Witam się w pierwszym dniu mojego cyklu. Mimo, że wykres zapowiadał się na prawdę obiecująco i bylo tyle seksu nic z tego nie wyszło. Nawet tak nie naciskalam emocjonalnie na ten cykl tylko ciągle powtarzałam sobie, żeby mieć luz w dupie. Jednak nie udało się. No trudno nic już na to nie poradzę
Nie mówię sobie nowy cykl nowe nadzieje. To tylko puste słowa. Kiedyś na pewno zostanę mamą. Będę na to przygotowana. Lepiej niż mogłabym to sobie wymarzyć. Nawet nie jest mi smutno. Weszłam dziś na 3 fora żeby napisać o @ i na każdym z 3 mój wpis rozpoczynał nową stronę
jaka ja jestem ważna haha 
Podobno miesiąc urodzin jest najbardziej płodny
Wczoraj miałam urodziny. Do końca miesiąca jeszcze trochę czasu pozostało to może jeszcze nic straconego
zresztą co ma być to będzie. Jeśli się postaram i Bóg na to pozwoli zostanę mamą w odpowiednim czasie. Potrzeba tylko cierpliwości.
Spanikowałam. Byłam zapisana na pierwsze usg sprawdzające potencjalną owulację w tym cyklu na 19.01 - wtorek. Będzie to 14 dc. W pierwszych cyklach po poprzednich stymulacjach owulka przychodziła 17-18 dc, więc założyłam, że tym razem będzie tak samo i ten 14 dc będzie ok. Tak normalnie owulację mam 13-15 dc.
Dziś mam 10 dc i czuje, że coś w jajnikach zaczyna się dziać. Śluz już się zmienia. Może jednak ta owulacja zrobi mi psikusa i pojawi się około 14 dc. Dlatego też właśnie spanikowałam i zapisałam się na usg jeszcze na poniedziałek 13 dc, żeby nie pluć sobie w brodę, że przegapiłam moment. Niestety będzie to ta cholerna baba, która mi nagadała, że "szkoda życia". Akurat tylko ona robi usg po południu w poniedziałek w klinice, która mi pasuje logistycznie. No trudno. Postaram się nie wdawać z nią w żadne dyskusje.
Od ostatniego wpisu minął zaledwie 1 dzień, a czuje jakby to była cała wieczność. Gdy zrobiłam dziś rano test i znów zobaczyłam tą jedną wściekle czerwoną krechę to prawie wpadłam w czarną rozpacz... No bo jak to tak ? @ miała być 12.01 i co? Przecież nigdy się nie spóźnia! Zawsze puka do mnie punktualnie! Opóźniona owulacja ? też mi się nie wydaje! Wedle moich odczuć i testów była w 12dc i koniec! dziś 18dpo...i co i nic? Ja jestem chyba jakaś nienormalna, bo czuję po cichutku, że w ciąży jestem a te durne testy temu przeczą 
Obiecywałam sobie, że póki nie ma 2 kresek to na betę nie idę...I co? Oczywiście, że poszłam dziś o 11....Wyniki niestety dopiero jutro rano lub najwcześniej (ale to mało prawdopodobne według Pani z lab) dziś wieczorem.
Najlepsze jest to, że się do tej głupiej diagnostyki nie mogę zalogować! Wyskakuje mi że numer zlecenia lub data urodzenia jest nieprawidłowa! No kurde jakbym nie wiedziała kiedy się urodziłam! Albo ta babka z recepcji coś zrypała, albo to działa tak, że można się zalogować dopiero po ukazaniu się wyniku....??? To możliwe ? Nie wydaje mi się.
Co robić żeby czas szybciej zleciał ??????
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 stycznia 2016, 13:14
Dawno nie pisałam. Bo w sumie nie miałam potrzeby, a może nie było co. Skończyła mi się huśtawka nastrojów, od kilku już cykli, więc gdy jestem bardziej zrównoważona, to też racjonalnie mi się żyje i chyba nie potrzebuję dzielić swoich rozterek, bo ich nie mam.
Od razu tutaj zazanczę, że ta poprawa funkcjonowania to z cała pewnością zasługa tych ziółek na płodność, z niepokalankiem mnisim. W każdym razie wraz z ich stosowaniem zauważyłam poprawę cery, no i praktycznie żadnego PMS, płaczliwości itp.
Niestety moja prolaktyna nadal za wysoka. Nie byłam z tym jeszcze u lekarza. W ogóle nie byłam u ginekologa od kiedy wreszcie się zdecydowaliśmy (=5 miesięcy), że zaczynamy. Żeby nie było. Regularnie się badam i u ginka byłam ciut przed i coś tam napomknęłam, że się zabierzemy lada chwila. Zleciła mi podstawowe badania. No i tylko ta prolaktyna mi wyskoczyła nieładna... Co trochę martwi, bo miałam być taka zdrowa. Każda kontrola ginekologiczna wychodziła podręcznikowo. No ale nigdy nikt mi hormonów nie badał, bo nie było wskazań. A w sumie jak sięgnę pamięcią to już od jakiegoś czasu prolaktyna mogła szaleć, bo miałam dość dokuczliwe PMS, bolące i nabrzmiałe piersi nieraz przez pół cyklu itd.
Z lekarzem czekam aż mężuś wróci. Jak już się testować, to oboje.
Ale ja, oboje, jesteśmy kurcze przeciwnikami szprycowania sie lekami i hormonami. Tyle lat udawało się nam zdrowie poprawiać bez ingerencji medycznej. Tak jest taniej. No i przede wszystkim bierzemy odpowiedzialność za siebie i swoje zdrowie. Lubimy brać za siebie odpowiedzialność. Co oczywiście wynika z tego, że z racji zawodu po prostu coś tam wiemy o funkcjonowaniu organizmu, fizjologii, biochemii itp. Ale oczywiście z medycyny też korzystamy, tzn skorzystamy, gdy coś będzie szwankować tak, że naturalnie się nie uda naprawić. Raz już mój M był na tamtym świecie przez parę minut, połamany i 2 tygodnie w śpiączce... Więc zawdzięczamy lekarzom jego drugie życie. Ale już jakość tego życia zawdzięczamy metodom naturalnym. M 4 lata chodził o kulach, ma/ miał dwie chroniczne (podobno) choroby, na które medycyna konwencjonalna rozkładała ręce. A my sobie poradziliśmy 
No a moja prababcia była zielarką. Piła mikstury również na płodność. Urodziła 7 dzieci, w tym dwa razy bliźnięta (raz jednojajowe, a raz dwujajowe) . Taka historia 
Dlatego jakoś wolę zioła od sztucznych tabletek.
Szpitale to przygnębiające miejsca. Wolałabym, aby wszystko zadziałało bez monitorowania, łykania, skanowania itp.
Z drugiej strony myślę, że ten moment już minął parę lat temu... W tym roku skończę 35...
No ale zoabczymy.
Dodam jeszcze, że w Święta wypadała akurat owu. Byłam u M w Belgii. On przez tą nieszczęsną robotę znowu nie mógł się wyrwać. Pomyślalam, że to znak, że tak wypadło. Że sobie prezent na Święta zrobimy. Ale od kilku dni wiem, że i to podejście nieudane.
Mężuś zaczyna być rozczarowany. Mówi, że tym razem czuł, że jest w formie 
Chyba, nie bierze pod uwagę, że ma już starą babę i to ja powinnam być bardziej w formie.
Ale jakoś tak dziwnie, bo uśmiecham się na myśl, że się uda i na myśl, że się nie uda też... Chyba znowu wracam do tego stanu z tytułu pamiętnika. Jak test pokazał, że się nie udało, to zaraz sobie racjonalizowalam, że przyjdzie jeszcze czas. Że może to nie był ten moment. Że w końcu dbam o siebie i powinna biologia zadziałać. A jeśli dbałam za mało, to zaczynam bardziej (od ubiegłego tygodnia chodzę 2 x na jogę, zamiast 1x
).
Klinicznie naprawdę wydaje mi się, że hormony mnie nie tarmoszą i podoba mi się, że nie ma huśtawki emocjonalnej. Szkoda, że ten wynik z krwi tego nie pokazał 
No i tyle. M wraca w lutym. Idziemy do lekarza. I od marca, a lepiej od kwietnia (bo nie chcę w grudniu rodzić, za duży smog) zaczynamy.
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 stycznia 2016, 18:19
15.01.2016r. dzień 73, piątek, 10.15
Oczy mi się kleją z niewyspania, ciało drży z nadmiaru wrażeń do tej pory. W końcu! Mąż spisał się na medal! Ponad 10 tygodni wstrzemięźliwości, nigdy bym nie pomyślała, że w naszym przypadku to możliwe. Pomimo zmęczenie zasnąć nie mogłam, a potem jeszcze obudziłam się przed 5 i nie mogłam usnąć. Stwierdziłam, że to jest najwłaściwszy moment na ściągnięcie pokarmu dla Teściowej na jutro do podania Anastazji. Nie będzie musiała się stresować rozmrażaniem, tym że powoli to idzie i nie będzie ją kusić, by wsadzić torebkę z pokarmem do gorącej wody (i tym samym wypalić wszystkie składniki odżywcze!).
Ale to nie tylko emocje związane z powrotem do pełnej aktywności seksualnej nie pozwalały mi zasnąć. Mąż poruszył po raz kolejny temat powiększenia rodziny. I tym razem nie pozwolił mi się wymigać od odpowiedzi żartami. Dosłownie wszystko tak jak przed staraniami o córkę było, tylko że odwrotnie. To ja chciałam dziecka, a on musiał się do tego odpowiednio przekonać. Biorąc pod uwagę, że chciałam zmienić pracę po urlopie macierzyńskim co pewnie trochę by potrwało, potem zaczepienie się w nowym miejscu na dobre i ustabilizowanie swojej pozycji... yyy i wznowienie naszej reprodukcji... to dobiję prawie do 30, znowu będziemy się starać może rok, może dużej (oby nie, ale jednak szansa na to jest spora), zajdę w ciążę i znowu zaczynaj wszystko od nowa... (głównie chodzi mi o pracę). Poza tym taki plan obaliłby inny plan posiadania potomstwa z niewielką różnicą wieku. Po rozmowie z mężem jednak zdecydujemy się pójść "za ciosem" i po wakacjach rozpocząć drugą rundę starań. No chyba że po drodze stanie się coś, co jednak nam każe zmienić plany. Na razie sprawa u mnie wygląda tak, że po dwóch miesiącach od porodu przyszła do mnie @, zaczęłam brać tabletki (Limetic) i kontynuować ich zażywanie będę jeszcze do około maja, potem obserwacja, odstawienie Małej od piersi, wakacje i na jesień bierzemy się do roboty.
Wczoraj przyszła do nas koleżanka. Jej siostra również niedawno rodziła, więc siłą rzeczy Czarna ciągle nas porównywała do swojej siostry i siostrzeńca. Ponoć wychodzimy na plus, bo można normalnie rozmawiać nieprzekrzykując płaczącego ciągle dziecka, mamy nienaruszony porządek w domu i nie zdradzamy oznak niewyspania (szkoda że mnie dzisiaj nie widzi
). Koleżanka podobnie jak ja jest psychologiem dziecięcym (z tym że praktykującym) i potwierdziła sporo moich obserwacji (staram się być obiektywna wobec dokonań mojego dziecka, ale wiadomo że matka nigdy nie będzie do końca obiektywna
). Mąż przerażony naszym specjalistycznym językiem i testowaniem Małej pojechał do swoich kumpli 
Lekcja prasowania za nami. Nastka wczoraj pierwszy raz w niej tak czynnie uczestniczyła. Madu pisała, że jej Leoś lubi rozwieszanie prania i kuchenne obserwacje
u nas pranie cieszy się mniejszą sympatią lecz gotowanie i (szczególnie) rozładowywanie zmywarki to jest to! Trzaskające gary, stukające talerze i brzęczące szkło kubków, kieliszków oraz szklanek wywołuje wprost hipnotyczny stan u Nastuśki 
Proszę bardzo!

20mb image hosting
A z Tatą córka spędza czas na ćwiczeniach fizycznych zaproponowanych przez naszą lekarkę i kolegę fizjoterapeutę, który czasem dogląda Małą. Podnoszenie się do pozycji siedzącej z wyprostowaną główką Anastazja opanowała do perfekcji. Co ciekawe ja nigdy z nią tych piruetów nie odstawiam (bo zwyczajnie się boję), więc gdy Mała tylko trafia w ojca łapska zaczyna wykazywać chęci do ćwiczeń. Ależ on jest dumny z każdego jej postępu! (ćwiczenia muszą być zawsze minimum 30 minut po posiłku i kończone natychmiast po oznakach niezadowolenia u dziecka)

image hosting
A jak już jesteśmy przy niezadowoleniu. Ja zdradzam oznaki niezadowolenia wieczorem (wcale nie takie subtelne) dlatego postanowiliśmy z mężem, że wieczorem po kąpieli mąż zajmuje się Nastką, a moja rola sprowadza się do karmienia przed snem. Okropnie irytowało (aż głupio się przyznać) gdy odkładałam śpiące dziecko do kołyski, a ono jebs - oczy otwarte. Dlatego teraz, tylko karmię, mąż odkłada i czuwa przy kołysce aż Mała uśnie czytając jej książeczkę lub śpiewając piosenkę.
Kończę, bo mój Szogun się obudził i mamy na dziś zaplanowanych sporo zajęć 
Miłego dnia wszystkim!
Sarcia aniolek wrocila...mamy 2 zabki na gorze juz poloweczki Dzisiaj wolne, dzien mrozny ale slonce p zrzepieknie swieci, mam super nastroj..o 8 rano dogodzilam sobie cheesburgerem...no dobra dwoma i kawusia z eklerkiem a co Sarcia ma o juz trzecia drzemke a dopiero 11.30 ! dawno tak dobrze sie nie czulam.....po wczorajszej wizycie w agencji nieruchonmosci stwierdzilismy,ze jednak nie zmieniamy studia...koszt zmiany wyliczylismy na 3500-4tys f....w cholere spinania sie, nerwow, papierow, pozwolen....Patryk widzial,ze mega sie martwie....i jeszcze agencja nie wie nic a juz mamy podpisywac umowe..wyciagneli od nas depozyt a nie maja zadnych informacji na temat budynku o ktore prosislismy. baaaa jeszcze nawet nie zaczeli credit check i nie wiedza czy przejdziemy a wg prawa musialabym mojemu terazniejszemu najemcy dac wypowiedzenie za 3 dni....nie moge ryzykowac ze zostane bez zadnego studia....zdecydowalismy,ze spokojnie przebudujemy studio, zmniejszymy recepcje scianka dzialowa i dzieki temu bedzie wiecej miejsca w zabiegowym...i wyremontujemy lazienke i doadatkowy pokoik dla mnie i malej...to nas wyniesie moze z 1500..wiec polowa kosztow, zero pozwolen bo wszystko mamy...uff kamien z serca 
Kolejne 1,5 kg mniej
jeszcze tylko 7,5. Nie bardzo się tą wagą przejmuję. Wymiary jednoznacznie wskazują na to, że tłuszczyku jest coraz mniej, za to przybywa masy mięśniowej. Nie ukrywam, że lepiej się czuję, chociaż jak sobie wyobrażę, że czekolada odpada u mnie już do końca życia to żal ściska serce. Ale czego się nie robi? Motywację mam silną. Wiem, że w ciąży nie będzie wolno mi ćwiczyć tak jak teraz, ale przerzucę się na spacery. Dłuuuugie spacery. I moje dziecko/dzieci będą miały szczupłą Mamusię 
Pani profesor kazała zbadać hormony pod kątem PCO i zapowiedziała, że kolejna ciąża na metforminie, clexane i acardzie. Od siebie dołożę jeszcze progesteron, bo chcę mieć świadomość, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby dziecko miało szanse dotrwać do porodu. Biorę kwas foliowy 15 mg (aż skończę opakowanie, potem zmniejszamy dawkę na 5 mg), femibion, koenzym Q10, witaminy z grupy B, witaminę D3 no i acard, a do tego stosuję dietę o niskim IG, ćwiczę. Nie chcę mieć sobie nic do zarzucenia, gdyby coś... ale nie, to się już tym razem nie stanie. W końcu ile razy można?
30t2d
Piątek
USG III trymestru za nami. Młody rośnie! Szybko! Niecałe 4 tyg temu ważył 1,08kg, dziś już prawie 1,7kg!! Pani doktor mówi, że w tym tempie to 4kg śmiało może osiągnąć. Lekko zbladłam. Bo nie sztuka wyhodować małego potwora
Trzeba go jeszcze na świat jakoś wycisnąć. Wolałabym uniknąć cc, a przy wadze szacowanej 4kg wiem, że w szpitalu na cesarkę będą namawiać. No nic... Zobaczymy, co to będzie.
Tak, czy owak - grunt, że wszystko dobrze. Młody coraz częściej wisi głową w dół (wiem, bo rozpycha się pupą tuż pod moimi żebrami, co średnio jest przyjemne). Nos ma mój (uffff... nos mojego męża nie należy do najbardziej udanych egzemplarzy). Ma też włosy, aczkolwiek nie jest to z całą pewnością bujna czupryna. Taki mały człowiek...
Coraz bardziej jestem go ciekawa.
Moja waga też w galopie. Już nieco ponad 70kg, czyli +12kg. Sporo. Ale wciąż mniej niż w ciąży z Majką o tej porze. Wraz z wagą przyrasta na mych udach ochydny cellulit. Staram się z nim walczyć, ale znane mi skuteczne metody (bańka chińska, preparaty anty zawierające kofeinę, czy body wrapping) są w ciąży zakazane. Jakieś pomysły, co z tym robić?
Poza tym nuda. Nie pracuję. I dobrze się składa, gdyż kolejna infekcja gardło-nos się przywlekła (!!!) i szybko minęła wyleżana, wygrzana i wyspana.
Za tydzień jedziemy z Młodą do tej Rabki. Próbuję wymyślić, co ewentualnie jeszcze trzeba przed wyjazdem kupić/załatwić. Dobrze się robi zakupy, kiedy w sklepach wyprzedaże
Dziś idzemy do okulisty. Majka od kilku dni budzi się z zaropiałymi oczami. I nie wiem co o tym myśleć. Nie są zaczerwienione, nie bolą, nie pieką... A ropieją. Niech się temu lekarz przyjrzy.
Oby pogoda dopisała... A tym czasem ja i brzuch w 31tc:

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 stycznia 2016, 13:30
Dziś 28 dc i nie mam @, ale biorę już 12 dzień dupka, poszłam zrobić bete żeby wiedzieć czy go odstawić czy nie i niestety beta negatywna, znów się nie udało i znów krwawa męka przede mną. W h... z tym wszystkim.
Moje cykle nigdy nie były idealne, raczej umiarkowanie nieregularne: od 30 do 35 dni, czasem 40. Ale żaden ginekolog nie uznał tego, za coś dziwnego. Po rozpoczęciu starań zwariowały kompletnie: zaczęłam plamić przed okresem, długości cykli wahały się od 27 do nawet prawie 50 dni! Zdezorientowana odwiedziłam ginekologa po ok. 5 miesiącach starań. Skierowała mnie na badania hormonalne, na USG nie zauważyła nic niepokojącego.
Dała radę: wyluzować. Która z nas tego nie słyszała?
Początkowo wydawało mi się, że jestem spokojna, ale dopiero teraz, po upływie czasu i łez, widzę, że zaakceptowałam to, że nie mogę mieć dziecka. Przynajmniej nie teraz, nie tak łatwo, nie tak szybko. Dopiero teraz jestem spokojna, zdystansowana, obojętna, umiarkowanie optymistyczna, ciesząca się z tego, co mam, ale nie maskująca bólu, nie udająca, że jest cudownie i że mam to gdzieś.
Nie udaję, że nie denerwuje mnie i nie zastanawia, jak to jest, że kobiety o wiele głupsze ode mnie, gorsze pod jakimiś względami, wpadają, upijając się, jedząc śmieci i nie dbając o siebie. Zrozumiałam, że nie jestem od nich lepsza, ani gorsza, tylko inna.
Radę: "Wyluzuj", zastąpiłabym: "Zaakceptuj".
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 stycznia 2016, 08:13
32t5d ---> 33 tc 
81%
Wow, jak ten czas leci.. Przed chwilą były święta, teraz już połowa stycznia. Jeszcze miesiąc i ciąża donoszona
!!!
We wtorek byłam na wizycie, Milenka waży między (niecałe) 1900 g a (niecałe) 2000g. Dokładnych wyników nie pamiętam, a i zdjęcia żadnego nie dostałam bo malutka się odwróciła buźką do kręgosłupa. Szkoda że nie dostałam choć zdjęcia stópki 
Aaa! I odwróciła się już główką w dół więc zwarta i gotowa czeka na swój czas 
Choć chwilowo nic na to nie wskazuje. Szyjka długa zamknięta, cała reszta też ok. Nic tylko się cieszyć 
Ja za to staje się coraz bardziej niecierpliwa, chciałabym by już był marzec. I nie dlatego że ciężko czy jakieś przykre dolegliwości. To na szczęście mnie omija i czuje się naprawdę super. Chciałabym za to już zobaczyć Milenę, często zastanawiam się jak ona wygląda. Nie mogę doczekać się tego naszego spotkania.
Poród trochę przeraża, ale raczej w kwestiach bezpieczeństwa Mileny niż mojego bólu. Nie ma co się oszukiwać, poród na pewno będzie bolał i łatwe to nie będzie ale przejść przez to i tak będę musiała. Za to boje się że moja Roszpunka może jakoś podczas porodu ucierpieć. Liczę jednak na to, że skoro już planuje ten poród w Poznaniu to jednak są tam lekarze którzy odbierali wiele trudnych porodów i "w razie w" będą wiedzieć co robić. Jednak jestem dobrej myśli.
Pomału kończę zakupy dla mnie i Mileny, za to czeka mnie jeszcze pranie i prasowanie. I tak sobie myślę że to chyba już odpowiedni czas. Wezmę się za to od poniedziałku.
Na razie robię za to porządki w szafach i komodach, żeby gdzieś rzeczy Mileny upchnąć.
Nastawiam się jednak na to, że nie zdążymy skończyć strychu przed jej narodzeniem. Są naprawdę mega postępy, ale do końca jednak daleko. Ściany stoją, woda i ścieki podłączone, grzejniki prawie że na miejscach a kibelek już wisi na miejscu 
Ale teraz najgorsze, czyli gipsowanie i szlifowanie. No i finanse coraz mniejsze. Jejku ile kasy już pochłonął ten strych, i ile jeszcze pochłonie... Liczę jednak na to że zapewni nam to jakiś spokój psychiczny, to całe odcięcie się od "dolnego" towarzystwa.
"I odpowiedział Pan tymi słowami: "Zapisz widzenie, na tablicach je wyryj, by można było łatwo je odczytać. Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego niechybnie nastąpi: a jeśli się opóźnia, ty go oczekuj, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie" (Habakuk 2,2-3)
Oczekuj go, a przyjdzie niezawodnie.
Bóg rzadko przychodzi za wcześnie, ale nigdy się nie spóźnia."
11 tydzień
Rozczarowanie. Byłam taka zadowolona że zobaczę w końcu maleństwo, a tu lipa. Sprzęt usg nie działa 
Na wizycie dowiedziałam się że mam nadżerkę i przepisała mi luteinę na twardnienie brzucha. Tyle dobrego że wyniki mam dobre. Następne podejście do usg w środę. Mam nadzieję że tym razem się uda.
Może to głupota, ale właśnie ułożyłam pasjansa. Pomyślałam sobie, że jak wyjdzie to znaczy, że jestem w ciąży. Wyszedł.
I wiecie co? Naprawdę wierzę w ten cykl.
Co prawda jest nietypowy, plamienia śród cykliczne, owulacja w 11 dniu (może to inofem tak zadziałał?) i serduszek nie za wiele, bo ta wczesna owulacja była trochę z zaskoku (testy owulacyjne trochę mnie oszukały - traktowałam je jako "negatywne", a tymczasem pokazywały już owulację ... eh ... tanizna z allegro).
Temperatury nie mierzę, bo mnie wnerwia. Zawsze wykres jest obiecujący.
To mój drugi cykl z bromergonem i pierwszy pełny z euthyroxem. Prolaktyna na początku cyklu 180, więc super - uznam za unormowaną. Jutro kontrola TSH i zobaczymy jakie kwiatki wyjdą.
Pozostaje mi tylko podnieść głowę do góry i myśleć pozytywnie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 stycznia 2016, 14:30
uffff dzięki Bogu ból przeszedl. Dostałam dosyć mocną dawkę nospy forte ale jak nie będzie bolało to zmniejszę dawkę bo nie chcę dziecka faszerować.
U nas zimowo, zasypało pięknie okolicę i opowiadałam synusiowi że w przyszłym roku zabiorę go na sanki i ulepię mu bałwana 
Dziś rano wpadłam w panikę, bo o godz. 6 dostałam smsa. Od razu pomyślałam, że siostra urodziła i mama wysłała zdjęcie dziecka. Bałam się wziąć telefon do ręki. O spaniu już nie było mowy. Po kilku godzinach eMek sprawdził z ciekawości... kurier dostarczy dziś paczkę.
Ciąża siostry jest dla mnie potwornym ciężarem. Nigdy nie zapomnę jak kilka dni po pierwszym poronieniu zadzwoniła pochwalić się swoim szczęściem. Wpadłam wtedy w histerię. Odsunęłam się od rodziny, bo jakoś inaczej nie potrafię. W czasie jej jednej ciąży ja straciłam troje dzieci 😔 Ale liczą się te, które są. O moich nikt nie pamięta. Usłyszałam nawet, że dziwnie się zachowuję, że przesadzam 😔 A to przecież były moje dzieci! Widziałam je i pokochałam!
Za chwilę dziecko będzie na świecie i nie wiem jak się zachowam. Życzę im jak najlepiej, a mała niech się zdrowo rozwija ale mnie to przerasta.
no i ... 1 dzien nowego cyklu...
Pierwsze wyniki hormonów:
I faza cyklu:
TSH: 2,45 uU/ml (norma: 0,27 - 4,2)
FSH: 6,98 U/l (norma: 3,5 - 12,5)
LH: 6,8 U/l (norma: 2,4 -12,6)
Stosunek LH/FSH idealny: 1
Widząc te wyniki jestem zadowolona i dumna z siebie. Ze spokojem idę na kolejne badania. Od ginekologa dostaję Euthyrox 25 po jednej tabletce dziennie na zbicie TSH, bo ponoć na ciążę idealne jest ok. 1,5.
II faza cyklu (21 dzień):
Prolaktyna: 329 uU/ml (norma: 127-637)
Progesteron: 0,43 ng/ml (norma: 1,7 - 27)
Tego samego dnia dostaję plamień, które trwają trzy dni i potem okres. Myślałam, że to wynik stresu, bo miałam wypadek samochodowy. Postanawiam ponownie zbadać progesteron w kolejnym cyklu.
II faza cyklu (21 dzień):
Progesteron: 1,81 ng/l
Nie daję za wygraną. Przecież z moich obserwacji wynika, że owulację mam raczej koło 18/19 dnia! Więc mierzenie w 21, tak jak kazała ginekolog, jest bez sensu. Idę na badanie trzeci raz, 7 dni po skoku temperatury. Przy okazji badam testosteron i TSH.
II faza cyklu (26 dzień):
Progesteron: 1,51 ng/l
Testosteron: 0,53 ng/ml
TSH: 1,84 uU/ml
Poddaję się. Dostaję Duphaston 1 x 1 od 15 dnia przez 10 dni. Po czterech miesiącach brania ginekolog próbuje mi wmówić, że się pomyliłam i że miałam brać 2 x 1 (na kartce mam zapisane inaczej). Podłamuję się, ale biorę głęboki oddech i biorę, jak kazała. Umawia mnie na badanie HSG.
Na badanie czekam 2 miesiące.
1. bHCG: < 0,5 mlU/ml
2. Wymaz z pochwy: Lactobacillus spp (++), Staphylosossus spp (pojedyncze kolonie), grzybów nie wyhodowano.
Wchodzę do gabinetu, położna rozmawia przez telefon, nagle odkłada go i mówi, że dyrekcja, która wykonuje to badanie jest zajęta teraz i niestety musimy przełożyć je. Czuję się, jakby ktoś napluł mi w twarz. Kolejny termin badania dopiero za dwa miesiące tj. 06.03.16. A tak cieszyłam się, że okres przyszedł, jak zaplanowałam...
W tym samym cyklu zaczynam krwawić, zanim jeszcze mam wziąć duphaston, tj. 14 dnia. Nie są to upławy, ale po prostu miesiączka. Ginekolog każe wziąć lek normalnie.
23tydz.,2dz.
- Kochanie! Kochaaaaaaaanie! Chodź szybko! Z krabem cos złego sie dzieje!- wykrzyczałam zdenerwowana.
- Co??? Co sie stało???- przybiegł wystraszony.
- Mysle,ze umiera... - powiedziałam ze łzami w oczach. Spojrzał na kraba, ktory leżał nieruchomo ze spuszczona głową. Wziął patyczek i szturchnął go delikatnie - bez rezultatu.
- Zabiłam kraba!- płakałam.- Zabiłam go! Moze miał za zimno??? Pozatym nic nie jadł od paru dni! Zabiłam go!- zalewałam sie łzami.
- Oj wcale go nie zabilas. Moze zdechł ze starości? One napewno nie żyją zbyt długo.- próbował mnie pocieszyć.
- Jesli jestem tak kiepska mamą dla kraba, to jaką ja bede mamą dla małego człowieka???- wpadłam w panikę.
- Oj napewno będziesz świetną. Pozatym młody nie będzie siedział cały dzien sam i to w skorupce.- nieudolnie zażartował mąż.
Postanowiliśmy pochować nasze zwierzątko. Znaleźliśmy ładne pudełko i ja jako sprawca tego nieszczęścia podniosłam muszelke i.... wystająca czesc kraba przełamała sie na pół i odpadła!
- O fuuuuuuuuuj!- krzyknęłam, próbując chamować odruch wymiotny. Mąż postanowił mnie ratować i podniósł muszelke.
- Ej, ale w środku jest jeszcze jeden krab!- powiedział zdziwiony mąż.
Byłam w szoku. -"Ale jak to???"- targały mną pytania.-"jak to mozliwe???"- Złapałam za telefon i zaczelam przeczesywać internet w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji. Okazało sie,ze nasz krabik zyje i prawdopodobnie ma sie bardzo dobrze
a to co wzięliśmy za zdechłego kraba to... jego ekoszkielet. Według znalezionych informacji kraby zrzucają stary pancerzyk, jesli warunki w których żyją dają im wystarczające poczucie bezpieczeństwa. Podsumowywujac: krabik jest szczęśliwym krabem a ja jestem dobrą krabią mamą 
Wybraliśmy sie na kolejne, powypłatowe bejbi-zakupy. A oto nasze perełki:


I podusia:

Wiadomość wyedytowana przez autora 15 stycznia 2016, 17:09
Wieści i dobre i złe.... Zacznę od dobrych szynką długa trzyma jest ok , mała super ruchliwa jest dobrze teraz źle rozchodzi się spojenie tzw zwapnienie spojeniau Będzie boleć do porodu dostałam wapnia 2000 j i leżeć jak najmniej chodzić buuuu
Wiadomość wyedytowana przez autora 16 lutego 2016, 17:15
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.