Jestem już po 1 badaniu USG (6 tc + 4) - na pierwszy rzut oka wygląda dobrze. Pęcherzyk nie jest pusty
!
CRL: 6,5mm (6,4 hbd) - podobno jest ok do wieku ciąży
FHR (czynność serca): miarowo około +
YS: 3mm
Mam jakiegoś krwiaka nad pęcherzykiem o wym. 28x16mm - który teraz, przy tym maleńkim pęcherzyku, wygląda na dosyć duży i Pan Doktor się pytał czy ja przypadkiem nie biegam.
Ja: tak biegłam na badanie, żeby się nie spóźnić.
i po tej odpowiedzi dostałam swoje wytyczne:
- nie biegać
- nie nosić (praktycznie tyczy się to wszystkiego)
- nie unosić rąk do góry
- nie uprawiać seksu
inaczej zwolnienie i leżenie.
Krwiak powinien się wchłonąć w około 4 tyg. ewent później i tak będzie niewielki w stosunku do ciąży to jest bezpieczny. Mam na siebie uważać i tyle.
Haneczka wazy 8560 
Jeszcze 1 dzień pracy, lekarz i urlop 
Wg OF - 7 dpo, temp poszła w górę, ale po roku niemal codziennego mierzenia temperatury widzę, że u mnie to raczej nic nie znaczy
Jedynie tyle, że na 99% jutro nie przyjdzie @.
Nie doszukuję się objawów, co nie znaczy, że się nie łudzę na urlop z pasażerem na gapę. Pewno, że się łudzę! 
Przez te upały nic się nie chce, ani jeść, ani się ruszać. Człowiek by tylko wegetował w chłodzie i pił wodę. Bardzo ograniczyłam cukier, w zasadzie jedynie co któryś dzień kawa mrożona wjeżdża, powoli wdrażam zdrowsze jedzenie. Krok po kroku. Z tabsów biorę kwas foliowy, magnez + potas, GlucoCare i leki na nadciśnienie.
Ciśnienie się unormowało, 120/80 tak przeciętnie. Samopoczucie bardzo dobre generalnie, żadnych bólów głowy.
Przypomniałam sobie, że moim słowem na ten rok jest 'selfcare'. I tego się trzymam.
Mały przeszedł trzydniówkę. Gorączka 39.5, ledwo dawało się ją zbić. Teraz już ma wysypke czyli koniec chorowania. Przynajmniej na razie.
Mały zrobił się... okropny. Płacze jak tylko przestaję się nim zajmować czy z nim bawić, non stop chce być na rękach i "noś mnie matko tam gdzie ci pokaże". Sił mi brak i mam ochotę płakać razem z nim. Czasem mam wrażenie, że to nasza wina, bo mu na dużo pozwalamy, ulegamy jego zachciankom, głównie mąż, i teraz to do nas wraca.
14tc
Wczoraj bylam na usg, dostalam piekne zdjecia dzieci, ktore teraz wisza na lodowce. Sliczne glowki, noski wygladaja przeslodko<3. Doktorek powiedzial, ze na jego oko sa to dziewczynki
wzruszylam sie do lez
.
Odebralismy tez wyniki badan prenatalnych z krwia, mozliwosc wystapienia wad u blizniaczek to 1:20000, nie zdecydowalam sie na amniopunkcje ani biopsje kosmowki-wyniki upewnily mnie ze dzieci sa zdrowe
.
Co u mnie? Brzuch juz mam uwydatniony, waga bez zmian 53kg, brak zachcianek, brak wilczego apetytu. Jeszcze czasami mnie mdli przy obiedzie-chyba dlatego waga stoi w miejscu, mimo ze dzieci z plynem to juz ok 1 kg wiecej. Piersi urosly mi bardzo, nie mieszcze w staniki- czas zakupic jakis taki elastyczny.
Jestem szczesliwa.
9 dc. Byłam rano na monitoringu. Jajeczko z prawego, 23x18 mm na pęknięciu, endometrium 6,8 mm 3-warstwowe. Zrobiłam też wyniki z krwi:
progesteron: 1,00
estradiol: 192,98
LH: 49,54
W mojej ocenie transfer we wtorek, ewentualnie w środę.
Jutro wizyta w klinice. Spadam myć okna, co by zacząć urlop z przytupem 
Kończymy dziś wizytę u moich rodziców. Tydzień bez stresu i totalny odpoczynek - bosko 
Następna wizyta w sierpniu i mam nadzieję, że już będziemy mogli oficjalnie chwalić się brzuszkiem. Na razie nie mówiliśmy nikomu poza moimi rodzicami. Odwiedziliśmy moja przyjaciółkę, której przez ostatnie pół roku unikałam jak ognia odkąd się dowiedziałam że jest w ciąży. Teraz ma duuuzy brzuch chociaż termin na połowę sierpnia. Jednak nie zdecydowałam się pochwalić naszym małym cudem. Jeszcze jestem zbyt strachliwa żeby nie zapeszac.
W czasie tego urlopu mąż mój kilka razy zauważył na mojej komórce otwarte pamiętniki OF lub BBFi stwierdził że można się depresji nabawić czytając te historie... no cóż grunt, żeby się kończyły happy endem.
Ale co lepsze raz zaczął czytać jakiś wpis na głos (opis jakiegoś snu) i stwierdził, że niektóre z nas to się nadają do psychiatryka - to był MÓJ PAMIĘTNIK
jak mu o tym powiedziałam to dziwnie na mnie popatrzył i poszedł sobie 
Odebrałam wczoraj wyniki ANA - miano - 1:2560 ;( niewiele na ten temat znalazłam w Necie ale na pewno takie przeciwciała nie sprzyjają ciąży
mam nadzieję, że nie zniwelują naszego Małego Ludka 
Jutro wizyta u doktorka. Strasznie się denerwuję czy Mały Ludek jeszcze tam jest. Nadal nie mam żadnych objawów. Czuje się świetnie. Nawet senność i zmęczenie już mi tak nie dokuczają. A brzuch nadal płaski, no chyba że się najem to go trochę wywala, ale nie wiem czy to ciąża czy zawsze tak było. Już schizuję całkiem 
Wiadomość wyedytowana przez autora 25 czerwca 2019, 13:26
Waga: 77,6
Myślałam, że nie będę pisać do wizyty ginekologa a tu jednak... Wieczorem przeczytałam cały pamiętnik jednej ze staraczek, zdołowałam się strasznie, zaczęłam rozmyślać o sobie i efekt był taki, że nie mogłam później zasnąć. Męża nie ma, więc napisałam mu wiadomość, zadzwonił z samego rana i się zaczęło... po 10 minutach wojny nie wiadomo skąd wojna jak jasna cholera. Nie dogadujemy się już od dłuuuuższego czasu. Żeby tego było mało, wczoraj teściowa miała imieniny a ja dopiero dziś zobaczyłam je w kalendarzu, w robocie dostałam ni z tego ni z owego nagłego rozwolnienia boje się cokolwiek zjeść
Upały są nieziemskie, pozwolili wyjść godzinkę wcześniej pod warunkiem, że jedna osoba w biurze zostanie. Ja z racji rozwolnienia nawet się nie zastanawiałam tylko spakowałam manatki i szybko się zwinęłam 
Za 2 tygodnie wizyta i zaczęłam mieć wątpliwości jaki w tym wszystkim jest sens. Zastanawiam się, że nie umówić się od razu do kliniki leczenia niepłodności, problem polega jednak na tym, że zarówno do Poznania i Wrocławia mamy po 200 km w jedną stronę. Czy któraś z Was dojeżdża tyle do lekarza? Dajcie jak dajecie z tym radę? Którą klinikę polecacie w Poznaniu i Wrocławiu i jakich konkretnie lekarzy ?

święta święta i po świętach
tyle pracy w nowym mieszkaniu, że nie miałam czasu poczuć magii Świąt
nie miałam czasu na łażenie po sklepach, przyozdabianiu domu itp
Święta to był też TEN czas ..przemieszczając się między domami rodziców i teściów wpadaliśmy na chwilę do naszego 
Mam nadzieję, że to wystarczy, bo ovu zaznaczyło owulkę 26.12 a my po powrocie nie mieliśmy siły na nic.
Kurcze dawno już się nie nakręcałam ale patrząc na to kiedy były
mam nadzieję, że chociaż jeden cwaniak
dostanie się do celu no i oczywiście mam nadzieję, że była owulka
Pójdę po nowym roku zbadać progesteron (tak radziły dziewczyny). Zastanawiające są te plamienia do 5 dni przed @. Może faktycznie mam za niski progesteron i nawet jak coś się dzieje to nie ma szansy się utrzymać
zaczynam modlitwę do wykresu 
Wiadomość wyedytowana przez autora 30 grudnia 2013, 15:22
Ernest w czwartek skończył 4 miesiące. Rozwija się w zadziwiająco szybkim tempie. Zastanawiam się czy ta fizjoterapia za bardzo go nie przyspiesza.Ostatnio fizjo mówiła, że jest duża poprawa. Muszę ją podpytać czy długo jeszcze musimy chodzić. Od około miesiąca obracał się z brzucha na plecy. A od kilku dni obraca się z pleców na brzuch! Odkąd załapał robi to bez przerwy. W nocy samodzielnie przekręca się na bok i z reguły śpi w tej pozycji. Kilka dni temu zaczął się też śmiać w głos. Tego samego dnia co ogarnął obroty. To wytłumaczyło kilka bezsennych nocy które to poprzedziły. Chyba oznaczały skok rozwojowy. Poza tym wszystko wporzo. W sobotę lecimy do Norwegii. Zrobił się z niego mały dzikus. O ile ktoś nowy jest i go nie dotyka to ok, ale jak ktoś za szybko chce go wziąć na ręce to jest wrzask na pół dzielni
oczywiście zaraz myśli czy to moja wina... czy za mało go socjalizuje. Ale podobno to bardziej genetyka. A że matkę ma introwertyczkę to co poradzić.
Wiadomość wyedytowana przez autora 1 lipca 2019, 10:23
Nadszedł ten sądny dzień rano była na becie, dostałam wynik niestety negatyw... nie mam już do tego wszystkiego siły ani pieniędzy nie mam już od kogo pożyczać na kolejne próby... jest nam bardzo ciężko ... nie wiem jak przetrwam święta...
http://naforum.zapodaj.net/thumbs/1e91aacd6b49.jpg
Witamy się w 7 miesiącu i w 3 trymestrze!!! 
W poniedziałek wizyta
Ciekawe ile nasz Alinek urósł 
Niech ten czas leci,już nie mogę się doczekać kiedy będę mogła przytulić naszą kruszynkę 
26 czerwiec 2019 r.
Nie wiem dlaczego dopiero teraz zdecydowałam się pisać pamiętnik ale chyba ze względu na to że niedawno przeszłam operację wyłuszczenia mięśniaka i dla mnie to nowy początek. Mam nadzieję że lepszy początek bo wcześniejszy był chaotyczny. Ten cały czas który straciłam na niepotrzebne badania i faszerowanie się na darmo lekami, które jak się okazało brałam zupełnie niepotrzebnie. Te wszystkie wizyty i usg które były zbędne i pieniądze które straciłam na darmo. Ech...
Nie chce tego rozpamiętywać ale mam żal do lekarzy którzy umieli tylko narobić nadziei i zostawić jak już nic więcej nie potrafili zrobić. Najbardziej boli stracony czas bo tego mi nikt nie wróci a on jest tak cenny.
Teraz gdy wiem że jestem pod opieką dobrego lekarza, który wie co robi a przede wszystkim działa a nie czeka jest ta iskierka nadziei ale póki co skryta i cichutka w kąciku niewiary. Czekam na pierwszą wizytę kontrolną po operacji z niecierpliwością. Chce w końcu zobaczyć czyste usg, czystą macicę bez żadnych tworów w środku i przede wszystkim chce usłyszeć że teraz mam szanse na ciążę. Chce żeby ta iskierka nadziei która się we mnie tli stała się płomieniem aż w końcu ujrzę to upragnione światło które jest mi tak potrzebne do życia. Czekam z nową wiarą.
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2019, 06:36
Dziś już wtorek, jeszcze 3 dni i weekend, co prawda dość pracowity, ale przyjemny...
Upalnie na dworu, można korzystać z basenu 
Planuję lipcowy wypad w góry na weekend 
25+3
No i pojechał..
Trochę smutno bo było wesoło i dużo się działo
Pola wujka uwielbia, kuzynowi się podobało i myślimy o wizytacji u nas pod koniec września (czyli tuż przed porodem!).
Wczoraj odpoczywaliśmy w domu,wystawiliśmy basen dla Poli a dzisiaj rano pożegnałyśmy ich do domu.
My udałyśmy się na miasto załatwiać i wróciłyśmy na obiad.
Popołudniu Pola się pluskała a ja troszkę odpoczywałam bo brzuszek bolał.
Od jutra odpoczywamy aż do wesela 
Ja postanowiłam wziąc się za siebie. Przesadziłam z obżarstwem i są skutki. Mam mega cellulit i wielki zad i czuję się z tym źle.
Muszę pomału zacząć ogarniać wyprawkę Olusia bo jeszcze jestem nieogarnięta z niczym .
Przed nami fala upałów więc na pewno czeka nas czas w domku i ogrodzie póki co a to nam się zdecydowanie teraz przyda 
Test ciążowy negatywny. Przecież wiedziałam, że tak będzie.
Smutno mi, mojemu mężowi też.
Lipcu mam ochotę zrobić sobie przerwę od tego wszystkiego 😔
Kierownik dziś zadzwonił mam nieoficjalnie umowę na czas nieokreślony 😂😂😂😂😂
Jedynie nie udało mu się uzyskać abym miała lepsze stanowisko i kasę. Ale najważniejsza jest umowa 😄
Dziś jadę na badania immuno
Test imk
Test CBA
ANA
Cross match
Trzymajcie kciuki za dobre wyniki.
Wczoraj i przedwczoraj to był 5i 6 dpo miałam silne bóle miesiączkowe i PMS dawno tego nie mialam. Myślałam że @ przylezie tempka niska.
Wczoraj byłam na Aku i odczuleniu. Kobitka nauka mi miejsca maciczne a kobitka z biorezonansu dodała progesteron.
A dziś tempka w górze i PMS i bóle znikly jestem jak nowo narodzona.
Wczoraj rozmawiałam z Panią z biorezonansu czy mogę brać intralipid na bazie soi po odczuleniu.
Pani zakazała duże ilości gdyż alergia wróci, wystarczy że będę brać progesteron na bazie soi.
W chwili obecnej 5 sesji na jajka miałam 3 sesje na laktozę i mleko zaczęłam teraz soję. Robię pod ivf te najważniejsze.
Potem zostanie kakao kurczak i słoneczko.
Ważne że to idzie do przodu.
Kolejne sprawy mój daje wypowiedzenie w firmie. Chce zmienić pracę. Na dość obecnej , zwialniaja ludzi i jeszcze dają nagany za byle co. Niestety też dostał.
Chce złożyć w tym miesiącu jeszcze by umowa zakończyła się 31 grudnia.
Bo od nowego roku jakby w tej firmie został to by naliczyli mu nowy urlop a potem po zmianie nie miałby nic.
Więc ryzykujemy.
A co z tym idzie będziemy mieli tylko 1 podejście pod ivf. Jak teraz się nie uda to kolejne pewnie na lato.
Najważniejsze aby mieć jak najwięcej zarodków do mrożenia.
Już jestem w miarę ogarnięta po zabiegu. Wczoraj mnie ręce i szyja bardzo bolały - wyrównywanie się ciśnień. No i brzuch, bo nie jadłam 2 dni. Opowiadam wszystko ze szczegółami. Długi weekend spędziliśmy aktywnie i to była super sprawa, bo nie myślałam o zabiegu. Zaczęłam myśleć, jak zaczęliśmy wracać w niedzielne popołudnie do domu. Zaczęłam też płakać i świrować, bo włączył mi się moduł strachu. I głupia jestem, bo zawodowo stoję na straży bezpieczeństwa obrotu prawnego nieruchomościami, uprawiam raczej ekstremalne sporty, mam upartego Mężusia (co mnie podkusiło?), a po prostu bałam się operacji. W poniedziałek prawie całą drogę do kliniki również ryczałam. Nie ryczałam, jak zasnęłam na pół godziny w samochodzie. Dojechaliśmy do kliniki, ja już się ogarnęłam, pytam Mężusia, czy widać, że płakałam - "Nie, Krąseleczko, nic nie widać", teraz już wiem, że kłamał. Zdrajca. Wyszłam z auta, idę do kliniki, tuż przed drzwiami się zatrzymuję i... Tak, płaczę. Zostałam wyprzytulana przez Mężusia, przeszliśmy przez drzwi, a na rejestracji widzę swojego speca od laparoskopii już w fartuszku operacyjnym. "Witam Panią, jak się Pani czuje?" - "Fatalnie, dziś fatalnie" - "E, a ja widzę, że dziś jest Pani w wyjątkowo świetnym stanie". Chłop jak dąb z lekarza. Położył mi swoją dłoń na plecach. To było coś tak uspokajającego, że wow. Nie powiedział "będzie dobrze", po prostu opiekuńczo położył swoją dłoń na moich plecach. Położne mnie zaprowadziły na salę, byliśmy 50 minut przed czasem, bo na trasie nie było korków. Leżałam sobie, przychodziły, wypełniały ankiety, sprawdzały wyniki badań. Ja sobie czytałam książkę albo słuchałam głupot Mężusia. Przyszedł lekarz, zaprosił mnie na usg, na usg już wiecie jak było. Dowiedziałam się, że mam wrodzoną wadę budowy macicy, która jest widoczna na usg. W związku z tym na fotelu się popłakałam, bo na szybko sobie przeliczyłam ile miesiączkuję i że przecież regularnie raz w roku byłam u ginekologa na cytologii i usg. Ginekolodzy w Radomia, Szydłowca, Katowic, Lublina, Warszawy. Żaden tego nie widział. No potrafię zrozumieć, że te 17 lat temu aparaty usg były inne, ale w przeciągu 2-3 lat, żeby nikt tego nie zauważył, tylko, żeby mi nawijać na uszy makaron - "Ma Pani piękną macicę", "O jaka piękna, uśmiechnięta macica", "Idealna do noszenia dzieci", "Podręcznikowa macica". Wypiszę się, wykrzyczę, wypłaczę, wyżalę i może będzie lepiej. Może. Ciule, szuje, mendy wsze. Jak już się popłakałam na fotelu podczas usg, to lekarz, położył mi tym razem rękę na moim dekolcie, między szyją a piersiami. Powiedział mi, że tu jest ośrodek stresu i jak tu przyłożymy spokojną dłoń, to pacjent się uspokoi, tak go uczyli w USA, a tam równie ważne jak umiejętności medyczne, są umiejętności psychologiczne. I to też super zadziałało. Potem to powiedziałam Mężusiowi i jak przyjmowałam kroplówki przed zabiegiem, to tak trzymał mi dłoń
Przeszliśmy z lekarzem z gabinetu na moją salę i uwaga, szłam obok niego. I słyszę: "A co Pani tak sama idzie? Na zabieg, to się idzie za rękę z lekarzem!". Chwycił mnie za dłoń, jak rodzic prowadza dziecko (chłop jak dąb, ja 177 cm, 55,5 kg wagi), przed drzwiami do kliniki stał akurat Mąż/Partner innej pacjentki i powiedział "O właśnie na Was czekałem, żeby Wam drzwi otworzyć"
wiem, drobnostka, ale dla takiej Cykoriady, jaką wtedy byłam każdy taki element dodawał otuchy. Potem to już kazali się przebrać w super seksowne wdzianko, Mężuś stwierdził, że uwielbia mnie w bieli
Zdjęłam biżuterię, założyli mi wkłucie i poszła pierwsza kroplówka. Potem antybiotyk, jakaś końska dawka. Wkłucie zakładała mi studentka, tak bolało, że powiedziałam jej, że musi jeszcze poćwiczyć. Przy drugiej kroplówce przyszedł anestezjolog, przedstawił się i opowiedział, jak to wszystko będzie wyglądać - że będę spać, dla mnie to będą 3 sekundy, zamknę i otworzę oczy, że będę mieć założoną intubację i będzie za mnie oddychał sprzęt - przestraszyłam się na maksa, bo szczerze myślałam, że znieczulenie znieczuleniem, ale intubacja to wyższa szkoła jazdy i to się zakłada, jak coś niefajnego się dzieje na sali operacyjnej. Powiedziałam mu, że się boję - odpowiedział, że to jak najbardziej normalne, że nie codziennie mamy operacje i to naturalne jest. Zapytałam go, skąd będą wiedzieć, że ja już na pewno śpię, bo ja się boję, że zasnę tylko trochę, ale nie będę w stanie już powiedzieć, że tylko trochę śpię - cierpliwie, bez grama ironii, wytłumaczył, że monitorowane są różne parametry życiowe i niekoniecznie sprawdzają tylko zamknięcie oczu. Podziękowałam za informacje, oczywiście jak wyszedł, to znowu się popłakałam. Potem przyszła kolejna położona i założyła mi drugą kroplówkę, było już około 12:30, na 10:00 miałam być w klinice, myślałam, że o 10:30 będę już na sali operacyjnej. I to też jej powiedziałam. I usłyszałam "To nie jest zastrzyk, to jest operacja, to nie jest takie hop siup". No, i od tamtej pory nie mówię o laparoskopii "zabieg" a "operacja". Myślałam, że wybiorę całą kroplówkę i mnie wezmą na salę, a tu zaskok, mniej więcej w połowie, przyszła pielęgniarka anestetyczna, powiedziała Mężusiowi "Proszę ucałować Żonę, bo my już jedziemy na salę, widzimy się za jakieś 50-60 minut proszę Pana". Mężuś zdjął mi okulary (pierwsze pytanie po przyjściu do kliniki i uspokojeniu się, to było - do kiedy mogę mieć okulary na nosie?), ucałował w usta, ucałował w czoło, no i z tak bliska, nawet bez okularów trudno nie zauważyć 2 wielkich łez kłębiących się w kącikach jego oczu. Potem sobie wstałam w tym seksownym wdzianku, kroplówka do ręki, toaleta i przejście na salę operacyjną. Założenie czepka, schowanie włosów pod spód. Powiedziałam wszystkim "Dzień dobry", tak szczerze, to jak ostatni mruk to zrobiłam i wiem, że się strasznie garbiłam (kolejna oznaka strachu - człowiek się kurczy). Kazali się położyć, biodra na brzegu, koszulkę podnieść powyżej pępka, nogi zarzucić. Nogi przypięli czymś. Zaczęli gadać, "Unieruchomimy Pani nogi, Pani Krąseleczko", "Umyję Pani pępek", "Zaraz zakręcimy Pani w głowie", "Jak wrażenia?" - "Kręęęęci miiii sięęęęę w głowie, serce, czujęęęęęę serce, takie wooooolne i jest mi gorącoooo, tak bardzo gorąco" - czułam klimatyzację, ale doprawdy było mi super gorąco. "Tak, gorąco też się może Pani robić, to normalne", "Proszę otworzyć buzię szeroko i wywalić język, ok, teraz proszę zamknąć", "A teraz ma Pani jedno zadanie, przyłożę maskę z tlenem, nasycimy Panią i proszę brać głębokie oddechy, dobrze?" - "Yhy". W tym momencie wszedł spec od laparo na salę i usłyszałam jeszcze "Oh, już znieczulona?" - "W trakcie, ale jest bardzo podatna". Głowa anestezjologa nad maską i słowa "Do zobaczenia" - "Dooooo zooooooobaaaaaaczeeeeniaaaa".
Anestezjolog mówił, że tuż po zabiegu będę wykonywać proste zadania np. mrugnięcie oczami, uściśnięcie ręki, wskazywanie skali bólu. Nie pamiętam z tego nic.
"Pani Krąsi, budzimy się, już po zabiegu, Pani Krąsi, mówiłam, żeby tą rękę trzymać przy sobie" - Krąsi sobie myśli "moja ręka będzie tam, gdzie będzie chciała.
"Pani Krąselko, jak się Pani czuje?" - kciuk w górę, niczym Cezar. Na warsztatach jedna z dziewczyn powiedziała mi, że śrubki mi puszczą i będę gadać farmazony, no to zapraszam
"Polecam Panu wspinanie, wspinanie jest super, to świetne dla Pana, wspinanie mi się śniło" - "Tak? To dobrze." Potem pamiętam, że wołałam Mężusia po imieniu, stała przy mnie ta studentka, która zakładała mi wkłucie i zapytałam ją, gdzie jest mój Mąż. Powiedziała, że nie wie, poprosiłam, żeby po niego zadzwoniła, że telefon wystarczy posmyrać i się odblokuje, a Mąż jest jako ICE zapisany. Zadzwoniła i zaraz przyszedł. Nie spodziewał się, że to będzie tak błyskawiczne. 13:03 przyszła pielęgniarka po mnie, 13:53 studentka dzwoniła po niego. Studentka stała przy mnie, jak twierdzi Mężuś między 1,5 a 2 godziny i kontrolowała, czy na monitorze jest wszystko ok. Mi się wydawało, że stała 30 minut. Pospałam, pogadałam z Mężusiem, Mężuś trzymał za rękę, dostałam drgawek, albo nerwy schodziły, albo znieczulenie, zostałam przykryta dodatkowym kocem. Cały czas mi się pić chciało. I jeść. I Mężuś potem powiedział, że każdego, kto przychodził pytałam o picie i jedzenie
i taka jedna, położna, taka siekiera (młoda siksa), powiedziała mi, że nie będę mogła dziś jeść, a ja jej na to "Niech Pani tak nie mówi, niech Pani mi powie, że będę mogła dziś zjeść, ale bardzo późno, np. około 22:00". Lekarz tego dnia do mnie już nie przyszedł, Mężuś siedział ze mną do 19:00. Około 20:00 przyszedł inny gin na kontrolę i powiedział, żeby raczej się nie przebierać w swoje rzeczy, kąpiel odłożyć na jutro, a dziś umyć zęby, że mogę nawilżyć usta, ale dopiero około 21:00. Przed 21:00 przyszła położona pobrać krew na sprawdzenie parametrów po operacji, a potem poszłyśmy do łazienki, przeraziła mnie ilość krwi. Bo ja w sumie to tak nie myślałam, jak to będzie. A zęby myłam na siedząco. Z przyjemnością wróciłam do leżenia. Włączyłam sobie travel channel i podróżowałam po świecie. Około 21:30 dali mi kisiel
pyszny kisiel, pyszniutki!!! Dali jeszcze przeciwbólowy, bo zaczęły boleć ramiona. Przespałam całą noc i dopiero następnego dnia, poszłam się wykąpać, przebrać w swoją piżamkę. Zjadłam śniadania, owsiankę na mleku i herbatkę i wypiłam jogurt wysokobiałkowy przemycony przez Mężusia oraz chyba z pół litra wody z rana. Przyszedł lekarz jeszcze z nocnej zmiany i pierwsze słowa to było "O!!! W jakiej jest Pani formie!!! No super, bardzo się cieszę!", a potem przyszedł lekarz spec od laparoskopii i oto co wyszło poza przegrodą: zrosty ujścia macicznego jajowodu prawego. Ujście odtworzono. Założono żel antyzrostowy. Brak endometriozy - punkt dla mnie, minus dla naprodoktorka ("Za tym, że ma Pani endometriozę przemawia statystyka, 4 na 5 kobiet ma, więc w 80% przypadków, to ja mam rację" - "Panie doktorze, myli się Pan, ja nie mam endometriozy"). Jama macicy ze zrostami w dni - zrosty przecięto. I teraz tak, skoro ureaplasma powoduje zrosty, a my ureaplazmę leczyliśmy w grudniu, to dlaczego jeden z drugim je.anym patałachem nie położyli mnie na stół operacyjny w styczniu/lutym??? Mniej więcej 5 na 6 owulacji miałam z prawego jajnika. Jak to mogło się udać? Mężuś przeliczył nasze szanse naturalne, wyszło mu ileś tam dziesiątych promila, w in vitro również ileś tam dziesiątych promila. Zarodek nie miałby jak się zagnieździć. I teraz jak sobie pomyślę, że mój Mężuś wyprodukowałby super plemniki, które pokonałyby jego przeciwciała przeciwplemnikowe, które potem pokonałyby moje przeciwciała przeciwplemnikowe, zapłodniły to jajeczko, zarodek schowałby się przed moim systemem immunologicznym i nawet dotarłby do macicy (siłacz), to ku.wa nie miałby się jak i gdzie zaimplantować. Do tego dochodzi mutacja MTHFR, która powoduje, to co napisałam poprzednio mikrozwapnienia w naczyniach krwionośnych, również w tych budujących endometrium, więc endometrium buduje się w sposób niewłaściwy.
Lekarz powiedział mi, że przy takiej budowie jamy macicy kobiety albo nie zachodzą w ciążę, albo dochodzi do nieprawidłowej implantacji, albo do implantacji i ronienia. Powiedział mi również, że zrosty mogą się odnowić, ale mam zastosowany żel, tylko, że w przypadku problemów immunologicznych szanse na odnowienie się są dużo większe (a ja przecież mam całą immunologię skopaną!). I jeszcze zapytałam go, o to, czy jest szansa, że moja córka odziedziczy taką wadę - nie jest to genetycznie uwarunkowane, niech Pani o tym nie myśli, niech Pani się nie martwi Pani Krąseleczko, a następnym razem widzimy się w ciąży!". Podziękowałam mu za miejsce, ludzi, zapytałam, czy mogę przytulić
oczywiście, że tak, więc się wyprzytulałam z nim. Mężuś stwierdził, że i tak nie mam u niego szans, bo to jednak nie byłoby zdrowe poznać kobietę taką dogłębnie, a potem się w niej zakochać 
Wczoraj o 9:00 zwolniłam salę, ale Mężuś był po mnie dopiero o 12:30 (praca) i nie było żadnych problemów z poczekaniem. Dali mi drugie śniadanie, herbaty ile chciałam, wody ile chciałam, nawet załapałam się (Mężuś też) na zupkę
Nie mogę dźwigać, mam zapisany Zinnat, a dopochwowo Ambiofem. Mężuś zawiózł mnie na warsztaty psychologiczne, bo ogólnie czułam się dobrze, dziewczyny stwierdziły, że nie wierzą w to, że wczoraj miałam zabieg i że jestem bohaterką, a ja po prostu wiedziałam, że muszę ten żal z siebie gdzieś zacząć wylewać.
Zdjęcie szwów w sobotę (tych z brzucha, w środku rozpuszczalne), dieta lekkostrawna przez 7 dni, zwolnienie do 10 lipca. Odpocznę z pewnością. A Mężuś zmienił zdanie o specu od laparo - najpierw był inspektor gadżet, a teraz w dalszym ciągu jest inspektor gadżet, ale zna się, na tym co robi i ma genialne podejście do pacjentek.
Mam teraz mieszane uczucia - jestem szczęśliwa, że jestem po. Jestem szczęśliwa, że intuicja mnie nie zawiodła i wybrałam odpowiednią dla siebie placówkę. Mam żal do tych wszystkich ginów, którzy nie łączą punktu A z punktem B, ja jestem prawnikiem z zawodu, nie muszę się znać na swoim zdrowiu, to oni powinni mnie prowadzić, a póki co, sprawili, że tak jak Kalija nie mam zaufania do służby zdrowia (ani publicznej, ani prywatnej) i mam mnóstwo żalu. Ile czasu bym zaoszczędziła? Ile nerw? Dużo.
Bardzo dziękuję za wsparcie, myślę, że same wiecie, ile to znaczy w takich trudniejszych momentach 
Ciągle pod górę. Mąż już by chciał zmienić pracę itd. A firma sobie nie wiem w co gra. Choć nigdy nie robili tego złożyli mu odwołanie do orzecznika szpitalnego. Co fajnego trzymali go 1,5 tyg po czym łaskawie zadzwonili zeby sam zadzwonił do szpitala, i się umówił na wizytę. Ma jechać 1 lipca dopiero. Mój wierzy że nie przejdzie i dadzą mu nie wypowiedzenie bo bez tego nie może zacząć nowej pracy. Ja od 2 lipca rozpoczynam urlop. Więc tylko cud może się zdarzyć że gdzieś pojedziemy. A kierownictwo takie miłe że nawet nie zadzwoni ani nic. A 9 lipca minie jak nie zarabia.
Przez ten czas mój wziął się do roboty i maluje pokój i kuchnię bo zawsze nie było czasu. A tak choć takie porządki się zrobi. Bo 7 lat nie było malowane od razu czyściej się zrobiło.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.