justa1234 NADZIEJA nie umiera nigdy!!! 14 listopada 2015, 15:07

A tak wyglądają moje nóżki od ponad miesiąca :-( cierpię :'( :'( 20151114-150521.jpg

Wczoraj było... nieźle. Wstąpiła we mnie nadzieja. Dzisiaj... ech, szkoda gadać. Od rana coś. Jestem rozdrażniona, smutna, zła. Zbliża się dzień rozstania. I to jest mój drugi najgorszy moment w życiu. A pierwszy był zaledwie kilka miesięcy temu...

Boje się. Ten strach mnie przytłacza. Boje się żyć, boję się cieszyć, boje się powrotu do normalności. Bo co to za normalność?

Wpisałam dziś moje Aniołki w Księdze Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. I to też jest straszne, że zmuszona jestem dowiadywać się takich rzeczy. Że jest grób dziecka utraconego. Że inni mają podobne sytuacje. Że tak jak my szukają przyczyn tego co się stało. Że też nie wiedzą jak dalej żyć...

Ponoć czas leczy rany i ja jestem w stanie w to uwierzyć, ale chyba nie dziś. Dziś mam tylko ogromny żal do świata, że po raz drugi muszę nieść swój Krzyż...


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2015, 16:19

ciri22 Dziecko bez seksu? 14 listopada 2015, 16:33

saxatilia specjalnie dla Ciebie :*

https://youtu.be/FM1K4-nClfc


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2015, 17:39

coliberek Działania..działania... 14 listopada 2015, 17:26

Juz 6 tyg za nami. Ale ten czas leci! I dobrze! Dzięki temu lada dzień a będziemy w domu. Haha grunt to odpowiedni kąt spojrzenia i nawet 10 tyg może wydać się lada dzień.
Dzięki Bogu wszystko idzie dobrze. Sophie waży juz 1160g a Christopher 1346g . Przedwczoraj było pierwsze badanie oczek..to najważniejsze iiiii...WSZYSTKIE 4 OCZKA SĄ ZDROWE! Pani dr badała oczka podczas kangurowania i był to dodatkowy stresior....I napięcie. Na szczęście wszystko dobrze. Za tydzień drugie badanie. Mam nadzieje ze tez będzie dobrze. To pierwsze o tyle było ważne ze jakby coś wyszło nie tak to trzeba by było jechać do Kopenhagi na operację laserowa. No ale wiadomo. ..tylko z jednym maluchem wiec.. drzalam portami okrutnie. Nie tylko ze względu na potencjalna konieczność operacji i jeszcze dalsze przebywanie z dala od domu i męża i mamy ale też ze względu na potencjalna rozłąki z jednym z dzieci. Jestem jak mama kwota. Nie mogę sobie wyobrazić rozłąki z maluchami. OK. ..w czwartki wieczorem jedziemy do domu i szykujemy pokoik, rozpakowujemy pozostałe rzeczy, robimy pranie z całego tygodnia...ale w piątek rano to już chodzę jak tykajaca bomba pilnując zegarka żeby wyjechać o czasie i zdążyć na zmianę pieluszek i mycie o 12. Så juz na tyle duże ze co drugi dzień są myte. Raz Chris a raz Sophie. Póki co to mycie gabeczka i suszenie gazikiem ale cyk cyk i zaraz będą kapane w wanience. Teraz mam chwile wolnego bo posafzilysmy z pilegniarka obydwa bąbelki na tatusia. I w trójkę sobie teraz śpią i pojekuja i pochrapuja. Takie 3 słodziaki!!!
Mamy wielkie wielkie szczęście ze wszystko idzie dobrze. Mam nadzieje ze nic już się nie będzie działo i będzie cały czas dobrze. Jakoś tak ufam ze tak będzie.
Nawiązaliśmy trochę znajomości z innymi rodzicami i wiemy ze czasem bywa też mniej kolorowo. Jesteśmy więc wdzięczni Bogu, losowi, przeznaczeniu....ze po wszystkich problemach jakie mieliśmy na roznych plaszczyznach zycia...mamy to szczęście ze nasze dwa maleństwa, choć urodzone tak wcześnie rozwijają się dobrze i wszystko jest w normie. Jesteśmy w cudownym miejscu, mają świetna opiekę i....Ach no i juz odlicza tygodnie do powrotu do domu! Nie mogę sobie wyobrazić jakie to będzie cudowne po tak długim czasie w szpitalu! Będzie cudowne moc je przytulic kiedykolwiek będziemy chcieli bez konieczności uważana na inkubator, kabelki, rurki itp

małaU piszę, bo czuję, że zwariuję 14 listopada 2015, 17:47

kopiuję z jednego z pamiętników.. może się przydać

Pogrubienia czcionek po różowej też są, nie ma tu żadnej dyskryminacji ;) Działa to tak: tekst do pogrubienia Nawiasy muszą być kwadratowe, a literka B - jak bold. Na tej samej zasadzie działą - czcionka pochyła (italics) oraz podkreślenie. Tylko trzeba pamiętać o 'zamknięciu' efektu czyli nawias + ukośnik + litera danego efektu np. [/b]. Jeśli chcesz czcionkę wyśrodkować - masz komendę

tekst
.


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2015, 19:06

Zakończyłam dziś 34 cykl starań. Nie wiem czy będą kolejne. Na razie mam dość,a częste kłótnie z Przemkiem tylko mnie zniechęcają.

W każdej kłótni wyrzyguje to,że nie pracuje. Przed chwilą usłyszałam słowa " Tobie to najlepiej pieniądze przynosić i nic więcej" . Takie słowa bolą najbardziej. Żebym była jakąś dziunią, co wydaje kasę na lewo i prawo, ale ja do cholery nawet najtańsze jogurty wybieram, bo staram się oszczędzać :/ . Cały czas ta sama śpiewka o pieniądzach.
Znajdę pracę, wiem to ...tylko czy to coś zmieni ? I tak w kłótni będzie mówił " ile czasu ja pracuję,a ile ty? itp . Znam to z doświadczenia.
Nienawidzę kiedy mi się miesza do spraw kuchennych. Dziś nawet olej do innej szafki przełożył,bo tam lepiej. Do chu*a pana ,ja gotuję,czy On ??

Ostatnio mieliśmy awanturę. Rozwalił mi telefon. Naprawa 300 zł. Oczywiście korzystam ze starego, który też jest rozwalony. Kartę sim trzyma kartka, baterię trzyma taśma ,bo nie ma klapki. I obiecuje sobie,że nowy telefon kupię za swoje pieniądze ,które własnoręcznie zarobie..chociaż i tak będzie gadane,że on ze swoich na pierdoły nie wydaje , a kasa jest wspólna.

Momentami go nienawidzę i żałuję ślubu.
Przed chwilą pokłóciliśmy się o to,że nie dostał dupy, choć dostał rano jak miałam jeszcze zlepione oczy. Dodam że dostałam okres. Mocno krwawie, ale nie... kutas powstał, trzeba zaspokoić.

Sorry za słownictwo, ale mam nerwa.
Faceci to jednak są z kosmosu.

małaU piszę, bo czuję, że zwariuję 14 listopada 2015, 19:03

7dc
Wczoraj znów w pracy calusienki dzień.. Wróciłam bardzo późno.. Umówieni znajomi już byli, ale nawet nie miała siły z nimi rozmawiać.. Dzisiaj miałam nadal pracować i walczyć z papierami, ale postanowiłam nie robić nic.. Siedzimy z G. na kanapie i leniuchujemy ciesząc się swoim towarzystwem:) jedyne produktywne rzeczy dzisiejszego dnia to małe zakupy i zaplanowanie naszego remontu.. Był Pan S. który to robi i omówiliśmy wiele rzeczy.. Cieszy mnie to bo brzmi już pięknie, mam nadzieję, że będzie wyglądało jeszcze lepiej.. Byłoby też dobrze gdyby cenowo wyszło dobrze, ale jak wiadomo zawsze może coś wyskoczyć, zatem nie nastawiam się.. Jutro pojedziemy do sklepu poszukać materiałów.. G. zwariuje:)

Głupia czytałam dzisiaj pamiętniki i w jednym była dość szczegółowo opisana laparoskopia.. Zaczęłam się bać:(


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2015, 19:05

LaLuna Z nowym rokiem nowe życe? 14 listopada 2015, 19:18

Ciąża zakończona 28 września 2015 o godzinie 11:50

Fabian
3987g , 54 cm

lzb32e5neo50_t.jpg

Dziękuję za gratulacje :)

Jak wiecie 23 września poszłam do szpitala na wywoływanie porodu... o warunkach w szpitalu mówić nie będę bo samo czekanie na poród złe nie było.
Zły był brak badań, męczenie nas kroplówkami z oxy po których nic nie było...
Do szpitala poszłam w środę, kilka kroplówek, badania dopiero po interwencji P.
Okazało się ze Fabian ma wg usg 3,5 kg i główkę bardzo wysoko. Nie chciał wejść w kanał. Mimo tego ciągle podawano mi oxy... w końcu w poniedziałek, 11 dni po terminie porodu wg om na salę wpadła moja lekarka ze ździwieniem: Ty jeszcze nie urodziłaś?! Dzisiaj Cię rozpakujemy.
Kazano mi się spakować do porodu (co robiłam co wieczór...) i poszłam na porodówkę. P dojechał po chwili a ja już leżałam pod oxy (sic!). Sprawdzono rozwarcie- cały opuszek palca ;) dziecko wysoko ale kazano mi spacerować. No to dawaj po korytarzu z P pod pachę i kroplówką na stelażu.
Nagle popłoch, mam się kłaść w boksie, zakładają mi cewnik, dają kielicha, mam się przebierać w szpitalną koszulę bo jedziemy na cesarkę!
Trzęsłam się jak osika, anestezjolog (świetny człowiek) wkurwiony bo wszystko na chybcika, moje badania nieaktualne a ja już przygotowana do wkłucia.
No nic... trzy razy się wkłuwał do kręgosłupa zanim mu się udało (przy okazji wyszło że mam krzywy kręgosłup), do dzisiaj bolą mnie plecy.
Maska z tlenem, macanie mnie lodem, brak czucia w nogach, brzuch zdrętwiały. Pojawiła się moja lekarka z uśmiechem i dawaj: tniemy!
Kochany anestezjolog głaskał mnie po twarzy, mówił co się dzieje i co będzie się dziać.
W pewnym momencie poczułam szarpanie w brzuchu, teksty: tu nie ma wód! oraz jaki on duży!
I krzyk.
Najpiękniejszy dźwięk na świecie. Głos mojego synka.
Przyniesiono mi go do pokazania i ucałowania i zniknął. Poszedł na mierzenie, ważenie a potem do P który czekał na korytarzu.
Najlepszy był mój tekst zaraz po wyjęciu maluszka: o schudłam :D - czym wywołałam ogólny śmiech na sali :)

Dalej nie było już tak kolorowo.
Sala intensywnej opieki medycznej, mega wysokie łóżko, ból nie do opisania- gdyby nagrodą nie był mój maluszek to bym umarła. Pisałam do P sms z błaganiem by mnie dobił.
Nie pomagał tramadol, ketonal, paracetamol. Ból przy obkurczaniu się macicy był potworny. Jęczałam długie godziny... aż przyniesiono mi mój najlepszy środek przeciwbólowy. Moje maleństwo:
gsbmpvybb04p_t.jpg

Ale dopiero po kilku długich godzinach... nie przystawiono mi go do piersi, nakarmiono butlą by był spokojny. I był. Patrzył na mnie a ja nie mogłam się ruszyć tylko jedną ręką go obejmowałam, drugą głaskałam i płakałam...
Po 3 godzinach go zabrano, do tego czasu już spał...

Przyszła godzina 22, pionizacja. Mam 150 cm wzrostu... łóżka szpitalne są wysokie. Żeby zejść musiałam zeskoczyć... ból rany nie do opisania. Każdy krok jakby mnie ktoś przypalał w miejscu rany i w środku. Ale trzeba było iść pod prysznic. Na szczęście doczłapałam, położna pomogła mi się wykąpać, odświeżyć i powrót. Wejście do łóżka było kolejnym bólem i problemem.
Na drugi dzień pobudka o 5, prysznic do którego pojechałam na wózku bo zasłabłam i wylało się ze mnie morze krwi na podłogę.
Potem przejście na salę poporodową.
Na sali kochane dziewczyny, wszystkie po porodach naturalnych, pomagały mi i podawały wszystko bo byłam bardzo słaba. Przywieźli mi moje maleństwo a ja nie miałam siły nawet go wyjąć z wózeczka. Płakałam trzymając rękę na wózku i przepraszałam go... dziewczyny poprosiły żeby położne z noworodków go zabrały bo nie dam rady się nim zająć.
Wyłam całą noc, raz że z bólu, dwa z myślą że on tam sam leży na noworodkach, beze mnie, że płacze a mnie przy nim nie ma.
Do teraz to wspomnienie cholernie boli i pisząc to płacze...
Kolejnego dnia wstałam i zaciskając zęby poszłam po syna. Zajmowałam się nim cały dzień mimo bólu i słabości. Całowałam go i tuliłam... nie umiałam jednak go nakarmić. Nikt mi nie pomógł, nie pokazał... mam płaskie brodawki i do teraz jest problem.
Odwiedzał mnie P i mama, nawet nieźle się dogadywali w domu.
Ale zobaczyłam jak bardzo nie mogę na mamie polegać... pierwszego dnia jak zawieźli synka z powrotem na noworodki zadzwoniłam do niej, rozpłakałam się że boli, że nie umiem zająć się synem, że jestem załamana. Oczekiwałam ciepłego słowa, pocieszenia... a usłyszałam że chciało mi się mieć dziecko to mam za swoje i że nie jestem jedyną kobietą która rodziła więc mam się nie użalać.

Wyszliśmy w czwartek, w czwartej dobie życia maleństwa. Obyło się bez żółtaczki, umiałam się już nim zajmować chociaż noce nadal spędzał na noworodkach bo byłam bardzo słaba i obolała.
Doszłam do siebie po 2 tygodniach w domu, kiedy zdjęto mi szwy i przestałam chodzić zgięta w pół.

Przepraszam, że opis porodu taki mało optymistyczny ale... nikomu nie polecam CC.
Zazdroszczę z całych sił tym którym dane było rodzić naturalnie. Tak bardzo tego chciałam a nie udało się. Do dziś na wspomnienie porodu i tego co było potem (ból, brak pomocy, pierwszy dzien bez mojego skarbu) płaczę i jest mi cieżko.
Nadal mam problemy z karmieniem piersią. Praktycznie ciągle odciągam pokarm i podaję małemu w butelce bo przy nakładkach się wścieka a bez nie daje rady złapać sutka. Pokarmu także coraz mniej i walczę ile sił. Ale to już temat na kolejny wpis.

Moje serduszko jest cudowne. W nocy ma dwie pobudki, słyszę go już jak zaczyna mlaskać i się wiercić więc nawet się nie rozbudza na jedzenie. W ciągu dnia jest coraz fajniejszy tylko wieczorem mamy trochę płaczu.
Więcej napiszę jeszcze dziś lub na dniach bo czas iść wykąpać mój skarb.
Kocham go najmocniej na świecie! a na myśl że płakałam że nie będzie dziewczynką mi wstyd bo ten mały chłopczyk jest najwspanialszym darem od losu <3


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2015, 20:00

Nie wierzę, że to robię. Odpaliłam youtube, ba, nawet wyszperałam w czeluściach netu książkę Chodakowskiej. Szok z przytupem. Tak, będę ćwiczyć. Przynajmniej dziś. Zakomunikowałam to Małżowi z nadzieją, że podzieli mój entuzjazm. Oglądał akurat kabaret. Ja: "Misiek, zaraz poćwiczę z Chodakowską". Małż: "O proszę, jednak mój kabaret jeszcze się nie skończy...;)". Tak, czuję, że mnie wspiera. Jak jasna cholera:P Dodam, że strasznie ale to strasznie nie lubiłam gadki w/w pani i nie podzielałam jej fenomenu. Kajam się, biję się w piersi. Przynajmniej dzisiaj będę jej fanką :P Taa....

Skąd motywacja? Od lipca łykam tabletki, które w ulotce oznajmiają, że powodują - uwaga - TYLKO niewielki przyrost wagi. Tylko, że jest to napisane na obu lekach:P W moim przypadku nawet niewielki robi różnicę. :P Poza tym doszłam do tego etapu w życiu, że nawet to moje niejedzenie mięsa (robię to naprawdę okazjonalnie), jest już na nic bez ćwiczeń. Fak. No niestety, zbliżam się do 30stki, metabolizm jest na mieliźnie. Brrrrrr.... ciężkie czasy nastały.

Idę zobaczyć może nie ma neta znowu i nie uda mi się odpalić filmików Chodakowskiej. Ojej :P

Test ovu - widoczny cień cienia. To ciekawe. Ostatnio też tak było przez kilka początkowych dni cyklu, po czym testy wskazywały jednoznacznie jedną linię i dopiero 17dc pojawiły się dwie grube krechy.

Do gina wizyta zapisana. Do nowego lekarza - nie mogę się dodzwonić. Nie wiem, to jakiś znak od niebios czy co? :/ Najpierw ciągle zajęte - ok, jest rano, trzeba wypić kawę. Rozumiem. Dzwonię następnego dnia. Zajęte. Zapomniałam. Dzwonię po kilku dniach - o jest, odbiera pani, jakaś zaspana straszliwie. Mówi mi, że tak dobrze się dodzwoniłam, ale pani recepcjonistka poszła na chwilę na górę. Proszę oddzwonić za 5 min. Ok, pewnie poszła po drugą kawę, co słychać po zaspanym głosie koleżanki. Ok, nie chcę być namolna, czekam 15 min. Dzwonię... no jakież moje zdziwienie - zajęte... i tak przez kolejne 15 min. Odpuściłam. Niech sobie żłopią tę kawę. ;P

pabelka88 jak długo jeszcze? 14 listopada 2015, 19:51

Dziś śpię na stojąco...ziewam na okrągło...zaplanowałam sobie ,że w przyszłą środę pójdę na betę.Co z tego wyjdzie...nie wiem...znając moją niecierpliwość,zapewne zatestuje wcześniej,a naprawdę nie chcę...Boże pozwól mi się cieszyć...pozwól mi w koncu zaznać tej chwili...będę najlepszą mamą dwójki dzieci na świecie...już tak długo czekam...dziś próbowałam wyliczyć swoje dotychczasowe niepowodzenia,i wyszlo około 41/42...Wiem,wiem są pary starające się dłużej,ale dla mnie to wieczność...lata świetlne...
BOŻE POMÓŻ!!!!

Już po laryngologu! Okazało się, że mam gardło w kiepskim stanie dość ale szczęśliwie nie przez żadne grzybki czy tym podobne tylko mam baaardzo przesuszoną śluzówkę. Mam odstawić wszelkie tabsy do ssania i wszystko inne, bardzo dużo psikać do gardła takim aerozolem nawilżającym i pić kropelki z witaminy a i d3 też w dużych ilościach. Mam zamiar nimi nacierać kąciki ust też bo coś pękają i są suche. Jestem przeszczęśliwa że żadne antybiotyki nie są potrzebne :) i na in vitro nic nie wpłynie :) A gardło niestety, skutek niedoleczenia od razu, doleczania tabletkami no i pracy.

Wizyta już za mniej niż dwa tygodnie :D czekamy :D

Aaaa i jeszcze jedno. Powiedzieliśmy też naszym bliskim znajomym. Ostatnio widzieliśmy się z nimi jakoś w sierpniu. Wiedzieli o problemie i byli ciekawi co tam. I dostaliśmy dużo zrozumienia i wsparcia :) kolejne kciuki są za nas trzymane :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2015, 20:06

Troszkę się martwię bo od 2 tygodni mam co parę dni takie dziwne bóle bardzo nisko brzucha, dosłownie mam wrażenie jakby mi dziecko miało wypaść... Koleżanka miała podobnie ale dopiero w 25 tc i udało się jej przetrzymać ciążę do 32 tc. Do tego im więcej chodzę tym twardszy mam brzuch, dzisiaj byliśmy na urodzinach koleżanki i jak wracaliśmy to brzuch był już twardy jak kamień... Dobrze, że wizyta już w poniedziałek.

Gogope I niby wszystko jest ok... 15 listopada 2015, 01:33

Dowiedzialam sie dzisiaj, ze moja kolezanka urodzila corke...nie mam sily nawet do niej zadzwonic i pogratulowc...wyslalam wiadomosc...ona niczemu nie jest winna, ale ja po prostu nie moge...

Witam moje Panie w pierwszym dniu 19 cyklu starań.

Tak... zaczynamy od nowa.. czego ja się spodziewałam?
Ze zajdę w ciąże w cyklu, w którym śluzu totalnie brak, gdzie wystąpienie owulacji było wątpliwe jak nigdy dotąd? Głupia ja... biedny mój mąż.

Zakupiłam dla nas witaminki, olej z wiesiołka między innymi, i zestaw witaminek dla mężusia.
Obecnie jesteśmy na etapie rozglądania się za klinikami leczenia niepłodności w trójmieście i od nowego roku zaczynamy działania. Teraz damy troszkę na luz.

A poza tym...? poza tym jest dobrze o ile można tak powiedzieć. W pracy ok :) Podoba mi się.
A za tydzień jedziemy do Matemblewa modlić się o dzidzię, bo póki co to nam zostało.

Pozdrawiam :*

Tracąca nadzieję. cel do osiągnięcia 14 listopada 2015, 21:36

Kilka dni nie pisałam bo nie miałam do tego głowy. Kiedy juz myślałam że będzie nowy cykl i nowa szansa życie znów pokrzyżowało szyki. Dobrze ze jest taki pamiętnik gdzie mogę sie wygadać. Mateusz pojechał a ja liczyłam sie z tym ze wróci dopiero w przyszły piątek jednak śmieć mojej mamy zmusiła go do szybszego powrotu. Liczyłam na wsparcie a bardzo się rozczarowałam. Znów słyszałam tylko krytykę. Jest identyczny jak swoje siostrzyczki nie liczy sie nikt i nic, pieprzony egoista. Nie mam ochoty go ogląda a co dopiero mówić o seksie. Ciągle chodzi mi po głowie pytanie "po co z nim jestes?". Kocham go ale teraz trzyma nas tylko wspólny kredyt. Tak wiem nie powinno miec to znaczenia jednak z mojej wyplaty nie dam rady sie utrzymać i spłacać raty. Teraz ja mysle jak egoistka eh....
Wkurzam sie bo to wszystko nie jest tak jakbym chciała wiem ze przyjdzie przytuli i będzie ok. A to tylko dlatego ze lubię czuć sie kochana i ważna.
Co do starań ten cykl odpuszczę a o dalszych musze pomyśleć

Anuszka Dopóki od­dycham, mam nadzieję. 15 listopada 2015, 08:18

Wiecie co dziewczyny to jest chyba jakiś żart ale jajnik mnie totalnie napierdala czasami mniej czasami bardziej. Przypomnę tylko że biorę antyki jajniki miały sobie odpoczywać a w grudniu miał być transfer. Nic z tego nie będzie czuje że jest kolejna torbiel nawet nie muszę jechać do kliniki ja to wiem to jakiś pieprzony koszmar :(

25+5
STUDNIÓWKA!!!

No i teraz zacznie się dwucyfrowe odliczanie. Ale super! :D Każdy dzień zbliża Nas do spotkania z Synusiem. Wczoraj rozmawialiśmy z Arkiem o imieniu dla Malucha. Od początku miał być Ignaś ale wczoraj padła propozycja Tadeusza albo Teodora. Tak więc jeszcze zobaczymy ;)

Poza tym pomału kończymy tydzień bez tatusia. Jeszcze tylko jutro i we wtorek będzie już z Nami. Plan na nadchodzący tydzień? Podróż poślubna! Tzn weekend w SPA. Bo na dłużej to się boję wyjeżdżać... Ale zawsze coś :)

Świętowanie czas zacząć! :)

małaU piszę, bo czuję, że zwariuję 15 listopada 2015, 10:07

8dc
Wiem, że kasika i moja mama mają rację.. Każdy laparo czy inne zabiegi przeżywa inaczej.. Muszę to przeżyć po swojemu i najlepiej jak najdłużej o tym nie myśleć:)

G. dzisiaj strzelił focha i się nie odzywa, to nowość, bo mistrzem w nie odzywaniu się jestem ja.. Zobaczymy kto dłużej wytrzyma.. Ja nawet nie jestem zła:)

Feśka Z kotem w głowie i na kolanach... 15 listopada 2015, 10:23

13.11.2015r. Dziesiąty dzień

Siedzę sobie wygodnie w fotelu, światło lekko przygaszone, podnóżek pod nogami. Obok kołyska, zaglądam do niej co chwila i wprawiam kołyskę w ruch, mój mały cud spokojnie w niej śpi, a mi trudno oderwać od niego wzrok. Idealna jest! Właśnie wróciliśmy z godzinnego spaceru. Wieczorny spacer nam dziś wypadł, bo dzień był zapracowany.

Mama (czyli ja! Szoook! Jestem mamą!) wyspana, bo wstawanie było tylko raz o 3.30. Dziecko "obrobione" do 4 i znowu spać. Wstałam o 7, szybki prysznic, bo Anastazja jeszcze spała, śniadanie, herbata, telefon do księgowej, umówienie się na spotkanie. Udało mi się zrobić nawet makijaż :) Humor fantastyczny mi dopisywał, bo jednak ta moja waga to wcale nie zwidy! Dziś wstaję do pomiaru, a tam znowu 54 kg (-1kg)! Wczorajsze zakupy jednak nie będą musiały być zwrócone, i spodnie i kurtka i koszula w rozmiarze S to nie sen :D Była chwila przed 8, postanowiłam wybudzić córkę i ją ogarnąć, zanim sama zacznie kwękać i zbudzi czujnego Tatę totalnie ześwirowanego na punkcie swojej Księżniczki :) 8.30 me dziecię czyste i najedzone spało sobie w najlepsze. Mała śpi identycznie jak jej Tatuś, z lekko podkulonymi nogami i rękoma przy buzi. Przeuroczy to widok! Ja nie wiem, czy to te skoki prolaktyny, ale rozemocjonowana chodzę ciągle. Reklama merci, która zawsze mnie wzruszała teraz to na prawdę pikuś. Mlaśnięcie usteczek Małej u mnie powoduje łzy w oczach. Patrzę na nią i żałuję, że w oczach nie mam aparatu fotograficznego, by każdy jej nieświadomy jeszcze uśmiech uwiecznić, by każde spojrzenie jej maślanych oczu na mnie zatrzymać na zawsze... Popatrzyłam chwilę na swoją śpiącą córkę, męża i poleciałam do swojej Mamy się przytulić ze szczęścia. Mam wspaniałą Rodzinę, życie.. Wszystko, co się teraz dzieje jest jak spełnienie marzeń. Pochlipawszy jej trochę w ramię, jak to życie jest wspaniałe, a ja nie chcę, by to się kończyło, tylko trwało w najlepsze, stwierdziłam, że jednak warto się odstroić do wyjścia. W końcu pozbyłam się tych luźnych bluzek, których miałam już dość w ciąży! W przypływie miłości przyrządziłam też śniadanie dla K. i tak zleciało do 10.30. Mąż wstał wyspany jak młody bóg. Uśmiechnięty od ucha do ucha widząc mnie w "wychodzącej" wersji aż zafiufiukował pod nosem :) moja próżność została połechtana, podając śniadanie mu pod nos przedstawiłam K. plan na dzisiejszy dzień. Najpierw sprawy związane z moją pracą, a potem wycieczka do Ikei na zakupy, bo znowu zabrakło wieszaków (ta, ta... ja wiem, wszyscy się śmieją, że nawet kilka godzin zanim rozpoczął się poród ja strzeliłam rundkę zakupową :D więc jak ma nam nie brakować wieszaków ?), świeczek, koce do wymiany się by zdały.. A że jest jeszcze z nami moja Mama, a lodówka pełna mojego mleka... mieliśmy wychodne :) nakarmiłam oraz przebrałam Małą i ruszyliśmy z mężem w teren. Babcia została poinstruowana, które mleko podać najpierw, a które później, ale.... jak wróciliśmy spowrotem do domu (nie było nas 3 godziny z lekkim hakiem) moja Mama z niezadowoloną miną powiedziała, że Nastia nawet nie dała się wykazać Babci w opiece nad wnusią. Cały czas spała, a moja Mama ugotowała nam obiad i siedząc na kanapie to rozmawiała przez telefon, to spoglądała na TV. Ot, takie nudy. Zdążyłam zjeść obiad. Gdy tylko złożyłam sztućce na znak skończonego posiłku, moja córka z drugiego pokoju dała głos, że i na nią teraz pora. Nakarmiłam głodomora i heja na spacer z Małą i Mamą :) K. w tym czasie wyskoczył do fotografa i kwiaciarni. Jutro rano Mama wraca już do domu, we wtorek idzie do pracy i chce jeszcze trochę zająć się domem i ogarnąć do tego czasu. K. poszedł kupić dwie ramki i wstawił w nie zdjęcia dla Dziadków, jedno z pierwszego wspólnego spaceru z Anastazją i drugie samej Nastuśki. Trochę mi smutno, że już wraca, widzę, że jej też ciężko. Mówi, że będzie tęsknić za Małą i że mieszkamy od siebie tak daleko, że Anastazja pewnie nawet nie będzie przez jakiś czas wiedzieć, kim ona dla niej jest.. Oj będzie jutro płacz. Faktycznie, dopiero teraz gdy jestem matką bardziej rozumiem swoich rodziców. To że się martwią, chcą wspierać, być blisko. Przestałam się wściekać za te wszystkie telefony, że ktoś dzwoni i dopytuje co słychać u nas... Bo wiem, że to z miłości, z troski.. Ale przez ten tydzień telefonów nie było zbyt wiele... Mama sama dzwoniła do najbliższych i relacjonowała, jak tam Nastusia się miewa, opowiadała o niej, o moim samopoczuciu o tym, jak K. się nami opiekuje, wstaje w nocy...
Jestem strasznie wdzięczna Rodzicom, że przyjechali do nas w tym cudownym, ważnym dla nas momencie w życiu. Dzięki nim mogliśmy bez żadnych "odciągaczy" uwagi, skupić się na naszym małym człowieku, złapać z nim kontakt, poznać się lepiej, cieszyć każdą chwilą spędzoną we troje.
No i jeszcze nie bez znaczenia jest to, że bardzo pomogli nam w opanowaniu Uziego. Biedny kot był bardzo zestresowany nową sytuacją, każdy dźwięk wydawany przez Małą sprawiał, że Uzi uciekał w kąt. My za bardzo byliśmy pochłonięci naszym szczęściem i nie zwróciliśmy na to uwagi, ale Rodzice dopieścili kocura jak się patrzy, teraz Uzi wrócił do normalności i nie wygląda na zaniepokojonego przy Anastazji.
"Niestety" (a czasem i stety, ale po kilku dniach trudno było znaleźć minusy) czasy, gdzie życie w wielopokoleniowych rodzinach było normą minęły i teraz musimy chwytać wiatr we własny żagiel i ... popłynąć razem we troje. No przepraszam. We czworo. Bo... przecież jest jeszcze i Uzi :)



14.11.2015r. Jedenasty dzień

Nie chcę zapeszać, ale jak na razie mogę pochwalić się tym, że moje sutki przyzwyczaiły się do nowej funkcji i zaakceptowały fakt, że Nastuśka jest ich nowym zarządcą. Czasowe przerwy w wystawianiu ich na pastwę Anastazji pomogły najbardziej. Trochę też ta lanolina i wietrzenie, a także namaczanie ciepłymi wacikami nasączonymi wodą bezpośrednio przed karmieniem.
Po kąpieli Nastki zaczęliśmy opróżnianie lodówki z mlecznych zapasów. Mąż miał w nocy zająć się nie tylko przewijaniem, ale też i karmieniem. On wstał tylko raz. O 3.30, bo Mała się zaczynała wybudzać (jak dobrze, że robi to cichutko :P ). Ja wstałam dwa razy, bo tego domagały się moje piersi. Dwa razy odciągnęłam po 180 ml pokarmu. Wczoraj kurier przyniósł mi nowe zamówienie na pojemniki na pokarm, więc mogłam doposażać zamrażarkę w porcje na wszelki wielki wypadek. Zamrażarka nastawiona na -19 st.C i pokarm może tam leżeć nawet od 3 do 6 miesięcy, jednak z ostrożności wpisałam datę ważności na okres 4 miesięcy. Zresztą pewnie i tak wykorzystamy część zapasów przed upływem tego czasu.

Tradycyjnie wstałam przed 7. Kolejne odciąganie pokarmu połączone z łażeniem po domu i rozkładaniem prania, a to już wyschło, a to do szafy, a to do prasowania oraz szykowaniem sobie śniadania. Kocham swój elektryczny laktator! Czuję się mega wolna na nim :P nawet kurze udało mi się powycierać podczas "dojenia" :)
Podczas gdy ja się zajęłam swoją toaletą, mój K. i Mama akurat powstawali i zaścielali łóżka. Piliśmy sobie herbatkę, Mama udzielała nam ostatnich rad i szykowała się do wyjazdu do domu. No dobra te rady to głównie do mnie były. Mama tłumaczyła mi, żebym nie próbowała zgrywać Zosi-Samosi i nie bała się prosić o pomoc (męża, siostrę, przyjaciółki), żebym chociaż jedną drzemkę Małej poświęciła na swój własny odpoczynek, najlepiej połączony ze snem, bo wypoczęta i zrelaksowana mama to szczęśliwe i spokojne dziecko. Przykazała nam wychodzić z mężem tylko we dwoje i korzystać z gotowości Cioci E. do popilnowania swojej Siostrzenicy. Tym bardziej, że dziecko mamy totalnie bezproblemowe. Oby tego nie zepsuć. No i mam się dobrze odżywiać, bo ponoć coraz chudsza jestem. I coś w tym chyba jest, bo odwiedziła nas potem nasza przyjaciółka i powiedziała, że jestem sporo szczuplejsza niż przed ciążą, szczególnie po nogach widać. Do mojego K. Mama nie miała zastrzeżeń. Och, och, jaki on idealny! :P
Po naszych porannych rozmowach, Mama poszła poprzytulać się na pożegnanie z wnusią. Akurat zjawiła się moja Siostra ze Szwagrem i zabrali Mamę w drogę (Siostra jak zawsze zawiedziona, bo "o jejku, ona jak zawsze śpi!") do domu. Trochę łez wzruszenia było przy podziękowaniu i pożegnaniu, ale ogólnie stwierdziliśmy, że cieszymy się, że zostajemy już teraz sami. W planach mieliśmy spacer, ale wiatr dziś jest okrutny i niesprzyjający. Moje balkonowe wrzosy wszystkie pospadały z parapetów, więc nie chcieliśmy ryzykować, że wywieje nam dziecko z wózka :) postanowiliśmy zostać w domu, a że Nastuśka spała w najlepsze, to my zgodnie stwierdziliśmy, że weźmiemy z niej przykład.
Z godzinnej drzemki wyrwał nas dźwięk domofonu. Nasza koleżanka postanowiła nas odwiedzić. Przyniosła przepyszne naleśniki z owocami i słodkim serem. Nadal jem w trybie ciążowym, to znaczy małe ilości, ale często, więc ucieszyłam się nieziemsko na widok tych naleśnikowych cudeniek. Koleżanka zachwycona Małą, mimo że za dziećmi średnio przepada i nigdy tego nie kryła. Ale powiedziała, że Nastka jest inna od dzieci, które znała z najbliższego otoczenia. Taaa, a ja właśnie większość dzieci, które znam to właśnie takie jak nasza Mała. Ciche, spokojne.. Po krótkiej wizycie psiapsióły, mąż zabrał się za wybudzanie Małej na jedzenie. Najbardziej u nas skutkuje rozpoczęcie przebierania. Chociaż i to czasem Nastce zdarza się przegapić. Tym razem jednak lekko wybudzone dziecko udało mi się dostać do karmienia, więc nie musiałam zbyt długo prosić córkę, by zainteresowała się posiłkiem. Zresztą i tak uwielbiam ją taką zaspaną, rozdziawioną, przeciągającą się jak stary kocur. K. w czasie naszego leniwego karmienia szykował obiad dla nas. Mała zjadła, ja zjadłam i znowu wszyscy legliśmy na swoich miejscach, Nastia w swojej kołysce, a my w drugim pokoju na kanapie.. Trochę odpoczniemy i się poprzytulamy, obejrzymy coś w TV i mąż dokończy sprzątanie przeze rozpoczęte rano. Zostało poodkurzać i zmyć podłogi. A i powiesić musi jeszcze ramki na zdjęcia. A ja pójdę do mojego Stworka i spróbuję ją nakłonić do jedzenia. I tak wracając do początku tego wpisu... Na samą myśl o karmieniu robi mi się błogo... Dzisiaj odkryłam, że ta czynność może być przyjemna o ile nic fizycznie nie doskwiera. Uwielbiam, gdy Malutka patrzy na mnie, słyszę jej równy oddech...
Pięknie jest... Niech tylko jeszcze przestanie padać i wiać, a będzie idealnie :)



15.11.2015r. Dzień dwunasty


Już wspominałam, że kocham takie perfekcyjne poranki. Taraz są one inne niż te z niedalekiej przeszłości, ale już zdążyłam je pokochać. Noc jak zawsze dla nas łaskawa. Mała śpi tyle, że ja muszę budzić się na odciąganie pokarmu, bo piersi aż gorące się robią. To nic. Generalnie Anastazja budzi się w nocy raz, o 3.30. Potem gdzieś tak 7.30 lub 8 jak dzisiaj. Płaczu przy tym nie ma, ot takie zwykłe przewijanie, którym zajmuje się mój mąż, a potem ja pojawiam się w roli pani bufetowej i serwuję córce przysmaki. Po skończonym posiłku, nawet gdy Nastka ma oczy otwarte szeroko, odkładam ją do kołyski, wprawiam konstrukcję w stan bujania, gaszę lampkę i zasypiam ja oraz moje dzieciątko. Chwilę przed 8 budzę się i stwierdzam, że nie ma co odciągać pokarmu, tylko Małą wziąć w obroty. Do akcji rusza Tatuś. Przebiera córkę, ja odsłaniam okna z zasłon i rolet, które tak zaciemniają sypialnię, że ma się wrażenie, że nadal panuje noc. Rozsiadam się na fotelu, dostaję córkę do karmienia. Tatuś leci do kuchni przygotować posiłek i dla mnie. Zjadam stostowany chleb z masłem i indyczą wędlinką. Do tego ogóreczek i ciepła herbatka z malinami oraz kilkoma kropelkami cytryny. Gdy już wreszcie obie jesteśmy najedzone, Mała znowu wędruje do kołyski, a ja pod prysznic. Sprawdziłam międzyczasie prognozę pogody. Może dzisiaj uda się nam wyjść na spacer, w końcu już tak nie wieje i nie pada. Postanawiam zrobić sobie makijaż. Niby nikogo się nie spodziewamy (w ogóle omijają nas na razie tabuny gości- odwiedzili nas do tej pory moi Rodzice, Siostra z chłopakiem, Siostra Cioteczna z Narzeczonym i zaprzyjaźniona para) ale sama ze sobą będę czuła się lepiej. Udało mi się nawet pomalować paznokcie i wyłożyć na znak relaksu na swojej kanapie. Mam jeszcze godzinę do czasu, aż moje piersi będą się domagać karmienia (tak, tak, u nas to piersi się domagają karmienia, a nie moja córka). Generuję więc wpis, a potem zajmę się listą zakupów dla mojego K.. Wyślę go do Biedronki, bo wszyscy tak zachwalają pieluszki Dada, więc spróbujemy i my (to nic, że piwnica zawalona zapasami Pampersów, w które zaopatrzył nas mąż w trakcie ciąży; chociaż tam są chyba rozmiary od 2...?). Muszę pamiętać jeszcze o tym, by dopisać wręcz hurtową ilość płatków kosmetycznych. Przy przewijaniu nie używamy chusteczek nawilżanych tylko czystą przegotowaną wodę (wyjątki zdarzają się w nocy).
A i może kilka zdjęć wrzucę :)
Pierwsze wyjście Nastii z domu :)

IMG_3549_jpg.jpg
forum image hosting

Ja i Mama na chwilę przed jej powrotem do domu. Właśnie głaszcze mnie i daje rady, bym się nie zgrywała na bohaterkę :P

IMG_3619_jpg.jpg
img host

Mój Nastusiowy Stworek. Tak wygląda, gdy jest głodna :P tak się domaga i karmienia i zmiany pieluchy. Boże, jaka ona jest nieprzystosowana! Co ona by bez nas zrobiła, skoro nawet o jedzenie "poprosić" nie potrafi jak "normalne" dziecko ?! :D
IMG_3625_jpg.jpg
jpg images

Może i rozdartej japy nie odziedziczyła po mnie ( :D ), ale i tak ją kooocham!


IMG_3636_jpg.jpg
upload img

A tu mamy ubieranie po kąpieli, którą Nastia uwielbia. Jest wtedy bardzo rozluźniona i zrelaksowana, wygląda na szczęśliwą :)

IMG_3644_jpg.jpg
upload pictures

A na koniec nasz zwierzyniec. Tu Uzi pilnuje Nastii, a tak na prawdę przygląda się zabiegom pielęgnacyjnym swojej ludzkiej siostrzyczki :D przestał się jej w końcu bać, teraz gdy Mała skrzeczy w kołysce, on podbiega do niej i staje na tylnych łapach, by przednimi pobujać kołyskę. Cudownie rozczulający widok :)

IMG_3653_jpg.jpg
free upload pictures


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 listopada 2015, 10:28

KaijaUK Irlandzkie starania 15 listopada 2015, 11:00

Urodziny...życzę sobie zdrowego dziecka :) Oby się udało :)

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)