Dzieki dziewczyny za slowa otuchy, bylo mi to potrzebne. Caly weekend spedzialam w domu troszke uzalajac sie nad soba i jedzac tony slodkiego. to bylo potrzebne. Niestety w moim przypadku nigdy nie jest mi dane bycie totalna egoistka. Moj maz otrzymal wiadomosc od mojej mojej kolezanki, ktora napisala, ze oczywiscie rozumie moja systuacje i ze nam bardzo kibicuje, ze wreszcie nam sie uda.....ale chciala ze mna porozmawiac z innego powodu. Miala badania prenatalne i okazalo sie, ze dziecko ma wysoki procent prawdopodobienstwa ze sie urodzi z zespolem Downa. No to jak to uslyszalam poczulam sie jak najgorsze gowno......Bede dzisiaj do niej dzwonic, bo tylko sobie moge wyobrazic przez co przechodzi. Mam nadzieje, ze lekarze czesto sie myla podczas tych badan.
A tak z innej beczki to zaczelam brac witaminy: kwas foliowy, omega 3, wit A & D. Teraz jeszcze przeczytalam o dobrym wplywie selenu wiec tez go dzisiaj kupie. Maz zaczal brac cynk od soboty. Suplementacja, chinskie ziolka i miejmy nadzieje, ze cialo sie do invitro przygotuje.
Jeszcze tydzień temu był ten piękny czas kiedy byłam w ciąży. Chyba nadal do mnie to nie dociera (najbardziej to, że w ogóle w niej byłam).
Z moim partnerem jesteśmy razem od roku. Właściwie nie rozmawialiśmy nigdy o dziecku, ale delikatne zaczepki ze strony rodziny i przyjaciół, że teraz nasza kolej spowodowały, że z dnia na dzień przestaliśmy się zabezpieczać.
Z poprzednim partnerem staraliśmy się (nie zabezpieczaliśmy się) jakieś 5 lat. Byłam pewna, że to moja wina, bo choruje na Hashimoto i niedoczynność tarczycy. Do tej pory bardzo ciężko było mi uregulować hormony. Nigdy nie podjęliśmy tej walki na tyle by iść do lekarza, zrobić badania itd. Bardziej podeszliśmy do tego, że jak będzie to będzie.
Mój J. pracuje za granicą, widzimy się przeważnie co 2 miesiące. I po jego ostatnim przyjeździe na święta wielkanocne pod koniec kwietnia nie dostałam okresu. Spóźniał się 4 dni. Nigdy mi się to nie zdarzało, ale to jeszcze nie skusiło mnie do zrobienia testu. Następnego dnia jechałam samochodem z bratem, i miałam wrażenie, że wylał na siebie 2 butelki perfum, zapach był tak intensywny, że prawie zwymiotowałam w samochodzie. Zażartowałam do koleżanki w pracy, że chyba jestem w ciąży I wysłała mnie po test.
I tu przeżyłam szok, że wyszedł pozytywny. Ucieszyłam się, bardzo. Tego samego dnia powiadomiłam J.
Następnego dnia poszłam do ginekologa, pani dr zrobiła USG, nic nie było widać. Dostałam skierowanie na betę, tsh, ft3, ft4, krzywą cukrową. Wyniki były tego samego dnia. Wszystko w normie a beta 216. Sądziłam, że wynik jest dobry jak na 5tc według moich obliczeń kiedy był J.
Nie mogłam się powstrzymać i tego dnia poszłam jeszcze na wizytę do prywatnej przychodni. Mamy pęcherzyk, ale na zarodek za szybko, jeszcze go nie widać. Z objawów czułam bardzo zmęczenie, zaczynały się mdłości, piłam 4l wody dziennie i siusiałam chyba co 20 min.
Po 48h kolejna beta. Czekając na wynik, zastanawiałam się dlaczego objawy złagodniały. I po odebraniu wyniku byłam przerażona, wynik 108. Wizyta u lekarza nfz tego samego dnia. Mówi, że nadal nic nie widać. Ale jak beta spada to raczej nic z tej ciąży nie będzie. Przepłakała cały wieczór, nie sądziłam, że to może być prawda.
Kolejny dzień zaczął się w miarę spokojnie, nie dopuszczałam do siebie myśli, że to koniec, może błąd w laboratorium. Po jakiś 2 godzinach zaczęło się krwawienie. Pojechałam na IP. Opowiedziałam lekarzowi ostatnie kilka dni, pokazałam zdjęcie usg. Powiedziałam, że jak byłam u lekarza NFZ nie było widać jeszcze pęcherzyka. Zrobił usg, mówi że pęcherzyka nie ma (wziął tylko pod uwagę zdjęcie z prywatnej wizyty). Chciał zostawić w szpitalu na łyżeczkowanie, nie zgodziłam się. Wróciłam do domu, ból brzucha był już nie do zniesienia a krwawienie coraz mocniejsze. Przeleżałam w domu 3 dni, z łóżka wychodziłam tylko do toalety. Na początku jeszcze myślałam, że to pomyłka, że może jednak się uda. Ale z godziny na godzinę dochodziło do mnie co się stało.
Nie płacze już. Dotarło do mnie, że w ogóle nie byłam na to przygotowana, nie brałam żadnych witamin ani suplementów, żeby pomóc temu maleństwu przetrwać.
Jeszcze plamię, w poniedziałek idę na kontrolę do ginekologa. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Być może da skierowanie na inne badania.
Zrobię wszystkie.
Chcę być przygotowana na kolejną ciążę.
Chcę być mamą.
SOBOTA
Zrobiłam badania różne przeróżniaste i teraz czekam pokornie na wyniki. Niektóre już przyszły i co mi wyszło? Oczywiście rozjechana immunologia. No przecież! jak mogło wyjść inaczej 
ana dodatnie, nk za wysokie. Oh yeah... więc z utęsknieniem czekam na resztę niespodzianek. Mam nadzieję, że nie dobiją mnie kolejne wyniki jeszcze bardziej 
Psychicznie jest mi nieco lepiej. Odbijam się od dna. Staram się nie przesiadywać tyle na forum. Czytam książki, idę na siłownię (hahah nie wiem już które z kolei podejście, ostatnio dałam radę 2miesiące regularnie chodzic, a potem było in vitro wiec siłą rzeczy musiałam przerwać tuż przed transferem i tak do tej pory sie nie zebrałam jeszcze by wrócić, ale wiem, że już czas
). Staram się nie myśleć o tym wszystkim tyle, bo pewnych spraw i tak nie przyspieszę. Takie w kółko myślenie mnie dołuje i zabiera chęc do życia. Muszę cierpliwie czekać na wyniki i potem sie zastanawiać. Na badaniach już byłam. Wizyty do specjalistów mam umówione. Nie pozostaje mi nic więcej jak tylko zająć się po prostu czyms innym. I cierpliwie czekać. Ulubiona słowa staraczki na dziś? "cierpliwie czekaj"
taaaaaaaaaa...
Najgorsze jest chyba jeszcze to, że mój mąż być może będzie musiał wziąć antybiotyki przez miesiąc na żołądek jeśli wyjdzie mu bakteria. Więc z automatu nam się wszystko przeciągnie o 4 miesiące. No i potem co najmniej 3 miesiące suplementacji, żeby poprawić te plemniki... Oj coś czuję, że w jak dobrze pójdzie to kolejna procedura najwcześniej w okolicach wakacyjnych, albo dopiero we wrześniu.
Także tak... cierpliwie czekaj 
Mamy to! Termin do Pani Doktor - ide w czerwcu, takze teraz 5 miesięcy czekania.. na szczęście w miedzy czasie mam sporo planow związanych jeszcze z moim dotychczasowym Lekarzem, takze kto wie, czy bedzie ta wizyta potrzebna 😉
o kurka...kolejne praiwe 2 miesiace przerwy w pisaniu :o.
Jagoda ma sie całkiem nieźle
, chodzi - nabija pierdyliard kilometrów dziennie
. Jest najwspanialsza hahaha ( tak, pisze to MAMA
) !
Zastanawia mnie tylko jedna rzecz- dlaczego niektórzy ludzie nie maja własnego życia, a raczej maja ale wolą żyć życiem innych ludzi. Współczuje. Rozumiem, że nie zastrzegłam sobie pamietnika. Wiem też, że nie miałam zamiaru tutaj nikogo osobiscie urazic. Chcę tylko przekazać ( tak - pewnie te osoby to teraz czytaja), że mam Was w dupie
. Od zawsze moim motto życiowym było - Nie ważne o czym , ale ważne, że mówią
. Sprawdza się jak nic hehe. Nawet nie wiecie ilu fałszywych ludzi macie wokół. Oczywiscie dowiadujecie sie o tym po dłuższym czasie.
No... wracajac do tematu dzieciowego - Święta przeminęły z wiatrem haha, na sylwestra starzy zaszaleli
- zostawilismy Jagódke w domu z teściami. Przespała wszystko wiec super. Mamy kamerke online nad łóżeczkiem dzieki czemu spokojnie dogladałam moj cud. Zaliczylismy tez narty w tym roku. Wszystko płynie tak jak powinno. 15sty miesiac życia rozpoczełysmy szczepieniem MMR - Jaga źle zniosła z powodu bólu nóżki i goraczki, ale mineło. Czekamy zatem na ostatnie pik pik.
Moje dziecko mówi :
* am
* puk puk ( pukajac w drzwi)
* a kuku - ahaaa albo a jeeeeeeest
* mama
* tata
*baba
* dziadzia
* baja
* naja ( pies)
* kolka ( pies mamy )
* bam
* tak
* si ( jak cos boli)
* daj
* tam
* lampa
* kok ( upiecie z włoskow)
* kotka
* kosc
* buuu - odkurzacz
* potrafi nasladowac kurki, koguta, krowke, kotka, psa, owce, małpke, kaczki, gęsi, świnke
5dpo, mam ogromne piersi i sutek pociemniał na jednej 😅 chyba progesteron znów mi wywaliło 😁 nie nakrecam się, że to co innego bo w tamtym cyklu prog ponad 25 i co? Za chwilę przylazła 🐒 więc.... "you can never know", ale baaaaardzo, bardzo bym chciała, żeby to było to.. Bobo przyszedł by na świat miesiąc przed naszą 5 rocznicą ślubu 🥰
Wgl 5 lat po ślubie to już brzmi poważnie, a jeszcze bez 👶 to już wgl 😩
Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję! wczoraj zapłaciłam za egzamin, dzisiaj wyślę wniosek o kwalifikację.
dzisiaj mam umówiony monit, ale cała seria zdarzeń przekonała mnie, że go odwołam. kase jakoś na wizyte wysupłałam, ale na leki już bym nie miała - miałam teraz dostać zastrzyki od początku, więc to już kilka stówek, do tego nie ma mojej lekarki, ma urlop a miejsce było tylko do jesnego lekarza, do którego nie mam zaufania. dlatego też, licząc się z konsekwencjami - że nie urodzę przed 30, rezygnuję z tego cyklu. strasznie mi żal, ale niestety nie przeskoczę tak prozaicznego problemu, jakim są pieniądze. pozadłużałam się już po rodzinie, muszę to uregulować. poczucie straty czasu mnie nie opuszcza. trudno...
21dc
5dpt
5 dni do testowania
Niektóre dziewczyny już na tym etapie testowały i widać było ze beta ruszyła. Ja się na razie powstrzymuje- ponieważ za bardzo mi bije na mózg to za wszelką cenę staram się zdystansować. Na razie nie mam ani dołka ani górki wiec jest w miarę ok. Po prostu powtarzam sobie ze nie mam żadnych szans żeby już teraz się zorientować czy wyszło czy nie wiec staram się nie rozwodzić nad tym. Poza tym staram się sobie uświadomić ze tak naprawdę nawet gdyby ta beta wyszła to się tak od razu nie uspokoję- czekają mnie kolejne tygodnie w napięciu oczekiwania. Tak ze trzeba się uzbroić w cierpliwość choćby nie wiem co. Tylko w pamiętnikach które czyta się wstecz czas płynie szybko. 😓 tak naprawdę to są dni tygodnie i miesiące oczekiwania, zwykle dni wypełnione zwykłymi nudnymi obowiązkami, podobne do siebie i z perspektywy czasu zlewające się w jedno. Ale trzeba je przeżyć - każdy dzień przeżyć osobiście godzina po godzinie, wypełnić mniej lub bardziej pożytecznymi czynnościami, przepchnąć je dalej aż do pewnego etapu od którego rozpocznie się nowe oczekiwanie i odliczanie, ale już nie mam złudzeń ze to się kiedyś skończy. Pamietam jak czekałam na pierwszą wizytę w Artvi, potem czekałam na pierwsza inseminację, potem na rozpoczęcie procedury, potem na punkcję, potem na info jak rozwijają się zarodki, potem 2 ciągnące się w nieskończoność miesiące w oczekiwaniu na transfer..... to wszystko jakoś przeminęło i przetrwałam wiec tym razem tez tak będzie. Chociaż jak się jest w środku tego wszystkiego to trudno o tym pamiętać 😅
Tak juz sobie czekamy na tego naszego Aniołka i jesteśmy coraz bliżej. Dzisiaj jedziemy na pierwsze szkolenie w oa 
Jestesmy podekscytowani bardzo, bardzo. Nie mozemy się doczekać tych zajęć
Mam takie opóźnienie z pisaniem, że chyba nie jestem w stanie wszystkiego nadrobić.
Skupię się na konkretach i staraniach choć w moim życiu ogólnie dużo się dzieję i to są w sumie złe rzeczy...
No ale wróćmy do moich problemów dupkowych. Byłam u proktologa. Badanie nie było złe. Żadnych hemoroidów tam nie widać, na szczelinę też nic jednoznacznie nie wskazuje. Lekarz stwierdził, że jeśli dolegliwości mam po zabiegach ginekologicznych to musi być coś od strony macicy. A jak dowiedział się o endometriozie to mówił, że też ona może tam siać kłopoty. Zalecił kolonoskopię ale nie jakoś na cito. Mówił, że jeśli to będzie się powtarzać to wtedy. Póki co mam spokój.
Za to przyplątała mi się infekcja intymna... a to u mnie rzadkość
i to jeszcze na tyle mocna, że zwykłe leki z apteki nie pomogły. Miałam pół opakowania globulek na receptę ale z uwagi na fakt, że zaczęłam je brać w 25 dc (przy moich cyklach 25-26) to raczej nie miałam szans na wyleczenie przed stymulacją do transferu. Zgłosiłam to mailowo mojej pani doktor i kazała się najpierw wyleczyć. No i tak się jakoś złożyło, że dziś mój 35 dc a okresu dalej brak...
2 dni temu wybrałam się do kliniki i jednak miałam wizytę. Niestety moja lekarz prowadząca jest na urlopie to trafiłam do kogoś innego ale całkiem spoko. Dostałam leki na infekcję jeszcze na doleczenie. Jeden strzał z aplikatora z maścią i po kłopocie. Muszę zapamiętać tę nazwę GYNAZOL. Jeśli kiedykolwiek złapie mnie jakiś parch to tylko to
a nie męczarnia z globulkami przez 2 tyg.
Tak więc podsumowując zdążyłam się przeleczyć i może niedługo ruszę z przygotowaniami do transferu. a kiedy? Nie wiem. Pani doktor pisała jeszcze, że powinnam zrobić biocenozę ale nie wiem czy iść już teraz? Czy po @? Jeśli pójdę po @ to czy zdążę z wynikiem? Póki co zaczęłam dupka na wywołanie bo @ ani widu ani słychu... Ale nie... w ciąży nie jestem. Zdążyłam nasikać na 2 testy, a po wizycie w klinice i wyniku proga 11 to nawet poszłam na bete ale jest tylko wynik <0,0001.... także lipaaaaa.... chyba się psychicznie zablokowałam.
A co jeszcze? Mam już wynik trombofilii. Mam mutacje MTHFR_1298A-C heterozygotyczny i PAI-1 4g homozygotyczny. Także foliany metylowane, które i tak już wcześniej miałam oraz heparyna i acard przy transferze. Może to coś da... modle się aby dało.
A co z moją tarczycą? Jakoś ciągnie ten cały mój popieprzony styl życia polegający na wzlotach i upadkach oraz milionie tabletek. Po stymulacji moje tsh urosło do 4! Ale to ponoć efekt estrogenu, który przy tyle pęcherzykach był bardzo duży.
Aktualnie po 2 miesiącach tsh 2,6
Boje się tylko, że na estrofemie znowu będzie rosło
oby nie jakoś dużo
Cieszę sie, że moja tarczyca jakoś sama normuje te hormony. Przecież jestem bez leków a euthyroksu nie mogę wziąć bo jeszcze wróci mi nadczynność.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lutego 2020, 11:51
Dzisiaj zaczęłam 24 tydzień, chociaż mam dwie aplikacje i jedna mi pokazuje 22t6d A druga 23t0d, więc już sama nie wiem.
Dzisiaj mam kiepski dzień mój Łukaszek strasznie kiepsko śpi w nocy, ma 22 miesiące, wiem że zaczął mu się już bunt dwulatka, ale to co odstawia w nocy przechodzi ludzkie pojęcie, chodzi spać około 20 wstaje różnie kilka dni temu wstał 4:30 , a tak to ogólnie budzi się już po 5 w ciągu dnia ma jedną drzemkę około 2 godzin i to wszystko, czasem pada już tak około 19, a czasem dopiero po 21 Nie ma to znaczenia i tak budzi się po 5, ale dzisiaj przegial , wstał przed 3 około 4 zrobiłam mu gofry zjadł półtora i dołożyliśmy się w salonie na kanapie przed 5 zasnął na siedząco, wstał przed 7, już sama nie wiem czemu ma taki problem ze spaniem , zmieniliśmy mu łóżko na to rosnące z Ikei i przez kilka dni spał super, oczywiście do 6 Max, ale wcześniej przychodził w nocy po kilka razy do naszego łóżka, teraz straszy syn jest na obozie i jesteśmy sami w domu może tęskni bo ciągle mówi jego imię, ja już się stresuje jak ja sobie poradzę z niemowlaków i jego tym spaniem .
Trochę nad ranem na niego nakrzyczalam i teraz mam mega wyrzuty sumienia, ogólnie jest bardzo posłuszny i grzeczny, ale dzisiaj już mi nerwy puściły, siedzę w pracy i się zagryzam, mam nadzieję że nie pamięta on tego
smutno mi
Mala się rusza cały czas ciągle najbardziej jak jestem w pracy , nie liczę ruchów bo jakoś jeszxze chyba za szybko, byłam w pepco i kupiłam trochę rzeczy dla małej bo fajne ceny są, no i oczywiście króluje róż 
Prenatalne z krwi wyszły źle.
Jeszcze nie wiem jak bardzo. Zadzwonili, że muszę odebrać osobiście bo wynik wymaga omówienia.
😔😔😔😔😔
22 dc
Mój pms nabiera rozpędu. Od dwóch dni irytuje mnie wszystko i wszyscy. W pracy nic mi się nie klei. Mam ochotę nie wychodzić z domu, tylko zamknąć się w ciemnym pokoju z netflixem, zapasem popcornu i czekolady... Nie mam złudzeń, i tym razem się nie udało. W ogóle, zajście w ciążę wydaje mi się teraz tak samo realne, jak zaproszenie mnie na prywatną audiencję u królowej Elżbiety. No nieosiągalne po prostu. Myślę sobie, że jeśli kiedyś zobaczę pozytywny test, to nie uwierzę. Niesamowite, jaki hormony potrafią zrobić bigos w głowie 😟
Mjeszcze mąż ma codziennie ciągoty na ❤, a ja go odrzucam. On chodzi sfrustrowany... Czuję się z tym źle, ale jak czasem się zgadzam i robię to na siłę, to czuję się jeszcze gorzej... sama siebie mam dość 😧
23dc
Od wczoraj mam delikatne plamienia - troche szybko
. Klinika dopiero we wtorek. Wyniki cytologi sa ok. Na szczescie mam leki do transferu - wezme na wlasna reke, wszystko po to aby zabrac naszego ostatniego mrozaka juz w lutym. To jest najlepszy dla nas termin finansowo, poniewaz konczy sie nam roczne magazynowanie mrozakow (za kazdy rok jest 400zl), wieksza czesc badan bylaby do powtorzenia w marcu dodatkowe stowki.
Takze wezme leki od 3dc estrofem zgodnie z wczesniejszym postepowaniem.
Na mutacje biore acard x1, pregna plus ktora zawiera wit D3 2000j, DHA, metafolin.
Dzisiaj mam kiepski dzien.
19dc
Dzis mialam jakiś ciężki dzień. Niby w pracy wszystko super, byłam pełna energii, wróciłam do domu i po euforii. Mąż miał minę jak srajacy kot na pustyni i jego wyraz twarzy mi się udzielił. Później dostałam opiernicz że nie okazuje mu miłości. Nie wiem czy to PMS czy jego nastroj tak bardzo mi się udzielił.
Spedzilam dziś mile popołudnie z przyjaciółką i jej córeczka. Jest boska. Trzymałam ja na rękach i to było takie super. Co prawda młoda niedawno się urodziła ale po 10 minutach bolały mnie ręce 🤦🏻♀️
Ten cykl chorobowo spisuje na straty. Staraliśmy się, plan był co drugi dzień i tak było, ale objawów owulacyjnych totalny brak, temperatura jak narazie na poziomie 36,22 (2 dni z rzędu). Nie jest mi smutno. Po prostu tak miało być.
Irytuje mnie jednak fakt że cały dzień nie czuje jajników, a jak o niech myślę to nagle mnie kluja. Może mam jakieś paranoje i na siłę się doszukuje.
Wiadomość wyedytowana przez autora 23 stycznia 2020, 21:16
Haha Niki racja przepraszam 🤣🤣🤣
Także to nic z migdałkami, dostałam antybiotyk na 3 dni ale boje się go wziąć 😣 pytałam lekarza ale on powiedział, że raczej nie powinien zaszkodzić ale nie jest pewny w 100% i nie wiem. Ale wezmę nie chce się znów w nocy dusić z bolu ;/ trudno..
Kochane, mam juz w brzuszku nasza Kruszyne!
Jak to wygladalo? Po przyjsciu do kliniki embriolog zaprosila nas do laboratorium. Pokazala na ekranie nasze zarodki i to jak sie dzielily przez caly tydzień. Mamy 3 ladne blastki. Jedna, ta która mam w brzuchu, zrobila juz nawet sama z siebie tzw. Hatching czy jakos tak, czyli przebiła otoczke. Czytalam o tej metodzie, w cenniku kliniki jest. A nasza Blastka juz sama go zrobiła😄 Widzielismy to i mialam gule w gardle. Wzruszenie mnie straszne ogarnelo. Embriolog tlumaczyla jak sie dzielily itd. 2 slabsze zarodeczki juz sie zdegradowaly i nie beda mrozone. Czyli na 9 pobranych komórek 3 blastki. Człowiekowi sie wydaje ze bedzie tyyle ich, a tutaj sie po prostu selekcja naturalna odbywa.
Potem mialam usg. Nie bylo skurczy macicy, ale za malo wypilam. Musialam jeszcze 2 szklanki wypic. Potem transfer. Poszlo szybko, jak przy IUI. Widzialam jak nasza Kropelka trafia do mojej macicy i dostalam tez zdjecie. Pielegniarka ubrala mi majtki lol dobrze ze jakichs barchanow nie wzielam. Potem lezalam 15 minut. Transfer robila mi inna lekarka niz mój doktor prowadzacy i odmówiła mi kategorycznie przepisania relanium. Szkoda, bo mój doktor chyba przepisuje jak ktoś prosi. A ona powiedziala ze relanium w ciazy absolutnie niedozwolony, pielegniarka kiwala glowa że kto to wymyśla takie rzeczy. Pielegniarka to pani Iwonka, taka typowa pigula, boki zrywac mozna😄😄
Nie bralam l4. Nie wiem czy dobrze czy zle. Mam prace biurowa, po pracy prowadze tez lekcje ale tylko po godzinie. W pracy sie stresuje, ale no balam się brac tego l4. W razie w, managerka bylaby zla ze zostawilam ich z bagnem, bo jedna kolezanka jest na urlopie, a drugiej umarl tata. Ja dopiero w tym miesiacu dolaczylam do zespolu i managerka sie wystarala o moje przyjście. Czuje do niej dlug wdzięczności, moze niepotrzebnie. Moze niepotrzebnie zakladam różne scenariusze, ale jak sie walczy kilka lat to sie wie, ze tutaj nic nie jest oczywiste.
Kropelko, zostań z nami!
Leki: 3x1 Utrogestan, 3x1 Duphaston, 1x1 Estrofem, 1,5 tabletki Encortonu, zastrzyki z Neoparin codziennie i dwa zastrzyki Gonapeptylu
Dorzucone od siebie za zgodą dr: acard, nospa, magnez, wit b metylowane. Nie pytalam o Scopolan, ale mąż wysłany do apteki. Ciekawe kiedy sie zaczne świecić😀😀
Koszty:
Transfer: 1300 zl. Chyba ostatnio mi policzyli 500 zl wiecej, bo normalnie transfer 1800 kosztuje.
Leki: 280 zl
Łączny koszt ivf wraz z lekami i badaniami: 10 570. Koszt bez mrozenia zarodków, bo na to przyjdzie faktura. To chyba 800 zl rocznie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 stycznia 2020, 13:07
Poniedziałek rozpoczęty dobrymi informacjami, pęcherzyk 22mm i endometrium 11,5mm. Na wydruku z wizyty mój gin napisał mi dobitne zalecenie: Należy działać !!!
Owulacja dziś lub jutro, także tak mąż wróci z pracy to bierzemy się do roboty. Zartowalam żeby wziął wolne na dzisiaj bo musi popracować z żoną w domu, a ten już zaczął pisać SMS że bierze wolne 😂😂 powiedziałam żeby się nie wygłupiał tylko normalnie szedł. Także czekam na wieczór.
Miłego tygodnia 🤗
Dziś pierwszy raz od chyba roku kupiłam test ciążowy. W ciąży nie jestem na 100%, ale jutro ma zdjęcie rtg i gdybym jednak była w ciąży to nie powinnam robic tego zdjęcia. Bezsensowne to: wiem że nie jestem w ciąży, bo nie było seksu w owulację, ale test ciązowy i tak zrobię na wszelki wypadek, bo jestem zbyt odpowiedzialna aby tego nie zrobić.
Epilog
12.10.2020 r. Na świat przyszła moja córeczka Helena 🥰
Nie wszystko odbyło się po mojej myśli, ale życie uczy mnie wciąż na nowo, ze my sobie możemy planować, a wydarzenia biegną dokładnie tak jak same chcą.
W dniu przyjęcia do szpitala na wywołanie, około 14 założono mi cewnik Foleya. Po założeniu zaczęły się dosyć mocne skurcze - najpierw leżałam na KTG, potem KTG odłączono a skurcze się nasiliły tak, ze nie mogłam wyleżeć, wiec chodziłam, kolysalam się, kręciłam biodrami - wszystko byle ta szyjka moja trochę puściła. Kiedy skurcze były już dosyć mocne położna znowu podpięła mnie pod ktg i zapis zaniosła lekarce. Lekarka postanowiła mnie zbadać i okazało się ze odchodzą wody - w takiej sytuacji wyjęli cewnik i przenieśli mnie na salę porodową. Rozwarcie 1,5 cm 😔 przez cała noc miałam regularne skurcze, które jednak nie chciały się rozkręcić. Trochę drzemałam pomiędzy skurczami bo wiedziałam ze rano dostanę oksytocynę i chciałam mieć siły żeby dać rade urodzić. Dostałam tez antybiotyk, ponieważ najprawdopodobniej właśnie w sobotę odeszły mi wody wiec istniało ryzyko zakażenia. Rano lekarze zbadali mi szyjkę i wyszło naciągane 2 cm rozwarcia 😔 Dostałam wlew z oksytocyną. Najpierw leżałam pod ktg ale później mój lekarz zezwolił żebym trochę chodziła i kołysała się na piłce, póki oksytocyna nie pójdzie z pompy pełną dawką, żeby wspomóc rozwieranie tej szyjki. W międzyczasie przyszli studenci 6 roku medycyny żebym im opowiedziała o tym jak przebiegało moje ivf. Również w międzyczasie przyszła Pani doktor, która próbowała przerwać worek owodniowy, ale niestety był za mocno opięty na główce i nie dało rady 😔 około 12 przyszedł mój lekarz, zbadał rozwarcie, które wynosiło 1,5 cm i w takiej sytuacji stwierdził, ze najlepiej by było jednak zakończyć ten poród cesarskim cięciem. Przez ponad 20 godzin porodu moja szyjka zupełnie się nie rozwierała, w pewnym momencie rozwarcie nawet zaczęło się cofać, co oznaczało obrzęk szyjki. Z bólem serca, ale zgodziłam się na tą cesarkę. Bardzo chciałam urodzić SN, bardzo mocno i pilnie się do tego przygotowywałam 😔 strasznie mi przykro, ze jednak się nie udało 😔 ale wiem ze mój lekarz nie jest chętny do cc bez potrzeby, rozmawiałam z nim później i mówił ze w zasadzie pracuję nad ta szyjka od 35 tygodnia ciąży i ona naprawdę nie zaczęłaby nagle współpracować 😔 w każdym razie 10 minut później już byłam na stole, ledwo dałam rade męża poinformować - wszystko działało się niesamowicie szybko - położne przebrały mnie w koszulkę, założyły cewnik, dostałam znieczulenie, straciłam czucie od piersi w dol... cały zabieg miałam zamknięte oczy - strasznie się bałam ze zobaczę w lampach nad stołem odbicie wnętrza własnego brzucha. Po chwili usłyszałam kwilenie i już moja córeczka była na świecie - doktor pokazał mi ją przez parawan, a potem przynieśli mi ją na chwilkę do przytulenia. Oczywiście płakałam. Byłam w jakimś totalnym szoku - wydaje mi się ze jak człowiek się nastawia ze ta cesarka będzie to inaczej do tego podchodzi - dla mnie to była trauma - nie przygotowałam się do tego psychicznie - byłam za bardzo nastawiona na poród SN a dodatkowo wszystko działo się szybko i gwałtownie, nie miałam czasu się ze wszystkim oswoić i przepracować w głowie. Malutka urodziła się o 12.25, ważyła 2990 i miała 56cm długości. Miała opuchnięte oczko z powodu ucisku gdzieś w miednicy. Ale to zeszło zaraz za parę dni. Zaraz po przewiezieniu na salę położna przyniosła mi ją i pomogła nakarmić, bo ja byłam praktycznie bezwładna. Jestem jej bardzo wdzięczna bo dzięki temu laktacja ruszyła. Potem jak mała zasnęła to wzięły ją na sale noworodkową. O północy położna przyszła pomoc mi się spionizowac i wziąć prysznic - nie było tragicznie, tylko rana bolała - nie mam takiej typowej blizny po cesarce tylko cięcie od pępka w dol - po bliźnie z poprzedniej laparotomii. Probowalam do rana jeszcze drzemać ale około 6 już poszłam po małą - podobno całą noc bardzo płakała - w ogóle pierwsze 2 dni w szpitalu bardzo płakała - chyba ta cesarka tez była dla niej wielkim szokiem. Te 4 dni które spędziłyśmy z szpitalu w ogóle pamietam jak przez mgłę - chyba byłam na oksytocynowym haju - wiem ze bardzo probowalam karmić i piersi bardzo mnie bolały - po karmieniu mała nadal ssała rączki wiec pielęgniarki kazały dokarmiać mm ale mała ksztusila się pijąc z butelki a potem wszystko zwracała. Pamietam ze bardzo mnie bolała rana i spuchły mi nogi od niewygodnej siedzącej pozycji na łóżku, a łóżko było tak wąskie że bałam się małą polozyc obok siebie. Pamietam tez ze bardzo tęskniłam za mężem i jak dowiedziałam się ze musimy zostać jeszcze jeden dzień ze względu na moje duszności to przepłakałam całą noc. Pamietam tez bezradność bo nie wiedziałam jak zajmować się malutką, jak karmić a każda położna mówiła coś innego. Naprawdę przeżyłam ciężki czas w tym szpitalu - nie ze względu na to ze szpital był do dupy, nie mam do nich jakichś większych zastrzeżeń, ale cała ta sytuacja z covidem - ze mojego męża nie mogło być przy nas, ze jeszcze wtedy byłam mocno obolała fizycznie i psychicznie po tej nagłej cesarce.
Kiedy w końcu wyszłyśmy do domu to pierwsza noc tez była ciężka - mała odblokowała się po szpitalu i po tym dopychaniu mm i zaczęła brudzić pieluchę za pieluchą. Ledwo nakarmiłam i usnęła natychmiast się przebudzala bo pielucha pełna. Chyba kilkanaście razy przebieraliśmy ją i odkładaliśmy do łóżeczka. Mąż był przerażony ze tak to wyglada a u mnie rozpoczął się baby blues, wiec cały następny dzień przepłakałam. Ciekawe ze mimo ze człowiek tak bardzo pragnie tego maleństwa to ta burza hormonów po porodzie jest niesamowicie intensywna i nie do powstrzymania. Zastanawiałam się wtedy czy moje życie będzie jeszcze kiedyś wyglądać normalnie, czy moje małżeństwo wytrzyma tą zmiane sytuacji, czy jeszcze kiedyś wyjdę na zewnatrz, i co właściwie mi nie pasowało w moim poprzednim życiu ze zdecydowałam się na dziecko? Straszne myśli, okropne uczucie, ale na szczęście to mija. Z dnia na dzien jest coraz lepiej i sytuacja się normuje. Oczywiście zdarza mi się jeszcze ryczeć ale teraz już ze wzruszenia - jak mój mąż śpiewa małej piosenki, albo jak ona śmieje się przez sen. Karmie na razie cały czas piersią, ale okropnie się boje ze coś pójdzie nie tak i będę musiała małą przestawić na butelkę. Ładnie przybiera na wadze, nawet troszkę ponad normę. Trochę się martwię bo pępuszek odpadł ale został taki strupek który podkrwawia. Miałam nadzieje ze położna środowiskowa to obejrzy ale niestety ma covida 🤷🏻♀️ Tak ze takie czasy niestety
Nie wiem czy to w zasadzie dobre miejsce na historie porodową, ale chciałam ją bardzo gdzieś odtworzyć, muszę jakoś ten temat przepracować a nie mam z kim o tym pogadać. Poza tym tez tak myśle ze warto napisać ze nawet jak już bierze się w ramiona to wyczekane maleństwo to nie jest tak, ze nagle wszystko układa się jak w bajce, to ze człowiek starał się o to szmat czasu i wyobrażał sobie miliony razy jak to będzie nie sprawia ze jest na to w pełni gotowy. Wiadomo ze wstajesz o 4 nad ranem z większą cierpliwością ale to nadal boli. Boisz się ze pieluch jest za mało albo za dużo chociaż dokładnie wiesz ile powinno być. Dokładnie wiesz jakie mogą być problemy przy laktacji wiec diagnozujesz je u siebie wszystkie na raz. Nie wiesz czy dziecko jest głodne czy już przekarmione. Boli Cie jak je dotykasz z czułością a ono w pierwszych dobach nie zna Twojego dotyku wiec wzdryga się i Cię odpycha rączkami. Niewiele osób o tym mówi - mnie w każdym razie nikt o tym nie powiedział, a to właśnie - w połączeniu z burzą hormonów sprawia, ze te pierwsze dni są trudne.
Za to wszyscy mówili ze jak wezmę swoje dziecko w ramiona to wszystko inne przestanie mieć znaczenie - wiem, ze każdy ma inaczej, ja kocham moją córeczkę bardzo bardzo, jest najpiękniejsza na świecie i zrobiłabym dla niej wiele, ale to nie tak, ze nagle wszystko inne przestało się liczyć. Nadal zależy mi przede wszystkim na moim małżeństwie, ale tez na fajnym spełnionym życiu, na pracy, na zdrowiu, na ładnych kwiatach w ogrodzie i wyprawach w góry jesienią.
Myśle ze na jakiś czas przestanę tutaj zamieszczać wpisy. Ten post na pewno będzie ładną klamrą - bo ostatecznie rzeczywiście wszystko się udało. Nie tak jak planowałam ale to chyba nie ma żadnego znaczenia. To nie jest miejsce na wpisy o macierzyństwie a o czym innym miałabym teraz pisać? Teraz jest ten czas który mogę i chce poświecić dla mojej córeczki.
Ale na pewno tutaj za jakiś czas wrócę, bo przecież kiedyś znowu będę staraczką - zostały nam w końcu jeszcze 4 mrozaki wiec to co było to dopiero początek ☺️
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 października 2020, 16:39
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.