Dziś 12dpo.
Do testowania już niedaleko, jeżeli w czwartek @ nie przyjdzie to zrobię test w sobotę. Mam nadzieję że będzie pozytyw 😊
Od kilku dni bolą mnie piersi, są trochę pełniejsze, a także kłuja mnie jajniki i pobolewa podbrzusze od dwóch dni. Ale nie jest to jakiś mocny ból podbrzusza, tylko tak bardziej ćmi. Jakby mi jeszcze było mało, to od 4-5dni mam mega bóle pleców w dolnym odcinku. Chwilami to ciężko mi się ruszać 
No cóż trzeba jeszcze trochę poczekać i wszystko się wyjaśni 
Wiadomość wyedytowana przez autora 12 października 2021, 18:52
Nie wiem co sie ze mna dzieje... czuje sie jak w na poczatku baby bluesa... plakalam juz 3 razy.
Mam dosyc siebie. Dosyc tluszczu, ktorego nie moge sie pozbyc. Potrzebuje pomocy...
18.01 wizyta u internisty po skierowanie na badania krwi
26.01 wizyta u fizjoterapeutychhce wiedziec czy mogę intensywnie cwiczyc
05.02 dietetyk, ktory kiedys mi juz pomogl
Mam dosyc. Chce w sierpniu zmiescic sie w ciuchy sprzed ciazy i dobrze w nich wygladac. A w kwietniu chcialabym w tej grecji moc pokazac sie w bikini.... nie musi byc super. Ale musi byc lepiej niz jest.
Juz mezowi zakomunikowalam. Koniec. Kovham Ole nad zycie. I wszystko bylo warte aby mov teraz ja miec, przytulac, usypiac, rozsmieszac, calowac, patrzec jak sie rozwija.... ale ja nie moge tak wygladac. Sama nie daje rady. Gowno daja.mi diety srety i inne. 8 miesiecy a ja wygladam jak 80 kg wieloryb. Mam dosyc. Gdzie jest moje 60 kg? Marze o tej wadze. No dobra z 65 tez bede zadowolona... ale to musi sie w końcu stac.
Zazdroszcze dziewczynom ktore zlecialy z wagi po porodzie i nie tylka ja utrzymaly, ale zbily. Ja ewidentnie efekt jojo. Przed ciaza 75 kg. Na koniec ciąży 85 kg. Po 2 tyg od porodu 72 kg.... i teraz 82. No ja pierdxxx. To sie musi zmienic.
Przez to mam doła....
101015 my sie szczepilysmy na rota. Drogo ale warto podobno. No i po tej szczepionce wlasciwie nie ma objawow jak po innych.wspolczuje przezycia tego. Serce by mi peklo w tym szpitalu chyba
35t2d
Trochę się wydarzyło. Niekoniecznie dobrego.
W zeszły wtorek miałam wizytę u prywatnego lekarza. Okazało się, że mały waży trochę za mało i brzuszek ma mniejszy niż powinien być i generalne kruszynka. W dodatku miałam liczna bakterie w moczu. Mocno to zaniepokoiło lekarza, który wypisał mi skierowanie do szpitala (w którym pracuje). Istniało ryzyko, że jesli coś będzie nie tak to będą w piątek robić CC (a to był 34 tydzień). Nie zostało nic innego jak tylko spakować się, wejść w tryb wyparcia i następnego dnia stawić się do szpitala.
Poszłam do szpitala, na Izbę Przyjęć, M z małą ostawili mnie na piętro i szybko uciekali bo zarazki. Na IP oczywiście nie miła położna, ale potem się rozrkęciła i nie było tak źle. Zaprowadzili mnie do sali gdzie już leżała jakaś dziewczyna. Na obchodzie na który się jeszcze załapałam zlecono mi badanie KTG 3x dziennie, krew i mocz. Dziewczyna z sali non stop gadała. Non stop. A ja miałam w planach skończyć serial i dziergać kocyk.
Robili mi wkólko KTG. Przynosili smaczne obiady i parszywe śniadania i kolacje. Położne bardzo różnie. Najmilsze były dziewczyny, jeszcze studentki położnictwa. No i oczywiście położne dla których wybrałam ten szpital. Cud malina. Następnego dnia przeniesiono mnie na inną salę (nie wiem dlaczego tak) z której miałam dalej do toalety
Dla odmiany trafiła mi się dziewczyna, która nie mówiła absolutnie nic tylko konspiracyjne szeptała z mężem. Potem kolejna osoba do nas trafiła, bardzo przyjemna dziewczyna, która przyszła z cholestazą a wyjdzie już z maluszkiem bo miała CC.
Miałam wyjść w piątek, ale na porannym obchodzie dowiedziałam się, że zostaje do końca weekendu, bo trzeba czekac na wyniki posiewu moczu i to KTG wychodzi takie sobie. Załamałam się. Trochę łez popłynęło. Bardzo tęskniłam za Misią. No i bałam się o Adasia.
Znowu zmieniono mi salę, bo antybiotyki na infekcje gardła i nosa, sprawiły tylko, że nasilła mi się choroba i myślałam, że flaki sobie wykaszlę. Dostałam "izolatkę" czyli pokój dwuosobowy z dopiską, żeby nikogo do mnie nie dokładać. Tam już tylko Netflix i szydełko.
W poniedziałek rano na obchodzie nic nadal nie było wiadomo, bo nadal nie było wyników ani krwi ani moczu, ale KTG wychodziło ładnie. Po 10:00 zapadła decyzja, że wychodzę!!
Dawno się nie odzywałam, ale to co wydarzyło się w Gdańsku totalnie mnie rozbiło. To moje miasto. Od urodzenia tu mieszkam i tu żyję. Najcudowniejsze, ukochane miasto. A Paweł Adamowicz był moim prezydentem. Jestem w totalnym szoku i strasznie przeżywam to co się stało. Tak strasznie żal mi rodziny Prezydenta... Tak strasznie żal mi Gdańszczan. Dzień przed tym okropnym wydarzeniem spotkaliśmy Pana Prezydenta na spacerze... Przywitaliśmy się, a On z uśmiechem na twarzy życzył nam szczęścia i zdrowia dla naszej Emilci. Taki to był właśnie człowiek, pełen empatii i pozytywnych emocji. Zawsze blisko ludzi. Boże, nie mogę uwierzyć w to, że hejt w tym kraju zaczął zbierać śmiertelne żniwo... Co to oznacza dla naszych dzieci? W jakiej rzeczywistości przyjdzie im żyć? Dokąd ten świat zmierza? Co ten człowiek zawinił? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi...
Moje miasto dzisiaj płacze. I już nigdy nie będzie takie samo...
To co u nas słychać jest teraz mało istotne, ale napiszę kilka słów, aby nie umknęło... Emi pięknie się uśmiecha. Codziennie obdarza nas swoim cudnym uśmiechem, który sprawia, że świat wydaje się piękniejszy. Jest już całkiem aktywna w dzień i wymaga większej uwagi. Lubi dźwięk grzechotek, piosenki dla dzieci i książeczki kontrastowe. Więcej leży na brzuszku i coraz lepiej i dłużej trzyma wysoko główkę. Niestety Niunia nienawidzi się przebierać, drze się wtedy jak opętana. Dopadły też nas nieszczęsne kolki, ale dzięki kropelkom Delicol jest o niebo lepiej. Ja dzisiaj byłam na wizycie u mojej kochanej Pani doktor po połogu. Przemiła wizyta, pełna wzruszeń. Emilka w gabinecie skradła serce "cioci" (tak mianowała się Doktor przez całą moją ciążę). W ogóle dzisiaj moje dziecko jest tak grzeczne, że nie mogę wyjść z podziwu...
Bardzo mi smutno, że ten piękny dla nas czas przykrła cieniem tak okropna tragedia... Jakoś trudno mi się z tym wszystkim pogodzić 
D znów chce zmienić pracę. Czuje że nikt we mnie nie wierzy, setki wymówek że to nie to. Wszystkie objawy mi powoli przechodzą. Dzisiaj był termin miesiaczki ale na razie cisza. Nikt nie przeżywa tego tak jak ja.. wieczorem już tempka spadła. Tak bardzo nie chce...
Cześć moje piękne i kochane 
Pamiętnik jest dla mnie odskocznią gdzie po krótce mogę się wyżalić lub rzygać tęczą ( tak było w ciąży hehe) i nie myślałam w ogóle, że ktoś mnie tu czyta. Wasze rady i komentarze dodają mi skrzydeł. Nadzieja się tli
!
Co u nas? ( zawsze boję się zapeszać ) Lepiej, jakoś przwrót o 180 stopni? Jagódka od dwóch dni to zamiast diabeliny papeliny - aniolina. Jakby dziecka nie było ( no dobra - może troszkę płacze, ale to i tak o jakieś 95% mniej). Leży na macie, sama zasypia. Wprowadziłam rytuały - czyli kąpiel codziennie - wcześniej kąpaliśmy co 3 dni bo " częste mycie skraca życie" ( tak zażartowali sobie na szkole rodzenia
). Po kąpieli idziemy już do sypialni i włączamy kamerkę. Jagódka jeszcze około godziny gada do siebie i potem zasypia.
Nie wiem czy to wszystko za sprawą tego mleka komfort. Jedyny jego minus to konsystencja i znowu muszę wstawać co 2 godziny bo mała zasyca się połową porcji ( a raczej gasi pragnienie bo to rzadkie jest ). Cieszę się z każdej tej spokojniejszej chwili - bez porównania !
Chce też kupić chustę w razie gdyby marudzenie powróciło ( aż taka naiwna nie jestem hahaha, że Jagoda już będzie lepsza hahaha). Doradźcie mi - jaka długość na babę 180cm i rozmiar ciuchów L/XL?
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 stycznia 2019, 23:25
Od samego początku ciąży brakowało mi odwagi żeby przenieść się na fioletową stronę. Obiecywałam sobie, że zacznę pamiętnik jak zobaczę serduszko naszego Maluszka... potem, że jak test Pappa wyjdzie w porządku...
Chyba już teraz, kiedy jesteśmy prawie w połowie, kiedy na wczorajszym kontrolnym usg wszystko okazało się być w porządku i kiedy zaczęłam fizycznie odczuwać naszego Maluszka mogę przejść na fioletową stronę.
Nasz Maluszek waży już 230 g, co jakiś czas lekkimi kuksańcami daje znać o swoim istnieniu. Mój K nie może się doczekać kiedy on w końcu też poczuje kopniaka od Malucha.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 stycznia 2019, 15:47
13dc
Dzisiaj kolejny monitoring... Sama nie wiem co myśleć o tym cyklu. Tak jak nic mnie nie bolało do ostatniego monitoringu, tak od tego dnia pobolewa mnie podbrzusze, czuje ból jajników... Czyżby cykl się wydłużył? Może dzisiaj zobaczę jakieś dorodne pęcherzyki... Tak czy inaczej zdecydowaliśmy, że w kolejnym cyklu podchodzimy do inseminacji.
Przez ostatnie dwa dni przeczytałam wszystko co możliwe na ten temat, ułożyłam w głowie listę pytań do mojego gina i dziś będę go męczyć o wszystkie odpowiedzi, żeby później nie było niewiadomych. Boje się kolejnych rozczarowań, boję się że ten kolejny krok naprzód też niczego nie rozwiąże... Boje się że nie jest pisane mi stworzenie takiej pełnowartościowej rodziny. Czasem mam po prostu taką straszną ochotę odpuścić. Nie odmawiać sobie niczego. Nie uważać na to co jem, pozwalać sobie na wino albo drinka. Po prostu cieszyć się tym co mam, a nie żyć od cyklu do cyklu... Takie błędne koło... Miesiączka, leki i wielkie nadzieje, stres, oczekiwanie i wielki płacz bo znowu przyszła ta małpa... Cykl od nowa...
Jak długo można żyć w takim napięciu? Każda część mojego życia na tym cierpi, moje małżeństwo, najbliższa rodzina, znajomości, praca - bo jak tu się skoncentrować kiedy moje myśli krążą wokół jednego. Siedzę na ovu, na różnych grupach na facebooku, na forach internetowych... Nie potrafię się od tego uwolnić i jednocześnie nie chce tego robić. To że wiem, że mogę doczytać wiele rzeczy, douczyć się i nie jestem ciemną masą nie mającą pojęcia o tym co mi dolega to bardzo pomaga. Poznałam swojego wroga a nadal nie potrafię z nim wygrać... I to właśnie jest najgorsze...
Ten czas oczekiwania na badania prenatalne jest straszny. Psychika mi wysiada. Czasami myślę, że jest wszystko dobrze, potem zaczynam panikować, że na pewno jest źle. Zrobiłam już test Pappa. Robiłam go w Diagnostyce, wg standardów FMF KRYPTOREM. Wyniki oczywiście już mam i jestem w okolicach mediany dla danego tygodnia i to chyba wskazuje na to, że nie jest źle, ale lekarz musi przeliczyć na jednostki MoM. I to też mnie stresuje. Zauważyłam ostatnio, że to co piszę zawsze jest podszyte strachem. Nie umiem się cieszyć ciążą. Znaczy cieszę się, nawet bardzo, ale jak tylko dam sobie chwilę luzu, myśląc, że tym razem będzie dobrze, to zaraz przychodzi refleksja, że przecież wcale nie musi. Pocieszam się myślą, że mam już jedno zdrowe dziecko, a szanse na donoszenie go miałam przecież minimalne jak się okazało, że mam przegrodę (przy ponad 50% przegrodzie miałam około 12% szans na donoszenie ciąży). Więc co teraz? Czekam jeszcze te 6 dni na prenatalne, czekam na ruchy, czekam potem na połówkowe i w końcu czekam na narodziny zdrowego, różowego bobasa.
Adnotacje mojego lab na temat TSH. Wyszło w porządku, ale i tak była bardzo interesująca wiadomość:
Nie powinny podlegać porównaniom badania wykonane w różnych laboratoriach ze względu na stosowane odmienne systemy analityczne. Wszystkie systemy stosowane w renomowanych laboratoriach mają odpowiednią jakość i są wiarygodne, ale odmienne technologie powodują zmienności metodyczne pomiędzy poszczególnymi systemami analitycznymi. Wyniki mogą się różnić nawet do blisko 40%!
Jeżeli powtarzamy oznaczenia TSH, materiał zawsze powinien być pobierasny o tej samej godzinie (z pewną 45 - 60 minutową tolerancją), najlepiej w godzinach porannych. Wydzielanie hormonu zmienia się podczas dnia, przestrzeganie tej zasady pozwoli na wyeliminowanie kolejnej zmienności - dobowej - która może sięgać do 20%.
Zmiennością, której nie możemy wyeliminować, a powinniśmy wiedzieć o jej istnieniu, jest występująca u każdego człowieka tzw. zmienność biologiczna wewnątrzosobnicza, która może wynosić nawet 23% z dnia na dzień.
Niestety pijawek we wtorek nie miałam, kobiece się skończył złożyła zamówienie i nie dojechały. Jak się uda to moze w sobotę będzie sesja. Nauczyłam się cierpliwości że jak nie teraz to później to nie ucieknie.
Ostatnio pomyślałam aby odwiedzić znajomego kolegę który jest wróżbitą.
Niestety ale większość jego przepowiedni się sprawdza a ja jak głupia mu nie wierzyłam i chciałam zmienić los. Ostatni raz wróżył mi pod koniec 2016 roku. Sprawdzila się praca, lepsze zarobki, choroba kota i moja ciąża.
Wtedy mi powiedział że szybko w ciążę nie zajde dużo czasu uplynie, zanim to się stanie, że branie sterydów nie pomoże mi tylko spowoduje potem komplikacje. A ja jak głupia nie posłuchałam go brałam leki a teraz mam za swoje. Biegłam wtedy walczyłam z całym światem aby potwierdzić że nie miał racji, że zajde w ciążę. I tak czas leciał. Dobra praca, podwyżka to idealnie się sprawdziło a ciąży nie.
Teraz wyszło ciąży nadal brak, to było do przewidzenia, silny stan zapalny. No jakby inaczej torbiel. Popierdzielonej hormony strzał w 100 i tak się pomorskie jeszcze do września. Po prostu idealnie.
Ivf nie wchodzi w rachubę bo się nie uda - tak powiedział , szkoda kasy nie ten czas. Choć kto wie czy on czegoś przede mną nie ukrywa. Może to że nigdy dzieci mieć nie będę. Choć chciałabym znać prawdę, jaka kolwiek jest. Nadziei już nie mam, czuję że może z innym partnerem może bym miała, o ile bym znalazła. Bo jak się pytałam kolegi czy jakbym ze swoim sie rozstała czy poznam innego, powiedział że nie. Moze mój czas był 15 lat temu a nie blisko 40. Więc temat staran zamykam bo i tak wiem jaki finał będzie. Za to pijawki mi na dobre wyjdą jeden plus.
I niestety ryzyko utraty pracy, tak przypuszczałam że mogą mi umowy na czas już nieokreślony nie dać tylko otworzyć drzwi. Jak to się sprawdzi to czeka mnie wymarzony rok.
Do tego nad związkiem chmura i to wielka pachnie rozwodem i teściową która manipuluje mężem, po prostu idealnie.
Wiecie co nawet tym się nie przejęłam, wiedziałam że mam trudny rok. Jakoś muszę go przetrwać.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 stycznia 2019, 16:43
13t+2d (14tc)
Mamy rezultat Nifty: niskie ryzyko Trisomii 21, 18, 13. Prawdopodobieństwo (odpowiednio):
1/5181911238
1/7116151535
1/1747348458
Niskie ryzyko Trisomii 9, 16, 22. Nie wykryto innych mikrodelecji, duplikacji i stwierdzeń ubocznych.
A w moim brzuchu zamieszkała DZIEWCZYNKA 
To jest jak spełnienie moich marzeń. Płakałam ze wzruszenia.
Dziś jest jeden z tych dni w życiu, które nazywam najszczęśliwszymi.
No więc tak...
@Pinka, nie nie brałam Ovitrell, dopiero dzisiaj kupiłam go 1 raz (!)
Gorzej, że przestałam brać w tym cyklu duphaston, po prostu stwierdziłam, że po co... więc mam trochę kaca z tego powodu, no ale czy słyszał ktoś takie historie? Niecałe dwa tyg. temu mój m. zaczął czytać o OA bo przecież nie mamy szans...
Jesteśmy po ekspresowej wizycie z której oczywiście nic nie wynika... Dr nawet mi USG nie zrobił, ale w sumie się nie spodziewałam tego, bo co by zobaczył...no może to moje cholerne endometrium. Ale na razie kazał brać duphaston, zrobić rano betę i zadzwonić do niego. Wtedy ustalimy co dalej. Chyba zejdę na zawał do rana. Krwawię nadal
nie rozumiem dlaczego dr się tym nie przejął, ale m. powtarza że przecież dr wie co robi, że takie krwawienie się zdarza. Nooo tak, dr kazal żeby mi w domu łeb odciął, bo jestem globus histericus o_O
Co do objawów.
-Lekko krwawię.
-Piersi mnie jeszcze wczoraj dziwnie nietypowo i całkiem mocno bolały, ale dzisiaj już nic z tego.
-Nie bolał i nie boli mnie w ogóle brzuch, żadnych boleści okołomiesiączkowych (?)
-Dzisiaj byłam do południa mega senna, dawno się tak mi spać nie chciało, ale w sumie byłam przeziębiona i trochę jestem osłabiona i lekko niedospana, więc wypiłam Plush Activ forte (brawo ja!) i było ok.
-..... Nulll, nic poza tym nie czuje, NIC:|
Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Nawet się nie cieszymy, bo to wszystko tak od dupy strony wyszło. Nie wiadomo jak się skończy.
W 2015 r. pod koniec stycznia zrobiłam swój pierwszy i jedyny (do dziś) test pozytywny. Panie Boże, proszę, by ta dzisiejsza historia skończyła się tak bardzo inaczej, dobrze, niż te 4 lata temu!
Dzisiaj kończy się powoli 62 cykl starań,
Boże !
Kiedy to zleciało ?
Jak ja to przeżyłam ? ! 
Kiedy na mnie przyjdzie czas?
Po wczorajszej wizycie jestem zadowolona bo okazało się że mój Gin doprowadził moja gospodarkę hormonalną do "normy", strasznie mnie to podbudowalo że trafiłam właśnie na niego.
Niestety jego obawy potwierdziła również pani profesor w klinice - ostatnia szansa z Aromkiem jeśli się nie uda to tylko ratuje mnie in vitro.
Ale nie załamuje się bo i tak od początku miałam z tyłu głowy ta opcję
Jedyne co w naszym przypadku jest dobra wiadomością to to że armia męża jest w samej górnej części (nawet zaproponowała żeby był dawcą)
8tc
Tak jak myslalam, musze poronić, nie widać zarodka i echa...
GS 1,03cm
YS 0,49
Musze czekac na @, w razie czego mam przyjść po zwolnienie oraz uzbroić się w tabletki 
Dzwonilam od razu do meza i powiedziałam ze jest pęcherzyk i ciałko lecz nie ma zarodka ani tym bardziej echa. Ale będziemy mogli przy następnym cyklu szykować się do następnej procedury.
Domyslalam się, wiec dzisiaj już kupiłam koenzym Q10 , witamine C na przeziębienie, paracetamolu paczke, ibuprom mam, i wit D3 2000j.m bo się konczy.
Kolezanke z pracy powiadomiłam ze jestem w ciąży, ale nie skonczac zdania pogratulowala, a mi lzy poplynely kiedy powiedziałam ze ciaza jest nieprawidlowa, musze poronić. To były moje pierwsze lzy myslalam, ze będę silniejsza, musze to przeboleć, a wolalam dzisiaj zadzownic niż jutro o 5 rano mowic, co i jak i plakac…. od razu powiedzialam ze jak zaczne krwawic nie pokaze się w pracy, aby nie byli zdziwieni ze kogos będą musiały wezwać do pracy.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 stycznia 2019, 18:03
19dc
8dpo - ha! wiem który bo proga wczoraj badałam, a jakże!
Objawy ciążowe: wszystkie możliwe
Nastrój: 3/10
O nakręcaniu się.
Wiem że nie jestem w ciąży. Mój mózg przynajmniej oficjalnie tą wiadomość przyjął i zaakceptował.
Ale to że WIEM nie ma znaczenia. I tak się macam po cyckach (chyba bolą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, tak, ten prawy na pewno bardziej, jestem w ciąży jak nic!). I tak śledzę każdy skurcz w brzuchu (czy to wczorajszy bigos czy implantacja?). I tak śledzę śluz w poszukiwaniu mikrośladów krwi, które mogłyby wskazywać na implantacje. I tak jak mnie będzie bolała głowa to nie wezmę tabletki, bo a nuż... Każdy niepokojący, nietypowy objaw typu zapalenie pęcherza albo zatrucie nieświeżym śledzikiem jest odnotowywane w odmętach mojego chorego mózgu jako "potencjalne objawy ciąży".
I mimo że zawsze mam wszystkie objawy wypisywane na najróżniejszych forach to nigdy nie jestem w ciąży.
Dziwne że mój mózg niby to wie a jednak nie chce tego przyjąć do końca. Nakręcam się mimowolnie, gdzieś w podświadomości i zupełnie niezamierzenie.
Pamietam jak na początku starań robiłam namiętnie testy ciążowe. Za każdym razem biel razila w oczy i pozbawiała złudzeń. Zawsze się pocieszałam że przecież testy mogą kłamać, ale w moim przypadku zawsze miały rację, co potwierdzały skurcze i krwawienie nadchodzącego okresu.
Przestałam testować po mniej więcej roku. Nie chciałam się nakręcać. Okres i tak przyjdzie jak ma przyjść. Nie ma sensu wyć dwa razy - po negatywnym teście i po dostaniu okresu. Poza tym szkoda kasy. Teraz w mojej szafce leży test kupiony 2 lata temu. Już się prawie przeterminował. Obiecałam sobie że zatestuje gdyby okres mi się spoznial 1 dzień. Nigdy nie było takiej sytuacji.
Potem pamiętam że miałam fazę na psychologię pozytywną - mówiłam sobie: na pewno się uda! To jest twój cykl! Trzeba mocno w to wierzyć! Gadałam do brzucha. Patrzyłam sobie w oczy w lustrze w pierwszy dzień okresu i mówiłam: dziś jest pierwszy dzień ciąży, wierz w to! Wierzyłam. Nakręcałam się jak katarynka. Ale z każdym nadchodzącym okresem byłam bardziej wykończona. Wyłam i chodziłam do pracy opuchnięta jak pączek, wciskając wszystkim ściemę że mam chore zatoki.
W pewnym momencie doszlam do punktu w ktorym stwierdziłam że pozytywne myślenie nie uleczy mojej niepłodności. W myśl sentencji "Błogosławieni którzy nie oczekują, albowiem oni nie będą rozczarowani" wychodziłam z założenia że skoro nie spodziewam się ciąży to nie będę przeżywać jeżeli jej nie będzie. Powtarzalam sobie codziennie że nie jestem w ciąży. Ale w pracy po kryjomu czytałam forum ovu, macalam się po cyckach i na wszelki wypadek nie brałam tabletek przeciwbólowych. A jak przychodził okres to wyłam tak samo jak wcześniej i nadal wciskałam ściemę o chorych zatokach.
Najgorzej jest w tych cyklach w których jest jakaś zmiana w leczeniu. Wtedy nadzieja przebija się jakby śmielej do świadomości, myślisz: to może być to! I oczyma wyobraźni widzisz siebie jak piszesz na forum posta - Dziewczyny udało się, u mnie akurat pomogło..... (tu wstaw to co akurat zostało w terapii zmienione). Wtedy boli jakby ze zdwojoną siłą. I znowu starasz się nie pozwalać sobie na nadzieję, żeby tak nie bolało, ale i tak musisz potem symulować chore zatoki.
Nie ma opcji, żeby się nie nakręcać. Czasem myślę że przedawkowałam kwas foliowy i dlatego w mój mózg pracuje ciągle w trybie standby rozkminiajac czy jestem w ciąży czy nie. A jeśli tak to jak to będzie. A jeśli nie to co teraz będzie. Pracuję, robię zakupy, gotuję, ćwiczę aerobik, jestem na angielskim, prowadzę samochód a mózg w tle cały czas mieli ten temat. Udaję że prowadzę normalne życie, wykonuję czynności i obowiązki a tak naprawdę jestem zombie, w głowie tylko jeden temat.
Ja WIEM że nie jestem w ciąży. Nie chcę się nakręcać bo wiem że to potem boli.
Po 37 nieudanych cyklach powinnam zmądrzeć. Ale niechcący, w duchu się nakręcilam. Znowu.
Dziękuje dziewczyny za wszystkie słowa wsparcia:*
Niestety inseminacja przechodzi do historii. Na wczorajszej wizycie okazało się że nic dobrego się nie dzieje. Moje jajniki uodporniły się na działanie letrozolu i nic już nie wskóramy.
Doktor powiedział, że musimy zacząć rozmawiać o in-vitro. Mam bardzo oporne jajniki, szybko się uodparniają na leczenie i w tej chwili najlepszym rozwiązaniem będzie uderzenie mocną stymulacją do in-vitro i pobranie jak najwięcej komórek. Oczywiście możemy spróbować inseminacji ale w tej sytuacji nie poleca ponieważ skoro na letrozole już nie reaguję musiałby zastosować gonadotropiny. Problem wygląda tak że jeśli się nie uda w pierwszych cyklach to jajniki na gonadotropiny również się uodpornią i wtedy już nawet in-vitro nam nie pomoże. Najpierw świat mi się usunął spod stóp... Wyłam cały wczorajszy wieczór. Wiem że to nie koniec świata, ale nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś coś takiego mnie spotka.
Tyle kasy, czasu, dojazdy... Plus jest taki, że jak wspomniałam że będe miała problem z dojazdami to dał mi wyjście alternatywne. Musiałabym jechać na konsultację do kliniki z którą współpracuje, tam jeśli mnie zakwalifikują mogłabym się dogadać w ten sposób że to mój Gin na miejscu by mnie przygotowywał a ja pojechałabym tam tylko na punkcję i transfer. Pasuje mi to wyjście, nie musiałabym zmieniać lekarza a to dla mnie dużo bo do swojego mam pełne zaufanie.
Martwi mnie mój Mąż.. nie najlepiej zniósł informację o tym co prawdopodobnie nas czeka. Boję się że to dla niego będzie za dużo, że nie jest gotowy na takie kroki. Niestety jest w delegacji i wróci dopiero dzisiaj, więc mogliśmy tylko rozmawiać przez telefon, a właściwie to nie bardzo chciał rozmawiać. Wiem że to dla niego był duży szok, ale boje się teraz dzisiejszego wieczoru, rozmowy, nie wiem kompletnie czego mam się spodziewać. Nie wiem jak ja zareaguje jeśli powie mi, że nie jest gotowy na in-vitro i na razie chce odpuścić. Sama chciałabym odpuścić, ale wiem że nie potrafiłabym. Nie potrafiłabym przestać myśleć o tym że zrezygnowałam ze swojego, z naszego dziecka... Poza tym ten strach.. In-vitro to już ostateczność. Dalej już nic nie ma... Tzn jest adopcja... Ale to nie jest rozwiązanie dla mnie... Szanuje wszystkich którzy zdecydowali się na ten krok, podziwiam ich naprawdę... Ja jednak wiem, że do tego się nie nadaje. Mamy w rodzinie kobietę, która adoptowała 2 dzieci. Widziałam co przechodzili, ile problemów... Nie potrafiłabym... Do adopcji trzeba być przekonanym na 1000000%, ja nie jestem. Nie chciałabym skrzywdzić dziecka.
Tak więc in-vitro to już nasza ostatnia deska ratunku. W przeciwnym razie możemy liczyć tylko na cud.
Pozostaje tylko pytanie co Mąż na to 
7 tc (6t4d)
Hej. Synek spi a ja napisze co u nas. W sumie ok. Czuje sie dobrze. Dzis trochę znowu mdlosci mecza ale nie ma tragedii. Naszly mnie czarne mysli ze nosze puste jajo albo ze to nie ciaza albo ze nie rosnie albo jeszcze cos gorszego
wizyta za 7 dni. Rowny tydz i bedzie wszystko wiadomo.
Pisalam wam o obawach z usypianiem malego w bardziej zaawansowanej ciazy. Otorz stwierdzilam ze czas go oduczyc bujania. I udalo sie wieczorem dwa dni temu sam zasnal. Krecil sie ze 20 min e lozeczku az padl. Wczoraj bylo zle bk placz i zeby dokuczaly i pol nocy soal ze mna w lozku. Za to teraz na pierwsza drzemke tez tak zrobilam polozylam do lozeczka dalam smoczka zabralam zabawki i poszlam do kuchni. 10 min mruczal krecil sie i padl i spi. Moze sie przestawi bo on prawie 10 kg wazy a mnie czasem ciagnie w brzuchu jak go ponosze. W ciagu dnia staram sie go nie dzwigac. Tyle co musze zmiana pieluchy do jedzenia czy jak bardzo marudzi/placze. Takze widze swiatelko w tunelu co do zasypiania l 
Jestem na zupkach. Nie tak na 100 ℅ bo wczoraj np zjadlam na kolacje kanapke ale juz mam -1kg i czuje sie lekko
dalej bede sobie zupkowac a na wizycie zapytam gin czy tak moge skoro mam za duzo kg.
Niech te 7 dni mija szybko!
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.