W końcu rozczytałam te śliaczki na recepcie, ale dowiedziałam się od znajomej o pakiecie badań dla kobiet starających się o ciążę w szpitalu i koszt takiego pakietu to 140,- z tym, że nie ma tam prolaktyny i anty HCV, ale to zrobię sobie osobno.. :)
Jeszcze dwa tygodnie i urlop na Chorwacji <3
A badania zrobię sobie po urlopie i z wynikami pójdę do nowego ginekologa prywatnie, niech się coś zadzieje...

Dzisiaj jakiś taki ciężki dzień... Od samego rana okropny przenikliwy ból głowy, który mnie męczył w pracy, ale dzielnie nie brałam żadnej tabletki... Czasem ten ból daje tak w kość, że masakra jakaś :/

Ciekawe co przyniesie ten cykl...

Poziomka6 Wieczne czekanie 23 lutego 2019, 20:00

Cały tydzień budzę się o 1 w nocy i nie mogę spać przez jakieś 2 godziny. Potem chodzę niewyspana. Nie mam pomysłu skąd to się bierze. Przecież nie stresuje się bardziej niż zwykle. Może trochę w pracy więcej stresu, ale w sumie lubię, że w pracy mam tyle obowiązków bo nie mam czasu na myślenie o dziecku, którego nie ma. Chcę się w końcu wyspać. Chcę w końcu nie myśleć o dziecku, którego tak w sumie już nie chce. Chyba już nie chce, no bo przecież ciągle o tym wszystkim myśle. Od kilku dni ciągle chodzę głodna, mój mózg już po cichu na coś liczy, ale to za wcześnie na objawy. Po prostu kolejna ciąża urojona.

No nie mogę mieć spokoju. Na rękach i nogach wylazła mi jakaś dziwna wysypka. Podobno nie bostonka. Tylko co? I czy nie groźne dla okruszka...

Margeritha Gdzie jest fasolek? 23 lutego 2019, 20:19

Leżę jeszcze w szpitalu.
Co do zabiegu, to ok. Zresztą nic nie wiem bo spałam. Przed wjazdem na blok operacyjny, anestezjolog coś mi po polsku zaczął nawijać ( Niemiec) że nie lubił śniadań, tylko obiady bo łatwiej jest wymówić. Gdzieś tam kiedyś był na jakimś wyjeździe na wymianie międzynarodowej. Chciał mnie pewnie odstresować. Już na bloku, podszedł do mnie lekarz uścisnął mi rękę , pogładził po policzku i mówi , abym się nie martwiła. Bo jak usnę to oni się mną zajmą , a ja mam pomyśleć o czymś miłym przed snem.
- O czym Pani pomyśli ?
- O moim nowym aucie , które właśnie dziś przyjedzie do ( tu nazwa salonu)
- Super, a jaki model i kolor ?
- Polo , czarna perła metalik z naklejką ACDC
W tym momencie wszyscy na bloku zanucili Highway to hell ... urwał mi się film.
Budzę się na sali wybudzeń, ciśnieniomierz napierdziela co 10 minut , więc odwracam głowę w stronę monitora i patrzę . No nie jest źle 99/ 56/ 58
Cholernie mnie trzepie z zimna. Pan od "obiadu" pyta czy mi zimno. Odpowiadam ,ze bardzo.
- Zaraz będzie Pani ciepło.
Wkłada jakąś farelkę pod kołdrę. Faktycznie , z każdą minutą lepiej.
Jak ciśnienie urosło ponad 108 zawieźli mnie na salę.
Jestem sama w pokoju ( prywatny pacjent)
Mąż był przy mnie do wieczora, ale ja byłam na takim haju , że co chwile spałam. Pamiętam tylko, że po operacji odwiedził mnie ordynator, pytając jak się czuję. Po krótce wyjaśnił co zrobili.
(Mięśniaków ponoć kilka , a nie jeden, zrostów od cholery, oraz endometrium, ale chyba początki ,bo nie było dużo ) no i dali to do badania hist.pat. ) jajowody oba DROŻNE !!
Kroplówka na całą noc i całe przedpołudnie następnego dnia.
Na oddziale miałam jakiegoś typa co darł się niemiłosiernie . Co 1,5 godziny się budziłam. Tak do 8:30 kiedy przyszła piguła dać zastrzyk z heparyną, i zdjąć cewnik. Nie bolało, nic a nic. Gorzej było siusiu samej zrobić .
Mam jeszcze drenaż, czyli szybko mnie nie wypuszczą jak zakładali.
Później śniadanie. A po śniadaniu,przyszła pielęgniarka i zaprowadziła mnie do ordynatora na badanie po zabiegu.
Ja blada jak ściana ledwo idę. Piguła mnie pod rękę łapie,co bym nie fikła.
Lekarz pomógł mi się położyć na leżance, popatrzył na moje 3 opatrunki, suche, ale zmienił na mniejsze. Sam. Nawet wkładkę mi zmienił. Następnie zrobił USG jedno, i drugie dopochwowe. Mówi ,że jest ok.
Wydrukował mi zdjęcie na pamiątkę.... ok.
Następnie otwiera moje akta i pokazuje mi zdjęcia ( w kolorze haha) obecnych mięśniaków, zrostów, endometrium.
Omiotłam wzrokiem , ale dość dużo tego było. Właśnie było, już nie ma.
To znaczy jest jeden. Malutki mięśniak, którego zostawili, po co nie wiem. Chyba chcą go obserwować. Tylko po chu...
Jak już byli w środku , to mogli wypierdzielić wszystko. Może chcą abym znów na laparo wróciła.
A niby takie dokładne te Niemcy.
W asyście piguły wróciłam do pokoju, wlazłem do łóżka i przeleżałam resztę popołudnia do obiadu.
Obiad zjadłam, później przyjechał mąż i wyszłam na krótki spacer ... zapalić. Zrobiłam 3 sztachy i koniec. Powrót do pokoju. Wieczorem znów spacer. Do 00:15 oglądałam tv. Usnęłam. Do rana bez sikania ( co mi się nigdy nie zdażyło, szczególnie jak piję wieczorem dużo płynów)
Ból po wpuszczeniu gazu, średni, oraz tylko prawy bark.

Dziś jeszcze lepiej. Poranna toaleta, następnie śniadanie , 2 kawy. Wizyta lekarza na sali. Zmiana opatrunku, drenaż sobie przeciekać zaczął. Chyba za dużo chodzę, a nie mogę przesadzać , tak powiedział. Ale już nie krwawi. Chciałam wyjść w niedzielę, ale nawet nie ma mowy. ( no tak ,jako prywatny pacjent , daję im zarobić , ale mam należytą opiekę). Szwy mam rozpuszczalne , więc nie ciągnie mnie nic nawet jak kaszlę. Więc nie muszę dupy sobie zawracać kolejną wizytą.Dziwnie po jedzeniu , mnie dopada ból lewego boku, ale nie tam gdzie nacięcie , tylko wyżej. Może to kiszki się muszą ułożyć albo co ?
Marzę o powrocie do normalności. Abym mogła już zmyć te żółte odcienie.
Pytałam ,też ordynatora czy był jakiś związek ,pomiędzy mięśniakami i resztą, a niemożnością zajścia w ciążę ?
Odpowiedział ,że nie.
Więc dlaczego nie zaszłam ?
Miało być krótko, wyszedł elaborat :)
Dziękuję wszystkim tym , które trzymały za mnie kciuki.


Wiadomość wyedytowana przez autora 23 lutego 2019, 20:23

gosiulla Nie takie to proste jak mówili 23 września 2019, 16:20

19+3
Z każdym dniem moje skupienie jest na coraz gorszym poziomie.
Jak tylko zabieram się do pracy to tysiąc innych myśli mnie rozprasza - od myśli: co potrzeba kupić dzieciaczkowi, czy z maluszkiem wszystko ok, o książkach jakie powinnam przeczytać przed urodzeniem (jeszcze nie mam żadnej listy, coś polecacie??), co najlepiej zjeść na kolację itp itd.. A-B-S-T-R-A-K-C-J-A

4 dni do USG.
Wieczność.

Oesu..po kilku podejściach udało mi się opisać poród.
trochę się zeszło
Mały ma chyba wbudowany sensor ruchu i tylko czeka kiedy odpalę kompa.


Ja nie wiem skąd facetki biorą siły i czas na wszystko inne co nie jest związane z małym ssakiem, który nawet teraz skiełczy domagając się matkowej uwagi ;-)
Może uda mi się zbudować zdania, a jak nie, to przynajmniej na raty spróbuję napisać.

Dawno, dawno temu..w sumie nie, bo 23.01.2019 w środę zgodnie ze skierowaniem miałam zgłosić się do szpitala na wywołanie porodu.
Niestety okazało się, że przyjęcia zostały wstrzymane. Mają komplet. animaatjes-wtf-1361367.gif

I co teraz?
Zadzwoniłam do mojego gina z pytaniem co mam robić. Jeździć szukać miejsca w innych szpitalach czy czekać?
Polecił zaczekać. Miał się zorientować w sytuacji i dać znać. Wróciłam do domu. czekam.gif
Po południu zadzwonił, że zwolniły się miejsca i żeby przyjechać wieczorem, żeby się nie okazało, że rano znowu nie będzie miejsca.
Wieczorem pojechaliśmy na IP. Na dyżurze był mój lekarz vittoriabuono.gif
Zrobił usg, ktg i przyjął mnie na oddział patologii ciąży. Uff
Według USG mały miał 3400-3500 g.
Zadecydował, że następnego dnia w czwartek przygotują mnie do porodu zakładając cewnik folleya z balonikiem, bo rozwarcia prawie brak (jakiś marny 1cm), a poród wywołamy w piątek.
W pokoju byłyśmy we 3. Jedna miała raptem 16 lat. Cały czas rozmawiała z matką przez telefon lub żarła się ze swoim nieletnim wybrankiem. Booosz. Jęczała, skiełczała. Nie dało się tego słuchać.
O 4 nad ranem dostała nakaz zamknięcia. Laska miała sraczkę i skurcze. Zapomniała, że chyba jest na porodówce, bo wisiała non stop na telefonie i matce relacje zdawała, całkowicie zdziwiona, że ma skurcze. Nie mogłyśmy jej już znieść i wezwałyśmy położną. Położna opieprzyła dziewczynę, że nie zgłasza, że ma skurcze i że nie liczy jak często się pojawiają.
Rano trzecia dziewczyna pojechała na cesarkę, a ja zostałam z małolatą. Przyjechała do niej matka i nareszcie dała mi spokój.
Po porannym obchodzie i badaniach zabrano ją do izolatki…z podejrzeniem Rota. Noż kurła tego mi tylko brakowało.
Za chwilę wpadła położna z informacją, że i mnie przenoszą do innego pokoju, bo ten musi być zdezynfekowany. Na szczęście w nowym pokoju byłam już sama i mogłam delektować się ciszą przed porodem.
Zrobiono mi kolejne usg. Założono cewnik folleya z balonikiem i dopiero się zaczęło. Szczerze.. nieprzyjemne uczucie. Później przez kilka godzin czułam silne bóle, jak przed okresem. Cewnik tak mnie wkurzał, a raczej te rurki wiszące z wedżajny. Cały czas miałam wrażenie, że wyleci za wcześnie. O losie .. że ja nie wiedziałam, że to nie jest takie proste hahaa2.gif

Leżałam na szczęście sama, więc mogłam sobie w spokoju pocierpieć i postękać z bólu. ;-)
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/f7c1641aa857.jpg

Nadszedł piątek Peureux04.gif
Noc upłynęła mi w miarę spokojnie. Cewnik trochę przeszkadzał, ale już nie bolało..na razie.
Rano wpadła położna zrobić ktg i przypomnieć, że mam być gotowa na 7:30.
Przed ósmą przyszła i zabrała na porodówkę.
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/a5d75e10c115.jpg
scared19.gif

I się zaczęło..
Zadzwoniłam do męża, że jestem już na sali i może przyjeżdżać. Oczywiście mówiłam mu, że na spokojnie może jechać czyli zjeść śniadanie czy napić się kawy. Tu się pewnie zejdzie, bo najpierw kroplówka nawadniająca, bo miałam zakaz jedzenia od północy, tak na wszelki wypadek jakby trzeba było zrobić cesarkę. Do czasu pojawienia się bólu z krzyża moje myśli krążyły wokół jedzenia i picia.
Przy okazji załapałam się na obchód na porodówce. Kilka par oczu zajrzało mi do wedżajny. mysli_1.gif
Miałam jeszcze cewnik, więc lekarz postanowił od razu wyjąć. Boooosz co za ból..a gdzie poród.
Trafiłam na lekarza, który miał łapy jak bochny chleba i to on postanowił sprawdzić rozwarcie. Tylko jak się mają jego 4 palce do moich??? Czy to jest miarodajne? Kurłaaa jak to boało. Jeszcze bardziej niż ten pieprzony balonik.
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/bf02383627b4.jpg
Pojawił się też mój lekarz prowadzący zapytać się jak się czujesz..a wie pan doktor jak w spa. ;-) Powiedziałam, że zmieniłam zdanie i nie chcę naturalnego porodu. Skoro balonik bolał i badanie rozwarcia, to nie chcę wiedzieć co będzie podczas parcia. Poprosiłam, żeby jakby co nie czekać z cesarką i od razu znieczulenie. Lekarz zaczął się śmiać i mówi, że idzie zgłosi to znieczulenie.

Mój mąż dotarł już po obchodzie ;-) Wpadł jak po ogień. A tu jeszcze oksytocyny nie podłączyli.
Biedak nic nie zjadł, nie pił i jeszcze w korku stał.

I nadjeszła ta chwila gdzie podłączyli mi oxy
picgifs-nope-3651837.gif
Kazano mi wstać z łóżka i jak najwięcej się ruszać. Chodzić, bujać się na piłce, czy przy drabinkach. Co tam chcę i jak mi wygodnie, byleby się ruszać.
No to usiadłam na piłce. Trzymałam się łóżka…i kurde pojawiły się skurcze.
ale, że już.. że tak szybko
wtf052.gif
No i się porządnie zaczęło. Ból był nie do zniesienia.
Co chwilę zaglądała moja położna prowadząca. Na szczęście mój mąż liczył skurcze i okazało się, że szybko zaczęły się co 2,3 minuty!
Nie zdążyłam nawet pomyśleć o tym, że się boję i czy długo będę rodzić, a już się zaczęło.
Ból był ogromny.
Przyszła na chwilę anestezjolog z położnymi. Dali mi jakieś papiery do wypełnienia (kilka kartek). Skurcze szły jeden za drugim, te z krzyża. Jak tu papiery wypełniać jak długopisu nie można utrzymać. Anestezja zaczeła się denerwować, że dokumenty powinnam wypełnić przed oxy, bo teraz tracimy cenny czas, a bez mojego podpisu nie może zrobić wkłucia.
Po kilku minutach udało się wypełnić papiery, ale anestezje gdzieś wcieło.
Przy kolejnym skurczu zaczęłam krzyczeć „dajcie mi to jebane znieczulenie, bo nie zniosę więcej tego bólu. GDZIE ONA JeST!, GDZIE TA ANESTEZJOLOG”
Pojawiła się za jakiś czas. Wyprosiła męża na korytarz. Kazała mi usiąść na skraju łóżka i zrobić koci grzbiet w jej stronę. Nie ruszać się. JAK SIĘ NIE RUSZAĆ JAK SKURCZ IDZIE. Jak koci grzbiet na siedząco jak brzuch mi przeszkadza. Opieprzyła mnie, że skurcze ją nie interesują, że ma być koci grzbiet. Musiała położna mi pomóc. Przytrzymała mi barki, żebym mogła się jakoś wypiąć. W końcu udało się. Cewnik w kręgosłupie, jakaś rurka przez całe plecy przyczepiona na obojczyku. Można się położyć.
Podano mi w końcu znieczulenie. Nie wiem czy działało, bo i tak bolało jak diabli. Jedyne co zauważyłam nogi mi się odłączyły.
Jak już leżałam i miałam się obrócić na bok czy ugiąć nogi w kolanie mąż musiał mi pomóc, bo nie mogłam dźwignąć kopyt.
Przyszła położna, zajrzała do weżdzajny i mówi, że mamy 8 cm. Zaczynamy.
Pan doktor z łapami jak bochny chleba zalecił przebicie pęcherza płodowego. Gdzieś słyszałam, że to boli.
Poinstruował młodą panią chyba doktor, stażystkę jak to zrobić. Wsadziła paluch, nacisnęła i pyk poleciało coś mega gorącego. Zrobiło się przyjemnie, błogo. Myśl jaka mi przyszła do głowy, to że z chęcią zdrzemnęłabym się…ale nie skurcz już czekał na moje rozprężenie i przyszedł ze zdwojoną siłą.
Nagle jak pojawiło się kilka osób. Położne, lekarze, stażystki. Jak insekty powyłazili z dziur. Kazali mi się ułożyć na plecach, nogi na podpórki. I jak przyjdzie skurcz wdech, wydech, wdech i przemy.
No to pyk..
Ale czy się nie zesram??? MDR18.gif
Skurcz za skurczem, pre i pre i nie mogę, nie mam siły nie dam rady.
Zewsząd słyszę głosy, że mam przeć, aż mi się słabo zrobi, aż mi pociemnieje przed oczami. Moja położna mówi łagodnym głosem, lekarz z łapami jak bochnami chleba zachęca do parcia jak tylko przyjdzie skurcz. Po moje lewej stronie stał lekarz, którego znałam już z patologii ciąży i on też coś do mnie mówił. I gdzieś tam z tyłu siąpała wargą stara położna. Larwa jedna! Jej głos wybijał się ze wszystkich. W skrócie: że taka akcja porodowa jest do bani, że to nie ma sensu takie parcie, że zaraz znieczulenie przestanie działać. Przyznam się szczerze, że strasznie mnie rozpraszała i wkurwiała. Marzyłam, żeby się zamknęła i już chciałam jej coś powiedzieć, ale znowu przyszedł skurcz.
Lekarz po mojej lewej położył rękę na brzuchu i jak szedł skurcz mówił, że idzie i że jeden wdech, wydech i na wdechu jedziemy. Boooosz czy oni nie rozumieją, że już nie mogę, że nie mam siły.
Przyszedł skurcz, ale im o nim nie powiedziałam. Musiałam złapać oddech. Lekarz po lewej też go wyczuł, ale był taki krótki, że nie było sensu się nadwyrężać.
Zrobiło się zamieszanie. Zaczęli krzyczeć jedno przez drugie, że mam przeć. Tylko moja położna łagodnie, ale stanowczo, że na kolejnym skurczu mam przeć i nie przestawać, aż nie powie, że już można. Akurat!
Tamta larwa nadaje w tle. W końcu się z nimi pokłóciłam „że jak mówię, że nie mam siły, to nie mam!”
Dzięki Bogu był ze mną mój mąż, który podczas całego porodu był ze mną. Dociskał mi głowę podczas skurczu. Instruował spokojnie co mam robić (tzn. powtarzał słowa lekarzy, ale jego głos był łagodny i na nim się skupiłam). zen.gif Mega mnie uspokajał.
To on mówił, że już widzi główkę i przy ostatnim skurczu mówił, że mam przeć, że nie przestawać, że już, ze prawie, że już idzie, że widzi. BORZE SZUMIĄCY skąd on miał tyle siły i zaparcia!? Że miał odwagę zaglądać między nogi, że nawet wypływające wody płodowe razem z krwią go nie obrzydziły.
I poszedł ostatni skurcz i nagle poczułam coś czego nie zapomnę nigdy. To było najgorsze! Nacięto mnie. Nie wiem czy to nie był gorszy ból niż sam poród. Czułam się jakby mi ktoś po mózgu przejechał błyszczącym ostrzem skalpela.. Lekarz po lewej krzyczał, że mam nie przestawać, bo ma dziecko w kanale rodnym i nie ma żartów. Na skurczu pomógł małemu wyjść wypychając go pięścią za pupę. (Miałam potem na brzuchu dlugie krwiaki. Zastanawiałam się od czego to, czy przed porodem nie zauważyłam, że mnie mój pies odrapał?. Potem mąż mi powiedział, że to kostki lekarza odbite po tym jak wypychał małego.)
Parłam, aż mi oddechu zabrakło, zaczęło ciemnieć przed oczami, ale mąż mój mówił, że już widzi małego i że zaraz koniec. Udało się. Przyjście szczenięcia na świat przyniosło ulgę, nie tylko fizyczną.
Położono mi małego na brzuchu, ale ja byłam tak pogrążona w bólu (po nacięciu), że do końca nie załapałam, że o to jest on.
Nadal trzymałam się za nogi i syczałam z bólu..bo polali krocze środkiem odkażającym. Moja położna powiedziała, że jeszcze tylko łożysko. I tu przypomniało mi się, że to jeszcze nie koniec, że urodzenie łożyska też do przyjemnych nie należy, że może mega boleć.
Położna z uśmiechem mówi, że ma dobrą wiadomość. Łożysko jest już w wedżanie, więc już nie muszę się męczyć. Pyk i poszło.
Zapomniałam mężowi powiedzieć, że łożysko też jest ważne i jest oglądane, ważone. hahaa2.gif
Położna wzięła łożysko na tackę i zaczęła oglądać.
Mój mąż nie wiele myśląc mówi do niej „a czego pani tam szuka??” wait.gif
Hahah
Pamiętam, że jak dali mi małego na brzuch i go objęłam to było najpiękniejsze uczucie w życiu. Mały, mokry wilgotny człowiek. Małe szczenie, zwinięte w kłębuszek. Trzymałam go za pupkę i głaskałam po główce. I jego pierwszy oddech. Piękne uczucie. Płakaliśmy z mężem nie wierząc, że to już po wszystkim. Po 10 latach starań (w tym 4 ivf) jest z nami. Prawdziwy z krwi i kości. Nasz mały cud.
Zła jestem tylko na to, że położyli mi małego na koszulę nocną zamiast na brzuch czy pierś. Gdzie skóra do skóry??
Przyszła neonatolog po małego. Zapytała czy mąż ma iść z nią czy zostać ze mną. Oczywiście kazałam iść z małym. Mówię idź i pilnuj, żeby go nam nie podmienili hahaa2.gif
Dzięki temu mam fotkę bezpośrednio po porodzie.
W czasie kiedy młodego zbadano, zmierzono i zważono, zszyto moje krocze. Okazało się, że oprócz cięcia krocza popękałam też w wedżanie  i tam też musieli założyć szwy. Modliłam się o koniec. Polewanie środkiem odkażającym pali żywym ogniem.
Podczas porodu człowiekowi jest tak wszystko jedno, że tyle osób łazi, zagląda, że drzwi są nie zamknięte, a leżałam naprzeciwko recepcji i klatki schodowej. Szkoda, że personel szpitala nie pomyślał, że jednak to jest bardzo intymna sprawa i nikt obcy nie powinien oglądać mnie w takiej niekomfortowej pozycji.
Przyszła neonatolog i powiedziała, że mały zdrowy 10 pkt 3750 g i 59 cm! (Miał być mniejszy!)
Za jakiś czas wrócił mąż, przywieźli młodego i kazali przystawić do piersi. Mąż do tej starej położnej a gdzie skóra do skóry?? 2 godziny powinniśmy tak mieć dziecko. Stara larwa tylko odburknęła, że no przecież jest skóra do skóry. Usta dziecka do piersi mamy. Już na starcie okazało się, że przystawienie do piersi nie jest takie proste. Jak się potem okaże szkoda, że nie miałam w tym temacie wsparcia!

PODSUMOWUJĄC:
I faza porodu trwała 3 godz
II faza ..31 minut
w sumie zeszłam na porodówkę po 8 rano, a przed 14 było już po wszystkim. :-)

Leżeliśmy na sali 2 godziny po czym przewieźli nas na oddział poporodowy.

Okazało się, że tego dnia nie było wypisów, bo mają epidemię żółtaczki i brakuje im lamp do naświetlania. Wylądowaliśmy z maluchem na korytarzu. Przy szybie remontowanej windy, przy recepcji i klatce schodowej. Centralnie w przejściu. Zamiast szafki dostałam krzesło, żeby mieć na czym postawić kubek z piciem czy obiad czy śniadanko. https://naforum.zapodaj.net/thumbs/9940b37cfa05.jpg
Żaaaart jakiś. Krzesło tapicerowane, więc bez szans żeby coś postawić.
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/d1d2564c540f.jpg
Mąż poszedł poprosić o przeniesienie do innej części korytarza. Babsko, z którą się pokłócił powiedziało, że tu postawiłam i tu będzie stało. Jak się okazało była to zwykła salowa, która wiecznie była na wkurwie i nikt jej nie lubił.
Ostatecznie przesunęli mnie kawałek do drugiej części korytarza. Światło zgasili dopiero po 24! Leżałam z małym centralnie pod jarzeniówkami. Wierzyć się nie chce, że nikt na to nie zwraca uwagi. Dziecko ledwo się urodziło i w takich warunkach musi zacząć swoje życie. Następnej nocy zgłosiłyśmy, żeby wcześniej zgaszono światło. Niestety leżałam naprzeciwko starej windy (takiej co trzeba mocno pieprznąć drzwiami i zasunąć kratę, żeby móc pojechać), więc przez większość nocy napieprzano drzwiami. Niestety o chwili spokoju czy intymności nie było mowy. O wietrzeniu krocza czy piersi nie było mowy, bo wiecznie ktoś chodził po korytarzu.
Po 2 dniach zaczęły się wypisy, więc w końcu dostaliśmy łóżko w pokoju 3 osobowym.
Przez pierwsze dwa dni próbowałam karmić piersią. Niestety nie bardzo mi to szło. Mały zorał mi brodawki. Denerwował się, bo nie mógł uchwycić. Mało jadł. Próbowałam szukać pomocy u położnych, ale słyszałam tylko, że on po porodzie odsypia i „przystawiać, przystawiać”.
Bałam się, że za mało je. Waga jego spadała, a bilirubina rosła. No ale ..przystawiać przystawiać.
Po 4 dniach waga spadła o 12% i żółtaczka się rozwinęła. Zdecydowaliśmy się na dokarmianie MM i lampy.
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/f1324f149d24.jpg
Podczas wieczornego obchodu położne badając małego zauważyły, że jest bardzo czerwony, wręcz rozpalony. Okazało się, że poprzednia zmiana ustawiła za wysoką temperaturę w stosunku do wagi dziecka! Noż kurła! Prawie zgrillowały mi dzieciaka!
Z laktacją nadal lipa. Dostałam kapturek na brodawkę i dalej kazano mi przystawiać małego. Szkoda tylko, że nikt mi tego nie pokazał. Na wklęsłe brodawki zalecono laktator i „przystawiać, przystawiać”
Ale kiedy jak nie ma kiedy usiąść i się odciąć od wszystkiego. Laktator unieruchamia na co najmniej pół godziny,a mały cały czas potrzebował mojej uwagi. Pod tymi lampami był niespokojny i wiecznie płakał.
Szwy..ani usiąść, ani się załatwić. Nawet prysznic bolał. Chwila kiedy się ich pozbyłam była zbawieniem, chociaż jeszcze długo długo po piekło. Ukojenie przynosiły kąpiele w Tantum Rosa.
I ten ból kręgosłupa. Miejsce po wkłuciu bolało. Nie mogłam się schylać i czasami miałam jakby blokadę, że nie mogłam podnieść małego. Anestezjolog mówiła, że efekty uboczne mogą być i do miesiąca.
Codziennie był obchód ginekologiczny gdzie na Sali na miejscu zaglądano nam w krocza oraz obchód pediatryczny gdzie oglądano malucha. Wyszło, że ma złamany obojczyk. grrr.gif
Mały z racji tego, że miałam cukrzycę ciążową miał różne dodatkowe badania. Wszystkie były ok.
Po prawie tygodniu wypisano nas do domu.

Edit: nigdy nie zapomnę kolacji po porodzie.
Nigdy bym tego do ust nie wzięła, ale bylam tak głodna, że i nogę od stołu ogryzłabym ;-)
Podano nam coś w rodzaju paprykarzu (tam chyba powinna być ryba) i 3 kromki starego chleba. No no wypas. Na tym laktacja na pewno ruszy


Wiadomość wyedytowana przez autora 27 lutego 2019, 16:45

W domu próbowałam karmić piersią. Laktatora nie miałam czasu podłączyć, no może późnym wieczorem jak mąż mógł przejąć małego.
Niestety mleka było co raz mniej i ostatecznie po prawie godzinie odciągania wyszło niecałe kilka ml
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/976d136b132f.jpg

Było mi bardzo przykro. Na początku nie mogłam sobie z tym poradzić. Miałam do siebie żal, że nie podołałam, że nie dałam dziecku najlepszej rzeczy. Na każdym kroku wszyscy tylko mowią o karmieniu piersią, wręcz terroryzują. Wszędzie gdzie się nie spojrzę są reklamy karmienia piersią.
Mój mąż nie mógł sobie z tym poradzić. Napierał wręcz, żebym się nie poddawała i próbowała. Po pewnym czasie widząc mój smutek, frustrację i na koniec załamanie nerwowe sam doszedł do wniosku, żebym przestała się katować. Trudno. Nie przeskoczymy tego.
Teraz z czasem jak już się z tym pogodziłam, że lecimy z MM jest mi lepiej. Mały jest najedzony, przybiera na wadze.
Kocham go na zabój, ale też mam czasami dosyć.

Wczoraj minął miesiąc od narodzin mojego syna. Jestem zmęczona, ale też szczęśliwa.
Zastanawia mnie czy można dziecku zmienić oprogramowanie? Ten tryb wampira nie bardzo mi się podoba ;-) O 20 zaczyna swój koncert i tak leci do 24 czy 1. Drze się co chwila. Wypluwa smoka i drze się, żeby mu go dać. Dostanie 2 sek ciszy i jeb smokiem. W sumie to chce go, więc podaj mnie go matko moja. Do łóżeczka nie da się odłożyć, więc śpi w wózku lub ze mną. Ma dni kiedy się piekli, że nie chce ze mną, chce w wózku i odwrotnie. Doprowaadza mnie do ostateczności tym niezdecydowaniem. Może mnie zlinczujecie, ale serio zmęczenie daje mi się we znaki.
Tryb zombie też u mnie działa, ale do czasu. Zdarza mi się, że zasypiam na stojąco mieszając herbatę.
Ustaliłam z mężem, że w piątki on śpi z małym, a ja zamykam się w sypialni. Wkładam zatyczki do uszu i choćby się paliło "ZAKAZ WSTĘPU". I powiem Wam, że to jest super opcja. Wstaję w sobotę wypoczęta. A mój mąż po 1 nocy umęczony jak po wojnie
picgifs-wut-confused-9909146.gif

no ale jakby nie było uczymy się siebie
Powoli rozpoznajemy co oznaczają poszczególne "krzyki"
Naszym przyjacielem stał się termoforek z pestek wiśni i suszarka na youtubie

Obojczyk się ładnie zagoił. :-)
Oby do przodu


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 lutego 2019, 23:56

8+0

Zaczynamy 9 tydzień <3
Mdłości są,może ciut mniejsze ale to zależy od dnia. Słaba jestem nadal i senna straaaasznie.

Na wizycie w czwartek 7+5 biło serducho jak dzwon,fasolek ma już 1.43 cm.;)
Wyniki dobre,cytologia teź. Mozna się przyczepić do cukru ale wiadomo-teraz glukozy nie zrobię a dr powiedział,że ja drobizna to mnie męczyć nie będzie :)
Zwolnienie mam nadal bo niestety nie jestem w stanie pracowac..
Wizyta miała być 14.03 ale gdy powiedziałam,że to wieczność to zapytal czy wolę 8.03 i tak właśnie idę <3

Wczoraj Pola miała urodziny <3 oh co to był za dzień! Rano z tatą bajki,później pierwszy prezent- dzidziuś :) Pola byla zawstydzona nagrywaniem ale ile mnie wyprzytulala i kochala to ojejeu <3 później były prezenty,tort ze świeczką itp. Gdy się zebraliśmy na miasto usłyszałam "bardzo się cieszę, że masz w brzuszku dzidziusia"<3 i to zdanie towarzyszylo nam cały dzień ;)
Pola się wybawila ,pojechaliśmy do maka na obiad i po krewetki do zoologicznego. Po powrocie ja padłam na 2h a Pola bawila się z babcią . Dochowuje tajemnicy o dzidziusiu bosko,jest z tym bardzo sprytna bo zmienia temat a jak wie,ze pozwalam (np.szwagier dzisiaj) to pyta czy moze <3 moje cudowne <3 jeszcze zostali teście i póki co starczy.
Dzień pelen wrażen,Pola zasypiała wieczorem 2h!
Dzisiaj przyjechał szwagier z żoną i tesciem na torta,Pola się cieszyla z prezentów i gosci,na szczęście wieczorem usnela przyzwoicie ;p jutro odpoczywamy!

SOBOTA
Właśnie sie dowiedziałam, że moja szwagierka 4 lata mlodsza, dopiero co po slubie - jest w ciąży. Poryczałam się... Nie dość, że jestem chora, mam pierdolony okres po raz 20 (!) od momentu kiedy nie powinno go juz byc, czuje się fatalnie, bez sił to jeszcze taka wiadomość... dobijcie mnie... co jest ze mną nie tak? :(

Dzisiaj napiszę żal post sama dla siebie,bo nawet nie mam z kim już porozmawiać.
Starania, ciąża zweryfikowały moje znajomości, ale tego akurat nie żałuję bynajmniej wiem już kto i po co przy mnie był.
Mam w sobie ostatnio tak ogromny żal, smutek i...złość. Szukam od dłuższego czasu pracy. Oszczędności się skończyły, na szczęście M ma pracę, więc jakoś to wszystko trzymamy, a i ja dokładam maleńka cegiełkę dorabiając u kogoś.
Ostatnimi czasy na rozmowach o pracę rekruterzy bez większej krepacji pytają mnie o to czy mam dzieci, czy często chodzę na zwolnienia itp. Tak wiem, że o dzieci nie maja prawa pytać, ale jak nie odpowiem to mnie przekreślą. Zwolnienia przecież też miałam po 2 stratach dzieci (po pierwszej wrocilam od razu do pracy) i jak tylko o tym wspomnę to już widzę, że jestem przekreślona i nie mam szans na zatrudnienie. Zastanawiam się ile jeszcze wytrzymam..wracam do domu po takiej rozmowie i mam dość. Jak długo jeszcze będę musiała ponosić konsekwencje tego, że nie dałam rady donosić i urodzić zdrowych, żywych dzieci tak jak jest w większości (na szczęście) rodzin? Owszem,mogłabym to zataić, ale jaki w tym byłby sens jak i tak trzeba przynieść świadectwa pracy, a tam są wszystkie L4? Jakże byłam głupia i naiwna myśląc, że po porodzie B już wszystko się ułoży. Czy naprawdę tak dużo wymagam? Chciałabym po prostu jak każdy normalny człowiek mieć rodzinę i chodzić do pracy. Chodzić do pracy, zarabiać i móc dać małemu wszystko to,czego ja mieć jako dziecko nie mogłam,bo nie było nas na to stać ( i nie piszę tu wcale o luksusach,ale o przyziemnych rzeczach typu wyjściu do bawialni,zoo czy na jakąś wycieczkę). Chciałabym pokazać małemu góry, jeziora, morze i wiele innych miejsc Polski, ale żeby to zrobić muszę pójść do pracy, a w tej nigdzie mnie nie chcą 😭
W PUP pytałam o kurs (dofinansują jak znajdę sobie pracodawcę-pisalam w wiele miejsc bez odzewu), pytałam o staż (jestem za stara bo mają do 26rz albo po 50rz, chyba że sama znajdę pracodawcę tylko jak to zrobić?) nie mam dłużej siły żeby dźwigać swój krzyż. Pierwszy raz od dawna po prostu nie mam siły.
No to się wyzalilam. Musiałam gdzieś wywalić z siebie swoją frustrację..

Patt1002 Czekamy na Aniołka 24 lutego 2019, 00:30

Został nam tylko juz dokument o niekaralności i nasze rodzinne zdjęcie ;)
Planujemy we wtorek juz dostarczyć dokumentu do OAO :)
W środę przyszła do mnie @ dzień szybciej, niż planowo...
odstawiłam jakiś czas temu bromergon calkowicie, no i ten cykl był dość bolesny, no i juz lekko piersi dały znać. Zobaczymy jak następny cykl, być moze bede musiała jeszcze jakiś czas pobrać choć mała dawkę zeby to sie mocnej ustabilizowalo. Bo ból piesi przed rozpoczęciem kuracji bromergonem był nie do zniesienia.


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lutego 2019, 00:30

Furiatka Third time is a charme 24 lutego 2019, 07:21

34 tydzień (33t 2d)

Miałam nadzieję, że mnie to w ciąży nie spotka, ale niestety wczoraj wylądowałam na sor. Na bieliźnie pojawiła się brazowawa wydzielina. Stwierdziłam, że nie ma co gdybac, skąd to, tylko trzeba sprawdzić. We Wrocławiu w szpitalu kolejka, więc pojechaliśmy 15 km dalej do Trzebnciy. Tam w zasadzie badanie bez większego czekania. Zrobili ktg i lekarz stwierdził, że występują skurcze, ale i tal muszę jechać do Wrocławia, bo oni talich przypadkow przed 35 tc nie przyjmują. No to z powrotem. Tym razem kolejki brak, ale lekarz bardzo zajęty, więc mogą mnie przyjąć na patologię i tam dopiero zbadać, tylko informuja, że jest świńska grypa. No i co ja miałam zrobić? Przyjęli mnie, znowu zbadali, zrobili ktg. Szyjka długa, zamknięta, usg w porządku, ktg nie skomemtowali, ale zakładam, że znowu wyszło, że macica się kurczy. Pytanie tylko, co to za skurcze? Braxtona Hicksa? Generalnie nic mnie nie boli. Ciekawa jestem, ile będę musiała tu leżeć. Oszalec można, odwiedziny zakazane. Wczoraj też pierwszy raz pociekla mi siara.

Anakin A gdyby tak... Jeszcze raz? 24 lutego 2019, 09:14

Dzis kaszke na rzadko zrobilam, dodalam soczku z malin (homemade) i podalam w doidy. Pił az milo i dziobek po wiecej otwieral. Albo mial akurat chęć albo mu taka konsystencja pasuje. A wczoraj dalam mu kawaleczek chlebka (mama piecze) i tez memlal z zadowoleniem. Cóż, nie bede go pospieszac, moge tylko liczyć, ze w koncu zacznie zajadac "na powaznie".

Skora źle. Skorupa mu sie zrobila jakas na nogach. Dekolt poszarpany. Na szyjce krwawica. W nocy pobudka co pol h. Biedne, biedne malenstwo. Jak wrócę do gda to ide do innego lekarza z nim. Kminie tez jakis wyjazd sanatoryjny (za jakis czas, jeszcze jest za maly teraz).

Dzień spędziliśmy z moją rodziną. Przyjechał brat (na szczęście bez bratowej), oznajmił, że wybrali już imię dla syna i że szukają rampersów. Wymyślił świetną rozrywkę - korzystając z niedzieli handlowej byliśmy w sklepach szukać rampersów. Najpierw musiał nam wytłumaczyć, co to jest, oczywiście nie obyło się bez uwag w stylu "zróbcie sobie dziecko, to będziecie wiedzieć". Gadki o zakupionym Ferrari dla Młodego (chyba nie czaimy tego poczucia humoru, chodziło o wózek) itd. Najgorsze: "a Wy kiedy planujecie dziecko?" - odparowałam: "A to dziecko się planuje?". I cisza.
Ciężko było. Na zakupach Mężuś pobył z nami tylko chwilę i przeniósł się na inny dział. Sama dzielnie wytrzymałam, żeby nie było, że się nie cieszę. Podejście mam zależne od humoru: czasem się cieszę, czasem zazdroszczę, ale tak strasznie, strasznie, że nie potrafię gratulować.
Dziś, ten czas, dużo mnie kosztował, ale chyba znacznie więcej mojego Mężusia.

Jeheria No kiedy? 24 lutego 2019, 10:08

Kurczę nadal nie ma wyniku. Chyba nigdy go nie dostanę... Dobrze, że mam protokół z operacji, gdzie jest napisane że miałam ogniska endometriozy.
Dziś zrobiłam test ciążowy. Oczywiście wynik negatywny. Jakoś mnie to nie wzruszyło.
W piątek rozmawiałam z mężem na temat wizyty 11 marca w Bocianie. Ustaliliśmy że nie podejdziemy do inseminiacji, ma niską skuteczność. Wyliczyłam że za 1 inseminację zapłaciłabym około 3 tysiące złotych (razem z wirusologią). 2 i 3 już po 2 tysiące. W sumie 7 tysięcy za skuteczność 6-10%. Oglądaliśmy kiedyś z mężem live Pietrzyckiego na grupie na facebooku "prangąc dziecka". Opowiadał o wskazaniach i skuteczności tego zabiegu. Na tej grupie dziewczyny pisały czy im się powiodła inseminacja. Może u 1/4 była udana i to nie za 1 razem. Postanowiliśmy, że zrobimy IVF. W Bocianie Białystok to koszt 8-9 tysięcy. Chciałabym załapać się na te badania kliniczne, jednak nikt do mnie nie oddzwonił. Słyszałam, że ma być 2 tura. Dziś miałam sen że dostałam się na te badania do Kriobanku, nie do Bociana. Tam też są prowadzone.
Jeśli jednak do programu się nie dostanę ivf zrobimy po wakacjach. Wezmę pożyczkę z pracy, wtedy kończy mi się obecna. Mamy trochę oszczędności, ale musimy koniecznie zrobić front ogrodzenia, aby wypuśić Lalę na podwórko. Pożyczka miała być na polbruki. Eh przeżyjemy bez.
A więc w marcu pogadamy z lekarzem, wezmę listę badań do wykonania. Wycenię w laboratoriach aby było taniej. Rodzinna też na pewno mi trochę da skierowniań. Na laparo też mi dawała. Dobrze, że kariotypy już mamy zrobione. Mam urlop w 2 połowie sierpnia. Może wtedy transfer zrobić? Albo wrzesień. Wtedy mam luźniej w pracy. W październiku znowu zapieprz. A więc jest plan!


Wiadomość wyedytowana przez autora 24 lutego 2019, 10:15

1dc
No i mam komplet badań do in-vitro. Nic już nie powinno stanąć nam na przeszkodzie. Zostało 8 dni do wizyty i poznamy więcej szczegółów. Póki co L4, leże i odpoczywam bo przypałętała się jakaś jelitówka. Swoją drogą strasznie mocny wirus. Objawy miałam jakieś 6 godz po kontakcie z chorym... Masakra

followka Nic nowego, nic odkrywczego 24 lutego 2019, 11:33

Strach coraz większy. Czuję, że z tej ciąży też nic nie będzie. Oprócz bólu sutków i lekkiej senności nie czuję nic więcej. Beta jest za niska jak na 6 tydzień (5t2d). Nie idę na drugą betę to nie ma sensu. Wtedy przyrastała prawidłowo a skończyło się tak jak się skończyło. Pójdę do lekarza niech zajrzy czy jest pęcherzyk tam gdzie powinien i niech powie jak mam brać duphaston. A później nie wiem czy dam radę pójść ponownie i znowu zobaczyć ten sam obraz. Zostawię to w rękach siły wyższej, bo ewidentnie znów jestem obiektem żartów wszechświata...
Liczę na najlepsze ale jestem przygotowana na najgorsze. Przynajmniej w teorii....


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 lutego 2019, 08:23

Klaudia0110 Kolejna walka! 24 lutego 2019, 13:10

W 2013 roku założyłam tu konto.. Miałam pamiętnik, byłam aktywna na forum.. Bardzo dużo zawdzięczam tym dziewczyna co tu były.. Dały mi tyle wsparcia.. Tyle ciepłych słów.. Po urodzeniu syna przestałam odwiedzać ovu.. Chciałam każdy wolny czas poświęcić mojemu dziecku. Czas nie ma litości.. Ostatnio jak tu pisałam to po porodzie.. A to już 4 lata!! Moje dziecko tak szybko wyrosło.. Jest już taki samodzielny.. ❤️

Noo ale wróciłam tu bo znów chce by pod moim serduszkiem rozwijało się życie! Byłam na wizycie po lyzeczkowaniu (styczeń) wszystko bylo ok.. Wiem że wrazie kolejnej ciąży będę brać heparyne. (z synem brałam aspimag) jestem aktualnie w połowie cyklu.. Jutro ma być owulacjia.. Czekam na @i zaczynam starania.. Ale na spokojnie.. Nie nastawiam się odrazu na. Ciąże bo wiem że to bardzo mnie blokuje i wtedy zajsc nie mogę. Im później tym lepiej :) noo ale też nie za długo

13 DC

Wczoraj wykonałam o 21 swoje dwa ostatnie zastrzyki w czasie mojej pierwszej procedury. A jutro o 9 rano punkcja. Myślałam, że bedzie stres przed zabiegiem. Jednak radość przewyższa wszystko. A dzisiaj dzień bez zastrzyków to będzie piękny dzień.

Anakin A gdyby tak... Jeszcze raz? 24 lutego 2019, 13:26

Update jedzeniowy: mama "obrazila" sie na Emila, ze nie chcial jesc jej zupek wiec dzis dalysmy mu Gerberka. Wcinal az milo :o) a kazdego "gryza" zapija woda z doidy. Ale chcial bym go karmila, nie chwytal lyzki, nie pchal lapek do miseczki. Mielismy wiec prawdziwie dzidziusiowe karmienie.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)