Byłam wczoraj u doktorka. Na szczęście przyjął mnie między pacjentami i nawet nie musiałam płacić. Tylko mu pokazałam receptę z Neoparinem i zapytałam czy już mogę brać. Powiedział, że tak, więc od razu zakupiłam lek i wróciłam do Kliniki, gdzie pani pielęgniarka zrobiła mi pierwszy zastrzyk z instruktarzem. Dzisiaj muszę zrobić sama wieczorem i nawet męża jeszcze nie będzie w domu, więc trochę się boję. ale dam radę
Po wczorajszym mam taką mocno czerwoną kropkę wielkości groszka... już sobie wyobrażam mój brzuch za parę miesięcy. Biedronkowy, albo a'la ofiara przemocy domowej 
Wczorajszą noc się stresowałam, bo nie wiedziałam czy doktorek nie będzie miał wątków, że byłam u kogoś innego, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, tylko kazał brać heparynę. No to sobie wieczorem "znalazłam" nowy problem przez który nie mogłam spać całą noc. Mianowicie nachodzą mnie obawy, czy nasz Mały Ludek nie ma przypadkiem jakiegoś zespołu wad genetycznych. Czy brałam wszystko co mogłam by go uchronić, czy na pewno moja mutacja MTHFR nie zrobi nam psikusa. Po prostu mam cholerne obawy, czy bym takie dziecko kochała, chciała, że będę się go wstydzić itp.
No wiem, głupia jestem, bo po pierwsze na pewno go będę kochać, a po drugie to będzie cały i zdrowy!!! Zwariuję do 9 lipca (PAPPA) a od dzisiaj melisa obowiązkowo na sen.
A no i pani w rejestracji powiedziała, że 9 lipca (to będzie 11t3d) jest ok i że mnie na ten dzień umawia (doktor, który mi robił pierwsze usg napisał, że kolejne badanie referencyjne za 4 tygodnie to wypada dokładnie 5 lipca) )chociaż mój doktorek radził mi na wizycie dopiero 16 lipca (ale to nie on będzie robił to badanie bo od tego jest ten od pierwszego usg).
W sumie to mi odpowiada opieka w dwóch miejscach. Doktorek jest pod telefonem 24h i dwa razy w tygodniu przyjmuje w Wawie. W sumie jest moim głównym prowadzącym i myślę, że nie będą sobie wchodzili w kompetencje z panią doktor z Karowej, którą mam raz na miesiąc. W razie komplikacji jestem już zabukowana w przychodni przyszpitalnej. Dostaję Neoparin na receptę z refundacją, to też zawsze coś, a do tego od 14 sierpnia będą mi tam robić nie echo, a jakieś przepływy co tydzień. Tam przynajmniej wiedzą z czym się je zespół sjogrena i jak prowadzić takie ciąże. Czuję się jakoś taki bezpieczniej.
Rano mój brzuch się bawi w chowanego, a kiedy leżę, to już w ogóle udaje linię modelki, ale jak chodzę w obcisłej bluzeczce po mieszkaniu, to już co nieco widać, no i spodni nie dopinam. Fajnie 
Odebrałam wyniki z Diagnostyki:
TSH 0,751 µIU/ml (nawet spadło w porównaniu z czerwcem)
FT4 1,35 ng/dl
Wszystkie inne - potas, d-dimery, morfologia, fibrynogen i kreatynina też w normie 
Praktycznie jestem idealna 
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lipca 2019, 15:52
Postanowilam, ze moze jak przezuce moje mysli i uczucia do pamietnika to pomoze mi poradzic sie z moja codziennoscia. Nie chce zawracac glowy mojemu mezowi, bo wiem, ze sam sie martwi ale jest pozytywny za nas dwoje.
Moze zaczne od poczatku bo sporo czasu uplynelo odkad postanowilismy, ze chcemy miec dziecko. W styczniu zeszlego roku, moja firma zorganizowala duza impreze z noclegiem.... Wyliczylam ze akurat bede miala owulacje... Wiec pomyslalam swietna okazja. Nic nie powiedzialam mezowi, ze bedzie owulacja zeby sie nie nastawiac... Bawilismy sie swietnie, potem zmeczni wrocilismy do pokoju z szampanem o dalej swietowalismy. Potem przez kolejne dni, probowalismy naszych sil. Bylam pelna optymizmu, kupilam testy ciazowe o wyczekiwalam momentu gdzie bede mogla zrobic test. Niestety nie mialam szansy zrobic testu, okres przyszedl. Troche zawiedziona, ale mowie uda sie nie dlugo. I tak minelo 6 miesiecy. W miedzy czasie, zaczelam chodzic do lekarza zeby dostac skierowania na badania.... Wyniki zaczely przychodzic i wszystko bylo w porzadku... A ciazy jak nie bylo tak nie ma...
W koncu dostalismy skierowanie to kliniki nieplodnosci, ale dopiero na luty 2019. W miedzyczasie nasza intymnosc powoli zaczela umierac.... Zadnej spontanicznosci tylko przykry obowiazek.....
Wczoraj byłam u hematologa numer 3. Korzystając z okazji, że i tak jechałam do stolicy na warsztaty psychologiczne, to stwierdziłam, że tym razem szczęścia spróbuję w Warszawie. Głupia ja.
35 minut opóźnienia, bo przecież trzeba pacjentów zapisywać (i inkasować kasę) co 15 minut, a to, że potem czekają, wcale nie oznacza braku szacunku dla nich i ich czasu. W końcu wchodzę. Mówię doktorowi, co mnie sprowadza: mutacje w genach odpowiedzialnych za krzepliwość krwi oraz zalecenie ginekologa, celem m.in. skontrolowania dotychczasowego leczenia i uzyskania zaświadczenia na refundację leków przeciwzakrzepowych.
A doktor Krzysztof Gawroński (odradzam) mówi mi: Szanowna Pani, Pan doktor wprowadziła Panią w błąd, nie trzeba posiadać specjalizacji hematologicznej, żeby przepisać leki z listy leków refundowanych. Listę tą ustala NFZ, ona się zmienia co 3 miesiące, ale każdy lekarz z prawem wykonywania zawodu może przepisywać te leki.
Zaczął przeglądać badania, spytał o homocysteinę, czy przyjmuję foliany, czy miałam robione badanie na białko S i C. Na te ostatnie nie miałam. Potem zaczął coś pisać na kompie. Pisał i pisał. Pisał i pisał. Nic nie mówiłam, chociaż już byłam w niedoczasie, ale stwierdziłam, ok, załatwię sprawę i koniec tematu. Pisał i pisał. Oddał mi wyniki badań, więc myślałam, że je pospisywał. Pisał dalej. A potem wydrukował, co napisał, dał mi i zaczął jeszcze czytać na głos wskazując palcem kolejne zdania, to co napisał:
Doktor: Proszę Pani, tu jest list ode mnie do Pani ginekologa: Szanowny Doktor specjalista ginekologii i położnictwa. Uprzejmie proszę o nieinformowanie błędne Pacjentki o możliwości ustalenia wskazań do otrzymania refundacji na heparyny drobnocząsteczkowe, czy też inne leki przeciwzakrzepowe. Lekarz hematolog nie ma wpływu na listę refundacyjną leków. (Tu powiedziałam twardo "Do rzeczy" i przerzucił kartkę na drugą stronę, gdzie było napisane, że mutacja ta nie jest na liście i nie podlega refundacji, ale treść listu przepiszę, przynajmniej częściowo dalej) Wg ostatniej listy NFZ z bieżącego 2019 roku wskazania do refundacji heparyny są następujące: "tu cytat z listy na 24 linijki". I dalej z listu drukowanymi literami, które pominę, bo są drażniące: Z przytoczonego przeze mnie tekstu wynika, że chora nie ma wskazań do refundacji heparyn drobnocząteczkowych.
Rozumiem doskonale chęć naprawy własnego środowiska, bardzo dobrze to rozumiem. Tylko w życiu Romana nie przyszłoby mi do głowy jechanie po innym przedstawicielu mojego zawodu czy zawodów pokrewnych (biorąc pod uwagę, że prawnicy mają aplikacje, czy coś w stylu specjalizacji lekarskich) przy interesancie vel pacjencie. No w życiu!!! Takie rzeczy załatwia się twarzą w twarz. Zmarnował mi dodatkowe 20 minut czasu, wyszłam bez niczego. Z totalnym poczuciem żenady. Dziś z rana napisałam maila do placówki z reklamacją i żądaniem zwroty 3/4 ceny (zapłaciłam za wizytę 208 zł), stwierdziłam, że nawet jak nic nie uzyskam, to przynajmniej się postawię, może ktoś przeczyta tego maila i się zastanowi, może nikt inny nie będzie musiał doznać takiego upokorzenia jak ja wczoraj. W trakcie tej całej walki z niepłodnością, dużej ilości ludzi i sytuacji odpuszczaliśmy, bo stwierdzaliśmy z Mężusiem, że szkoda naszych emocji i czasu na działanie, ale wczoraj czarka się przelała.
12+2
Wczoraj usg prenatalne, dzidzia zdrowa, pięknie rośnie na 70% dziewusia ( tak jak przeczuwałam) trochę się uspokoiłam... teraz czekamy na wyniki krwi z testu pappa i opis lekarza.. następna wizyta 18 lipca. Rośnij dzidziu prawidłowo i zdrowo !!
🤞🤞✊✊
po chorobie prawie ani sladu, zostal delikatny katar i troche kaszlu po przespaniu drzemki lub nocy.
bylysmy dzis na adaptacji. ok godzinki na sali i pozniej wspolny spacer. Ola poki co swietnie zareagowala, oczywiscie porzucila matke i poszla do zabawek. tylko dwa razy w ciagu godziny podeszla do mnie, zeby ja gdzies za raczke zaprowadzic.
jutro zostanie po muzycznym powitaniu od ok 9.30 sama. godzina w sali zabaw, pozniej spacer i obiadek drugie danie, a ok 11.30 odbieram ja zaraz przed drzemka.
w piatek planujemy z ciociami zostawic ja na drzemke i zupke po drzemce. i zaraz potem ja odbieram. chcialabym powtprzyc schemat piatkowy jeszcze w poniedzialek i wtorek, jesli bedzie dobrze reagowac wydluzymy czas do ok 15. potem do 16.
jestem bardzo dobrej mysli.
widziala jak sie opiekuja chlopcem, ktory rozpoczal adaptacje w zeszla srode..... matka pierwszy dzien z nim jak my dzis, a nastepnego dnia juz na 9h go zostawila.... WTF!!!!! jak mozna zrobic cos takiego dziecku?????????????? Michalek plakal prawie caly czas, cicia tulila i sie uspokajal. dziecko na kp, wiec pewnie tym ardziej mu trudno. boze... jak mozna tak zaplanowac adaptacje?
to ja uwazam, ze nasza jest szybka! ale zastrzeglam sobie, ze jesli bedzie taka mozliwosc to zwolnimy tempo. wszytko zalezy od Oli. po prostu wodac, ze sie tam dzis calkiem fajnie odnalazla, wiec idziemy ogolnym schematem. jesli bedzie zle, zaplanujemy cos pod nia.
opieka wydaje sie byc profesjonalna i sympatyczna. dzis dostane dostepy do monitoringu i bezposredni nr tel na sale zabaw dzienna dzieci. zawsze gdy mamy maja jakies sugestie (za cieplo, rozebrac, glodne, polozyc wczesniej spac itd) mozna dzownic i prosic, jesli nie zostanie wylapane przez ciocie i one spelniaja wszelakie prosby.
jestem zadowolona 
Edit. I jeszcze jedna super sprawa. Dostanę dostęp do aplikacji, gdzie odnotowywane jest ile dziecko spało, ile.kup zrobiło, czy jadło itp. Super. Naprawdę o tym nie wiedziałam jak ja zapisywalam. Dzięki temu dużo rzeczy jest pod kontrola 
a to menu na ten tydzien. powiedzmy, ze jada w domu lepiej, ale nie ma tragedii 
![]()
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lipca 2019, 13:21
Wczoraj rozpoczęłam 13 tydz ciąży, nigdy nie dotrwaliśmy do tego okresu. Ostatnio miałam trochę stresów bo byłam lekko przeziębiona i bałam się, że zaszkodzę maluszkowi, ale już dochodzimy do siebie
Przynajmniej taką mam nadzieję.
We wtorek wizyta, boję się, ale jednocześnie cieszę, bo maluszka zobaczę, pewnie i nie taki mały 
A tak razem rośniemy 
http://naforum.zapodaj.net/thumbs/918e6d64c465.jpg
http://naforum.zapodaj.net/thumbs/bca985f2c561.jpg
Wierzę, mocno wierzę, że dotrwamy w dwupaku do sierpnia 
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 stycznia 2016, 19:32
Wracają do komentarzy z ostatniego mojego wpisu..
Zgadza się zmagam się z nadciśnieniem ..stale biorę regularnie leki choc obecnie ono jest mniejszym problemem ogólnie. Główny problem u mnie sprawia ,,głowa,, od niej praktycznie zaczyna się wszystko.. lecz nikt nie może mi dac odpowiedzi co się złego poki głowa nie zostanie poddana badaniu rezonansu magnetycznego lecz w moim stanie jest to niemożliwe. Po przeszczepie zmagam się z dużą kreatynina we krwi co za tym idzie ..nie wolno podać mi kontrastu ponieważ się z niego pod żadnym względem nie wyplucze a to bardzo niebezpieczna gesta trucizna i po prostu mnie zabije. Moja nerka nie jest wstanie pozbyć się jej ze mnie.
Dlatego tez nie można wykonać żadnych badan które by mogły wyjaśnić cała sytuację.
To nie tak ze watpie lub malo wierzę w ciążę..
Moja siostra jest tego przykładem jest obecnie w 4 miesiącu ciąży a każdy gin zapewniał ja ze juz nigdy w ciąży przez tarczycę nie będzie.. a jednak jest ..
Nigdy nie przestanę wierzyć w to ze i ka zostanę Mamą.
Po prostu moim największym problemem moim wrogiem jest upływający szybko "czas" którego w żaden sposób nie moge zatrzymać.
Moja przeczepiona nerka od dawcy zmarłego może przestać działać każdego dnia .. jest ona tylko chwilowym zastępstwem od życia utrzymującego przez maszynę dializacyjna.
Nerka od dawcy wytrzymuje zazwyczaj od 4 do 8 lat ..
Ja w grudniu będę miec 4 lata od operacji przeczepienia .. nikt nie daje mi żadnej gwarancji.Nikt nie wie ile będzie ona jescze funkcjonowała ..moze to być rok a moze to byc miesiąc nawet moze byc to jeden dzień..
Do silnego odrzutu może dojść zawsze nie patrząc na dzień ani godzinę.
Gdy jest stan się pogorszy wrócę do życia nerko zastępczego a wtedy temat ciąży zostanie zamknięty .. dlatego kazdy miesiąc jest dla mnie tak ważny i cenny..
Gdy by nie czas pędzący i poważne schorzenia które mi towarzyszą to bym pozwoliła sobie na działanie Matki Natury i z niczym bym się nie spieszyła. Ale ja tego czasu nie mam
..🥺🥺🥺
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 sierpnia 2019, 12:06
owulacja była tak jak przewidywałam.testy negatywne czuje @ na horyzoncie.ufff😁
-> O dziwo od dwóch-trzech dni odczuwam dyskomfort w spodniach, a nie jem dużo więcej niż zwykle.
-> Zdecydowanie częściej latam do toalety.
-> Piersi mam już trochę pełniejsze i bardzo delikatne, więc odczuwam bóle, a jak nie czuję bólu, to je specjalnie dotykam i sprawdzam (jak wariatka) - i wtedy dalej bolą i się uspokajam.
-> Zdarza mi się zgaga i chwilowe mdłości - które szybko przechodzą.
-> Obecnie mogę zasnąć w każdym momencie.
Mimo wszystko, to te objawy nie są męczące - raczej oznaką że ta ciąża trwa. To dobrze. 
Jeśli chodzi o badania i stan ciąży:
-> Od ostatniego USG minął tydzień.
-> Jutro idę do lekarza pokazać wyniki, spodziewam się że dostanę skierowanie na badania z krwi.
-> Nie wiem jak ma się mój krwiak, staram się tym nie martwić. Nie ma co zapeszać. Ciekawe czy lekarz też zleci jutro kolejne USG aby skontrolować to? Zdecydowanie bym chciała. Inaczej zniosę jajo do kolejnego USG w 12 tygodniu (to przecież KUPA CZASU!)
Dalej nie wtajemniczyłam nikogo poza szefową.
Myślę że dwójka przyjaciół się domyśla bo nie piję ani piwka, ani sheeshy nie palę na spotkaniach - ale nie chcemy im nic potwierdzać zbyt wcześnie.
Ale przyznam się że mam ogromną ochotę mówić ludziom ! 
Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lipca 2019, 13:56
No i lujnęło! 😭
ŚRODA
Beta hcg <0,5. Nawet nie drgneła
Czułam, że ten sen był proroczy i nic z tego
nie mam już sił
czekam na @ i zaczynamy 23cykl starań...
13 tyg. (12+3)
Waga: 70,5 kg
Waga cały czas niższa niż na początku ciąży. To -6kg. Położna mówi żeby się nie martwić. W drugim trymestrze powinnam zacząć przybierać na wadze.
W końcu skończył się stresujący okres w pracy. Dostałam umowę do końca sierpnia 2020. Bardzo mnie to cieszy. W pracy jeszcze nie wiedzą, że jestem w ciąży i chcę to przeciągnąć do połowy października.
Dziś mam słaby dzień. Kręci mi się strasznie w głowie. Mam tak jakby kurczę w nogach (takie jakby z waty). I piersi dokuczają. A jeszcze długi dzień w pracy.
Cały czas waham się do kiedy pracować. Chciałabym do końca stycznia. Pracuje w szkole i wtedy skończy się semestr, i tak chyba byłoby najłatwiej dla zorganizowania zastępstwa. Z drugiej strony, są takie dni jak dziś kiedy się zastanawiam czy nie przesadzam... Czy dla maleństwa nie byłoby lepiej gdyby wcześniej została w domu... Mam mętlik w głowie.
Dziś w pracy moje koleżanki, które zaszły w ciąże bez problemu, stwierdziły że osoby, które adoptują dzieci mają lepiej. Chodzą na szkolenie, które trwa 9 miesięcy i są przygotowani do przyjęcia dziecka. A oni biedni, którzy mają własne dzieci nie zostali przez nikogo przeszkoleni. Ręce opadają.
Jestem strasznie rozczarowana... Czuje w środku taka ogromna złość, bezsilność i ból... Różne uczucia kłębią się we mnie... Tak strasznie działa na człowieka bezsilność. To chyba najgorsze uczucie jakiego człowiek moze doświadczyć. Moment, w którym nie ma mozliwosci nic zrobić...
Sugar, ilość opiekunek to jedno, a organizacja drugie.
Są 4 opiekunki na grupę 14 dzieci plus w razie kryzysu 2 panie pomagające caly dzien z czystością, przygotowywaniem posiłków itp.
Natomiast postawienie kreski na tabelce, która wisi przy przewijaku nie zajmuje dużo czasu. Na koniec dnia zaliczane są kreski w danej kategorii i wrzucane do apki. Cały proces wpisywania do apki 15min. To dane podsumowujące. Nie wpisywane na bieżąco , co nadal ma sens bo w pracy nie będę sprawdzać czy dziecko zrobiło 1 czy 3 kupy, ale na koniec dnia owszem zerknę, aby wiedzieć czego się w domu spodziewać
Kolejny dzień. Jakoś nie chce uciekać na fiolet . Nie wiem. Jeszcze nie mogę uwierzyć. 
Jutro jadę na powtórkę hcg i zobaczymy czy ładnie przyrasta. Mam nadzieję że wszystko będzie dobrze. 🙏
W środę mam wizytę u ginekologa na 16.45. Mam nadzieję że groszek jest tam gdzie powinien. Wiem że za wcześnie na serduszko ale może już będzie? To będzie końcówka 5 tyg.
Dziękuję Wam dziewczyny za gratulacje:* jest mi niezmiernie miło czuć wsparcie 🤩❤ życzę i Wam takiego niespodziewanego finału jak u nas 🍀
21t6d
W poniedziałek 1lipca miałam badane serduszko Maleńkiej przez kardiologa,wszystko jest tak,jak powinno być,czyli potwierdzenie badania połówkowego.
Dziś była wizyta ginekologiczna,wszystko dobrze,szyjka 4,5cm.
Na USG też dobrze,Malutka waży 483g.
Ostatnio pisałam,że ginekolog przesłała mi wyniki z testu Sanco plus. Dziś bardzo mnie zaskoczyła,bo spytała czy chciałabym powtórzyć test (WOT???)boooo....wybadali mi wszystko podczas gdy DNA dziecka wynosiło tylko 3%,a zazwyczaj/zawsze??? robią badanie jak DNA dziecka wynosi min 4%...noooooo żeszszszsz to o co chodzi???
Powiedziałam,że nie będę powtarzała znowu tego testu .No kurde skoro wydali wyniki przy niskim DNA,to rozumiem,że dało radę zrobić to badanie?Nooo chyba na pałę nie wydawali wyników???
Spytałam o co chodzi,że było tak mało DNA,to powiedziała,że łożysko tak nie przepuszcza.Ale dlaczego to nie wiem???
Nooo w każdym razie ziarno niepewności znowu zasiane,ale wierzę,że skoro badanie wyszło dobrze,to jest dobrze.
No i druga sprawa,to moja ginekolog prowadząca ciążę nie będzie mi robiła CC,ponieważ nie pracuje teraz w szpitalu.Powiedziała,że w 34 tyg skieruje mnie do ginekologa,który zrobi mi CC i z nim będę się umawiała na konkretny termin w okolicy 38 tyg.
I mam dylemat,czy skoro CC i tak nie będzie robiła to ginekolog prowadząca,to czy iść do lekarza przez nią poleconego/w dużym szpitalu,a właściwie na Klinikach czy szukać lekarza w mniejszym szpitalu,ale o bardzo dobrej referencyjności,tam gdzie miałam poprzednie cięcia???Znam stamtąd lekarza,ale nie wiem czy on jeszcze robi CC,musiałabym pojechać do niego na wizytę.
No i jeszcze zastanawiam się,jak podejść do tematu finansowego,czy spytać wprost lekarza ile kosztuje CC,czy dać po prostu jakąś kwotę,czy CC należy mi się na NFZ???
No to takie mam na dziś dylematy.
Edit. Co do badania testu Sanco- przeszukałam internet i na stronie testu znalazłam jak byk informację,że wykonują badanie nawet przy frakcji DNA 1%,więc skoro u mnie było 3% to można było i tego się trzymam!!!
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lipca 2019, 00:40
Przełożyłam badanie usg i PAPPA z 9 na 12 lipca. Trochę poczytałam, że niby można je robić od 11t1d, ale skoro doktorek mówił raczej o późniejszym terminie, to stwierdziłam, że ruskim targiem przeniosę z 11d.3. na 11t6d. Szkoda, że odwlecze się moment sprawdzenia czy z Małym Ludkiem wszystko ok, ale wolę uniknąć sytuacji, że nie wszystko się da zobaczyć i zmierzyć, bo jest za mały.
Wczoraj zrobiłam sobie pierwszy raz w życiu zastrzyk i to a'la Kevin sam w domu, bo mąż zbyt późno wracał do mieszkania. Przeżyłam. Byłam chyba bardziej podekscytowana niż przestraszona i jakoś poszło.
Po pierwszym zastrzyku, który robiła mi pielęgniarka mam takie kółko ok 5 mm. silnie krwiste, a po moim zastrzyku jest kropeczka po wbiciu igły i takie lekkie zasinienie o szerokości ok 1,5 cm. Szczerze mówiąc lepiej wygląda ślad po moim działaniu
Mam nadzieję, że nabiorę wprawy. Szukam porad w Necie jak uniknąć tych sińców, ale chyba się nie da 
Rano wpadłam w panikę, że mi się brzuch zmniejszył i spłaszczył i że nic nie widać o_O
Mąż mnie pocieszał i mówił, że wszystko ok i że niepotrzebnie panikuję, że gdyby się coś złego stało to Ludek jest już zbyt duży, by organizm nie dał mi znaku o tym, a poza tym przecież ma czas żeby urosnąć, że jak zjem to pewnie będzie bardziej wybrzuszony i takie tam bla bla bla...
Kochany ten mój mąż i taki cierpliwy na wszystkie moje ataki paniki
może po tym PAPPA się bardziej uspokoję.
Dzisiaj wizyta u reumatologa. W sumie i tak sobie już odebrałam wyniki, bo przychodnia zlecała je Diagnostyce i się wyświetliły na moim koncie, no ale pójść trzeba.
18tc
Ale ten czas leci, 100 lat nie zaglądałam do pamiętnika. Chyba trochę bałam się chwalić, żeby nie zapeszyć, ot tryb paranoiczki ciąg dalszy. To teraz trochę się rozpiszę 
Najpierw myślałam, że stres o ciążę przejdzie mi po pierwszym trymestrze, kiedy maleje ryzyko poronienia, potem czekałam na test PAPPA, teraz stresuję się przed USG połówkowym i snuję wizje skracającej się szyjki, której lekarze nie zauważą, chyba taki mój los, że cały czas muszę mieć w głowie czarne scenariusze. Może to przez długie starania, a może tak po prostu mam.
Jest nad czym pracować, żeby Maleństwo nie miało nadopiekuńczej matki-wariatki 
Jeśli chodzi o objawy, udało mi się znaleźć w gronie szczęściar, które początek ciąży zniosły wyjątkowo lekko:
- Od początku jestem senna i zmęczona, mogę spać po 10h + drzemka w ciągu dnia. Trochę uciążliwe przy połączeniu z pracą, ale na razie do przeżycia
- Również od początku częściej chodzę siku, na szczęście w nocy wstaję tylko 1-2 razy. Czytałam, że częste wizyty w toalecie są charakterystyczne w 1 trymestrze, potem przechodzą w 2, żeby znowu powrócić w 3. U mnie nie przeszło, trudno, mogło być gorzej 
- Bóle podbrzusza czułam najpierw na samym początku ciąży ok 6-8 tydzień, potem pojawiły się znowu około 12 tygodnia i trwały znowu 2 tygodnie, teraz od tego tygodnia znowu je czuję - trochę jak przed okresem, ale znośnie. Ginekolog mówi, że to są okresy bardziej intensywnego powiększania się macicy i nie mam powodów, żeby mu nie wierzyć.
- Około 15-16 tygodnia dopadło mnie ciążowe rozkojarzenie. Wcześniej byłam raczej osobą zorganizowaną, a teraz wszystko leci mi z rąk, na zakupach zapominam o połowie rzeczy nawet z listą, w pracy jak czegoś ode mnie chcą to dość często odpowiadam "eheeee, taaak" i nie wiem zupełnie co do licha mam właściwie zrobić
Zawsze irytowały mnie roztrzepane osoby, a teraz sama taka jestem - karma!
I tyle tak naprawdę. Cieszę się, że ominęły mnie nudności, nie miałam też ani razu dziwnych zachcianek, nie zaczęło mnie odrzucać od żadnego jedzenia, nawet tęsknię za winem
Oczywiście nie piję i nie jem żadnych cukierków i potraw na alkoholu, ale podobno większość kobiet czuje obrzydzenie na samą myśl o alkoholu, u mnie nic takiego nie ma miejsca 
Brzuch wciąż jest mały, wygląda bardziej jak przy wzdęciu, chociaż w obcisłe jeansy już się nie mieszczę. Mam wrażenie, że wczoraj poczułam pierwsze ruchy Maleństwa, takie delikatne łaskotki od środka, zupełnie inne niż przy gazach i zwykłym przelewaniu się w brzuchu. Czekam na ciąg dalszy 
W sumie jakoś tak zupełnie normalnie upłynęły mi te tygodnie, nie licząc badań i wizyt u ginekologa, wszystko zostało po staremu. Dalej pracuję, miałam zupełnie inne plany, ale życie wszystko potrafi zweryfikować
Na początku ciąży planowałam iść na zwolnienie najdalej w 10-12 tygodniu, jako że nie lubię mojej pracy i jeszcze przed ciążą zaczynałam szukać innej. Pracę mam biurową, ale dość stresującą, do tego wstawanie codziennie o 5:30 i dojazd często ponad godzinę w jedną stronę w korkach, nie chciałam sobie tego wszystkiego dłużej robić w imię pracy, którą i tak spisałam na straty. Tymczasem dostałam nagle propozycję przejścia do innego działu pomimo, że wiedzą, że jestem w ciąży (o co próbowałam walczyć rok temu, ale wtedy nie było takiej możliwości) i siłą rzeczy muszę jeszcze trochę w pracy zostać. Na razie czekam cały czas jeszcze na starym stanowisku na potwierdzenie transferu, ale najpóźniej od 7 miesiąca, czyli od września, chciałabym już odpocząć, choćby ze względu na pobudki, dojazdy i to okropne rozkojarzenie, które zupełnie serio utrudnia mi wykonywanie zadań. Oby do tego czasu wykokosili się z nową umową i wszystkimi formalnościami!
Żeby nie było tak zupełnie różowo, miesiąc temu dostałam dziwnej wysypki na brzuchu. Zaczęło się od jednej plamki, potem pojawiła się druga, trzecia, a potem w ciągu kilku dni wysypało mi cały brzuch, piersi i plecy. Byłam z tym oczywiście u ginekologa i dermatologa, ale nikt nie wie co to jest. A są to dość duże, czerwonawe plamy, ok 0,5-1cm średnicy, takie jakby lekko wypukłe, z suchym naskórkiem na wierzchu, ale nic się nie łuszczy, nie swędzi i nie zaraziło męża ani nikogo. O dziwo i na szczęście nie rozeszło się poza brzuch, piersi i plecy. Dermatolog wykluczył alergię, azs, liszaj, grzybicę, łupież pstry i kilka innych jakże uroczych chorób, właśnie ze względu na brak swędzenia i to dziwne rozprzestrzenianie się tylko po tułowiu, dostałam kilka na ślepo przepisanych maści, które oczywiście nic nie pomogły i tak chodzę sobie od miesiąca jak muchomor. Nie wygląda to może jakoś szczególnie obrzydliwie, ale o uroczych zdjęciach ciążowego brzuszka mogę zapomnieć. Coż...może kiedyś przejdzie. Dzisiaj idę na kolejną konsultację u dermatologa, choć zupełnie nie wiem po co, chyba tylko zameldować, że kolejna maść nie pomogła.
drugi dzien adaptacji
godziny od 9.30 do 11.30
weszla jak do siebie. zabawa super, muzyczne przywitanie, potem ubieranie na plac zabaw i ja mialam zniknac (ok 10). zrobilam papa. Ola nie plakala. wszystko ok.
ja emocje pozytywne, zadowolona bylam z niej bardzo, cieszylam sie ze nie cierpi, ze ja zostawiam.
zamknelam drzwi od zlobka i emocje mna targnely. normalnie sie rozbeczalam. nie spodziewalam sie tego. bylam naprawde w dorbym nastrpju, pozytywnie nastawiona. ale jednak. to bylo silniejsze. porownalabym to do hormonow po porodzie .... zadzialo sie samo. nigdy nie doswidczylam jeszcze takiego uczucia. duma, przeplatana lekiem, szczescie i troska... nie ze jej sie cos stanie. tylko, ze wchodzi na kolejny etap rozwoju, ze moja dziewczynka dorasta, ze juz nie jest taka malutka (no jest, wiem), ale ze juz nie niemowle...
przyszlam po nia o 11.30. akurat bylo mycie zabkow po pierwszym daniu obiadku. podsluchalam rozmowe innej mamy. jej corka zgodnie z planem jutro juz na drzemce.
Ciocia poszla po moja. ja patrze, a ta czerwone oczy.
juz wiedzialam, ze nie bylo tak super jak to sobie wyobrazalam. okazalo sie, ze polowa czasu na placu zabaw super, a potem zaczela sie troszke zanosic placzem, troche narzekac. moim zdaniem gdlodna i spiaca. dzis na obiad byly leniwe i surowka. surowki nie tknela (w domu tez nie lubi, woli gotowane warzywa). kluski niby zjadla.. tylko, ze w wozku zjadla 3 wafle ryzowe i mus owocowy, wiec na bank sie nie najadla tam. boje sie, zeby dbali o to ile je. a jesli nie zje, to zeby dali mleko przed drzemka. musze jutro pogadac... wizelam jej zupe na wynos. dzis krupnik, jak dla mnie ok, ale moim zdaniem troche za slony dla takich dzieci. ale moze to moje spaczenie. ja zup nie sole jej wcale, no chyba ze szczypta soli do rosolku, zeby nie byl za slodki w smaku od marchewki itd.
dzis juz nie jestem w skowronkach. dzis juz wiem, ze nie bedzie tak latwo. wiem, ze Ola teskni i bedzie przezywac. a ja razem z nia.... no ale nie ma wyjscia musimy to przejsc.
planowana drzemka przeniesiona na wtorek. wiec jesli tamto dziecko zostaje juz jutro, a moje ma o tyle dni przesuniecie, to siwadczy samo o sobie. mysle, ze super nie bylo.
dlatego wlasnie wzielam miesiac na adaptacje. nie chce jej pospieszac.
po wjesciu do domu przebralam ja i od razu zasnela. dlatego mam chwile opisac na swiezo.
podsluchalam tez w rozmowie tamtej mamy, ze Amelka super sobie radzila, bo dzieciom ktore juz chodza jest latwiej i sa pewniejsze siebie. no super. moja jedyna w grupie jeszcze nie chodzi samodzielnie. tylko za raczke. wiadomo, nikt jej tam ciagle prowadzac nie bedzie jak w domu. stad pewnie tez jej frustracje, ze nie jest sluchana tak jak u nas.
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 lipca 2019, 12:25
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.