 marca 2017, 19:28
jak ja tu dawno nie pisałam...
Po krótce, po 3 ms brania encortonu robilam ponowne ANA I antykoagulant tocznia i ku mojemu i lekarki zdumieniu moj wynik 1;2560..skierowanie na reumatolgie, tygodniowy pobyt, mnostwo badan i... Plaquenil codziennie po tabletce, wiec biore go...w czerwcu mam powtorke badan....
Wszyscy mówili: czas goi rany...nie goi..ale jest inaczej, moze troche latwiej, moze czesciej sie smieję...ale gdzies tam na serca dnie, jest ten ukryty ból ktorego nie potrafie zagłuszyć...chyba tak juz zawsze będzie...
co do staran-BRAK- na razie nie mozemy, a wlasciwie to moglibysmy ale znalazlam prace, a poza tym strasznie się boję... To taka moja paranoja...bardzo pragnę miec kolejne dziecko ale jednoczesnie cholernie sie boje i nie potrafię przezwyciężyc poki co tego mojego strachu...
No i kolejny dzień rozterek i obrót sprawy o 180° ... Byłam na kolejnych badaniach u profesora we Wrocławiu ... rzucał mięsem ze ho ho ...
namawiał na usunięcie miesniakow laporoskopowo , jeden jest paskudny i mógł korzystać z ciąży karmił się nią i wywołał przedwczesny poród ... drugiego mięśniaka wyskrobia ... no nic zarejestrowalam sie...termin mam 24 kwiecień i strach nie do ogarnięcia ale mnie przekonał i mu ufam ...
Drugi z kolei mnie zjechał dlaczego tak długo czekałam z ciaza
i powiedział ze sytuacja u mnie jest baaardzo trudna ale nie beznadziejna , szkoda tylko że dziewczyny nie słuchają ginekologów stwierdził i życzy mi jak najlepiej 
No jestem w rozsypce ale teraz wiem ze juz zrobiłam wszystko i straciłam resztę sił na cokolwiek , więcej nie będę NIC ROBIĆ.Moze tak ma być ...
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 marca 2017, 19:45
34t1d

Magiczna granica przekroczona. Wczorajsza wizyta - najgorsza w historii moich wizyt ciążowych u tego gina. Pobrał GBSa, zbadał ręcznie i posłuchał serduszka Izy. Więc nie wiem nic!! Nie wiem czy szyjka się nie skróciła przypadkiem, nie wiem czy Iza rośnie prawidłowo, czy stan wód jest ok, czy wszystkie przepływy są jak trzeba. Wiem tylko, że szew trzyma. No i bomba. Szkoda, że z Zosią na tym etapie byłam w szpitalu bo wód było na granicy małowodzia, a za chwilę się okazało, że łożysko dojrzałe, jakieś zwapnienia i się nawet zastanawiał, czy nie rozwiązać wcześniej ciąży, ale nie zdążył, bo sama się rozwiązała ;)No i nawet skierowania nie dostałam na zdjęcie szwu, bo dostanę... na następnej wizycie!!! O szalony, nawet coś o 38tc przebąknął, ale powiedziałam, że nie ma opcji. Ja pierdziu, szyjka nie trzyma, skurcze pojawiają się seriami już od 31tc (a twardnienia brzucha to już nawet nie wspomnę), a on chce żebym do 38 tygodnia zaszyta biegała! Gdzie moja upragniona wolność na końcówkę ciąży?? No i tym sposobem jestem umówiona na 36t6d i wtedy dostanę skierowanie. Jupikajej, tuż przed świętami. W szpitalu pewnie będą mnie po stopach całować
I jeszcze mówi do mnie "jak pani chce można odstawić wszystkie leki". Taaaak. Bardzo chcę zacząć rodzić wciąż zaszyta. Nie wiem, może to, że siedziała ze mną w gabinecie Zosia tak na niego wpłynęło (a była grzeczna, po prostu siedziała i co chwilę dopytywała "co robisz mamusiu
") na pewno wpłynęło to na mnie, bo się nie upomniałam o swoje nie chcąc zbytnio przeciągać. No i jestem zła. I na niego i na siebie. No nic to, Iza siedź teraz grzecznie jeszcze 19 dni, zdrowa tam bądź, nawet się nie waż za mało przybrać i jakoś damy radę 
Byłyśmy u bliźniaków wczoraj i chyba nam sprzedali jednak wirusa, bo Zosia ma katar
A intuicja mówiła "nie leź tam" to żem polazła żeby dziecko miało jakąś rozrywkę. No, to teraz mamy rozrywkę podwójną
I jeszcze lipomal nam się skończył, muszę jutro dokupić.
A dzisiaj Zosia była na swojej pierwszej wizycie u dentysty
Była absolutnie zachwycona. Pani dentystka się z powołaniem minęła, bo powinna chyba przedszkolanką zostać. Wszystko jej opowiedziała, dała dotknąć, użyć, założyć rękawiczkę, zrobiły z rękawiczki koguta, no magia. Zosia grzecznie współpracowała, ząbki mają się dobrze, tylko jedynki są bardzo ciasno i trzeba dokładniej myć, bo może się zrobić próchnica. Także od jutra już nie ma przebacz i "siama siama", mama będzie szorować zębiszcza.
Oczywiście drzemki nie było, mimo, że ją wybiegałam na placu zabaw. Za to już drugi raz zapomniałam jej dać obiad!! I dostała dopiero na kolację... No i poszła spać wcześniej, bo już super zmęczona była biedna. Niech śpi jak najdłużej, może jutro stan noska się poprawi.
Nie wiem jak wygląda w sumie katar u innych dzieci takich małych, u nas jeden albo 2 pierwsze dni najczęściej wyglądają tak, że nie leci jej z nosa tak po prostu. Nieeeee, to by się przecież dało odciągnąć i zablokować kroplami. Nie. Nie można odciągnąć niemal nic, krople nic nie dają, a każde kichnięcie to potop. Więc przynajmniej ze 20 razy na godzinę jest wielkie "apsik" jeszcze większe mentalne "kurwamaćjapierdolę" matki i lecę wycierać z gili dziecko i okolice. No i zazwyczaj budzi się w nocy często niestety. Teraz i tak już długo nie było katarku, więc nie mam co narzekać. Najtragiczniejsza tragedia będzie jak będą dwie i będą się zarażać nawzajem. Chyba na psychotropach będę biegać 
Jutro przychodzi moja matka, mąż ma nadgodziny, w poniedziałek wraca teściowa. Aaaa, chyba nie pisałam, mój stary sobie połamał palce u ręki, bo spadła na niego maszyna w pracy. Ten to wiecznie poobijany, pokrojony, poucinany, ja nie wiem jak on dożył swojego wieku
A przy okazji wszystkie moje zaskórniaki poszły w piździet, bo pieseczek nam się znów pochorował i gdybyśmy my nie rzucili kasą to by zdechł, bo babcia akurat przed emeryturą, a teściowa ewidentnie miała w d... bo nawet nic się nie odezwała że psu coś jest. Dzień po tym jak wyjechała przyszła babcia poprosić o kasę na leki dla psa. Na następny dzień pies nic nie chciał już jeść ani pić i na kolejny dzień mąż poleciał z nim do weta. I co 315zł pooooszłoooo. Ale pies ma się lepiej. Chociaż tyle dobrze.
No to co, 41 dni do terminu, 20 do ściągnięcia szwu, jakby nie patrzył już bliżej niż dalej, 14 dni do urodzin Zosi, 16 dni do imprezy. Opłatki przyszły, teraz brakuje już tylko... całej reszty
Jeszcze 6 dni i będę wiedziała czy na tym etapie jest wszystko dobrze, a później znając mnie znów będę się martwiła. Cieszę się, ze idzie wiosna i robi sie cieplej.
Smucę się, bo wiem, że moja córeczka byłaby juz ze mną na tym świecie, a tak jej duszyczka gdzieś bładzi i nie wiem gdzie. To najgorszy czas.
Wizyta u lekarza.. Pani z rejestracji chyba z cztery razy zapytała mnie czy zakładamy kartę ciąży.. Wchodzę na wizytę, mówię, że po ćwiczeniach bolał mnie brzuch, że pojawiło się plamienie.. Doktor zapytał o dzień cyklu i czy test ciążowy robiłam? Że co? W takiej sytuacji on pyta mnie o test.. Odpowiedziałam, że to przecież niemożliwe, a on na to, że w tym gabinecie to takie cuda się zdarzały, że on jest zdania, że nie można tego wykluczyć.. Zrobił badanie, okazało się, że mam nadpęknięty, zapadający się pęcherzyk i to on był prawdopodobnie przyczyną bólu i plamienia.. Wyszłam z gabinetu, pani na rejestracji po raz kolejny zapytała o kartę ciąży.. Prawie się popłakałam.. Ten tekst o możliwej ciąży/cudzie rozbił mnie na kilka dni.. Rozbił mój plan.. A ja lubię mieć plan.. Dodatkowo zbliżające się urodziny, kolejny rok zawitał, a ja nadal w poczuciu beznadziejnego oczekiwania na dziecko, w poczuciu niespełnienia, braku osiągnięć na polu życia.. Przestałam być pewna jakichkolwiek przyszłych decyzji.. Na szczęście byłam u psychologa krótko po wizycie.. Wnioski z rozmowy:
1. Nie jestem jeszcze na tyle stabilna, żeby móc odpuścić sobie wizyty
2. Oczywiście bardzo bym chciała, żeby nastąpił cud, jednak będę robić wszystko na bardziej prawdopodobnej drodze - nadal uczę się cierpliwości i czekam na komórkę
3. Mam przestać myśleć w kategorii, że nie spełniam moich planów. Takie myślenie daje mi poczucie porażki i bólu. Przecież cały czas jestem bliżej dziecka, wiem więcej niż wiedziałam na początku naszej drogi.. Moje plany są cały czas, zostały tylko zmodyfikowane, a nie nieudane/niespełnione
4. Pozwalam G. na gorsze dni.. Jestem blisko kiedy mnie potrzebuje.. Przytulam, otaczam opieką
5. Postaram się choć jeden dzień lub choć przez chwilę np. podczas spotkań z "niewtajemniczonymi" znajomymi być starą sobą.. Niepoprawną optymistką
Wydaje mi się, że mój ból to nie do końca niepęknięty pęcherzyk.. Brzuch boli mnie nadal.. Coraz mniej.. Coraz łatwiej mi się ćwiczy, ale jednak.. Doktor pozwolił dwa miesiące od operacji wprowadzać rower i intensywną jogę.. Może do pracy zacznę jeździć rowerem? 
Poza tym cieszę się wiosną.. Odrywam myśli w kierunku ogrodu..
Kłótnia z siostrą, to nieprawdopodobne że osoba tak mi bliska tak strasznie mnie potrafi wkurzyć, że widzi tylko czubek własnego nosa....
Nie znam żadnej innej tak egoistycznej osoby.
Mam nadzieję że ewentualne zdenerwowanie nie odbije się na mojej ewentualnej fasolce.
I stało się. Wczoraj mieliśmy drugą wizytę w klinice. Tym razem pojechaliśmy tam, żeby mój kochany wyprodukował próbkę nasienia do testu. Spisał się na medal. Bez marudzenia i ociągania się. Poszedł, zrobił co miał zrobić i za tydzień mamy zadzwonić do naszej przychodni po wyniki.
Jeśli chodzi o samą klinikę to muszę przyznać, że jak na razie zrobiła na nas dobre wrażenie. Ładny wystrój, meble i fotele stilizowane na starodawne , barek z gorącymi napojami i bardzo miła kadra. Kiedy się tam jest i czeka na swoją kolej, każdy dyskretnie spogląda po sobie ale nie tak zawistnie tylko z taką trochę ulgą, że inni też mają taki sam problem. Różni ludzie, których łączy to samo... para, gdzie ona jest dużo młodsza a on mógłby byc już dziadkiem, małżeństwo podobne wiekiem do nas, tylko, że ona trochę za chuda, typowa angielska para jak z programu o beneficiarzach, mężczyzna pod krawatem i równie wytworna partnerka...
Nie ma znaczenia kim jesteś...Każdy ma tę samą nadzieję.
Kolejna wizyta 18 kwietnia. A ja w 25 dniu cyklu zobaczylam wczoraj niewielkie krwawienie... Chyba się zbliża
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 marca 2017, 08:58
Dziennik pokładowy:
168dc, przekraczamy magiczną granicę przeżywalności, wyczekiwaną od momentu kresek na teście!
No to się porobiło.
Jesteśmy już tak daleko... ale ja nie o tym.
Właśnie wróciliśmy z warsztatów "Mamo, to ja". Tych, na które nagrzewałam się od zeszłego roku. Tych, które jeżdżą po całej Polsce nieodpłatnie i rozdają różne "darmochy". Tych, o których nasłuchałam się dużo dobrego - że można się wiele dowiedzieć, zgarnąć ciekawe gratisy i nie musieć już potem np. kupować butelek i w ogóle warto, warto, warto. Czy warto... hmm. Jestem na gorąco, to Wam powiem, co myślę.
Generalnie już w momencie zapisów byłam dość skonfundowana. "Mamo, to ja" wydzieliło dwa osobne bloki - warsztaty dla przyszłych mam i warsztaty dla rodziców z dziećmi do roku. Oba w agendzie miały wspólne elementy - żywienie, zdrowy sen, naturalne metody leczenia i szczepienia. Ale były też zajęcia zupełnie niepowtrzające się, typu bezpieczeństwo w podróży i bankowanie krwi pępowinowej w sekcji dla "niedoszłych", a w sekcji dla "obcykanych" rozwój przez zabawę, jak sobie radzić z kolką i pierwsza pomoc. Totalnie nie kumałam, dlaczego wszystkich tych tematów nie dali longiem dla WSZYSTKICH. Wyszłam więc z założenia, że muszę nakłamać, że mam dziecko, bo nie chcę odmawiać sobie ćwiczeń z resustytacji na niemowlęciu czy też wykładu o metodach walki z zabłąkanymi gazami (co według mnie matka roczniaka powinna już doskonale wiedzieć, ale któż to wie, dlaczego ktoś tak podzielił...). Toteż finalnie zapisałam się i zaliczyłam dwa bloki. A w sumie to my. Bo był też mąż.
Warto dodać, że warsztaty były też okraszone konkursem, który polegał na podaniu swojego skojarzenia z "Mamo, to ja". Można było się odpowiednio przygotować w domu. Mi się deczko nie chciało... ale gra była warta świeczki, gdyż można było zgarnąć naprawdę fajne nagrody, typu zestawy Lego Duplo, bujaczek od Fischer Price, karuzelkę czy inne duperele.
Blok numer jeden - dla matek z dziećmi. Cóż... byłam jedyną na sali ciężarówką. Na "dzień dobry" poszła przykra informacja - warsztatów ze szczepień nie będzie, bo położna ze szpitala, która miała to prowadzić, ma dyżur w szpitalu. Pierwsza myśl - WTF? Dlaczego zleciliście to komuś, kto nie jest dyspozycyjny? No cóż. Zaczęło się od wykładu z żywienia. No i po tym wywodzie troszeczkę zaczęłam się bać, w co ja się do cholery wpakowałam... Otóż nie wiem, jakim prawem ktoś dał do zrobienia warsztaty z żywienia POŁOŻNEJ, która, uwaga - twierdzi, że "urozmaicona dieta" polega na tym, że raz dziecku wycinasz z chleba pociąg a drugiego dnia zwierzątko. Mój mąż o mało się nie opluł ze śmiechu. Generalnie masa truizmów ("trzeba jeść owoce, bo mają witaminy") i pierwsza reklama mleka modyfikowanego. Przeżyliśmy. Potem zajęcia "zdrowego, nieprzerwanego snu"... które okazały się reklamą Pampersa. Mój mąż zresztą brał w niej czynny udział, gdyż na oczach wszystkich komisyjnie z panią udowadniali, że zwykła pielucha nie chłonie tak dobrze jak owy "firmowy" pampers. Oczywiście znowu truizmy ("dziecko ma mieć niekrępujące ubranie", "w pokoju, gdzie śpi, nie może być ani za ciepło, ani za zimno"), a do tego omawiająca położna sypała zdrobnionkami: maluszek, mamunia, dzieciątko, pieluszka, nóżki, rączki... feee. Przeżyliśmy i to. Najgorsze było dopiero przed nami. Wykład o homeopatii. Jasny gwint... Wyobraźcie sobie najnudniejszy wykład na studiach, jaki tylko może być. No i właśnie to było to. Kobitka pół godziny tłukła nam łacińskie nazwy leków homeopatycznych na różne przypadłości okołoporodowe i dzieciowe, tylko po to, żeby na koniec powiedzieć, że dostaniemy książeczkę z dokładnie wypisanymi nazwami tych leków... WTF? No cóż. Naprawdę ciekawe, bez nudzenia i konkretnie, były poprowadzone wykłady o kolkach, rozwoju przez zabawę i pierwsza pomoc (a tego ostatniego nigdy za wiele!). Po czterech godzinach wyszliśmy ze styczniowymi (eh...) numerami "Urody" i "Mamo, to ja", dwoma książkami o homeopatii, próbkami z ziai, paronastoma sztukami klocków duplo, paczką chusteczek nawilżanych od Pampersa, zabawką sensoryczną (szumna nazwa na kawałek minky z doszywanymi metkami) i kupą ulotek. Okazało się też, że moja jednozdaniowa odpowiedź na pytanie konkursowe nawet nie otarła się o "wyróżnienie", gdyż wyżarły mnie mamuśki, które odrobiły zadanie w domu, przynosząc swoje skojarzenia w formie wyklejanek, wierszyków itp. Ooook. Zaczerpnęłam lekcję i poszliśmy z Miśkiem na przerwę w postaci pierogów (TORUNIANIE, MACIE ZAJEBISTĄ PIEROGARNIĘ, 10/10!!!) i leżenia plackiem w aucie, bo mój nerwoból pod łopatką od tego plaszczenia tyłka był nie do zniesienia.
Blok numer dwa - dla "przyszłych rodziców". Generalnie stwierdziłam, że muszę wykorzystać szansę z wiedzą, którą mam, i na szybko nabazgrałam na kolanie portret naszej przyszłej córki z ckliwym opisem odnośnie skojarzenia z "Mamo, to ja". Była to moja druga odpowiedź konkursowa i czułam podskórnie, że ktoś, kto to sprawdza, złapie haczyk. A potem wykłady. Zaczęło się z przytupem i ciekawie, bo o fotelikach. Były filmy z testów zderzeniowych, jak wozić dziecko w aucie itp. Generalnie ciekawie. A poootem... No tak. Powtórka z rozrywki. Położna od dietetyki, reklama mleka, Pampersy, homeopatia. 1,5 godziny dokładnie tego samego. Mąż już kisnął. Ja zresztą też - ból bleców był nie do zniesienia. Przekonywałam go jednak, żebyśmy wysiedzieli, bo czuję w moczu, że wrócę z nagrodą. Jak już się nasłuchaliśmy oczywistych oczywistości, była kolej na bankowanie krwi. No i temat też potraktowany po macoszemu - puszczono nam wzruszający film, poszła gadka w stylu "jest takie coś, nie namawiam, ale w sumie zachęcam..." i w sumie nie dowiedziałam się niczego na ten temat, poza tym, że ceny za bankowanie krwi pępowinowej chyba nie są dla Polaków zarabiających najniższą krajową. I w sumie dla mnie też, choć najniższej nie zarabiam. I tu już mieliśmy żałować, że przyjechaliśmy, kiedy nagle... zostałam jedną z osób nagrodzonych w konkursie! Także do domu wróciliśmy z trofeum za wysiedzenie w tych nudach, tj. ze Szczeniaczkiem Uczniaczkiem od Fischer Price. Pewnie niedługo będę przeklinać ten dzień, kiedy córa będzie co chwila katowała melodyjki, no ale trudno. A potem druga torba darmochy w postaci dokładnie tych samych gazet, książek, minky z metkami, chusteczkami iiii... uwaga, kocyk! Szkoda tylko, że 100% elektryzującego poliestru. Chyba oddam go psu.
Konkluzja... no nie wiem. Najbardziej cieszę się z tego grającego misiaka i dwóch paczek chusteczek, które i tak miałam kupić. Gdzie te butelki i smoczki, o których mówił kumpel? Rok temu musiało to widocznie wyglądać inaczej... Co do wartości merytorycznej, to uważam, że totalnie nie było warto plaszczyć tyłka przez łącznie 8 godzin, żeby ze dwa razy unieść brew myśląc: "ooo, a tego akurat nie wiedziałam...". Za wykasowanie modułu o szczepieniach daję dislike totalny. Ych... dałam się skusić przez naprawdę liczne opinie moich dzieciatych znajomych, że warsztaty naprawdę spoko. Jak dla mnie mocno średnie, z przewagą "takie se". Odnoszę wrażenie, że nie ma fajnych, darmowych szkół dla przyszłych rodziców, czego totalnie nie kumam, no ale ok. Trochę się cieszę, że nie poszłam na żadną szkołę rodzenia, bo mam 90% przekonania, że poziom byłby niemalże identyczny. Chyba, że sypnęłabym połową wypłaty, no ale to już mam ustalone, że mnie nie stać na takie luksusy zwyczajnie. Mąż to mnie chyba nienawidzi za to, że mu zabrałam dzień z życia. Chociaż twierdzi, że przynajmniej dobre pierogi zjadł (no i racja, bo były deliszys!).
No. Nie wiem, czy Wam się to na coś nada. Dla tych, które się wybierają w swoim mieście mam dobrą radę - zróbcie coś mega ckliwego na temat Waszej pociechy metodą DIY, a macie jak w banku, że wrócicie do domu z bujaczkiem lub karuzelką.
Buziole!
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 marca 2017, 23:12
Jak co miesiąc przyszedł okres. Nawet już nie mam żalu,przyjęłam to na spokojnie
Nie mam sił na rozpacz, został jedynie smutek. Minie kilka dni i znów zabiorę się za pozytywne myślenie oraz działanie (i tak dalej, i tak dalej).
W sumie może to i dobrze? będę mogła przyjąć leki na bóle mięśni ręki (przesilenie).
Dziewczyny miłego i owocngo weekendu Wam życzę! Myślami jestem z Wami 
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 marca 2017, 08:50
Ciąża rozpoczęta 2 marca 2017
Nie mogę w to uwierzyć, zrobiłam dzisiaj 9 dni po owulacji test ciążowy i jest pozytywny:)druga kreska jest słaba,ale to żaden cień cienia wyrażny delikatny róż
Cała się trzęsę
Od razu pobiegłam do męża, jeszcze spał. Nie tak sobie wyobrażałam ten moment, ale emocje w pełni wzięły w góre. W czwartek mam umówionego lekarza:)
19dc
Nocą spałam jak zabita, byłam zdziwiona ze budzik oznajmia 5 rano. Zazwyczaj budzę się przed. Zmierzyłam temp. i dalej w spanko:) Dziś mykam na nockę, dlatego mogłam sobie pozwolić na dłuższy pobyt w łóżku.
Temperatura nieznacznie spada, jestem pesymistycznie nastawiona do zielonego końca tego cyklu. Nic jeszcze nie jest przesądzone.Zdecydowanie wole czas oczekiwania na owulacje, niż druga fazę cyklu i wyczekiwanie będzie @ czy tez nie....
Wczoraj byłam zabiegana.Sprawy chatki zajmują mnóstwo czasu. Ł. nie bardzo mnie rozumie, zaczynają się nie małe sprzeczki. Musze znaleść w sobie troszkę więcej wyrozumiałości.On tak jak ja może być zmęczony tym wszystkim i ma prawo odreagować...z drugiej jednak strony czuję, że tylko ja załatwiam, szukam, proponuje rozwiązania...eh
Wczorajszy wieczór spędziłam w kuchni - upiekłam bułki i zrobiłam dwa desery (brownie z fasoli, w którym nie czuć fasoli z czekoladową polewą i kawowe praliny bez cukru - wyszły mega kremowe) MNIAM 
Dziś energia mnie rozpiera mimo, że byłam dłużej w pracy niż zwykle
To ćwiczenia czy te zioła dodaja tyle energii? Albo wysypianie się po prostu działa.
Libido mam 500+ Mąż będzie mieć "przerąbane"
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 marca 2017, 16:00
16 tydzień (15t+6d)
Czekanie na wynik NIFTY było koszmarem. Nieprzespane noce , a jak juz zasnełam to miewałam koszmary śniły mi się ciąże, martwe dzieci, duchy...
Tak się cieszyłam, że jeszcze kilka dni i ten okropny okres się skończy.
Dziś dostałam telefon , że nie udało się zbadać DNA dziecka i że mam w poniedziałek ponownie oddać krew. Podobno zdarza się to bardzo rzadko ale jak się okazuje można być w tym minimalnym procencie nieszczęsników, którzy muszą powtarzać test (1-2%). Nie wiem jak to zniosę. Najgorsze, że jesli się w końcu uda przebadać moją krew to wynik otrzymam na koniec 18 tygodnia. Nie wiem czy ktoś zrobi mi amniopunkcję w 19 tygodniu i czy bedzie sens ją robić , szczególnie że ewentualną terminację można wykonać do 22 tygodnia ciązy a ja wtedy nie bede miała jeszcze wyniku amniopunkcji, bo na wynik czeka się 3do4 tygodni. Czyli dowiem się czy dziecko jest zdrowe daleko po połowie ciąży.
Jak tak dalej pojdzie to ja całkiem osiwieje, a moje dziecko urodzi się znerwicowane...
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 marca 2017, 16:15
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.