I wróciłam na tę stronę, choć nie chciałam tego i nie planowałam.
"Jakoś daję radę" bo nie mogę się załamać tak, jak rok temu.Co za ironia, rok temu, gdy było mi cholernie ciężko, miałam nadzieję, że za rok będzie lepiej,że będę miała maluszka, albo przynajmniej będę w ciąży...teraz nie rozmyślam,nie planuję, nie rozmarzam się, bo tak, jak seks w moim przypadku nie gwarantuje ciąży, tak pozytywny test ciążowy, nie gwarantuje zdrowej, mocnej ciąży i dzidziusia.
Ale zastanawiam się, jakie są w ogóle plusy tego, że zaszłam w ciążę...
1. mam jednak drożne jajowody - tak myślę teraz, a zastanawiałam się i nad tym
2.u męża są plemniki - skoro dochodzi do zapłodnienia, mój endokrynolog kazał zbadać, ale chyba nie trzeba skoro jednak są, a może są złej jakości???
3.to co czułam w połowie cyklu, to była owulacja - czułam ją w zasadzie w każdym cyklu, no może w dwóch przez te 10 mscy nie czułam, więc dlaczego zaszłam dopiero w 10 cyklu?czy tak nagle pomógł Formetic, tak z dnia na dzień? czy to moja psychika się odblokowała przez myślenie, że zanim metformina zacznie działać, to pewnie miną ze dwa cykle
I znów tyle pytań, znów poszukiwania przyczyny i zastanawianie się co jeszcze powinnam sprawdzić, co mogłabym zrobić?
A każde poronienie, przynajmniej u mnie, wiąże się z coraz większym niepokojem o kolejną ciążę.
W sierpniu, w tym moim wyluzowanym cyklu, napisałam, że zajdę w ciążę w sierpniu, a urodzę w maju, na moją 40....co za ironia, zaszłam, ale nie urodzę, a czas w miejscu nie stoi!!!
Co mam zrobić, gdzie szukać przyczyny, czy mogę nadal się starać?
Mam nadzieję, że dowiem się więcej od mojej ginekolog we wtorek.Muszę też skonsultować się z endo, czy mogę/musze brać Formetic gdybym mogła się starać i gdybym zaszła w ciążę?Czy metformina mogła mieć jakieś negatywne działanie na ciążę?
Aby do wtorku...
30dc a plamienia jak narazie brak,cycki nie bolą w ogole chyba zapowiada się jakiś dłuższy cykl...cudu raczej się nie spodziewam.
Ciąża rozpoczęta 23 sierpnia 2016
Wypadałoby coś napisać
Na początku małe sprostowanie mały urodziła się 31 sierpnia nie jak wyżej pokazuje 4 września. Waga 3560g 54cm i 10p
Bardzo chciałam rodzić naturalnie, dziecko z przysłowiowej probówki dlatego zależało mi na naturalnym porodzie żeby chociaż w tą stronę pojawił się na świecie tak jak natura chciała... no ale marzenia marzeniami a rzeczywistość rzeczywistością ... Lekarz uparł się na cc wychodziła na duża waga nawet 3900 tydzień przed terminem duża głowa plus moja mała dupka. No i całe szczęście że tak wyszło bo młody owinięty pępowiną z jedną pętlą na szyi przy naturalnym porodzie różnie mogłoby się to skończyć nawet nie chcę myśleć jak... teraz dziękuję doktorowi za to że był nieugięty i jak on to mówił nie puścił dziecka dołem. Najgorsze w CC było to że nikt nie raczył mnie poinformować że anestezjolog nie dał rady wbić się w kręgosłup i że znieczulenie będzie ogólne... Możecie sobie wyobrazić moją panikę kiedy obudziłam się podczas wyciągania rury z buzi strach jaki wtedy czułam nie do opisania strach o dziecko którego nie było ani widać ani słychać. Na szczęście maluszek był z tatusiem cały i bezpieczny ale za nim do mnie to dotarło wpadłam w niezłą panikę... Samo cięcie luzik bałam się że nie dam rady opiekować się dzieckiem a w sumie od trzeciej doby chodzę wyprostowana nic nie boli jakby nic nie było robione. Laparoskopia przy tym była jakimś dramatem przez dobre dwa tygodnie miałam problem żeby wstać z łóżka a tutaj nic zero czegokolwiek. W szpitalu super opieka jeżeli los będzie chciał i pozwoli nam mieć drugie dziecko to na pewno będę tam rodziła. Sam maluszek jest idealny
wiadomo mama i tata ześwirowali na jego punkcie no ale co poradzimy
Już ze łzami w oczach patrzę i wiem że będę tęskniła za taką małą wijącą się kuleczką
Moją kuleczką
Nowa pani doktor bardzo ogarnięta i rzeczywiście sympatyczna. Po przygodach w invimedzie trudno mi uwierzyć, że lekarze mogą być normalni w kontaktach z pacjentami i że nie każdy z nich jest gburem. Ale jak mówi mój Mąż, Invimed nas w tym temacie mocno doświadczył i wypaczył. Siedziałam w gabinecie prawie 50 minut. Dr stwierdziła, że ona PCO nie widzi. Mam obecnie 1 ładny, dominujący pęcherzyk, który za 2-3 dni pęknie. Obejrzała wszystkie badania i wypisy z poprzednich wizyt w invimedzie i stwierdziła, że na podstawie usg i badań wszystko ze mną w porządku. W sumie to dobrze, tylko niestety ciąży nadal brak. Kazała zbić tylko tsh i powtórzyć prolaktynę, bo lekko podwyższona. No i koniecznie hsg, a później ewentualnie IUI. Jeszcze nie wiem co o tym myśleć, mam lekki niedosyt, bo w sumie większość już wiedziałam.
10,5 tygodnia za nami ! Za 3 dni wizyta u nowego lekarza i zarazem 11 tydzień
ostatnie 3 dni i ryzyko poronienia znacznie spada. Maleństwo moje jak dobrze, że jesteś.
Jutro zaczynamy 10 tydzień ! 1/4 ciąży za nami. Wczoraj umówiłam się do lekarza, którego poleciły mi już 3 kobiety. Wizyta za tydzień 23-ego.
A my czujemy się bardzo dobrze, czasem czuję takie rwanie od rosnącej macicy, z rana ciężko mi cokolwiek zjeść bo mam lekkie mdłości i boje się że jak zjem to zwymiotuje, no i piersi mnie bobolewaja, szczególnie sutki, i często swędzą ale i tak mam wrażenie, że moje maleństwo jest dla mnie bardzo wyrozumiałe.
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 września 2016, 09:57
Gdzie ta owulacja?
7dc
Badanie HSG:
Leżę nadal w szpitalu, jako jedyną wysłano mnie na patologie ciąży bo tam na oddziale zabrakło miejsc. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo patologia ciąży jest po remoncie, jest cicho spokojnie i jestem sama w pokoju 
Ale wracając do HSG - jajowody mam drozne, budowa macicy prawidłowa wszystko OK! 
Co do samego badania sorry ale KUR*A jak to bolało! Ok jasne badanie jest krótkie ale na prawdę dla mnie było bardzo bolesne, najbardziej bolało mnie instalowanie calego tego sprzętu, podawanie kontrastu przyjemne tez nie było ale, nienajgorsze... Teraz po badaniu czuje sie jak bym miała pierwszy dzień @, kłują jajniki, macica i bolą plecy. Ale mowię to juz jest ból jak podczas @ wiec spoko. No nic mam juz to za sobą i to jest najwazniesze. Leżę teraz opdoczywam i czekam na pielęgniarkę żeby mi wyjęła wenflon i zmykam do domu 
Serio jakie to jest nie sprawiedliwe ze ja jestem zdrowa, problemy są z plemnikami męża a to ja muszę cierpieć i mieć robione bolesne badania! Hrrr 
Dziś lekarz napisał mi, bym dalej powtarzała betę, co 48h aż osiągnie wartość 1000. Strasznie się boję, bo w poprzednich ciążach beta ciągle spadała. Cały czas mam plamienia, wyniki dzisiejszej bety ze względu na późną porę wykonania będą dopiero w poniedziałek. Także w poniedziałek odbiorę dwa wyniki - piątkowy i poniedziałkowy. Strasznie się boję
ale co ma być, to będzie...
18 dc.
Wczoraj byłam w klinice.
Ale od początku.
Serduszkowania dokładnie według zaleceń p. doktor. Ostatnie przed testem po stosunku o 4 nad ranem żeby o 12 w południe zrobić wymaz nie mniej niz 8 godzin po
. Ja nie wiem jak ten moj dzielny mąż to zrobił. Budzik na 3:45 i do dzieła.
O 10:00 ruszyłam w podróż do Gdańska. Bez problemu dotarłam do kliniki. Wymaz pobierała mi jakas młoda niedoświadczona położna - nie wiem może studentka - którą instruowała starsza położna. Wściekła byłam, bo nie dość , że wziernik założyła mi tak, że cewka moczowa bolała mnie jak nie wiem i nie mogłam się rozluźnić, to Ta mi tak grzebała, że aż podskakiwałam. W końcu starsza połozna pobrała wymaz.
No płaci człowiek 100zł za badanie i nie ma pewności czy jest dobrze pobrane... Wyszłam stamtąd zła jak osa.
Do Gdyni dotarłam na chwile przed czasem wizyty. Niestety p. Doktor spóźniła się do pracy 45minut (i nawet nie przeprosiła) wiec się i tak naczekałam.
Niestety wynik wymazu wyszedł źle, no dobra lepsze określenie to FATALNIE.
W próbce w polu widzenia mikroskopu widoczne były tylko 3 plemniki (norma nie mniej niż 10) i wszytkie 3 martwe.
Powiedziałam p. doktor , że mam wątpliwości co do jakości pobrania próbki - powiedziała, ze pobieże jeszcze raz sama i odda do laboratorium.
Zrobiła mi usg. Pęcherzyk pękł , płyn widoczny , ciałko żółte bardzo ładne. Endometrium ponad 10 i to bez leków.
Następnie założyła wziernik powiedziała, że mam dużo ładnego śluzu szyjkowego - co mnie zdziwiło, bo nie zauważyłam w tym cyklu rozciągliwego śluzu. Pobrała próbkę czułam , że wkłada pipetę i zaciąga płyn z szyjki. Tym razem wszystko zupełnie bezboleśnie.
Zaniosła próbkę do lab. a mi kazała poczekac na korytarzu.
Międzyczasie przyjeła nastepną osobe. Potem znów zawołała mnie.
Wynik powalający. W polu widzenia 4 plemniki - wszytkie martwe.
No co tu dożo mówić, szanse na naturalne zajście praktycznie zerowe. Leki na podtrzymanie ewentualnej ciąży (luteina, estrofem i clexane) odstawione. Byłam w takim szoku , że nawet nie zapytałam czemu, bo skoro "nadzieje zawsze można mieć" to czemu zmniejszać szanse nie podając leków. Zdecydowałam, że luteinę i tak bede brać, bo chce o czasie okres dostać.
Na bete mam nie iść, a 4 października w dzień następnej wizyty jak nie dostane miesiaczki to mam test ciazowy zrobic. 
Plan na przyszły cykl: inseminacja
Wyszłam z gabinetu skołowana do tego stopnia, że pomyliłam samochody i usilnie próbowałam pchać kluczyk i otworzyć obce auto...
oczywiscie teraz nasuwa mi sie mnóstwo pytań:
czy to armia męża jest za słaba (badanie 3 miesiace temu spermy nic niepokojącego nie pokazało), czy to moja biocenoza zabija plemniki? A może jedno i drugie?
czy da się to jakoś naprawić? Może mam jakieś bakterie, które tak zadziałały?
czemu w polu widzenia było tak mało plemników? nawet jezeli były martwe to czemu tylko 3?
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 września 2016, 09:58
Druga beta z 15dpo to 406 wiec przyrost 160%, kamien mi spadl z serca
Trzecia beta z 17dpo to 928, przyrost 130%, dzisiaj pierwszy zastrzyk z Clexane, az mnie ciarki przechodza
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 września 2016, 14:24
13 dc.
Byłam na wizycie u ginekologa na nfz. Na prawym jajniku pęcherzyk 19mm. Jutro mam podać zastrzyk na pęknięcie. W poniedziałek przyjść sprawdzić czy pękł.
W sobotę mam wizytę w klinice. Nie wiem czy jechać. Nie chce mi się, nie widzę w tym większego sensu.
Dowiem się , że LH niskie i że mam zrobić zastrzyk na pekniecie zaraz po wizycie , bo pęcherzyk bedzie miał około 23mm.
hmmm... Pewnie pojadę, bo chce w tym cyklu zrobić test po stosunku ale to dopiero na kolejnej wizycie tej po podaniu zastrzyku na pękniecie. Gdyby nie to , to bym sobie odpuściła.
Wracając od lekarza skorzystałam z okazji, że synek jest u dziadków i zajechałam do fryzjera.
Mam długie , grube , gęste włosy. Rzadko je obcinam, bo najczęsciej po wyjsciu od fryzjera jestem niezadowolona. Ja nie wiem czy to ja nie potrafię wytłumaczyć jaką chcę fryzurę czy te wszytkie głupiutkie młode gęsi nie potrafią zrozumieć o co mi chodzi. Kiedy proszę, o mocne wycieniowanie , żeby włos nie był taki cięzki mam na myśli cieniowanie po całosci głowy, a nie tylko końcówek.
Tym razem kobietka od razu załapała o co mi chodzi. Poszły w ruch nożyczki degażówki i straciłam z połowę włosów
Skrucone do ramion (były prawie do pasa) mocno wycieniowane, uniosły się, od razu lepiej.
znalazłam fryzjera!
ALLELUJA !
3 trymestr
37 tydzień ciąży
36t6d
9 miesiąc ciąży
Jutro wkroczę w ten niezwykły czas, który nazywa się ciążą donoszoną.
Chętnie za tydzień bym już urodziła. I choć boję się porodu, wiadomo, to tak bardzo mi już ciąża doskwiera, że chciałabym mieć to za sobą. Poza tym, jak pomyślę, że dzieli mnie tylko kilka fałdków skóry od synka, którego na razie ani nie widzę, ani nie dotykam (choć dotykam, lecz inaczej), to chciałabym go już mieć po tej drugiej stronie. Brzuch jest wielki, skóra strasznie napięta. Niewygodnie się zrobiło. Do tego od 2 dni boli mnie krzyż, bo jest przeciążenie tzn. za duży ciężar z przodu i tył wysiada.
Synek nie ma już mocno miejsca. Jego ruchy to ciągłe przeciąganie się, falowanie. Zszedł trochę niżej, bo łatwiej mi się oddycha, ale za to teraz te ruchy czuję niemalże na wzgórku łonowym. Średnio 3-4x dziennie ma czkawkę, która teraz jest ewidentnie wyczuwalna i zauważalna nawet przez innych obok. Brzuch mi wtedy śmiesznie podskakuje.
Palce u rąk i nóg mi puchną, są "grabowe", nie mogę zginać w stawach. Najgorzej w nocy, bo w dzień jeszcze jako tako, trochę "rozchodzone".
Dziś przyjeżdża do mnie bliska koleżanka. Czeka nas babski wieczór, bo zostaje na noc, a męża nie ma.
Mam nadzieję, że akurat dziś nie urodzę. hehe
Mieszkania nadal szukamy. Na razie bez efektów. Wierzę, że przyjdzie odpowiedni czas i lokum się znajdzie. Jakoś mam zaufanie, że Bóg się nie spóźni, nawet jeśli mi się będzie wydawać, że jednak się spóźnił. Na tyle rzeczy i wydarzeń czekałam w życiu w moim mniemaniu zbyt długo... że teraz pogodzona jestem z tym, że Bóg wie, kiedy ma nam drzwi otworzyć do własnego lokum. Na wszystko jest czas i każda sprawa pod Słońcem ma swoją porę. I tego się trzymam.
Temat in vitro powraca. Jak bumerang. Jak guma przyklejona do podeszwy. Brrrry.
Wakacje były i już po wakacjach
Zakończyłam je w temacie IVF, czyli kroplówką z intralipidu. Bosko. Od razu o cudownym wyjeździe zapomniałam, gdy ostatni dzień urlopu spędziłam w korku do Katowic, potem 4,5 godz. na oddziale z rurką w żyle i znów w korku, tym razem do domu. Przytłaczające.
Po raz kolejny zastanawiam się, czemu nie mogę mieć dziecka z seksu. Najnormalniejszego w świecie seksu.
Chyba skończę to pisanie na dziś. Zły dzień. Kriotransfer będzie około 8 października.
18dc, 5dpo??
Ależ mi się dłuży czas... Chciałabym już móc testować
Temperatura niestety wolno przyrasta, więc nie wygląda to póki co różowo, albo raczej powinnam napisać fioletowo? Wmawiam sobie oczywiście, że to dlatego, iż jeszcze zarodek się nie zagnieździł...
Wczoraj byliśmy u teściów z wizytą. Tym razem mieliśmy ochotę na spacer, więc samochód został na naszym parkingu. Wszystko wspaniale, tylko razem z nim wyparował mój główny pretekst do nie picia alkoholu! Nie żeby jakieś wielkie libacje się u nich odbywały, ale zawsze jakieś piwko czy lampkę wina proponowali, więc trzeba było mieć przygotowaną wymówkę w razie czego;)
Ustaliliśmy, że częściowo zgodnie z prawdą, zwalę na problemy żołądkowe i stąd chwilową abstynencję. Niestety jak na złość teść, który prawie w ogóle alkoholu nie pije, akurat wczoraj chciał się ze mną napić wina! Mówił, że specjalnie z mojego powodu kupił jakieś dobre! No i co ja miałam zrobić? Tym bardziej, że widać po nim było, iż nie za bardzo wierzy w moje tłumaczenia i wmawia sobie, że w końcu w ciąży jestem. Skapitulowałam więc. Wlałam w siebie pół lampki wina, żeby mu pokazać, że jednak nie jestem i aby przestał drążyć temat. Później na szczęście szybko zbieraliśmy się do domu, więc już nie musiałam się męczyć z kolejną. Tylko teraz męczą mnie obawy, że może to pół lampki osłabiło szanse na ewentualne zagnieżdżenie? Przecież wyraźnie w kilku miejscach o tym czytałam:( Z podobnego powodu od kilku dni jestem na odwyku kofeinowym i ledwo żyję w pracy... Eh, niech już będzie dzień testowania! Cokolwiek mam ujrzeć. Ta niepewność mnie wykańcza.
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 września 2016, 16:10
No i będę miała okulary :o Póki co tylko do jazdy samochodem i przed komputer
Dostałam receptę, ale nic mi to nie mówi co tam jest napisane...Sfera na obu -0,25, a cylinder -0,5. Powiedziała tylko, że to malutka wada, ale lepiej zawczasu "leczyć" okularami. Cóż, jak byłam młodsza marzyło mi się być okularnicą...teraz nie mam wyjścia 
Zapozyczone od Marrtusia 
Składniki
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
3 duże dojrzałe banany
1/3 szklanki oleju słonecznikowego lub masła, roztopionego i lekko ostudzonego
1 jajko
2/3 szklanki cukru
1 łyżeczka sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia
1/2 szklanki orzechów, posiekanych (włoskich lub laskowych)
Banany rozgniatamy widelcem. Mąkę przesiewamy razem z sodą oczyszczoną.
Do większej miski wlewamy tłuszcz, dodajemy rozgniecione banany, cukier i roztrzepane jajko. Dodajemy partiami mąkę z sodą, mieszamy drewnianą łyżką, aż składniki się ze sobą połączą. Na koniec dodajemy orzechy i jeszcze raz mieszamy.
Piekarnik nagrzewamy do 175°C. Ciasto przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej masłem i oprószonej bułką tartą. Wlewamy ciasto, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy około 60 minut. Przed wyjęciem sprawdzamy patyczkiem, czy ciasto jest upieczone.
W pracy wre ale dobrze mi z tym
Nawet nie po to, żeby nie myśleć, tylko po prostu czuję się tam potrzebna i czuję, że się jakoś spełniam. Przynajmniej tak mogę.
Dieta idzie dobrze, dobrze tracę na wadze i chyba mój organizm to lubi, bo obecnie zalewa mnie śluz, libido wielkie i wpadł mi do głowy pomysł, żeby kiedyś spróbować nie brać lutki i zobaczyć, czy małpiszcze przyjdzie samo. Może jak jeszcze trochę schudnę to się przejdę do swojego gina i skonsultuję z nim ten pomysł.
Może to szalone ale brakuje mi starań. Z jednej strony bardzo cierpię myśląc, że nigdy nie będziemy mieć dziecka z seksu, wiem z jakimi trudnymi decyzjami wiążą się u nas starania ale brakuje mi tego. Chociaż zaczynam myśleć, że po prostu brakuje mi nadziei. Brakuje mi w jakiś sposób tego oczekiwania czy się udało, bo skoro się czeka i nadzieja jest to może być i szczęśliwe zakończenie. A tymczasem...
Rośniemy!!
Jakie to cudowne uczucie, kiedy człowiek odrobinkę przestaje się martwić i zaczyna wierzyć że to maleństwo które rozwija się w brzuszku ma z każdym dniem wiecej siły i szans żeby być z Nami. Najtrudniej jest uwierzyć w to w pierwszych tygodniach, teraz wierze ze będziemy wszyscy w marcu, zdrowi, tu na ziemi 
Maleństwo jest ogromnie ruchliwe.
15 tc.
- 1kg. od wagi początkowej
- brzuszek widać delikatnie w pozycji siedzącej albo po obfitym posiłku 
- czujemy się cudownie, choć wczoraj po raz kolejny się podziebiliśmy 
- nie wiemy kto mieszka w brzuchu, czy chłopczyk czy dziewczynka ale jest to nam zupełnie obojętne 
Cieszcie sie każdą chwilą z maleństwem w brzuszku!
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.