15w6d 
Dwa dni pod znakiem wizyt u lekarza za mną.
Środa. Moja gin troche mnie rozczarowała, bo liczyłam że zważy i zmierzy mi maluszka, a ona podała tylko długość i dała skierowanie na badania w labo i resztę u niej na oddziale w szpitalu (ponoć są takie zasady, że na NFZ nie daje się na jednej wizycie więcej niż 3 skierowań na badania, a ja miałam "zaległości" z cytomegalią i różyczką). Nie sugerując nic lekarce powiedziałam, że na badaniach prenatalnych została podana mi płeć do potwierdzenia i czy może ona coś widzi. Powiedziała, że może chłopiec, ale jest jeszcze wcześnie i nie ma pewności. Super, płeć potwierdzona pomyślałam;) Jednak wyszłam z niedosytem i liczyłam, że w szpitalu dokładniej mnie zbada.
Czwartek. Stawiłam się rano w szpitalu. Standardowy wywiad, badanie moczu i krwi. Bardzo sympatyczne studentki położnictwa pomagały w badaniach (aż mi się żal zrobiło, że składałam papiery na ten kierunek, dostałam się i zrezygnowałam). Tym razem maja kochana kluseczka została zmierzona wzdłuż i wszerz:) Klopsik waży 170g!!! Nadal jest starszy o kilka dni;) Lekarka wykonująca USG zapytała czy chce znać płeć. Powiedziała, że to niepewne, bo jest jeszcze wcześnie, ale ona by stawiała na dziewczynkę
Także mamy 2:1. Już traktowaliśmy dziecko bardziej indywidualnie i personalnie jako TEGO chłopca, ale generalnie gdzieś nam po głowie chodzi, że może jednak to będzie Marysia:)
Moja mama dziś zaszalała. Kupiła klusce kombinezon i skarpeteczki:) Na szczęście neutralne w razie czego;) A jej komentarz jak powiedziałam, że dziś padł typ na dziewczynkę "nie rób mi tego, już się nastawiłam na wnuczka" wywołał u mnie szeroki uśmiech:D
Dziwnie przerażająco spokojna - To ja...
W pracy jak zawsze nerwowo a ja? A ja w pierwszym momencie wku*w a później luz... normalnie jak nigdy 
Po wielu latach usłyszałam coś czego mi brakowało i może to dało mi wewnętrzny spokój? W pracy jest dziewczyna która pomimo iż ma 28lat jest już po rozwodzie i podobnych przeżyciach - z jedną różnicą ona doczekała się ślicznego synka... z kolejnym partnerem. Z mężem po 7 latach starań rozstali się, czemu nie wiem. Jest teraz szczęśliwa i nawet nie w głowie mi przypominać jej o tamtych przeżyciach.
Do rzeczy - w poniedziałek rozmawiałyśmy i tak sobie pomyślałam że może mogę jej zaufać powiedziałam że już 2 IUI mam za sobą ale nie dałam rady wspomnieć o moim aniołku [*]. Nie spodziewałam się takiej reakcji z jej strony - wzięła mnie za rękę i powiedziała że bardzo dobrze mnie rozumie i mam się nie poddawać. Zapytała kiedy kolejna IUI, zawahałam się chwilę ale powiedziałam "jutro". A ta wariatka rozpłakała się i powiedziała że nie pójdzie spać po nocce i będzie mocno trzymać kciuki. Pierwszy raz poczułam od zupełnie obcej osoby szczerą troskę.
Wiem że Wy tutaj też dobrze mi życzycie ale zobaczyć jej reakcję było bezcenne!
Dziwne... brakowało mi szczerego "trzymam kciuki, musi się udać"! i nagle mam wewnętrzny spokój.
Wroncia a widzisz nie wkurzyłam się - raczej pomyślałam "dokładnie tak!"
Zelma nawet nie wiesz jak te 7 lat może szybko minąć...
Truskaweczko my się nie poddajemy my odpuszczamy gonitwę szczurów 
Alusia masz rację kiedyś się uda - może nie tylko nam a także jakiemu dzieciątku które straciło rodziców - adopcja?
eM na razie koniec, co będzie za kilka miesięcy/lat nie wiem...
aaagaaatka Twój komentarz jest tak dziwnie złożony że siedzi mi w głowie odkąd napisałaś 
Holly go a wiesz że dawno w Częstochowie nie byłam i chętnie bym się przejechała - podziękować 
Powiem jedno - mój organizm jest tak posrany, że podejrzewam,że gdyby zebrać wszystkich naukowców z całego świata to nikt by go nie ogarnął.
Dzisiaj nie wiadomo czemu wysoki skok temperatury, to odznaczyłam owulację, którą podejrzewałam 17dc, a OF zaznaczyło owulkę 28dc. I teraz masz babo placek! Przed 28dc nie było jakiegoś specjalnego spadku.. Sama już nie wiem czy owulka była czy nie i co dziwniejsze KIEDY? Bo jeśli była 28dc, to trochę lipa bo sercowania mało było.. Tzn. samego 28dc mąż mnie dopadł 2 razy, ale nie da się tego wyznaczyć na wykresie 
Dzisiaj idę na spotkanie z dziewczynami z mojej klasy z liceum. Moja przyjaciółka z tamtych czasów jest w ciąży. Nie mogę się doczekać, żeby ją zobaczyć 
dzownilam wczoraj do lekarza, powoedziala ze dobrze ..beta sie podwoila jak miala a wysoki progesterone jeszcze nikomu nie zaszkodzil.
pozatym jestem na crinone 8%..konskiej dawce progesteronu, wiec sama juz nie wiem co jest objawem ciazowym a co efektem ubocznym leku..ehhh
We wtorek I srode mialam duze bole plecow a teraz nic wiec martwie sie ze ciaza znow obumarla I nic z tego nie bedzie. Mysle ze powinnam wzaic sobie zwolnienie z pracy na jakis czas a teraz moze byc juz za pozno.
Tak zazdroszcze kobietom dla ktorych ciaza to radosny czas. Ja budze sie w nocy z poczuciem leku ze nic z tego bo spie na brzuchu a wczesniej nie moglam.
Sama juz ie wiem, co ma byc to bedzie, nastepna bete mam w czwartek a usg niby za 3 tyg. coz jedyne co moge to poczekac.
Kolejny spadek temp. No dzis to juz musi @ przyjsc.
6dc weekendzik zapowiada się wspaniala pogoda
rodzice wyjezdzaja a my przenosimy się do nich do naszego przyszłego domku, będziemy robic plany hihihi
Wyniki odebrałam
Glukoza:
na czczo - 77
po 1 godz. - 121
po 2 godz. - 89
FT4 - 14,26
mocz w normie, ale pH aż 7,5 - może to przez picie wszystkiego z cytryną...
morfologia:
białe krwinki - ponad normę - 11,8 (norma 4-10)
czerwone krwinki - 4,45 (norma 4-5)
hemoglobina - 13,3 (norma 12-16)
hematokryt - 39% (norma 37-47%)
płytki krwi - 214 (norma 140-400)
Nie jest najgorzej
Nowy cykl. Wczoraj @ się rozkręciła. Byłam wściekła na wszystkich. Pierwszy raz płakałam z powodu niepowodzeń. Czuję się bezsilna. Nie mam pomysłów, co by mi mogło pomóc. Nadszedł czas oddać się w ręce lekarza. Wybiorę chyba Dr. B., wydaję się konkretną babką. Może monitoring owulacji coś wyjaśni. Odbieram dziś wyniki uroplazmy. Mam nadzięję, że przynajmiej tego swiństwa się pozbyłam. Jedyny widiczny efekt dotychczasowych kuracji to, że przestały mi wypadać włosy.
Dzisiaj humorek już lepszy chodz @ nadal nie ma. O 15 po mężola ale i tak jeszcze z nim nie rozmawiam. Aż strach się bać co będzie w weekend.
A wiec mam juz 12dc, zaopatrzona w testy owu
statystycznie rzecz biorac, owu wypada mi w ten weekend
z moim juz przygotowujemy sie aby zaszalec w ten weekend... majac nadzieje, ze to bedzie ostatni cykl staran
Po wizycie.
Na początku powiedzieliśmy lekarzowi, że mamy zamiar zrobić sobie minimum pół roku przerwy od ivf, więc nie przyszliśmy rozmawiać o rozpoczęciu kolejnego cyklu, tylko o tym, co moglibyśmy ze swojej strony zrobić przez te pół roku i ogólnie jak On ocenia to, co się do tej pory działo.
Lekarz powiedział to, co zawsze, że jago zdaniem problemem jest nasienie i nie można tu za wiele poprawić. Mój Mąż dostał wtedy małego (na szczęście) ciśnienia i zaczął drążyć temat. Zapytał lekarza, co może być powodem takich złych parametrów, że przecież ma dobrą genetykę, hormony w porządku, więc co? No i lekarz zaczął opowiadać o zanieczyszczeniu środowiska, pestycydach, otaczającym nas plastiku, który działa jak antykoncepcja, stresie..... bla bla bla .... i o tym, że przez to wszystko WHO od kilku lat bardzo zaniżyła bazowe parametry nasienia, ponieważ współczesny mężczyzna nie jest już tak płodny, jak kiedyś. Następnie dodał, że może się mąż wybrać do ich androloga, bo może rzeczywiście on coś jeszcze znajdzie w budowie, no i tak ogólnie żeby się pokazać mu, przebadać, jak to mężczyzna powinien co jakiś czas robić.
Wiadomo, że ten androlog, to tak trochę na odczepne, żeby się mąż czymś zajął. Jak androlog znajdzie np żylaki, to i tak nie będziemy ich operować. Nasienia jest mało, ale jest, więc że tak napiszę wprost, kanał jest drożny. Gdy wyszliśmy od lekarza, to mąż stwierdził, że idzie się od razu zapisać, nawet nie ze względu na ivf, ale tak ogólnie się przeglądnie, bo przecież od liceum nie miał takich badań.
Następnie Mąż opisał, jak do tej pory wyglądała jego praca, że od poniedziałku do piątku przez ostatnie dziesięć lat pracował po 16 godzin dziennie, z czego 5-7 godzin prowadził samochód, a resztę spędzał w klimatyzowanych biurach, większość czasu na siedząco i przy laptopie. Praca bardzo stresująca w dodatku, bo wymagania duże, a czasu mało. Dodał, że z jedzeniem też bywało różnie, że jakość tego jedzenia nie zawsze była dobra, bo w nie każdy mieście o 23.00 (bo tak przeważnie przyjeżdżał) dało się znaleźć dobrą restauracje i musiał ratować się fast foodem. Dodał, że w tym momencie zerwał kontrakt, nie pracuje, odpoczywa, pilnuje diety, uprawia rekreacyjnie sport i czy zdaniem lekarza jest szansa, że coś to poprawi. Powiedzieliśmy, że zdajemy sobie sprawę, że nie musi pomóc, ale czy może. Lekarz był tym trochę zaskoczony, powiedział że nie miał jeszcze takiego przypadku, bo przecież mało kogo na takie coś stać, zwłaszcza kiedy są jeszcze wydatki związane z ivf. Powiedział, że tryb życia Męża był rzeczywiście bardzo obciążający dla organizmu i na pewno wpływ na zdrowie to miało. Porównał pracę Męża do krzyżówki dwóch zawodów, wśród których jest największy odsetek niepłodnych mężczyzn, czyli informatyka i zawodowego kierowcy. Dodał, że skoro zdecydowaliśmy się na takie poświęcenie, to rzeczywiście minimum pół roku należy poczekać i Mąż powinien powtórzyć seminogram pod koniec września.
My mamy zamiar zrobić pierwszy sprawdzający seminogram na początku lipca (akurat miną trzy miesiące laby Męża), a kolejny właśnie tak pod koniec września.
Na koniec ja doszłam do głosu. Zapytałam, cz ja też mogę coś zrobić. Lekarz znów zaczął mówić to, co zawsze od niego słyszę, że u mnie wszystko jest super fajnie, że nie ma się do czego przyczepić, wszystko w najlepszym porządku, że tą moją mutację w genach ma co trzecia kobieta w Polsce i dopóki nie mam poronień, to mam się nie przejmować, a ja przecież nie mam co ronić, bo nie dochodzi do zagnieżdżenia, a nie dochodzi dlatego, bo nasienie jest marne.
Ponieważ widziałam, że rozmowa zmierza w ślepy zaułek, zapytałam wprost, co myśli o histeroskopii u mnie. Zawahał się 10 sekund i powiedział,... że On tu nie podejrzewa problemów i nie będzie tego rekomendował. Nie wyklucza histeroskopii zupełnie, ale wolałby decydować o tym za pół roku.
Myślę, że chodziło mu o cykl przed transferem. Tylko, że wtedy będę skazana na zabieg komercyjny 
Sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Generalnie staram się o tym nie myśleć, ale w końcu będę musiała przecież. Dam sobie czas. Może do końca urlopu. Mam wolne dwa tygodnie od 20 czerwca.
W lipcu podejmę decyzję, czy zmieniamy klinikę i na którą. Generalnie jeśli chodzi o zmianę, to rozpatruje dwie opcje. Novum komercyjnie i Bocian może z dofinansowaniem, jeśli będą mieli kasę, ale pewnie będą. W lipcu zawsze są też rozdawane dodatkowe pieniądze z Ministerstwa, więc może pojawią się nowe możliwości dofinansowania.
Mąż mój twierdzi, żeby może nie zmieniać, bo niekoniecznie w nowym miejscu będzie lepiej. A ja to widzę tak, że jak za pół roku parametry nasienia będą takie same, to na pewno zmienimy, ze względu na lepsze laboratorium w Novum czy Bocianie.
Nie wiem, co zrobić z tą histeroskopią. Myślę, że w końcu będę ją mieć. W nowym miejscu raczej będą chcieli ją zrobić, a jak zostanę w Macierzyństwie, to wymuszę to na obecnym lekarzu bezpośrednio przed kolejną stymulacją.
Ostatecznie zrobimy podejście komercyjne w Novum, dlatego nie przejmuję się sprawą szybkiego przenoszenia papierów, bo wylądujemy na końcu kolejki. Z tymi kolejkami to też widzę, nie jest tak do końca strasznie. Jeśli przyjdzie mi poczekać dwa miesiące np w Bocianie, to nie będzie to dla mnie tragedia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 5 maja 2015, 09:27
Trochę weekendowego luzu
Z resztą należy mi się
W niedzielę 31 urodziny...
Przerażające jest to jak szybko mijają ostatnie lata. Wręcz niewiarygodne. Czasem mam wrażenie, że życie przelatuje mi przez palce i że czasem zaczynam łapać się na tym, że myślę sobie "żałuję, że czegoś nie zrobiłam.
Boje się, że za kilka lat tak może być z moim wyglądem. Zadam sobie pytanie dlaczego nic z tym nie zrobiłam...tzn. inaczej - robiłam, ale nigdy nie wyszło tak jak powinno.
Marzę, żeby w końcu moja głowa poszła po rozum...żebym w końcu miała w sobie tyle siły, żeby wziąć się za siebie, żeby stanąć przed lustrem i czuć się tak jak kiedyś, gdy ważyłam 50-60kg.
Siły! Potrzebuję siły! W głowie!
Wpisem wskoczyłam na kolejną 6tą stronę pamiętnika...może to znak, że to nowy początek?
Wiadomość wyedytowana przez autora 24 kwietnia 2015, 10:32
Gin nie odbierał wczoraj telefonu, a dzisiejszy test z 10 rano raczej negatywny.

To wszystko jest nieważne bo przed nami weekend i dużo serduszkowania czy będzie owulacje czy nie 


Od paru dni czuje sie jakbym byla przejechana przez walec. Nie moge sie pozbierac. Troche jest to mieszanka niewyspania (budze sie w nocy, ide sikac, potem nie moge zasnac...), stresu i rekacji hormonalnych... Dodatkowo lzawia mi oczy i zlapalam chyba jakies przeziebienie, bo boli gardlo i cieknie mi z nosa. Inaczej sobie wyobrazalam poczatek ciazy, ale coz, i tak jestem szczesliwa... 

Wczoraj bylo u mnie kilku kolegow z pracy - jedna osoba przenosi sie do innego dzialu i wyjezdza do Londynu, w zwiazku z czym juz dawno (miesiac temu
) obiecalam jej kolacje... No i koniec koncow wprosili sie tez inni, ktorzy chcieli ja pozegnac, wiec poczatek ciazy spedzilam w kuchni przy garach, gotujac kolacje dla siedmiu osob. A na koniec... zapodziala mi sie ladowarka do iphone'a, ktora byla w tym pokoju gdzie siedzieli na 100%, bo jeszcze sobie jedna osoba podladowala wieczorem telefon. Prosilam zeby wszyscy posprawdzali czy im sie gdzies nie przyplatal, ale dzis rano nikt sie nie przyznaje... Porazka
Wyglada na to, ze musze sobie nowa kupic (a wlasciwie to S, bo to jego byla...
) No ale zeby tak wyparowala bez sladu?!
Kochane, z S wszystko w porzadku
Cieszy sie bardzo, czesto mi mowi, ze chcialby, zeby urodzila sie dziewczynka podobna do mnie
Ja oczywiscie komentuje szybko, ze wole, zeby dzieciatko mialo jego niebieskie oczy, jasne wlosy i cudne doleczki w policzkach
I tak sie klocimy, spieramy...
Poki co nie doszlismy do porozumienia
Cala rodzina S bedzie chciala dziewczynke, bo jego siostra juz ma synka i w rodzinie tez przewaza plec meska; moja mama tez woli dziewczynke - juz nie mowie o S, ktory sie nawet z tym zbytnio nie kryje (a to ponoc rzadkie u facetow
).Bedziemy kochac cokolwiek dostaniemy, ale kciuki za dziewczynke jednak przewazaja (a ja tam chetnie, przekornie, wezme chlopczyka... a najchetniej to bym wziela dwie kozki roznych plci w pakiecie
). Tak jak z obrazka Zelmy 
Oficjalne wiruski przesylam z fioletowej strony
Pozdrowienia i milego dnia, Kochane! 
8 tc
Wczoraj byłam na ponownym usg bo już nie wyrabiałam z niepokoju czy aby napewno w tym pęcherzyku coś sie zalęgło... No i zalęgło się - 8 mm ma mój Mały Wielki Człowiek!
Miałam wrażenie że moje mdłości już nieco słabną ale niestety było mylne. Wczoraj znowu pawiałam po śniadaniu, dziś się prawie spawiałam w szkole jak byłam Nieletnią odprowadzić - jak wróciłam do domu to się spawiałam. Teraz zajadam sobie świeże zdrowe bułeczki z sałatą ogórkiem małosolnym rzodkiewka i wędzonym pstrągiem - niebo w gębie! Ryby to jest wgl coś co mi wchodzi bez najmniejszego problemu, bo z mięsem to już gorzej.
Wczoraj zajęcia organizacyjne w szkole rodzenia
ha z 11 par i każda z mężem.
No a ja się martwilam ze mój Łukasz będzie sam :p
ogólnie fajnie. Mam nadzieje ze będzie luźna atmosfera bo patrząc na niektóre pary to poważne jak na mazurach : D
dostalismy butelkę avent i smokusia. Mały tak się rozkopal ze myślałam że nie wybierze. Lobuz mamy 
Z dnia na dzień brzuszek większy. Wczoraj wieczorem był ogromny. Tak się śmialismy ze waga w miejscu a on ma taki domek 
A w końcu wypiła pupę i tak sobie leżał do rana. Co chwilę zmieniał pozycję tzn wypiecie pupy raz prawo raz lewo 
11 dc
Dziwnie tak siedzieć i wiedzieć, że jutro się okaże czy mam szanse na naturalne zapłodnienie czy już żadnych, nadzięję mam, ale powoli już zastanawiam się ile nam braknie kasy do in vitro, gdzie wziąść kredyt itd, a może jakaś adopcja? ale od tej myśli jestem jeszcze bardzo bardzo daleko. Z drugiej strony myślę, że może uda się tam coś przepchać i wkońcu jutro już 12 dc i trzeba będzie zaraz brać się do roboty i może uda się szybciutko zajść
ehhh staram sie pracować, ale ciągle coś mnie rozprasza, mój mąż myśli jeszcze nad zmianą pracy, bo nigdzie nie może sobie miejsca zagrzać, nie wiem czy to dobry moment ale widzę też jak się męczy a chyba nie chce mnie denerwować jeszcze teraz bardziej. Chociaż mógłby to może zaczęłabym myśleć o czymś innym. Teściowa wie o zabiegu, rodzice też i całe szczęście,że mam go już jutro bo dosyć mam tego użalania się nade mną jakbym nie wiem była jakaś umierająca, ostatnie trzy dni spędzam na uświadamianiu innym, że wcale się nie boje, nie przejmuję, że chcę jechać tylko z mężem a nie potrzebna mi tam cała wycieczka innych osób, że się nie martwie i nie zakłam najgorszego, kolega z pracy nawet dziewczynie powiedział swojej (z którą się kumpluje) i dzwoniła do mnie co się dzieje i czemu ide na 2 tygodnie do szpitala! jak to ładnie plotki dodają... i tyle się wszystkim nazaprzeczałam, że juz chyba sama w to wszystko uwierzyłam, że to taki luzik spoksik i wysiłek porównywalny z pójściem zrobić kupę. Ot co. No ale co siedzi w głowie to siedzi.
I tak myślę, czym zając czas i wczoraj wysprzątałam cały dom zrobiłam pranie, prasowanie, oprócz tego opracowywałam stronę internetową dla firmy aż padłam, dziś mam zamiar przemienić moje ciuchy w szafie z zimowych na letnie i wyczyszczenie mojej biżuterii no i może jeszcze wykąpać Tekilę
no i tak przyglądałam się moim włosom i są straszne, takie liche i cienkie i bez objętości więc czytam jak wariat wszystko na necie co z tym zrobić ale nic ciekawego się nie dowiedziałam. Rozjaśniam włosy dość często bo bardzo szybko mi rosną, po dwóch miesiącach już mam takie odrosty jak niektórzy po pół roku, do tego prostuje więc końcówki są rozdwojone, widze czasem na szczotce jak mi sie łamią. I takie sa w ogóle oklapnięte. Muszę chyba ograniczyć prostownicę, ale wyglądam wtedy jak dupa wołowa, farbować też nie chce przestać bo miałam już kiedyś ciemniejsze taki brąz i wyglądałam jak moja 60 letnia ciotka. nieeeee wiem, nie dość, że mnie Bóg pozbawił dobrej płodności i matki polki to ze mnie nie będzie to jeszcze mi nawet gęstych i zdrowych włosów nie dał. Dobrze, że ponoć chociaż dupe mam ładną.
Może Wy znacie jakieś sposoby domowe lub naprawdę dobre odżywki?????
Rano robiłam sikańca, który wyszedł negatywny.
A później dla formalności zrobiłam betę, która potwierdziła, że to nie nasz czas.
Jutro zadzwonie do kliniki i dowiem się ile mamy mrozaczków. Może w maju pojechalibyśmy po jednego. Ech niby wiedziałam od jakiegoś czasu, że to podejście się nie uda, to jak zobaczyłam wynik, przykro mi się zrobiło.
Denerwuję się bo @ nie przyłazi. To był normalny, niestymulowany cykl, już dawno się powinna pojawić. Czuję jak już puka do drzwi i stoi w tych drzwiach zamiast wejść.
Liczyłam że pojawi się szybiej, dziś jest ostatni dzwonek bo miałam się stawić w klinice pomiędzy 2-5 dc.
Więc nie ma bata, musi dziś przyleźć. Dawaj, dawaj, dawaj....
Około 16 planowaliśmy wyjechać. Mój M musi się specjalnie zwolnić 2 godz szybciej z pracy.
Po około 6 godzinach jazdy zrobimy postój na nocleg w mieścinie po drodze do Białegostoku. Jutro będzie jeszcze godzina jazdy do kliniki. Nocleg już przyklepany.
wczoraj było gorączkowe przygotowywanie dokumentów. Już je pokserowałam, dziś chcę je jeszcze jakoś uporządkować i pospinać do kupy. Oczywiście po drodze okazało się że moje zaświadczenie o niedoczynności gdzieś zaginęło. Nie mam i raczej już dziś nie znajdę. Mam nadzieję że mi lekarz uwierzy na słowo
Bo w sumie nie mam teraz czym (za wyjątkiem wyników badań tsh które robię od 2011) udowodnić że mam coś nie tak z tarczycą.
Nie wiem dlaczego ale wszystko widze w czarnych barwach.
W ciągu ostatnich dni zdążyłam się już dwa razy poważnie pokłócić z moim. Po takich kłótniach odechciewa się całego tego ivf.
A wczorajsza kłótnia rozpoczęła się od tematu dotyczącego powiedzenia moim teściom o naszych staraniach i planach ivf.
Powiem tak. Od jakiegoś czasu zastanawiamy się czy powiedzieć o tej całej sytuacji rodzicom. Ostatnimi czasy wydawało mi się że mój M sugeruje aby narazie w ogóle nic nie mówić. No i ok. Przestałam o tym myśleć.
Ale teraz gdy zbliża nam się termin wyjazdu juz dwa razy usłyszałam od mojego że był u swoich rodziców (beze mnie), że chce im powiedziec, że już miał na końcu języka i prawie im powiedział itd.
Oświadczył mi to dwa dni temu, skwitowałam to "dziwną miną" i milczeniem, bo ten pomysł mi nie pasuje póki co.
I wczoraj drugi raz mi to powiedział, że znowu się z nimi widział i chciał im powiedzieć.
No to się wkurzyłam i zaczeła się afera.
Bo po pierwsze czuję w ten sposób nacisk i wymuszenie. Skoro nie jestem jeszcze gotowa to niech mnie nie pogania.
Po drugie - co to za gadanie o mnie beze mnie? Ta sprawa w 50% dotyczy mnie, więc chcę być przy tym!
Po trzecie - moi teście, zwłaszcza teściowa, są mistrzami niestosownych komentarzy. Zwyczajnie boję się że ich komentarz do sprawy albo mnie zaboli albo mnie wkurwi. Tak czy siak muszę być w bardzo dobrej kondycji psychicznej żeby przyjąć to na klatę i nie pęknąć.
Po czwarte - to są tak delikatne i intymnie dla mnie sprawy, że zwyczajnie nie spieszy mi się aby o tym z kimkolwiek rozmawiać. Dla mojej teściowej podejrzewam że są to normalne tematy ale ciekawa jestem czy tak samo normalnie chciałaby ze mną rozmawiać np. o swoim życiu seksualnym, czy bzyka się nadal z teściem, jaka najbardziej lubili pozycję i dlaczego. Albo w jakich okolicznościach został spłodzony mój Luby.
To również są tematy o których nie mam ochoty z nimi rozmawiać. A przynajmniej teraz. Nie ufam im na tyle aby spokojnie z nimi o tym porozmawiać. Oni są nieprzewidywalni. Spodziewam się ataku. Bez sensu? Wcale nie tak bez sensu.
Opowiem wam o naszych początkach, moich i M. Po niecałym roku bycia razem (i mieszkania osobno) dowiedziałam się że jest fajna oferta zakupu mieszkania w mojej firmie. To były dopiero plany inwestycji więc faktyczne kupno i zamieszkanie w tym lokalu to były jeszcze kwestie dwóch kolejnych lat. Ale mieszkanko mogło uciec więc trzeba było je przyklepać od razu. Mój M bardzo wzbraniał się przed zakupem, szukał wymówek, bał się. Nie wiedziałam czego tak konkretnie się boi. Na mieszkanie i tak trzeba by było jeszcze dwa lata czekać. Spokojnie mogliśmy jeszcze przez dwa lata zbierać kasę żeby kredyt brać jak najmniejszy. Mieliśmy dosyć sporo oszczędności.
Potem się dowiedziałam czego bał się najbardziej -RODZICÓW! Oni już wiele lat temu "umówili się" że mój M zamieszka kiedyś z żoną u nich bo mają dużo miejsca u siebie w mieszkaniu to po co ma kupować drugie. Ale mnie nikt nie zapytał o zdanie. Ten pomysł absolutnie nie wchodził w rachubę. Nie nalezę do osób które potrafią mieszkać z teściami czy nawet rodzicami.
I pewnego pięknego dnia przyjeżdżam do mojego ukochanego chłopaka, teście zaprosili mnie do salonu na rozmowę, po czym zaczeli atak!! Że co to za głupie pomysły, dlaczego, po co, przecież to bardzo zły pomysł. Że jak to teściowa zostanie na starość bez syna przy boku, że będzie musiała sobie kogoś zaadoptować (a teść siedzi obok i nic, widać on do życia jej nie potrzebny). Dodam że ma też drugiego syna ale syn mieszkał z żoną i swoim schorowanym teściem więc tu nie bylo o czym gadać.
No więc atak jeden po drugim. Że wylądujemy pod mostem bo kredyt, a co jesli się nie uda. Że specjalnie bierzemy na 4 piętrze żeby teściu (po operacji biodra) nie mógł do nas wejść!
No mówię wam!!!! ISTNA HISTERIA!! I totalna głupota!
Bo trudno to nazwać inaczej. Do dziś im tego ataku nie wybaczyłam. Poczułam się wtedy jak istne zło, że niszczę ich synka, że jestem diabeł wcielony, że chcę go wykorzystać, naciągnać na kasę, okraść go i ciul wie co jeszcze. Jak dziwka spod latarni, która się przypałętała i próbuje coś uskrobać dla siebie.
A gdzie był w tym czasie mój ukochany mężczyna? UCIEKŁ!!! Schował się w drugim pokoju tchórz jeden. Zostawił mnie z tymi żmijami sam na sam.
To było straszne ale ogrom tej straszności zrozumiałam dopiero później. Podczas samej rozmowy próbowałam zachować spokój aby oni się uspokoili, spokojnie odbijałam każdy ich argument, próbowałam przełamywać nawet te bezsensowne argumenty. Ale to wszytko było i tak na nic. Na koniec skwitowali rozmowę tekstem "Jesli on kupi to mieszkanie to my go wydziedziczymy". Że nie wyrażają zgody i tyle. Chory świat
Do dziś czasem nabijam się mojego M mówiąc np. "Po co myślisz o działce swoich rodziców, przecież i tak jesteś wydziedziczony"
No co. Tylko tyle mi pozostało z tej sytuacji - złośliwości.
To mieszkanie okazało się naszym być albo nie być. Dla naszego związku, bo gdyby mój M się nie zdecydował to kupiłabym to mieszkanie sama a wtedy raczej bym pogoniła takiego kolesia, który nie myśli o mnie poważnie i który ma inne plany życiowe. Pierwszą umowę przedwstępną podpisałam SAMA!
Dopiero później mój M się zreflektował i zgodził się na kupno ze mną. Dopisaliśmy go do umowy. Miał szczęście! Długo, długo potem dziękował mi że go namówiłam bo uwielbia nasze wspaniałe mieszkanie, sprawy finansowe nas nie przygniotły i nie wylądowaliśmy pod mostem. Ba! Nawet udało nam się spłacić kredyt przed czasem.
Powiedział mi ze to był dobry pomysł, on się mylił, ja miałam rację.
Mojemu M trzeba czasem dać kopa w dupę bo inaczej nie zrozumie. Ale i tak jest tchórz 
Moi teściowie też się później przekonali do tego zakupu. Dodam też że później baaardzo nam pomogli z wykańczaniem. Siedzieli u nas na budowie z moim M więcej niż ja sama. I pomagali. Powiedzmy że jakoś się wtedy zrehabilitowali. Ale zapomnieć o tym ciężko.
No więc jak? Jak tu z takimi wariatami rozmawiać o naszych staraniach?
Pokłóciliśmy się i o to i inne poboczne tematy przy okazji. Czy to jest ok aby kłócić się o taką rzecz? Czy to jest ok aby kłócić się o prawo teściów do przenikliwej wiedzy o moim stanie zdrowia? Czy to jest ok abym musiała im się ze wszystkiego spowiadać? Czy to jest ok aby zmuszac mnie do robienia czegoś wbrew sobie? Czy to jest ok aby kłócić się tuż przed rozmową z lekarzem w sprawie poczęcia naszego potomka?
Zupełnie nie wiem czego się spodziewac po teściach, mam jedno podejrzenie, że usłyszę:
"A czemu dopiero teraz mówicie? po co robicie z tego taką tajemnicę? przecież jesteśmy rodziną a w rodzinie wszystko się sobie mówi"
Taaa, oni, mój M i szwagier (tak zwana sekta) mówią może sobie o wszystkim ale teraz są jeszcze synowe. Ich "sekta" do dziś, po 8 latach mojego związku z M, ma problem z przyjęciem mnie jako nowego członka wspólnoty. Nie czuję się u nich pełnoprawnym członkiem rodziny.
Dlatego komentarz o tym, czemu nie powiedzieliśmy wcześniej, będzie dla mnie tylko płachtą na byka. I powiedzialam o tym mojemu M, że jeśli coś takiego usłysze to wstanę, ubiorę sie i wyjde, albo zrobię coś równie "szokującego".
Bo dla mnie to wyraz egoizmu - "och chciałabym wiedziec szybciej, myślę tylko o sobie". Od rodzica czy teścia w takiej sytuacji oczekuję tylko dwóch rzeczy - wsparcia i zrozumienia. A nie egoistycznego myślenia teściów o sobie. To my tu jesteśmy ważni, my nasze uczucia i nasze samopoczucie. Cierpimy i nie potrzebujemy dodatkowych ciosów. A przynajmniej ja.
Skomplikowane to wszytko, obawiam się że zbyt skomplikowane jak dla teściów, czy moich rodziców. To jest skomplikowane i kompletnie niezrozumiałe dla wszystkich osób, które nie musiały wyczekiwać na dziecko miesiącami czy latami. Nie czuję "wspólnoty duchowej" z osobami spładzającymi dzieci z przypadku bądź od razu z pierwszego spuszczenia się w foremke swojej damy. Nie chcę w tym miejscu nikogo obrażać ale tu na ovufriend raczej nie mam kogo tym obrazić bo tu przecież są same czekające.
Na dzień dzisiejszy przyjęłam postawę obrony przez atak. W tej sytuacji nie zamierzam narazie nikomu nic mówić. Skoro nie jestem gotowa to nie. I tyle.
Widać narazie mnie to przerasta. Mam nadzieję, że kiedyś mi się poprawi. Narazie mam inne problemy.
Czekam na @ i ciągle nic. Brzuch boli, macica obolała tyle, że nie chce jeszcze lecieć.
Ehhhhh... ciągle coś.
Czytając mój pamiętnik można pomyślec że jestem cały czas przepełniona smutkiem, ale tak nie jest. Pisze tu zawsze wtedy kiedy jest mi ciężko, a kwiecien jest dal mnie bardzo ciężki.
Po pierwsze urodziny - jestem o rok starsza niż w momencie początku starań.
Po drugie - wszyscy w ogół własnie rodzą, nie już nie zachodzą, teraz wszyscy rodzą, nawet Ci o których nie wiedziałam że są w ciąży.
Własnie jestem po wizycie u ginekologa - nawiasem mówiąc zmieniam go, ale u nowego(specjalista od niepłodności pracujący w klinice) mam wizytę dopiero na 20 maja.
We wtorek wyszło że mam PRL 570 (max 490), lekarz mi kazał przyjść na wizytę. No to ja zaraz zapisałam się i na dziś miałam. Liczyłam na tabletki na zbicie PRl,a on mi że nie ma czym się przejmować bo niewiele przekroczone. W kolejnym cyklu mam brać podwójną dawkę CLO - ale żeby coś zrobić w kwestii sprawdzenia czy coś ze mną jest nei tak, to nie. Sam stwierdził, że raczej bez leczenia nie mam szans na ciążę.
Wyszłam, wsiadłam do samochodu i zaczęłam płakać jak dziecko. Nie umiałam się powstrzymać. teraz siedzę w pracy i nic nie umiem robić. Zresztą nie umiem pracować od 3 tygodni. Od świąt kiedy nasłuchałam sie jak biedna jest szwagierka, bo nie urodziła tydzien przed terminem i musi biedulka czekac na termin. Potem oczekiwanie na owu, a teraz na @. Temperatura idzie w dół powoli, więc nie ma szans już raczej.
Pragnę tego co ma tak wiele kobiet, tylko tego i aż tego. Ciekawe czy którakolwiek z tych co wpadły mają świadomość jak wielki cud stał się ich udziałem.
Niektórzy już mnie oceniają, bo nie mam dziecka. Kilka razy już to usłyszałam.
Poza tym że marzę o dziecku, które byłoby owocem miłości dwóch kochającycyh się ludzi, to czasem marzę żeby zasnąc i obudzić się jak będę w ciąży, żeby przez to nie przechodzić.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.