nudyyy;(
czy ktos byl w klinice nieplodnosci w bialymstoku?
Nam ta klinike polecil lekarz
11 dzień cyklu.
WG kalendarza jutro dni płodne start. ale chyba już dziś start bo śluz kremowo mokry. 
chyba i tak nie ma szans na fasolke przy tym TSH.
jutro Reda i aqua park
dupka będzie wymoczona.
no i już prawie ostatni weekend wakacji.
Od wczoraj zaczęłam obserwować swój cykl. Mam nadzieje że mi się uda wytrzymać w tej systematyczności. W tym cyklu staram się nie myśleć co będzie we wrześniu. Łatwo nie jest ale staram się. Staram się zająć czas najbardziej jak się da żeby nie myśleć. Wczoraj sprzątanie w nowym mieszkaniu dzisiaj pewnie to samo. Jutro jakieś zakupki i wypad ze znajomymi za miasto. Czas się odstresować i przestać myśleć. Przestać myśleć!! To moje zadanie na ten cykl. Może to przez moje ciągłe myślenie się nie udaje. A może to jednak jakieś problemy zdrowotne. W tym cyklu przestaje myśleć i będziemy się sobą cieszyć. Jeżeli się nie uda to wtedy ruszamy na badania. Staram się być dobrej myśli lecz łatwo nie jest jednak staram się jak mogę.
Monitoring był wczoraj (13dc). Niestety pomimo brania gonadotropin (FSH) nie udało się uzyskać owulacji ani nawet pęcherzyka dominującego. Endo 7,5 mm, jak na te końskie dawki leków to zachwytu nie ma. Jednak są też pozytywy, lekarz zapisał leki dla Lubego. Na pokrzepienie serc powiedział że zastosował taki schemat leczenia u jednego z pacjentów i podniósł mu liczbę plemników z 300 tys do 11 mln na mililitr! To przecież cała armia!! Mam nadzieję, że i u nas to zadziała (pomimo tego, że coś się dzieje z jednym jądrem). Ja do stymulacji wracam w październiku, jak mąż się podkuruje. Tylko kurde... zapisanych mam aż 7 zastrzyków! dzień w dzień! Jak ja to przeżyję? (wiem Efta, że jeśli to czytasz to pewnie już się śmiejesz na całego ze mnie:)
Dziś mi trochę lepiej. Psychicznie lepiej. Byłam na pierwszym spotkaniu z terapeutką. Dużo rozmawiałyśmy o naszych staraniach. Chyba trzeba mi było człowieka do pogadania twarzą w twarz. Może po tej terapii będę potrafiła mówić o niepłodności jak o zwykłym przeziębieniu? Może w końcu poukładam sobie w głowie i nie będę chodzącą wiecznie smutną i zdołowaną i niezadowoloną kobietą? W środę kolejne spotkanie, wtedy ma być już mój plan leczenia i pierwsze zadania z terapii behawioralno-poznawczej. Jestem bardzo ciekawa tych spotkań. Mam też rozważyć chęć udziału w terapii grupowej. Zastanowię się na tym choć na dzień dzisiejszy nie jestem zbyt chętna.
Chciałabym ten czas "odpoczynku" poświęcić na dopinanie różnych spraw które zaniedbałam przez starania. Może w końcu zmobilizuję się do zdania egzaminu z angielskiego który odkładam od zeszłego roku? Potem zostałoby mi tylko kończenie badań i pisanie pracy. Może jak to sobie poukładam to będę lepiej reagowała na stymulację? Nie wiem czy plany nie za ambitne, bo jesień nie jest zazwyczaj dobrą porą roku dla mnie.
Jutro wizyta u fryzjera - może zaszaleję? i wizyta u psychiatry - potrzebuję skierowanie żeby nie płacić za terapię, tak to teraz funkcjonuje:)
Właśnie pokłóciłam się z mężem. Ustanowiliśmy podział lodówki i pieniędzy. Każdy kupuje i gotuje sobie sam. Nie odkładamy na wspólny samochód, nie jedziemy na kajaki. Dziecko mam sobie zrobić we własnym zakresie.
O co poszło?
O SAŁATKĘ. I sos do kebaba.
Zrobiłam sałatkę do obiadu z fetą. Jest genialna: pekinka, feta, pomidory, cebula i czosnek, papryka. I tyle. Ma NIE być ostra. Co zrobił ten profanator żywności? Zajebał wszystko ostrym sosem do kebsa "bo lubię ostre". Kurwa, to nie ma być ostre!
Obraża mnie jak ktoś doprawia moje dania zanim jeszcze w ogóle zdąży spróbować
To jakby nie wierzył że potrafię zrobić coś jadalnego i od razu zakłada że jedzenie fuuj i trzeba zabić delikatny smak fety jebanym keczupem. Robi tak z większością rzeczy - nie spróbuje a dopierdziela wszystkiego a później jęczy że nie pasuje. I żeby to tak z moją kuchnią było. Robi wiochę gdzie popadnie.
Chyba się rozwodzę przez to czerwone gówno do kebabów.
Wiem że kłótnie o głupoty to tylko objaw. Nasze małżeństwo coraz gorzej radzi sobie z niepłodnością.
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 września 2017, 21:06
No i co 27dc i jedna kreska:( niby jak wezmę pod kątem to jakiś cień cienia widze ale to nic nie znaczy... pewnie to by było na tyle...pokornie czekam na @
30+5
Pomalu robi sie coraz ciezej. Christian ma coraz mniej miejsca na ruchy wiec rozpycha sie na wszystkie strony a to bywa bolesne. Brzuch robi sie coraz wiekszy wiec ja ruszam sie coraz bardziej ociezale a chod robi mi sie kaczy. W dodatku wrocily upaly wiec nic tylko w domu siedziec ale z dwojka dzieci to nie latwe bo non stop trzeba im wymyslac zabawy. Julian lubi bawic sie ze mna na dywanie ale mnie jest na ziemi juz coraz bardziej niewygodnie, no i ciezko z niej stac... Wyjsc na plac zabaw z dwojka dzieci tez nie jest latwo bo trzeba miec na nich oko, biegac za Julianem, podnosic go....a to jest coraz trudniejsze. Nie zebym narzekala bo uwielbiam te wypady ale sa momenty ze brak mi sil...
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 sierpnia 2016, 20:45
Czasami, nawet teraz, ogarnia mnie strach. Wyprawka już prawie cała nabyta, ale wciąż drży mi czasami ręka gdy klikam "kup teraz" i jakiś złośliwy, wewnętrzny głos podszeptuje: "A co, jeżeli znowu nie skończy się dobrze? Na co Ci wtedy te wszystkie rzeczy?". Staram się z tym walczyć jak mogę. Nie zgadzam się na przeżywanie całej tej ciąży w strachu i wieczną asekurację, która i tak nie ochroniłaby mnie w razie najgorszego przed bólem. Chcę czekać na narodziny Adasia z radością, nie ze zwątpieniem i obawami. Ale cholera, wyłazi ze mnie czasami ten głupi, podświadomy strach i kąsa. Kąsa, gdy tylko Adaś ma bardziej leniwy dzień. Kąsa, gdy kupuję kolejną pozycję z mojej listy. Kąsa, gdy usłyszę smutne nowiny o cudzej ciąży lub przypomnę sobie jeden z wielu scenariuszy, gdzie sprawy nie potoczyły się dobrze. Wiem o aż nazbyt wielu rzeczach, które mogłyby pójść nie tak na tym etapie, w trakcie narodzin i po nich i choć bardzo usilnie staram się o tym nie myśleć i nie pamiętać, ta wiedza we mnie siedzi i wyłazi w najmniej spodziewanych momentach. I wtedy po prostu szalenie się boję.
Zastanawiałam się, czy nie usunąć tego wpisu. Zdecydowałam się go zostawić z dwóch powodów. Po pierwsze, piszę ten pamiętnik dla siebie i nie chcę, nawet przed samą sobą, udawać, że moja ciąża to było wyłącznie radosne oczekiwanie - bo niestety tak nie było i dalej nie jest, choć odkąd czuję małego codziennie jest o niebo łatwiej niż w koszmarnym pierwszym trymestrze, gdy byłam jednym kłębkiem nerwów. Po drugie, kiedy po moich poronieniach próbowałam sobie z tym wszystkim poradzić, dużo pomogły mi pamiętniki osób, którym po takich przeżyciach się udało. I jeżeli taka osoba jak ja wtedy trafi na mój pamiętnik, chciałabym pokazać jej prawdziwy obraz ciąży po stratach - a dla mnie już nigdy ciąża nie będzie beztroska. Nie da się pozbyć zupełnie tego podświadomego strachu, że los znowu wydrze mi szczęście z ręki. Ale z drugiej strony można sobie z tym strachem radzić, co nieustannie sobie powtarzam i co próbuję wcielać w życie. Nie wiem, co los przyniesie w przyszłości. Ale tu i teraz jestem mamą czekającą z radością na narodziny mojego synka. A mój synek zasługuje na to, żeby czekała na niego starannie wybrana przez rodziców wyprawka i niemogące się doczekać spotkania z nim grono rodziców i znajomych. Chcę, by z jego przybyciem wiązały się jak najbardziej pozytywne emocje i myśli moje i wszystkich innych. Jest tak wyczekanym, upragnionym dzieckiem. I na ile mogę, nie pozwolę, by ten głupi, podświadomy strach zepsuł mi więcej niż te krótkie momenty, w których wyłazi gdzieś z tyłu mojej głowy.
Znowu mam gorsze chwile. Czuję zbliżającą się @ i zaczęłam dzisiaj czytać internety. O tyłozgięciu macicy, które mam, o endometriozie, którą u mnie stwierdzono, o in vitro, które nie zawsze się udaje. Zdołowało mnie to oczywiście. Ale ja tak już mam, że lubię się dobijać, kiedy jest mi źle. Analizuję bieżący cykl i dochodzę do wniosku, że wszystko zrobiliśmy, jak należy, już bardziej naturze nie dało się pomóc i tym bardziej dobija mnie myśl, że z dużym prawdopodobieństwem się nie udało, że być może problem tkwi jeszcze głębiej i jest nierozwiązywalny. Zastanawiam się, czy jest sens w ogóle jutro iść na betę, ale pójdę chyba. Przynajmniej wieczorem ze spokojnym sumieniem będę się mogła napić wina, dużo wina.
Babcia. Jedyna i niepowtarzalna osoba w życiu każdego z nas. Dobra, ciepła, z sercem na dłoni. Tak było przez całe moje dzieciństwo. I tak ją zapamiętam. Bo dziś moja babcia odeszła. I choć wiem, że tak jest lepiej, to serce płacze.
Smutno:(
Próbuję ogarnąć jakoś moje życie. Nie wychodzi. Niby pogodziłam się z tym, że to po prostu błąd itp... Ale dzisiaj... dowiedziałam się, że moja starsza siostra jest w drugiej ciąży. 13/14 tydzień. Kurwa. Wiem, wiem... Powinnam się cieszyć. Jasne, cieszę się. Ona finansowo i życiowo jest bardzo "poukładana", ma 29 lat, może jak najbardziej myśleć o drugim maleństwie. Ale też miała dość sporo problemów ze zdrowiem, zawsze powtarzała, że już nie chce, że ma jedno i to jej wystarczy. Ich syn ma 9 lat... Szwagier gdy widział naszego synka (którego jest chrzestnym) zawsze widać było, że marzy, że chce. Nawet czasami rzucał nieśmiało jakimiś tekstami. Ale ona zawsze twardo, nie, ona nie będzie wstawać, karmić, przewijać. Że Ona ma pracę, karierę i uszkodzony kręgosłup (podczas porodu mały złamał jej dwa dyski i w związku z tym lekarze zawsze uprzedzali, że druga ciąża kiedykolwiek skończy się 9 miesiącami leżenia). A teraz proszę... Usłyszałam od matki, że podobno przebadała się, i wszystko jest ok, że sobie postanowili że chcą i od razu im się za pierwszym razem udało. NO KURWA! DLACZEGO NIEKTÓRYM WSZYSTKO ZAWSZE JEST PODAWANE NA TACY? To tak źle, że czasami człowiek musi na coś poczekać? Zapracować? Docenić? .... Nie rozumiem. Boli. Jak diabli. Mama wie, że my też "myślimy" nad drugim dzieckiem. Nie zagłębiałam się w szczegóły bo wiadomo- po co tłumaczyć się, że nie wychodzi.
Ale boli.
Jak diabli.
Siedzę i ryczę.
Nie wiem już co myśleć o moim organiźmie. Dalej nie ma @. A może te plamienie to był okres? I za dwa dni zaczynam płodne? Od paru dni mega dużo wodnistego śluzu... No ale jak to? Teraz? Co jest? Nie wiem, z tego wszystkiego nawet co zrobić z wykresem, zakończyć go? Oznaczyć nowy? Czekać dalej? Kurde no...
To moja siostra. Wiem, że zachowuję się jak ostatnia suka, że jutro będzie nowy dzień, że będzie lepiej... ale co mam począć? Dzisiaj mam ochotę wyć i krzyczeć całemu światu jaka jestem nieszczęśliwa.!!! A dodatkowo kuzynka również spodziewa się drugiego maleństwa. Mama miała dla mnie "podwójnie dobre wieści" !!!
A jeszcze na koniec mój mąż rozmawia ze mną na ten temat mega oschle. Chyba boi się że zacznę przesadzać. Hamuję się gdy z nim gadam, bo wiem, że będzie się wkurzał że jestem zazdrosna, że mam z tym problem i zazdroszczę własnej siostrze. Ale co mam zrobić skoro to prawda? Skoro dzisiaj zaczynam myśleć, że ja swój limit szans na szczęście już wyczerpałam?
Rozmawiałam właśnie z moim najlepszym przyjacielem, który w maju miał święcenia. Myślałam, że nie będzie pochwalał naszych starań (wcześniej nie mówiłam o tym nikomu z naszych bliskich) dlatego, że to trochę nie po kolei... Nie mamy ślubu kościelnego (chcielibyśmy jak coś odłożymy, mamy na razie cywilny) itp. Ale jednak stanął na wysokości zadania. Pocieszył, pokrzepił. Obiecał modlitwę, powiedział, że bardzo często się za mnie modli i o mnie myśli podczas odprawiania Mszy Świętej. Bo tam jest taki fragment by pomyśleć o kimś najbliższym... Kochany.
Może teraz, z takim wsparciem w końcu nam się uda? Tak bym chciała pojechać następnym razem do polski już " z brzuchem". Nie musi być widoczny. Byle bym była zagroszkowana. Heh. Nie wyobrażam sobie póki co wigilii. Siostra mojego małża rodzi na początku lutego. Moja siostra na końcu lutego. NO KURWA JA WYSIADAM. PODDAJE SIĘ. KONIEC.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 sierpnia 2016, 23:54
15 tygodni i 5 dni
Kończę 16 tydzień
WOW
Zleciało.
Wczoraj na wizycie było ciekawie. Nasze maleństwo zdrowe
Słyszeliśmy serduszko
Doktor nie mierzył tętna, ale biło wyraźnie i mocno
Nasze maleństwo ma już prawie 10 cm! 
A teraz niespodzianka, bo będziemy mieli syna
Na 100%
wg doktora wszystko było widać, nawet pokazywał, ale ja nie mogłam się skupić
T. troszkę zawiedziony, że nie będzie córci, ale przejdzie mu 
A to zdjęcia z wczoraj:


A wczorajszy dzień w pracy skończył się wojną w domu o pracę. Szefowa wzięła mnie wczoraj na rozmowę w sprawie powrotu do pracy po macierzyńskim. Naciska mnie, żebym wróciła już po 6 miesiącach macierzyńskiego. Nie jestem pewna czy to jest najlepsze rozwiązanie, aby zostawić pół rocznego niemowlaka z kimś obcym żeby wrócić do pracy
Dostałabym wtey 500 zł podwyżki i rekompensatę części kosztów niani. Wracałabym już w listopadzie 2017 na 4 godziny 4 razy w tygodniu. Wstępnie się zgodziłam, bo kiedy ze mną rozmawiała wydawało mi się że ta propozycja jest rozsądna, choć miałam wątpliwości, czy nie sprzedaję dziecka w obce ręce tylko po to żeby pracować
Kiedy popołudniu opowiedziałam o tym mojemu T. wściekł się niemiłosiernie i usłyszałam pod swoim adresem bardzo ciężkie do przetrawienia słowa, które dały mi trochę do myślenia. T. przypominał mi jak to było jak szefowa poszła na zwolnienie lekarskie zaraz po tym jak się dowiedziała, że jest w ciąży i z asystentki głównej księgowej z dnia na dzień zostałam główną księgową, bez informacji i pomocy z jej strony, mimo, że dostała podwyżkę że niby pracuje w domu
Jak urodziła też nie pojawiła się ani na jeden dzień w pracy, żeby coś pomóc i była na rocznym urlopie macierzyńskim. Ja wszystko sama prowadziłam od początku do końca. Siedziałam jak głupia po godzinach, żeby wszystko zrobić na czas. A jak przyszedł czas rozliczenia i podwyżek, przyjechał prezes, to przy nim powiedziała tylko "good job, Dorota" i nie dostałam ani złotówki podwyżki za harówkę przez niemal dwa lata. To mi przypomniał T. i powiedział, że jeśli się zgodzę na ten chory układ, że zostawię dziecko po pół roku to on się zastanowi, czy ze mną być... Ja wiem, że tego nie zrobi, ale ma dużo racji w tym... Mnie nie wolno iść na zwolnienie teraz ani na roczny urlop macierzyński później, bo jestem "potrzebna"... Jestem w kropce. Cały wieczór się do mnie nie odzywał a ja nie mogłam powstrzymać łez. Pół nocy nie mogłam zasnąć, myślałam, co mam zrobić. I nie wiem. Muszę to na spokojnie przetrawić...
I weź się tu człowieku nie denerwuj...
Ale się wkurzyłam... na teściową oczywiście. Okazało się, że nie można jej jednak zaufać w 100%, bo np. moja matka dostała od niej informację opatrzoną komentarzem "tylko nie mówić Agnieszce". Myślałam, że ją rozszarpię...
Praca znowu mi się podoba 
Przyjaciółka już niedługo ma usg prenatalne 
Zosia jest cudowna. Ostatnio mamy małe problemy ze spaniem, ale ogólnie jest good. Wszystko ją interesuje, niczego się nie boi. Powtarza coraz więcej słów, np. czyste, górne, buła, inny(oczywiście po swojemu) ostatnio jak podliczyłam to wyszło mi, że używa na ten moment około 50 wyrazów! I powtarza bardzo dużo. Umie zrobić sama fikołka
Kupiliśmy nowy wózeczek dla lalek i lalę i Zosia zasuwa jak szalona i fajnie sobie radzi, macierzyństwo ma we krwi 
Tak więc tego...
28.07.2014 zaczęła się moja największa przygoda, zostałam obdarowana cudem, którego wspaniałości nie da się opisać żadnymi słowami (co nie zmienia faktu, że czasem ma się ochotę go pogryźć...)
28.07.2016 ... czy to znak, że wszystko będzie dobrze?
Na razie standard - jestem chora 
Wczoraj druga wizyta u osteopaty. Popracował nad moją jamą brzuszną i całym organizmem. Spałam całą noc jak zabita, zdrowym snem sprawiedliwego. W środę miałam dziwny przypadek, cały dzień pobolewało mnie podbrzusze, ale wieczorem bolało bardzo mocno. Ból owulacyjny kojarzy mi się raczej z kłuciem w jajnikach, nie wiem co to było, bo w czwartek nie było śladu po bólu. Jutro wizyta u nefrologa, ciekawe co ten powie mądrego?
Rany, człowiek jak emeryt wypisuje o swoich bolączkach.... a co będzie za kilka lat - strach pomyśleć.
A tak między Bogiem, a prawdą czy nie starając się o dziecko, nie robiąc badań, bo przecież nic się nie dzieje, któraś z nas dowiedziałaby się, że ma insulinooporność czy jakieś inne schorzenia? Wątpię, większość ze staraczek żyłaby w błogiej nieświadomości.
Ile szczęścia mają te kobiety, które zachodzą w ciążę bez problemu, ile im zostaje oszczędzone. Pierwotne pragnienie posiadania potomstwa to przecież naczelny cel bycia człowiekiem, ssakiem, dążenie do rozmnażania. Nic nie jest w stanie tego zwalczyć, zatem my wszystkie, które tak dążymy do spełnienia pragnienia posiadania dziecka przemierzamy swoją własną drogę krzyżową. Myśl pozytywnie? Qrwa - nie da się.
Ciąża rozpoczęta 2 lipca 2016
4dpt
Czuje sie dobrze. Wiekszych zmian w organizmie nie zauwazylam. Chyba mi sie wydaje, ze mam wiekszy brzuch i chyba podswiadomie wmawiam sobie, ze w pracy zerkaja na niego. Bo niestety, ale do pracy musialam juz wrocic. Na szczescie tylko na 2,5 dnia. Od jutra do poniedzialku mam dlugi weekend.
Maz chce mnie wyciagnac do znajomych, to 3,5 godziny jazdy w jedna strone. Ale czy ja powinnam sie wybierac w taka trase w szostym dniu po transferze?
Martwie sie o siostrzenca i siostre. Przypaletal sie do niej niedlugo po porodzie kaszel. I najgorsze, ze maly go zlapal. Od wczoraj sa w szpitalu i moga tam pozostac nawet 10 dni. Tak mi go szkoda. Dopiero co sie urodzil trzy tygodnie temu.
Poza tym dotarla tez do mnie informacja o smierci 32letniego kuzyna. Smutne wydarzenia.
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 sierpnia 2016, 23:32
13 t +4 dni
Badania usg wyszly jak dla 13 tygodniowego malucha wiec poprawne. Zmierzy kosc nosowa i jeszcze cos przy karku i nie ma obciazen genetycxnych. Czy jakoos tak mowil gin. Tak sie ucieszylismy z widoku maludy ze pytan zabraklo i nie pamietam wymiarow. Wiem ze glowka lezy terax po prawej stronie i maluszek jest prawidlowo rozwiniety ! 
Od glowki do pupy bylo niecale 7 cm - jak dla 13 t 0 d. Zawsze jest jakis blad w pomiarach.
Pytalam o plec ale niestety mamy czekac do 20t. To za 2 wizyty. Czas szybko leci. Brzuszek zaczal wystawac. Ciekawe w czym do pracy bede chodzila
dzis kupilismy getry czarne ciazowe , moze jakies tuniki do tego ? Na spodnie dzinsowe ciazowe za wczesnie jeszcze.
Tak się zastanawiam...
Niby nic na to nie wskazuje, ale jeśli jednak jestem w ciąży?
No bo tak myśląc logicznie...
Temperatura się nie popisała, fakt. Zaczął się 34dc, a na @ się nie zapowiada. A jest niby 17dpo. Dwa dni temu wyszedł negatyw, ale przecież mogło być jeszcze za wcześnie.
Poza tym, drażnią mnie niektóre zapachy i czasem mnie mdli, co do tej pory nigdy się nie zdarzało. Do tego te ketony w moczu, podobno zdarzają się właśnie kobietom w ciąży. Ciągle chce mi się spać i jestem rozdrażniona. Gin powiedział, że cykl bezowulacyjny, ale w tym momencie sam sobie zaprzeczył. Mnie się wydaje, że owulacja była.
Luteina powinna podtrzymać ewentualnie. Odkąd ją biorę, przestał mnie boleć brzuch/jajnik.
Może jak po 7 dniach jej przyjmowania nadal nie pojawi się @ ani nawet plamienie, zrobię jeszcze raz test?
Jak myślicie, warto, czy mam fazę urojeniową?
Jeszcze koleżanka z pracy powiedziała mi dzisiaj, że kilka dni temu zobaczyła 2 kreski, ale nie ma czasu umówić się jeszcze do gina. Póki co trochę jej nie po drodze z ciążą i nie myśli jeszcze o dziecku, jak sama stwierdziła.
No cóż...
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 sierpnia 2016, 09:09
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.