No i jakos dozylam do dnia transferu. Wszystko poszlo gladko, oba zarodki rozmrozily sie bez problemow i wznowily podzial, takze podano mi oba.
Oczywiscie calkiem bez przebojow byc nie moglo. Ostatnio na transfer jechalam swoim samochodem, ale jako ze rzadko jeszcze do duzego miasta i poruszanie sie w duzym ruchu odrobine mnie stresuje stwierdzilam, ze tym razem sobie tego oszczedze. Do kliniki pojechalam busem i taksowka, a z powrotem stwierdzilam, ze koniecznie wracamy pociagiem, bo w busie za bardzo trzesie. I nie wiem, czy to wynikalo z tego, gdzie siedzielismy, czy po prostu sklad mial gorsza amortyzacje, ale przy kazdym zwalnianiu do stacji trzeslo niemilosiernie. A ja cala sztywnialam, zaklinajac te nieszczesne kropki, zeby sie mocno trzymaly i nie daly sie wytrzasnac.
A teraz siedze sobie spokojnie i odpoczywam po dniu pelnym wrazen. Jest piekny dzien, bezchmurne niebo, slonce swieci - wezme to za dobry omen.
No to jutro mój powrót do pracy po prawie półrocznej przerwie. Troche mam strach, będę się czuć prawie jak nowy pracownik - ja, ta która wszystkimi kierowała i rozporządzala. Dziś płodne na maksa, brzuch napuchniety, jajnik pulsuje i co robić? Próbować czy nie....
Czy wszyscy w pracy muszą mówić o swoich dzieciach. Czy nic innego nie dzieje się w ich życiu. Czy muszę tego słuchać czy mogę za każdym razem wychodzić z pokoju, tylko ktoś może odebrać to jako niegrzeczne zachowanie. I co tu zrobić?
Obiecałam sobie, ze bede pisać regularnie, a tym czasem znów sporo czasu nie pisałam.
Wczoraj wróciliśmy z gór
pozwiedzalismy, pozjezdzalismy na nartach, odpoczelismy tak, ze aż sie wracać nie chciało.
Dziś za to pełna para zabrałam sie za dokumenty. Ponieważ mialam duzo czasu, między ograniczeniem prania z wyjazdu 
Dokumenty potrzebne do złożenia w ośrodku adopcyjny to:
-zaświadczenie o zarobkach z ostatnich 3 miesięcy
- życiorys pojedynczej osoby
- wspolne podanie do ośrodka
- aktualna fotografia rodzinna
- zaświadczenie o niekaralności
- zaświadczenie od lekarza, ze mozemy przysposobic dziecko
- odpis zupełny aktu małżeństwa
Nam zostało jeszcze kilka rzeczy do ogarnięcia i kolejne spotkanie w ośrodku 
W końcu znalazłam trochę czasu, żeby zrobić kolejne uaktualnienie. W międzyczasie sporo się wydarzyło.
Przede wszystkim zrobiłam dużo badań. Ostatnio skończyłam na profilu antyfosfolipidowym. Jak będę miała chwilę, to spiszę dokładnie wszystkie badania, które wykonałam. Na razie wiem, że profil antyfosfolipidowy wyszedł dobrze. Prawie wszystkie czynniki krzepnięcia krwi też mam dobre. Nie mam mutacji Leiden. Nie mam też mutacji w innych ważnych genach związanych z krzepnięciem.
Mam natomiast heterozygotyczną mutację PAI-1 4G/5G. Ryzyko lokalne określają jako małe do średniego. Zazwyczaj przy tym dają Acard. Ja spróbowałam brać jeden miesiąc i że nie zaszłam w ciążę to się zniechęciłam ale będę próbować dalej.
W międzyczasie zrobiłam też badania witamin. Witamina D wyszła mi trochę nisko. Witamina B12 też. Selen za to trochę za wysoki. Magnez muszę lekko podciągnąć. TSH jest dobre, choć konwersja nie do końca mnie przekonuje.
Trochę mnie niepokoi wynik insuliny – na czczo mam 10. Skala HOMA-IR wychodzi 2. To jeszcze nie jest insulinooporność, ale już coś na pograniczu, dostęp do insulinooporności. Mój organizm już coś w tym kierunku pokazuje.
Zauważam też, że tłuszcz zaczyna mi się odkładać na brzuchu. To dla mnie problem. Teraz myślę o poście 16/8, żeby uwrażliwić tkanki na insulinę.
Poza tym dobijam już do roku starań. Owulacje mam regularne, ale wszystko w dużej mierze kręci się wokół insuliny. Czuję, że ona jednak coś zmienia.
Do tego umówiłam się na wizytę do kliniki niepłodności.
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 sierpnia 2025, 05:48
Hahahahaha.. Myślałaś kobieto że ogarniasz własne dziecko nic bardziej mylnego
ewidentnie coś jej nie pasuje z drzemką popołudniu.. Rano złapała super rytm a popołudnia i wieczory są przeróżne.. Zdarzają się takie, że dwie godziny ryczy
widzę że jest zmęczona, ale jak już minie godzina 0 to już nie idzie jej ogarnąć.. Idealny przykład dziecka, które jak jest za bardzo zmęczone nie może zasnąć.. Kiedyś słyszałam jak inne mamy o tym mówią a nie wierzyłam, że może tak być.. Problem polega na tym że nie widać po niej zmęczenia.. Zaczepia mnie, bawimy się, śpiewamy, czasem tańczymy (chociaż rzadko bo jest ciężka) i nagle płacz nie do ogarnięcia.. Rano już wiem że przychodzi godzina i bez względu na jej stan czas zabrać zabawki, dać smoczek i sekund 5 i śpi.. Widziałybyście moją teściową i jej wzrok jak zabieram super barwiące się dziecko "bo jest zmęczona"..
Co do jej rozwoju to mam mega schizy odnośnie napięcia i wystraszłam się bo od wczoraj się pręży,wygina w łuk i śmieje przy tym.. Przeryłam internety, że to niby faza przejściowa przed przekręcaniem się na boki.. Niby dzieci potrafią nawet mostki robić.. Jakbym coś takiego zobaczyła chyba bym zawału dostała.. Będę obserwować, wolę iść do fizjoterapeuty 10x bez potrzeby niż o raz za mało.. Matka wariatka 
Poza tym codziennie jej zmieniam otoczenie bo się nudzi.. Jednego dnia mata, drugiego kolorowa pieluszka, inne zabawki.. Tylko jedną ulubioną zostawiam 
Bardzo lubię śpiewać (chociaż chyba nie powinnam
) o ona też lubi jak jej śpiewam.. Jaki jest Wasz ulubiony repertuar? U Nas wygrywa gdzie żeś bywał czarny baranie.. I uśmiech od ucha do ucha
dzięki kochane za wsparcie :* przyjęłam właśnie ostatni regulon
także ten etap czekania mam już za sobą, teraz czekanie na @
12 tc (11t1d)
Hej. U mnie juz 12 tc. Leci czas szybko. Druga ciaza jest inna. Nie skupupiam sie az tak na sobie bo jest przeciez maly. Czuje sie dobrze. Wczoraj znowu zaliczylam wymioty. Po zupie grzybowej 
Za 9 dni mam usg prenatalne. Moze poznam plec dzieciatka??
W zyciu osobistym gorzej. Tata w szpitalu. Podejrzenie nowotworu
jakos w takich chwilach wszystko inne traci sens 
Mamy zaostrzenie azs. O mamo, ja ciagle o tym samym, no ale tym żyjemy... Ja dzis od rana na melisie, bo sie strasznie denerwuje tym, ze Emil chce sobie skalp zdrapac. Zapisuje sie na warsztaty w Szkole Atopii przy szpitalu dziecięcym w Gdansku...
5 doba
Adaś przyszedł na świat we czwartek, 14 lutego o 8:32. Ważył 3680g (więc hipotrofik okazał się większy od siostry) i mierzył 55cm. Pokochałam go do szaleństwa w chwili gdy usłyszałam jego pierwszy krzyk, a do nieprzytomności gdy tylko jeszcze na sali operacyjej położyli mi brudną kluskę na piersiach i mogłam dać mu buziaki. Bałam się czy pokocham drugie dziecko, bałam się jak to będzie z chłopcem. A teraz nie wiem jak to było bez niego.
Na usg ciałko żółte 11 mm (czyli w porządku, bo powinien być o min. 7 mm mniejszy niż jajeczko), płyn w zatoce Douglasa obecny. Endometrium jeszcze I fazy.
Lekarz: miała Pani intuicję, żeby nie brać aromka. Cykl jest książkowy.
K: Nie jest książkowy, bo mam bardzo mało śluzu. Poza tym, to nie intuicja, to półtora roku obserwowania się, bez względu na to czy to Creighton czy nie Creighton, mój organizm mnie nie oszuka.
Pękł w nocy lub nad ranem, mając około 20 mm.
Plany płodnościowe: wizyta Mężusia u lekarza, nasza wizyta u rodzinnego po antybiotyki na helicobacter.
Plany poza-płodnościowe: nie zwariować, zaplanować krótki urlop, dbać o życie seksualne, w weekend spotkanie z kumpelką.
1 dzień po transferze: blastocyst wychodzi z otoczki.
To znaczy w teorii powinien wychodzić. Mam nadzieję, że oba moje kropki wprowadzają teorię w praktykę.
Czuję się normalnie, nic nie boli, nic nie ciągnie, żadnego dyskomfortu. Jednak transfer crio jest pod tym względem fajniejszy - poprzednim razem jeszcze odczuwałam ból po punkcji na tym etapie. Chciałabym móc poczuć albo podglądnąć jak tam sobie te zarodki radzą. Są jeszcze? Próbują wyłazić z otoczki? Nie obumarły? Strasznie wnerwiające jest to, że nie mogę już nic zrobić, by im pomóc. Jasne - łykam przepisane mi leki, oszczędzam się i staram się z całej siły pozytywnie myśleć, ale tak naprawdę wszystko w rękach natury. Oszukaliśmy ją, ile mogliśmy, graliśmy znaczonymi kartami, ale koniec końców od niej wszystko zależy. Mam nadzieję, że ma dobry humor 
277,60 mlu/ml ❤️ cudzie trwaj 
3.5 roku starań i jest. Ryczę jak głupia ale tym razem to są łzy szczęścia. Czekamy do piątku na powtórkę bety bo tak kazał lekarz i w poniedziałek wizyta.
Co teraz czuję? Przede wszystkim zniechęcenie. Dobijamy już do roku starań.
Przez pierwsze miesiące byłam bardzo zaangażowana. Myślałam, że to będzie proste – że wystarczy zrobić badania, znaleźć przyczynę, podjąć jakieś kroki, naprawić problem i wtedy zajdę w ciążę.
Byłam u lekarza ginekologa. Powiedział mi bardzo prosto: do ciąży potrzebne są cztery rzeczy – komórka jajowa, jajnik, macica i plemnik. I dodał: „U ciebie wszystko działa – masz owulacje, masz dobre endometrium, drożne jajowody, dobrą macicę, a twój mąż ma dobre nasienie. Ja tu nie widzę żadnego problemu”.
A ja zaczęłam się czepiać szczegółów. Że może estrogen w drugiej fazie mógłby być trochę niższy, że progesteron jest 13, a mogłoby być 15. Że witamina D mogłaby być o 10 jednostek wyższa. Że może coś jest nie tak z moim wynikiem, a może z nasieniem męża, bo czasem upłynnia się dopiero po 60 minutach, a nie szybciej.
Lekarz odpowiedział, że on jest ginekologiem i położnikiem – codziennie przychodzą do niego kobiety z naprawdę poważnymi problemami: ogromnymi niedoborami, chorobami, nowotworami, z mężami o słabym nasieniu, z cukrzycą i innymi trudnościami – a mimo to zachodzą w ciążę. I że moje „10 jednostek” w jednym badaniu czy jakieś drobne odchylenie nie powinny mieć znaczenia, skoro ogólnie jestem zdrowa i wszystko funkcjonuje. Powiedział też, że może istnieje jakaś przyczyna, ale równie dobrze może jej w ogóle nie być – i nigdy się tego nie dowiem.
Dlatego jesteśmy już umówieni do kliniki niepłodności. Najpierw pewnie inseminacja, a może później in vitro. Mamy jakieś pieniądze odłożone.
Czuję się z tym źle. Bo kiedyś w ogóle nie chciałam mieć dziecka – a teraz nie wyobrażam sobie, że miałabym go nie mieć. I boli mnie to, że coś tak naturalnego, co wielu ludziom przychodzi tak łatwo i za darmo, dla mnie oznacza poświęcenie tylu pieniędzy, czasu i siły. Rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, że znajdę się w takiej sytuacji, nie uwierzyłabym.
Mój mąż bardzo chce dziecka. Ja teraz też bardzo chcę. Widzę siebie w tej roli. A jednak cały czas nie czuję się dobrze z tym, że być może będziemy musieli iść w stronę procedur. Bardzo bym chciała, żeby udało się naturalnie.
Ale wiem, że czas płynie, nie cofa się. Dlatego idziemy na tę wizytę. Najpewniej czeka nas inseminacja. I choć wewnętrznie nie do końca to ze mną współgra, to muszę iść do przodu.
28 dc
@ nie ma i super
oby się przesunęła do czwartku to przynajmniej 11 dc (wizyta u gin) wypadnie w poniedziałek a nie w weekend 
Przeziębienie już prawie minęło - delikatny kaszel został. Ostatni antybiotyk biorę jutro, chyba że ta małpa przyjdzie dziś to od jutra Aromek, więc antybiotyk odkładam.
Wyniki z laba do odbioru osobistego ;/ a ponoć miałam mieć możliwość sprawdzić sama w necie..
Zaczynam myśleć czy tam coś nie wyszło nie tak. Pani doktor powiedziała, że będzie dzwonić jak będą złe wyniki i wtedy iui nie będzie w tym cyklu. Na razie telefon milczy 
Dostałam skierowanie do endo. Nie wiem czemu ja się łudziłam, że się dostanę na NFZ. Terminy na 2020 ;/ więc muszę szukać prywatnie - znowu kasa ;/
Ale mimo wszystko, mimo obaw jestem pełna nadziei
coś się dzieję, coś już wiem, mam jakiś plan.
8 DC
Nie mogę uwierzyć, że dzisiaj już 8 DC, 5 dzień stymulacji, a w czwartek monitoring i może zapadną jakieś decyzje. Nie powiem, że okres stymulacji to miły i przyjemny czas, ale czego nie zrobię i nie przetrwam dla "tego" marzenia. Od wczoraj robię dwa zastrzyki, doszedł Fyremadel. Ten drań to dopiero daje popalić. Igła gruba, po zastrzyku zostaje paląca czerwona plama, robi się słabo i niedobrze. Na szczęście po pół godzinki wszystko przechodzi.
Co do mojej fabryki to czuję ją już na maksa. Podejrzewam, że mam więcej jajeczek z lewego jajnika, bo przy chodzeniu tam czuję dyskomfort i ból. Noc była ciężka, bo co chwilę chciało mi się siku. Zresztą oddawanie moczu teraz też należy do bolesnych czynności. Myślałam, że będę twardzielem i będę pracować do samej punkcji. Jednak siedzę w domu, a żeby czas szybciej uciekał to pracuję zdalnie z kanapy.
Dwa dni i czwartek !!! I wszystko się dowiem! Ale się jaram, mimo tych wszystkich nieprzyjemności.
"Goniąc za tym, czego pragniesz, możesz stracić to, czego potrzebujesz."
20dc/14cs
Urlop udany! Ale się wyluzowałam! Pojeździliśmy na nartach. Aż mnie nogi bolały. Ale nie oszczędzałam się bo może akurat się udało. Byliśmy na termach w Chochołowie. Super polecam. Obskoczyłam chyba wszystkie sauny. Nawet nie pogardziłam grzańcem. Jedyny minus taki, że po powrocie do domu zauważyłam że żelazko zostawiłam włączone. Na szczęście nic się nie stało... 
Teraz znów mnie czeka kilka dni delegacji, więc to też pomoże w "niemyśleniu o ciąży".
Kolejna rzecz która w tym pomaga to zepsuty telefon. Mój M przez przypadek strącił mój telefon i się rozleciał. Na razie używam zastępczego. I bardzo dobrze bo na moim miałam moje kalendarze owulacyjne i codziennie zapisywałam tam wszystkie objawy. Oczywiście każdy dzień cyklu porównywałam z tym wrześniowym w którym byłam w ciąży. A teraz skoro ich nie mam przynajmniej się dodatkowo nie nakręcam.
Objawy na razie żadne. Może coś tam w lewym jajniku jakby jakieś małe ukłucia. Ale nic nie poza tym. Nie wiem, może sama sobie trochę wkręcam takie słabe objawy.
Mój M mówi, że w tym cyklu się na nic nie nastawia. Chyba przez to że ja jakoś nie wariuję i nie zachowuję się jakby nam się udało.
Coraz lepiej udaje mi się skupiać na życiu a nie na wiecznych staraniach i oczekiwaniach.
Pozytywne rzeczy:
Walentynkowy wyjazd do Zakopanego -super! O niebo lepsze walentynki niż te z tamtego roku. 
Dzięki Dziewczyny za Wasze rady
. Ciuszki postanowiłam dokupić w rozmiarze 56, bo większych dostałam całkiem sporo w spadku. Mam nawet jakieś bodziaki w rozmiarze 50, ale wyglądają na tak małe, że nie wyobrażam sobie, żeby nasz bobas miał się w to zmieścić. Może się zdziwię, zobaczymy
. Swoją drogą często rozmiar rozmiarowi nierówny. Pajace 50 ze smyka są co najmniej 2 x szersze od pajacy z h&m, tylko na długość się zgadzają. I bądź tu człowieku mądry.
Niestety we Wrocławiu nie ma prywatnego szpitala, w którym przyjmują naturalne porody. Medfemina, w której mam plan rodzić, miała kiedyś taką opcję, ale z niej zrezygnowali. Jestem zdecydowana na cc i dziękuję Wam za wsparcie. O porodzie sn to się tak łatwo mówi, jak człowiek miał łatwą drogę do ciąży. Jak się walczyło latami, to perspektywa się zdecydowanie zmienia.
@Miśkowa czytałam, że w niektórych szpitalach znowu papier od psychiatry ze wskazaniem do cc to za mało i jak się trafi na upartego lekarza, to potrafią zmuszać do sn
.
Caly weekend wymioty I bardzo wysoka goraczka, maz poszedl do pracy, a ja probowalam przetrwac z dziecmi dzien. Dzisiaj troche lepiej, mamy dzisiaj wolny dzien obydwoje, wiec poszliemy na lody do kawiarni a pozniej na basen. Siedze I taka mysl mam, ze chyba znowu sie nie udalo w tym miesiacu, bo brzuch juz mnie pobolewa. Nienawidze czekac I zyc w niepewnosci, najgorszy jest ten ostatni tydzien przed okresem bo mimo wszystko czlowiek ma nadzieje.
Znowu odezwala sie przeszlosc I znowu mamy zageozdke co zrobic. Wychowywali mnie cale zycie moi wspaniali jedni I drudzy dziadkowie, chrzestna, to oni utrzymywali mnie finansowo, tylko dzieki babci moglam realizowac swoje marzenia I studiowac prawo, moi rodzice chlali wode I mysleli tylko o czubku wlasnego nosa, ile mialam przez nich problemow, ile rzeczy wymyslali na nasz temat, ile problemow przez ich dlugi mialam I mielismy. Od 4roku studiow dziennych pracowalam I utrzymywalam sie sama zeby odciazyc babcie, nawet moimi dziecmi sie nie interesuje moja matka, cale zycie dlugi robili, moglabym wiele rzeczy pisac. Ale ogolnie chodzi o to, ze moj ojciec zmarl 3 lata temu a matka chleje dalej I nie ma kasy pozniej na oplaty I jedzenie I wyobrazacie sobie, ze jej sasiadka znalazla mnie na fb I pisze, ze ja I brat mamy obowiazek jej pomagac.. noz k... a czy nami ona kiedys sie interesowala, czy kiedys nam pomagala! Zreszta ma rente po ojcu, wiec jakby nie pila I nie palila starczaloby jej, zwlaszcza ze 50letnia kobieta chyba moze isc w koncu do pracy. My obydwoje pracujemy, zasuwamy zeby dziecia nieczego nie zabraklo, zeby odlozyc im pieniadze na studia, start w zyciu, mamy kredyt hipoteczny a ja mam jej dawac. No dlugo sie zastanawialam, ale nie zamierzam, chociaz coraz bardziej martwie sie ze opieka spoleczna do nas odezwie sie o kase predzej czy pozniej. I tak to zostalam uznana za potwora! Fajnie nie, nigdy z nimi nie mieszkalam, mieli mnie w dupie, ale mimo wszystko powinnam sie interesowac.
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 lutego 2019, 16:37
No tak i znow nic.... Pechowa 6... To okropne ciagle zadaje sobie pytanie Czemu? Przecież robilam wszystko tak jak trzeba.. Brak slow
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.