Wtorek 5dc / 28 cs
Miesiączka przyszła punktualnie, o czasie, zresztą byłam na nią przygotowana, nic nie było inaczej niż zwykle, nie miałam podstaw by sądzić, że może to "ten" cykl. Ale zrobiłam wszystko co się dało. W tym cyklu było jajo, był zastrzyk z ovitrelle, owulacja się odbyła, był estrofem i była luteina. Były warunki, ale niestety, na nic to.
Nic nie pisałam, ale Was czytałam. I na prawdę jest mi strasznie przykro, że Nam wszystkim nie wychodzi, tyle smutku
Jesień zbiera żniwo w postaci wielu naszych łez. Mam nadzieję, że ona jeszcze się uratuje, to taka piękna pora roku, liczę, że zanim się skończy przeczytam na wielu pamiętnikach jeszcze radosne wpisy i nowiny. Tak bardzo bym chciała. Przecież zasługujemy na to. Ja też bym chciała dodać taki wpis...
Ponad to nadal oczekuje na wyniki cytologii i chlamydii. Czekam też na wizytę w klinice. Chyba na czas podróży odstawię wszystkie leki typu estrofem, luteina etc. Na urlopie nie będę miała jak zweryfikować czy była owulacja etc a obawiam się, że prowadząca nie da się przekonać, że wiem kiedy mam owulację
Poza tym może nawet lepiej...nie chce mi się na wakacjach ciągle patrzeć na zegarek i funkcjonować pod dawkowanie lekami. No i właśnie podróż! To taki trochę śmiech przez łzy. Cieszymy się ogromnie z powodu wyjazdu, wszystko mamy już ułożone, plan podróży, zwiedzanie, ale... I to właśnie "ale" psuje..psuje mi wizję, bo to nie tak miało być, nie tak wszystko sobie planowałam. Im dłużej żyję, tym jestem bardziej przekonana, że planów nie powinno się robić.
Ech...idę dalej żyć, bo przecież trzeba. Obowiązków i spraw do załatwienia przed wylotem jeszcze masa, więc pora przestać filozofować i użalać się nad swoim żywotem. Jest ono jakie jest, staram się jak mogę, więcej nic już chyba więcej nie mogę zrobić.
30tc
Wczoraj byłam na prenatalnych, mała waży już 1828g , mam zdjęcie buźki w 4d, aczkolwiek nie wyraźnie bo mała zasłaniała rączką i uparcie nie chciała rączki opuścić na dół
Z małą wszystko ok, wszystko w normie, także bardzo się cieszę!! Szyjka ma 3cm więc póki co jest ok. Ale i tak zamierzam się oszczędzać. Następna wizyta 18 listopada u nowego lekarza.
Niech ten czas leci, a ty maleństwo rośnij zdrowe i prawidłowo!!🤞🤞✊✊ Wierzę, że będzie dobrze!!! 🤞🤞✊✊
27 dc, 8dpt
(Estrofem, Utrogestan, Acard, Neoparin, Encorton, Medargin, wit C, wit D, Metafolin, Metylowana B12)
Dzięki Dziewczyny za słowa otuchy, oby się pospełniało 
@Krycha, mam pełną świadomość tych statystyk, ale do tej pory się w żadne nie mieściłam. Fakt, że tyczy to tylko naturalnych cykli, w tym sztucznym jestem zupełnie rozbita.. wieczorem piersi są ciążowe, rano nie. Nic już nie wiem, ciało pod wpływem zewnętrznych hormonów jest dla mnie nieinterpretowalne, to zupełnie obce uczucie.
Przez te wszystkie miesiące starań spotkałam wielu lekarzy, którym pokazywałam wyniki badań zrobione samodzielnie, bo nikt ich nie zlecił bo takie badania robi się po trzeciej stracie. Lekarze przeglądali je ze średnim lub mniejszym zaangażowaniem, omijając skutecznie immunofenotyp "a to to nawet nie wiem co to jest, widocznie mało ważne". Jak mało ważne dowiedziałam się zdecydowanie za późno..
Polecono mi abym poszła do naprotechnologa, budżet już leży i płacze, ale pomyślałam, że co mi szkodzi wydalaliśmy na badania tyle, że jedna wizyta u napro nas nie zabije. Okazało się, że nie jedna tylko dwie, bo pierwsza jest wizyta z położną, która zbiera wywiad i zleca badania tak, aby na wizytę do lekarza przyjść już z wynikami (w sumie ma to sens), pierwszy wolny termin był za 2 miesiące. Jestem już po tej wizycie.
Położna była zadowolona z ilości badań, które miałam (jaka miła odmiana) "ooo pani ma wszystkie potrzebne badania i jest najważniejsze immunofenotyp (zaraz, zaraz, a to nie jest to badanie, które do tej pory było takie "obce lekarzom i mało istotne", facepalm), o nie, kiedy pani miała transfer (odpowiadam kiedy) pani musi się natychmiast spotkać z lekarzem, z takimi wynikami szanse na donoszenie ciąży są bardzo małe". Zostałam w trybie awaryjnym przyjęta przez lekarza, który ma dwumiesięczne terminy, tylko dlatego, że wyniki są źle rokujące, a jest cień szansy, że jestem w ciąży". Prawie zbierałam szczękę z podłogi ze zdziwienia, a finalnie tak mnie podejście położnej i lekarza zmiażdżyło, że rozpłakałam się w gabinecie jak dziecko. Jakby ktoś zdjął z moich barków niesamowity ciężar, pierwszy raz poczułam, że nie jesteśmy z mężem w tej walce sami, że nie tylko nam zależy. Pierwszy raz od dawna czułam się w gabinecie lekarskim bezpiecznie (nowe i dziwnie przyjemne uczucie). Dostałam listę zaleceń długą jak papier toaletowy i jeszcze dłuższą listę leków do przyjmowania. Jak się zbiorę w sobie to zrobię notatkę co na co i dlaczego, może się komuś przyda.
przykre to jest bardzo że dowalają takimi zagrywkami dodatkowy zupełnie niepotrzebny stres... dzisiaj poszedł kolejny e-meil do koordynatorki już nie w tak miłym tonie jak wczoraj i zaraz jeszcze napiszę do lekarza a jak to nie pomoże to po prostu pojadę tam w poniedziałek i tyle bo ja nie będę się faszerować niewiadomo ile takimi dawkami leków bez jakiejkolwiek kontroli bo oni mają burdel i nie potrafią wykonać jednego telefonu... ponoć moja prośba trafiła do lekarza we wtorek więc nie wierzę, że nie miał czasy tyle dni żeby powiedzieć tak albo nie...
13 DPO, 13 DPI, 26 DC (dzień spodziewanej @)
3t+4d 🥰🥰🥰
Obudziłam się i okazało się, że to wcale nie był sen
Jestem w ciąży! Wciąż brzmi to dla mnie mniej więcej tak samo prawdopodobnie jak "jestem wróżką" 
Od wczoraj wir sprzecznych emocji. W jednej chwili rozpływam się ze szczęścia, a za chwilę zielenieję ze strachu jak ja sobie przez te kolejne 8 miesięcy poradzę. Najwyraźniej tak głęboko nie wierzyłam, że to się kiedyś uda (dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę), że różne możliwe komplikacje po prostu schowałam w głowie do szuflady "jakoś to będzie" (lub jak mawiała Scarlett O'Hara w Przeminęło z wiatrem - pomartwię się tym jutro
).
Mam milion różnych dziwnych dolegliwości, niby niegroźnych ale upierdliwych, i do tej pory radziłam sobie z nimi przy pomocy homeopatycznych leków, ziółek i innych tego typu remediów, których NAGLE nie mogę brać! Wiem, że to trochę "narkomańskie" ale jestem przerażona 🙄 Mam alergie, astmę, nietolerancje, problemy z jelitami, kilka rożnych "zespołów czegoś tam" itd itp. Boję się jak przetrwam bez leków a jeszcze bardziej boję się jak ewentualne branie jakiś leków wpłynie na dziecko. Tyle razy sama narzekałam na swoje parszywe zdrowie a moja mama zamartwiała się, że "to przez te wszystkie świństwa, którymi faszerowali mnie w ciąży". Nie chcę żeby moje dziecko miało obciążenia zdrowotne już w życiu płodowym. Chciałabym być w takiej "filmowej" ciąży - lekka i zadowolona, ewentualnie czasem można rzygnąć albo mieć dziwną zachciankę kulinarną, ale generalnie radośnie wybierać ubranka i uśmiechać się bez powodu.
🙄
Nie mogę doczekać się pierwszej wizyty. Po pierwsze chcę już wiedzieć ILE ich tam w środku jest
Po drugie mam nadzieję, że lekarz doradzi mi jakieś zamienniki leków, które będą bezpieczne w ciąży. Za tydzień ORGANOGENEZA!
Kształtuj się zdrowo dziecinko!
Mam dziś tak dziwny nastrój że postanowiłam przelać go do pamiętnika. Za dwa dni 15tc, ciąża rozwija się prawidłowo a ja chodzę osowiała.
Nie chcę jojczyć jak mi źle bo wiem że dla wielu ciąża to marzenie, ale sama jestem zdziwiona tym co teraz czuję. Jeśli nie chcecie sie dziś dołować to może nie czytajcie 
Jestem po jednym poronieniu w 7 tc, dowiedziałam sie na pierwszym USG. Wtedy byłam w miarę spokojna, ucieszona. Powiedziałam wszystkim, a wszyscy powiedzieli wszystkim pozostałym. Czułam wielkie szczęście, i tak samo wielki był wtedy upadek. Niby 7 tc ale zdążyłam wejść na skraj radości i każdy powtarzał ciesz sie, takie przypadki są rzadkie, będzie ok. Sytuacje przepracowaliśmy razem, przegadaliśmy, było ok.
No i właśnie, drugi test pozytywny. Moja reakcja - ok. Reakcja Starego - ok. Byliśmy tak wystraszeni że do 7 tc zapomnieliśmy o tym, nie rozmawialiśmy, tematu nie było. "Zobacze bijące serduszko to zaczne sie cieszyć". Zobaczyłam je, dzień radości. Następnego dnia to samo uczucie stresu. Dwa tygodnie później zaczęły sie plamienia, które zestresowały mnie jeszcze bardziej.
Wizyta, przed którą prawie zwymiotowałam pod gabinetem. Ginka mierzy ciśnienie, prawie 170 na 100, jest zdenerwowana, chce mi przepisywać leki ale tłumaczę że boje sie co zobacze na usg. Na usg ok, dziutek sie rusza, ale jest też krwiak, malutki ale jednak. Sekunda radości i 3 tygodnie niepokoju bo ten krwiak... Czytanie o krwiakach.. i powtarzanie sobie że jeszcze sie nie ciesze, jeszcze zapominam, nie przywiązuje sie. Po prenatalnych pozwole sobie na szczęście.
Prenatalne - hiperwentylacja przy odbiorze wyników NIFTy, zdrowy chłopiec. Jeden dzień radości ale... Jeszcze USG, tam może wyjść tyle rzeczy źle, czytałam o nich. USG oczywiście wychodzi ok..
No i gdzie ta radość. Miała mnie oblać, pozwoliłam sobie na nią. Kolejne usg, dziutek leży i nie rusza się a ja stwierdzam że coś jest nie tak - oczywiście po prostu śpi.
Mówimy rodzinie, mama chce kupować rzeczy a ja zabraniam.
Naprawdę chcę, ale nie potrafię się cieszyć. Próbuję każdego dnia. Czytam o dziewczynach które w tym okresie już zaczynały mówić do dziecka a ja sie wstrzymuję. Każde ciągnięcie, każde pobolewanie analizuję. Panikuję gdy wypije wode z kranu bez przegotowania jej.. i brzmię jak osoba której sama kiedyś powoedziałabym 'weź sie ogarnij'.
Po prenatalnych miała być radość ale oczywiście wmówiłam sobie że połówkowe będą tym definitywnym krokiem i wtedy już na pewno poczuje sie lepiej. Taa.
Cholera nie wiem jak z tego wyjść. Pogadałabym z kimś ale jak pisze do przyjaciółki to dostaje tylko odpowiedz 'daj spokój, bedzie dobrze, nie myśl tak' Sprawdzałam psychologów ale godzina konsultacji 200 zł. ;/ Zdrowie psychiczne tylko dla bogatych..
Wiem że musze przestać czytać internet, przestać czytać o tym co złego może sie wydarzyć.
Myśle że gdybym zaszła w ciąże w wieku 20-25 lat to lepiej bym ją zniosła. Teraz człowiek jest doświadczony, wie że dzieją sie złe rzeczy, że jest ich dużo. Czyta o tym, słyszy o tym. W moich oczach statystyka 1% poronień po 12 tygodniu zamienia sie przynajmniej na 60% ryzyka. I tak jest każdego dnia, nie potrafię już z tym wygrać
ale będę próbować
Oby następny wpis był bardziej pozytywny 
Wreszcie zaczelam moj nowy cykl, bo w koncu musze sie ogarnac i zaczac diete i regularne cwiczenia. Jak mam @ to generalnie nie jestem w stanie nic robic, ale mam nadzieje, ze juz od weekendu zaczne ogarniac moje nawyki zywieniowe i cwiczenia. Ziolka chinskie nadal pije i musze przyznac, ze przyzwyczailam sie juz do ich smaku i nie sa az tak ohydne jak w niedziele.
Wczoraj obejrzalam sobie dokument o trzech parach podchodzacych do in-vitro. Caly proces by dokladnie wytlumaczony na czym polega, czego sie spodziewac. I z drugiej strony byly te pary, w roznym wieku, po paru probach, pierwszym podejsciu mowiace szczerze przez co przechodza, co czuja. Pare razy sie poplakalam bo doskonale rozumiem jak ciezkie sa starania o ta upragniona ciaze. Z tych trzech par tylko jednej udalo sie zajsc ale poronili pare tygodni pozniej. Uswiadomilo mi to, ze my tak stawiamy na to invitro jakby to byl juz prawie taki pewnie a niestety zycie i natura weryfikuje wszystko. Mysle, ze ten dokument pokazal mi, ze musze sie przygotowac na taka mozliwosc, ze sie nie uda i jak sie po tym pozbieram. Obecnie z niecierpliwoscia wyczekuje aby rozpoczac ten proces. Jak juz zaczniemy to wtedy miala takie poczucie, ze mam cos kontrola, ale tak naprawde to bedzie bardzo zludne, bo po transferze juz nic ode mnie nie bedzie zalezalo tylko od mojego ciala.
Dawno temu pamietam czesto zastanawialam sie czy chce dzieci, czasam mowilam, ze nie chce miec dzieci.....czy teraz place za tamte glupie wypowiedzi? A dzis chcialabym zobaczyc te dwie kreski na tescie.
Zaraz 24ta i moje urodziny... Miały być z Maleństwem, jednak życie jak zykle ma swój scenariusz... Dr kazał zrobić badania z krwi - HIV, hcv, różyczka itd plus cytologia, chlamydia itd .. nie może być plamienia. Mieliśmy jutro jechać, wiem, że to dzień miesiączki, ale nie pamiętam kiedy przyszła bez 1-2dniowego opóźnienia. Był spokojna, a tu popołudnia na papierze coś się pojawiło.
Dziewczyny, podchodząc do IUI było wyjście awaryjne. Teraz nie ma. Wiem, że jak pierwszy transfer się nie uda, nie poradzimy sobie z tym. Osobno pewnie tak, ale razem nie... Nawet nie wiecie, jak to boli. To co powinno zbliżać nas do siebie, oddała..
6tc
Wczoraj ok godz.15 mialam mocne jednorazowe plamienie. Krew byla czysto czerwona tak jakby sie miala zaczac miesiaczka. Byl to jeden strzal kiedy nagle pęka bańka i koniec. Papier od wycierania byl czerwony.
Wrocilam do domu i od razu sie polozylam i lezalam tak do nastepnego dnia.
Dopiero co bylam na USG i wszystko bylo dobrze. Zarodek w macicy, czyli wykluczamy ciaze pozamaciczna oraz puste jajo. Jajniki czyste, krwiaka nie bylo widac. Podobno 50% kobiet w ciazy ma plamienia.
Dzisiaj byly lekkie brunatne smugi. Po pracy od razu do wyrka, mam zamiar lezec przez caly dlugi weekend. Leki na podtrzymanie biore co ma sie stac to sie stanie.
Czekam do poniedziałku na drugie usg (powinno juz bic serce o ile bije
).
Potrzebuje waszych ✊✊
pierwsza choroba z temp 39,5 odhaczona - wirus
wychodzi ostatnia czwórka
I Młoda, jak gdyby nigdy nic powiedziała dzisiaj sylabami pa-pry-ka.
Cały czas chce do mnie.
Moja wydajność intelektualna to jakieś 3% ale robota sama się nie zrobi.
W tym miesiącu suplementuję magne b6 i mam lżejszy PMS, bardziej goonie go znoszę, chociaż z trudem nad sobą panuję, ale jednak (potrafię już zlać, co mówi do mnie mój teść)
Chciałabym się kiedyś wyspać. trochę chociaż
Niech ten tydzień się skończy. Od poniedziałku mam w pracy dzień (tydzień?) wariata (ów). Naprawdę. Mam dość. A do tego dziś zepsułam sprzęgło. Trzecie sprzęgło w ciągu 11 miesięcy. Oczywiście, że mogę napisać, że sprzęgło się popsuło, ale bez przesady. Kurka wodna. W grudniu sprzęgło w moim aucie rozleciało się ze starości, w sierpniu sprzęgło w moim aucie rozleciało się przy próbie wyciągania innego auta z zakopania się. Dziś do pracy jechałam samochodem Mężusia (Biedak, przyjechał wczoraj wieczorem do domu, żeby mi odstawić MOJE auto na wymianę opon). Chciałam do pracy jechać busem. No chciałam, ale przecież "Krąsi jedź autkiem, będziesz miała wygodniej i szybciej". Ok. No i 5 km przed pracą, sprzęgło się rozleciało. Przy redukcji biegów z 2 na 1, na zjeździe z obwodnicy do miasta. "O mój Bożeeee... Nie! Nie, nie, nie! Tylko nie to!!! Znowu sprzęgło, znowu jaaaaaaaaaaaa, ja tak bardzo chcę mieć nieawaryjne auto, prosto z salonu, czy to tak dużo, żeby dojeżdżać do pracy i potem do domu (w międzyczasie zjeżdżam na pobocze, uruchamiam awaryjne, no i sobie ryczę, gdyż >>kto bogatemu (w łzy), zabroni?<<)". Zadzwoniłam do Mężusia (dziś miał iść na krew, żeby zbadać testosteron i glukozę), no i zawodzę do słuchawki "Słuchaj, ja chyba znowu zepsułam autoooooooooooo, stoję, jak ten pacan" - "Już do Ciebie jadę, który zjazd z obwodnicy, pierwszy czy drugi?" - "Pierwszy". Tłumaczę sobie na spokojnie (moje Krąso-Ego raczej to robi) "To sprzęgło i tak było na wykończeniu, gadał już od 2 miesięcy, że musi wymienić sprzęgło i w ogóle, ja chciałam jechać do pracy busem, noooo...". A potem górę wzięła Krąso-Odpowiedzialność za własne czyny: "Nie masz ręki do techniki, czego się nie dotkniesz, to się psuje, następnym razem mówisz twardo >>jadę busem<< i tyle, musisz ze swojej pensji mu dołożyć ze 2/3 do tego sprzęgła, trudno, przestań płakać, rozstaw trójkąt, bo zaraz jakiś TIR w Ciebie wjedzie. Jeszcze jest taaaaka mgła, a Ty trójkąta nie rozstawiłaś, tylko na awaryjnych stoisz??? Weź się w garść". No. To rozstawiłam ten trójkąt, wysmarkałam gluty, wytarłam oczy (uwielbiam moje kredki z hebe, nie pamiętam nazwy, ale nie popłynęły ani teraz, ani nigdy wcześniej). Zadzwonił Mężuś, powiedział, żebym szukała lokalnych mechaników i terminów. Zrobiłam to. Jak przyjechał, miałam już wybranego. Odholowaliśmy auto do mechanika, odstawił mnie do pracy. W pracy byłam na 9:00 (zamiast na 7:30).
Wczoraj byliśmy na wizytach w klinikach. W międzyczasie zaliczyliśmy akupunkturę. Mężuś był umówiony, a dla mnie nie było łóżek, ale babeczka jak mnie zobaczyła - znalazła łóżko i też mnie ponakłuwała.
W klinice z dofinansowaniem okazało się, że pieniądze z dofinansowania są zamrożone do stycznia. Gdyż każda z wybranych klinik puściła kilka par, napisała raport, urząd czyta te raporty, weryfikuje i wszystkie pieniądze (na całe 3 lata) przeleje w styczniu. I potem nie decyduje kolejność wizyt kwalifikacyjnych, tylko jak to z cyklem zgrać i kto pierwszy ten lepszy. Nasza klinika zakwalifikowała do tej pory 450 par, a wizyty kwalifikacyjne dalej trwają (program jest przeznaczony dla 440 par w ogóle - na 3 kliniki). Na pytanie, czy jeśli parametry nasienia się poprawią, to zostaniemy wykluczeni z programu (w dniu punkcji, w lipcu, mieliśmy przecież najlepsze parametry odkąd je badamy) - lekarz odpowiedziała, że to jest dobre pytanie i wydaje jej się, że nie. Dalej, chce mnie stymulować menopurem, który ma FSH i LH. Ok, pęcherzyki rosną równiej niż na samych preparatach z FSH, ale jednocześnie estradiol rośnie wysoko. A ja poprzednio miałam zagrożenie hiperką, bo estradiol był tak wysoko. Przedstawiłam jej listę zaleceń od dr Jerzak "O, lista leków się wydłuża" i tyle. Zero komentarza, zero pytań, zero reakcji. To była kolejna wizyta, na której nie miałam zrobionego przez nią usg. Ten system Oosight, który służy do zbadania prawidłowości oocytów, niektóre kliniki używają także podczas zapłodnienia (żeby wiedzieć, gdzie wbić plemnik, żeby on nie wbił się w jakieś super ważne ciałko, bo wtedy nie dojdzie do zapłodnienia) - oni tylko do oglądania komórek. To, w jakim celu, mam płacić 800 zł, jak możliwości tego systemu nie zostaną wykorzystane do końca?
W Invimedzie warszawskim cena za icsi, imsi, picsi i hbimsi jest taka sama - 7850 zł. W programie z dofinansowania można zrobić ivf lub icsi. Jak byśmy chcieli dopłacić do imsi, to dopłatę ustalono na poziomie 1450 zł. Całkiem sporo. I ona proonuje do tego imsi dorzucić Fertile Chip.
No i jeszcze - nie dostanę L4 na czas po transferze, gdyż nie ma takiej potrzeby.
Podjechaliśmy do lab, zrobiłam badanie CBA i TREG. Paśnik powiedział, żeby je zrobi minimum 3 tygodni po ostatnim szczepieniu. Wczoraj wypadł równo miesiąc po ostatnim szczepieniu. A chciałabym wiedzieć, czy szczepienia pomogły, czy warto się zainteresować lekami od Jerzak. Wyniki obu badań za 3 tygodnie. Z portfela ubyło 700 zł.
A potem byliśmy w naszej, ale tej "naszej" klinice. I tam pogadałam o wizytach u dr Jerzak, o klinice z dofinansowaniem, co nam proponują, o IO mojego Mężusia. Bo nawet jak nie zrobimy tam ivf, to akurat tam mamy jednego z lekarzy, któremu ufamy bardziej niż innym. Mój Mężuś potem stwierdził, że uwielbia widzieć mnie jak rozmawiam z lekarzem językiem kosmitów i lekarz wie, że nie musi mi tłumaczyć np. tego, czym są limfocyty żerne. Taki komplement. Chyba jednak wolałabym trójkę dzieci i możliwość narzekania na to, jak one brudzą i krzyczą i nie dają spokoju niż wiedzieć, czym są limfocyty żerne.
Na wizycie powiedziałam jej o metforminie i że dostałam na mutację PAI 1. Nie skomentowała, tylko powiedziała, że gdybym miała IO lub PCOS to z pewnością dostałabym metforminę w wyższej dawce. I że nie ma doniesień na temat tego, żeby w ciąży szkodziła, że pojawia się coraz więcej publikacji na jej temat. I też, że łatwiej jest ją przepisać komuś z tytułem "profesora" przed nazwiskiem, niż zwykłemu lekarzowi, który ZAWSZE w przypadku niepowodzenia będzie się zastanawiał, czy to czasem nie z uwagi na metę. Zapytała o dalszy schemat leczenia przez prof. Jerzak, gdyż ma z nią czasem do czynienia i chce widzieć cały schemat, jak go dopasowała do mnie. No i stwierdziła, że jednak prograf i accofil są wyjątkowo silnymi immonostymulantami i że ona sama nie widzi tu takiej potrzeby. I że my jednak mieliśmy problem z jakością zarodka, że u mnie na wszystkich monitoringach endo ładnie rosło i w ogóle, ona nie widzi problemu z receptywnością endo, a raczej z jakością zarodka. Ona jeśli już dałaby mi sterydy po transferze.
Pogadaliśmy o IO Mężusia, powiedziała, że ona nie miała takiego przypadku. Że raczej nie ma badań na ten temat (no, ale są tu laski, których partnerzy mieli w innych klinikach badania glukozy i insuliny). Opowiedziała, że byli kiedyś na konferencji andrologicznej, że może warto byłoby skupić się na mężczyźnie jednak, a kobiecie dać trochę odpocząć w trakcie procedury, na co pan androlog powiedział, że jak są plemniki w nasieniu to dobrze, jak nie ma - nakłuć jądra i też dobrze i zostawić pana w spokoju, gdyż może się przestraszyć i mieć potem zaburzenia wzwodu. Ale powiedziała, że dla niej to logiczne, że skoro IO ma tak duży wpływ na kobiecą płodność i zaburza pracę jajników, to przecież jądra są odpowiednikami jajników i to też może mieć niebagatelny wpływ na męską płodność. Powiedziała, że wobec tego, najlepiej byłoby spróbować podejścia po 3 m-cach przyjmowania mety przez Mężusia. Czyli po 24 stycznia 2020 roku. Na pytanie: czy ta metformina może poprawić skuteczność plemników - Nie wiem, bo przecież u Pana chromatyna jest ok, przy punkcji uzyskaliśmy ich naprawdę niezłą ilość, super morfologię, naprawdę nie wiem, ale niech Pan walczy, im lepsze nasienie, tym lepiej.
W zakresie skróconych cykli powiedziała, żeby póki co traktować to jak naturę, a zacząć się martwić po 3.takim krótkim i wtedy prosi o kontakt. No i powiedziała, że zamiast atosibanu, accofilu i intralipidu, to ona zastosowałaby wlew z lacopilu (jeśli dobrze pamiętam i nie przekręciłam nazwy). Ucieszyła się z nasze akupunktury, powiedziała, że akupunktura ma " ekstra dobre efekty". O propozycji menopuru powiedziała, że u mnie to jest nieodpowiedzialne - ładnie zareagowałam, miałam 12 pęcherzyków przy estradiolu 3000 jednostek, czyli na pęcherzyk przypadało 250 jednostek estradiolu. Akuratnie. No i z tego 10 było dojrzałych. A menopur u mnie z pewnością wywoła hiperkę. I że menopur podaje się pacjentkom starszym lub takim, które mają problem z produkcją estradiolu, ze słabo rosnącym endometrium, a u mnie ona takiej potrzeby nie widzi.
Powiedziała jeszcze, że rodzaj leku do stymulacji nie wpływa na jakość komórek, że styl życia, to i owszem, ale rodzaj leku niekoniecznie. Że to jednak jest strzelanie w ciemno - "Poprzednio przy dawce 150 jednostek bemfoli uzyskaliśmy 2 komórki, to teraz musimy zmienić, to może damy menopur 450 jednostek".
Pamiętnik powinien mieć motto "Wiem, że nic nie wiem".
Nie wiem, czy poczekamy do stycznia. Wiem, że styczeń tuż tuż. A ja już nie chcę czekać. Chcę już i teraz! W tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla Esperanzy i Mojejnadziei, które czekają i są wzorem cierpliwości dla mnie 
Jutro wizyta ze sciaganiem szwow i planowaniem, co dalej. Nie wiem, czy to z podswiadomego stresu, ale cos mi zablokowalo zoladek. Zjadlam dzis tylko trzy kanapki, galaretke i salatke z kurczakiem, w sumie chyba nawet nie tysiac kilokalorii. Ale rewolucja w jelitach okrutna nastapila, zupelnie bezpodstawnie, bo chleb zytni byl, a salatke robilam sama z czterech skladnikow: kurczak, salata, ananas, majonez. Nawet nie solilam! Bol w toalecie jak zwykle sie pojawil, a musialam tam zagladac dosc czesto. Ja wiem, ze mi tego jelita nie rozplatywano z tym jajowodem, praktycznie nie ruszono nic. Caly zabieg poszedl juz w niepamiec, nic nie boli, blizny ledwo widoczne. Jedynie odparzylam sobie wokol pepka skore, bo plaster na sucho dzis sciagnelam. Zawsze robilam to wieczorem pod prysznicem i naklejalam nowy, ktory nosilam caly nastepny dzien. A dzis stwierdzilam rano, ze juz mi plaster nie potrzebny, zerwalam na sucho i mam za swoje.
Krwawienie ustalo praktycznie po trzech dniach, jakies tam epizody z plamieniem po dwojeczce tylko potem byly. Przedwczoraj zalalo mnie plodnym sluzem w ilosciach hurtowych. Warunki tak jakby luksusowe do zachodzenia w ciaze, tylko oczywiscie prokreacja sie nie odbyla. Ogolnie nie jest zle, tylko ta gehenna w toalecie troche humor psuje. Coz, oby do nastepnego zabiegu, celem naprawienia tego balaganu w srodku. Poczatkowy entuzjazm w sprawie usuwania jajowodu mi opadl, zaczynaja sie watpliwosci typu, a co z hormonami, jak zredukowanie o polowe liczby jajnikow wplynie na gospodarke hormonalna? Pytanie pozostaje otwarte na jutro dla doktora.
Test owulacyjny pozytywny! Cudownie 
W zetknięciu z lekarzami czuję się zagubiona jak dziecko we mgle...
Pierwszy lekarz do którego chodziłam od lat (prywatnie) zlecił nam zrobienie amh i badanie nasienia. Następnym krokiem byłoby skierowanie mnie na drożność. Po tym jak przedstawiłam mu wyniki męża umył ręce i powiedział, że mamy iść od razu do in victy... o skierowaniu na drożność już nic nie mówił. Powiedział, że "muszę sama zdecydować, kiedy chcę ją mieć". W międzyczasie byliśmy u androloga, też prywatnie. Zalecił nam wykonanie kompleksowych badań nasienia i powiedział, że mam zrobić tą drożność. Idę do ginekologa na nfz (nie była to moja pierwsza wizyta). Idę z infekcją intymną i przy okazji mówię o naszym problemie i zamierzam prosić o skierowanie na drożność. On powiedział, że robienie drożności jest bez sensu i że mamy iśc do in victy zrobić dna plemników i w zależności od wyników mamy robić inseminację lub in vitro... jeżeli chromatyna plemnikowa wyjdzie poniżej 15% to dopiero wtedy drożność, a jeżeli powyżej 15% badanie drożności byłoby bez sensu, od razu robiłby in vitro. Czytam Wasze historie i uważam, że drożność w naszym przypadku byłaby dobrym pomysłem. Dużo dziewczyn zaszło w ciążę po wykonaniu tego zabiegu. Nie wspomnę, że gdy wspomniałam o infekcji , nawet mnie nie obejrzał tylko od razu przepisał globulki! W gabinecie spędziłam dosłownie 7 minut.
Niestety mieszkam w małym mieście i nie mam dostępu do lepszych przychodni, a ten lekarz również przyjmuje w invikcie w większym mieście. Nie czuję wsparcia i chęci pomocy od lekarzy. Może gdybym chodziła do niego prywatnie to by inaczej mówił, ale z kolei mój pierwszy lekarz, do którego chodziłam prywatnie też umył ręce
czy wy też musicie się zmierzyć w takim podejściem lekarzy do leczenia? Nie dość, że jest nam ciężko w tej walce, to jeszcze lekarze sprawiają, że ta walka jest jeszcze cięższa. Oczywiście, mogłabym wszystko robić prywatnie i byłoby super, ale niestety nie mamy na to pieniędzy... Próbuję jak najwięcej rzeczy załatwić na nfz, ale zderzam się wtedy z murem 
Ten doktorek jest niesamowity. Nic, ze kazal czekac na siebie godzine, w koncu szef, to moze. To, co mi powiedzial, zabrzmialo miliard razy mniej strasznie niz sobie przez tydzien wkrecalam. Otoz ten jajowod jest do odratowania. Istnieje mozliwosc "odklejenia" operacyjnie, on osobiscie nie potrafi, ale da skierowanie do szpitala. Mam sobie tylko termin wybrac, jego zdaniem przed swietami lepiej nie, bo to chaotyczny czas i ktos moze byc na urlopie albo sie spieszyc, poza tym organizm potrzebuje przerwy po zabiegu. Siedze i mysle intensywnie, kiedy sie na ten stol klasc. W styczniu moze wypasc wyjazd do Polski. Z kolei teraz i tak juz tydzien na zwolnieniu jestem, musze isc do pracy i jakies pieniadze zarobic przed kolejna nieobecnoscia. A kazdy miesiac czekania, to dodatkowy miesiac z bolem i ryzyko brania zwolnienia na dzien czy dwa w razie okresu. Tak zle i tak niedobrze. Dzis raczej zadnej decyzji nie podejme. Grunt, ze jestem do naprawienia. Ale taki drobiazg jeszcze, czyli zrosty w zatoce Douglasa, od 2014 albo i dluzej tam sobie urzeduja. Przeciez to dziala jak wkladka antykoncepcyjna! Inseminacja, in vitro, natura, to wszystko nie mialo prawa sie udac. Moge sie bzykac na potege, nie bedzie z tego ciazy chocby nie wiem co. O tym doktor nic nie mowil, ale jak juz beda kroic, to moze i nimi sie zajma w szpitalu, trzeba tylko operatorowi podpowiedziec.
Pozostaje drobny niesmak, ze mimo tych zrostow, klinika w 2015 na dwie proby nas naciagnela. Mogli chociaz po wszyszkim wspomoc konskimi dawkami progesteronu, a nie leciec sztanca. Tego nie cofne, ale wiele sie wyjasnilo. Nieplodnosc idiopatyczna to tym razem znaczy endometrioza w zatoce Douglasa i teratozoozpermia.
W srode miałyśmy szczepienie. Pielegniarka pomylila karty.
Szczepienie bylo odroczone, w ubiegłym tygodniu zadzwonilam do pielegniarki z pytaniem o termin, kazała dzwonic we.wtorek do rejestracji bo jej przez tydzien nie bedzie. Dziewczyny wiec mnie zapisały. W środę na szczepieniu mowi lekarka,ze szczepimy bexero, pytam woec dlaczeko nie najpierw odre, a ona mi,ze bylysmy szczepione 8,08. Zapalila mi sie lampka bo w sierpniu nie mialysmy szczepien. Prosze wiec o sprawdzenie karty, a tam okazuje sie,ze to Hanna, ale inna, starsza od mojej. Nogi mi soe ugiely. Lekarka probowala bronic pielegniarku,ze ja zadzwonilam w ostatniej chwili i,ze na recepcje. No rzeczywiście argument. Kazalam sobie od teraz wpisywac w książkę oprocz terminu, co za szczepienie. Hania wazy 9700, ok.76 cm
Czas zabiegany pędzi,ciągle brak czasu. Ale nadrabiam co pamiętam 
Mamy 5 tygodni juz🥰🥰
Oluś waży 3750g💪💪 wszystko jest dobrze, mamy tylko alergię na krowie więc welcome to mleko kozie😁 13.11 mamy szczepienie...
Pogoda nam się zepsuła,ostatnie dni jesteśmy w domu. Wczoraj Oluś spał w wózku sporo i wieczorem budował (wciąż nie potrafię to przeorganizowac by spał te 3h jak na początku. Rytmu wciąż nie mamy,bo Oluś aktualnie łóżeczka nie lubi,zasypia tylko w hustawce lub w wózku. W nocy śpi z nami ostatnio ,dlatego je przeżyliśmy:D teraz odsypia wczorajszy wieczór haha
O,właśnie się budzi 
Ja czułam wczoraj katar ale na szczęście nie mam póki co i obym nie miała! Ósemka dopiero zaczyna coś odpuszczać bardzo pomału.
Ja ćwiczę,mąż mi zniósł rowerek bym mogła się spocic haha. Jeszcze 1.5 tygodnia i Choda wraca 
W wolnych chwilach też szyję,mam wene
może w grudniu skuszę się na zamówienia jakieś ale zobaczymy bo nie chce się spinac i stresować później.
Póki co tyle,bo nie pamiętam już;p
Edit: kolek nie mamy!
mamy za to świadome uśmiechy
Oluś chyba jest po skoku bo jest bardzo ciekawy,rozgląda się ,łapie w rączki np.smoka 
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 listopada 2019, 08:19
Dzisiaj mieliśmy badania prenatalne. Wszystko super.
W sumie to nie chce mi się opisywać wszystkiego. Wyniki Pappa będą w piątek. Też zrobili mi na NFZ. w piątek też mam wizytę u lekarki prowadzącej.
Aaaa - prawdopodobnie dziewczynka.
Oh .. dawno nie pisałam bo u nas kolorowo nie było...
Oczywiście cc się udała - Jagódka jest już z nami ponad 2 tygodnie.
Ciężko było - hormony, depresja, kompletny przewrót życia.
Z laktacją nie wyszło - w sumie wyszło, ale położna wybiła mnie w najgorszym momencie i ... stwierdziłam, że to p***.
Moje dziecko jest ogólnie cudowne
. Tylko ja zepsuta byłam. Teraz powoli do siebie dochodzę.
Malutka to cały tatuś, nie ma nic po mnie hehe. Jest grzeczniutka , śpi i je ... tylko wieczorkiem ma jakieś 2 godzinki czuwania ... Ja natomiast jestem leniwa.. leże, nawet obiadu mi sie nie chce robić. Boże... codziennie boli mnie głowa, może zespół popunkcyjny?
Chciałabym tylko porządzić tak jak kiedyś, wyjść na jakieś zakupy we 3 ? Niby już byliśmy ale ja cała spięta zeby mała nie zaczeła płakać i te zakupy to 15 minut trwają
. Spacer odpada bo ... smog taki huhuhu
Beta 603,9
przyrost 178 %
dobrze? 😳
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.