14dpt
Druga beta w 11 dpt wyniosła 159. Przyrost 160%. Byłam u endokrynologa. 3h czekałam w kolejce
następnym razem wbijam się jako ciężarna. Zwiększył dawkę. Mam brać 1,5 tabletki 88. Czyli 132 dawka. Jestem przeziębiona. Boli gardło i mam katar a od niego boli głowa. Do tego mam uderzenia gorąca i jeszcze jak pomyślę że coś może być nie tak to nie mogę spać. Świruję. Niby jestem zmęczona ale zasnąć nie mogę. Dziś o 5 wstałam. Miałam dziś iść na betę dla spokoju ale jutro pójdę. Myślałam że będę spokojna.... Ehhh oczekiwania vs rzeczywistość. Dziś o 13 hematolog. Już lepiej wychodzą mi zastrzyki.
3 lata temu powiedzieliśmy sobie z mężem "TAK"! Ciąża to najwspanialszy prezent jaki mogliśmy sobie wymarzyć. To Nasz cud! Mimo że jestem przeziębiona postaramy się pójść na kolację ♥️
Mój mąż dzielnie znosi brak seksu. Ostatni raz był 4 sierpnia. Póki nie dostanę zielonego światła od ginekologa nici z seksu. A wizytę mam dopiero 9 września. Jak ja wytrzymam do wizyty??
CZWARTEK
Wróciłam z urlopu... a czuję się tak jakbym na nim w ogóle nie była
zdecydowanie trwał za krótko! 
Jak tylko pomyślałam o tym, że może by tak sobie siknąć na test to niemalże w tym momencie rozpoczęły się mocne plamienia. Test zaoszczędzony
O ironio losu. Tak czy siak. Liczę, że jutro @ się rozkręci i będę mogła zadzwonić do kliniki i umawiać się na stymulację. IUI zaczynamy! NARESZCIE!
Odkąd Młode chodzi/biega jest meksyk. Ucieka mi z łazienki, gania po pokojach, ciężko ją upilnować.
Odrywam się pierdyliard razy. Nie zawsze udaje się uchronić. Przyprawia mnie o stany przedzawałowe.
Przytrzasneła palce, pakując między drzwi. Przewraca się, bo biega ciągnąć za sobą maskotkę w drugiej ręce trzymając piłeczkę. Wczoraj tak upadła, że leciała jej krew z nosa... I trzeba uważać na drzwi wejściowe i tarasowe bo ucieka na dwór. Mamy na podwórku sporo kostki, chce po niej biegać, fuka kiedy chce ją potrzymać za rękę, bo musi sama.
Najbezpieczniej jest na trawie. Czasem puszczam ją boso. Jak Stary kosił trawę, to tańczyła do kosiarki 
Wrzuca swoje pampersy do kosza.
Byliśmy w knajpie na obiedzie - jedliśmy osobno bo Młoda chciała uciekać na zewnątrz zwiedzać świat, gonić psy i koty. Ciekawe jak będzie nad morzem... hehe
Okres jest wymagający, przypomina próby raczkowania i samodzielnego poruszania.
Do tego zęby i marudzenie. Znowu pada o 20. Budzi się o 4 nad ranem i płacze, wołając "mama", muszę nosić i śpiewać bo nie może zasnąć. No i zęby spsikać dentoseptem. Generalnie nieźle, bo śpi do 8, czasem 9. Nie jestem już tak bardzo niewyspana. Ale po całym dniu padam. Czasem już mi się nie chce kompletnie nic, z grubsza ogarniam dom i tyle. Pranie nastawiam wieczorem, programuję "opóźnione zakończenie" aby rano tylko rozwiesić. Oszczędność czasu.
Zjada mniejsze porcje, szybko się rozprasza bo chce biegać.
Co do mnie. Zauważyłam tendencje, że po ciąży... zgrubły mi włosy. Znalazłam zdjęcia sprzed ślubu i miałam rzadkie, cienkie, byle jakie. Teraz są długie (bo nie chodzę do fryzjera...) i jest ich więcej, mimo że swego czasu łysiałam.
Waga spadła, mimo że moim jedyną aktywnością są szybkie spacery i sprzątanie w biegu. Nie mam czasu dojadać (słodycze zjadam tylko w niedziele i tego się trzymam). Poza tym jem dużo, porcje jak dla faceta np. woreczek kaszy na obiad itp. po 3-4 kanapki na kolacje - teoretycznie dużo.
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 sierpnia 2019, 12:08
27 dc, małpa powinna przyjść w każdej chwili. Bóle małpowe były super szybkie (dosłownie na kilka sekund) i małe w piątek i sobotę, od tamtej pory cisza. Poza tym nie mam swojej zakichanej potliwości przedmałpowej. Temperatura się trzyma. Może nie jakoś super wysoko, ale ja już powinnam mieć od wczoraj spadek. No i piersi mnie wcale nie bolą. Zazwyczaj 5-7 dni przed okresem mnie nawalały tak równo, że trudność sprawiało mi choćby założenie stanika. Wczoraj zatestowałam. Testem ostatnim w chałupie, bo po co inwestować. Test wyszedł... nieważny. Tak. Właśnie tak. Sprawdziłam datę przydatności, niby do września 2020 roku. Zrobiłam wszystko ok, nie pojawiła się nawet kreska kontrolna. Kolejnych testów w domu brak, zobaczę jak dziś będę funkcjonować i może popołudniu kupię test. Jeśli małpa przyjdzie do tego czasu, testowanie okaże się zbędne. Z jednej strony, nie takich temperatur tu były ciąże, z drugiej strony trzeba sobie powiedzieć jasno - szanse marne i nie ze mną te numery!!! No, no, no!
Wczoraj byliśmy na pierwszym szczepieniu limfocytami. Byliśmy o 7:50, pobranie krwi od Mężusia od 8:30, a my już jako 4. w kolejce. Ludzi bardzo dużo. Po raz kolejny pokazuje to skalę problemu. Immunologii dotykają przecież nieliczni. Średnia wieku znacznie powyżej naszego.
Mężuś na czczo, tylko mu podawałam butelkę wody w trasie, żeby się nawodnił. Wychodzi. Mamy kilka godzin wolnych, bo podanie szczepionki od 14:30. I opowiada:
M: "Krąseleczko, ja muszę usiąść i sobie posiedzieć. Jak zobaczyłem igłę, no średnica to dobry cal, to się scykałem. I pielęgniarka zapytała się mnie, jak znoszę pobrania"
K: "I co odpowiedziałeś (pytam mając w głowie, że raz mu się zasłabło)?"
M: "Że zobaczymy, ale wiesz, powiedziała, że postarają się raz jednym razem to zrobić i wiesz, wiesz, oni tego nie przykleili żadnym plastrem, tylko ta igła tak dyndała, po taniości zrobili, no wiesz, żeby to tak dyndało?"
K: "A patrzyłeś się na to?"
M: "Chyba Cię..., oczywiście, że nie, ja jestem normalnym człowiekiem,odwróciłem wzrok, no ale dyndanie czułem przecież, i wiesz, oni pobrali 100 ml krwi, 4 strzykawki, nie mógłbym zostać dawcą krwi, fatalnie to znoszę, fatalnie"
K: "I ta igła naprawdę miała cal średnicy?"
M: "Noooo" - "Jesteś pewien, że mówisz o igle a nie strzykawce
?"
K: "Oczywiście (już ze śmiechem)".
Potem sobie potuptaliśmy deptakiem i pojechaliśmy do centrum handlowego. Odpoczęliśmy. Ogólnie bałam się szczepienia, ale to był taki strach przed nieznanym. Czasem boję się czegoś i uruchamia się tzw. Cykoriada. Tu było inaczej. Zjawiliśmy się nieco później niż o tej 14:30, już akurat pierwsze osoby były po szczepieniach. Jak czekałam na swoją kolejkę to dwie kobiety przede mną w gabinecie piszczały i wzdychały z bólu, coś w stylu "aaa, ała, ała" było słyszalne. No ja już tu pękłam i powiedziałam Mężusiowi, że ze mną wchodzi do środka. Oczywiście, jak się pojawia strach, się robię mniejsza i węższa i w ogóle prawie stapiam się kolorystycznie ze ścianą. To chyba jasne, że wtedy strach przejdzie obok i mnie nie zauważy, co nie?
Weszłam, a pielęgniarka "A co Pani taka przestraszona?" - "Jakby Pani słyszała te jęki bólu czekając w kolejce na pierwsze szczepienie, też by Pani pękała?" - "No, ale Pani się zdecydowała na szczepienia" - "Na szczepienia tak, ale na ból, który się z nimi wiąże niekoniecznie, poza tym dość trudno powiedzieć sobie >>hej strach, weź sobie dziś wolne i idź sobie ode mnie<<". Pani potem pogadała, że będzie łącznie 6 ukłuć, po 3 w każde przedramię. Żeby nie zaciskać przedramienia, żeby przez najbliższe 4 dni nie mydlić tych miejsc, a raczej myć je wodą, żeby ich nie opalać, żeby opatrunki zdjąć po 40 minutach, że następnego dnia mogę się czuć rozbita, ale nie muszę, że może się pojawić reakcja na szczepienie w postaci zaczerwienienia, szczypania (na to świetnie działa okład z lodu). I przystąpiła do działania. Jak zawsze odwróciłam wzrok, drugą ręką trzymałam Mężusia i powtarzałam sobie "nie zaciskaj ręki, nie zaciskaj ręki". Nie bolało, a przynajmniej nie bardziej niż normalne ukłucie. Tyle, że ich było 3 pod rząd, zmiana ręki i kolejne 3 pod rząd. Powiedziałam pielęgniarce, że te laski przede mną przeginały, że to nie bolało, i gdyby miała kogoś przestraszonego cudzymi krzykami, to niech mu powie, że niektórzy przesadzają, bo nie wszystkich to boli. No, a ze mnie jest twardzielka. Podczas podróży powrotnej podobno super mocno i głęboko zasnęłam, do tego stopnia, że kolanem dwukrotnie uderzyłam o drzwi i mnie to nie ruszyło, więc Mężuś się przestraszył, obudził mnie, zatrzymał się, kazał się napić, pochodzić w cieniu, a potem buzia mu się nie zamykała i wymagał ode mnie aktywnego uczestniczenia w rozmowie. Tym samym nie dał mi spać. Bał się, że to jakiś dziwny skutek uboczny. Ogólnie przedramiona bolą mnie tak... hm, bolą mnie mięśnie w przedramionach, jakbym rozbiła z 500 kotletów schabowych jedną ręką i kolejne 500 drugą ręką. Dziś pojawiło się delikatne zaczerwienienie. I tyle.
30 d.c
Wczoraj miałam jednorazowe plamienie, dziś też takie niewielkie brunatne. Temperatura zamiast spadać dziś wzrosła. Jednak czuje, że okres będzie nie robię testu, bo po co.
W niedzielę mąż mowi do mnie tak sam z siebie, że jemu to się wydaje że my dostajemy jakaś lekcje z góry, pytam jaką lekcje i po co?
On na to, że nie wie, ale ma nadzieję, że jak zaskoczymy to od razu robimy gromadkę dzieci.
Zauważyłam, że jemu ostatnio zależy bardziej. Może dlatego, że ja odpuściłam. Mierze temperaturę, bo wiem chociaż kiedy okres będę mieć.
Tak życie sobie płynie u nas bez żadnych zmian...
Ooo druga strona pamiętnika... Ehh
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 sierpnia 2019, 12:45
Odbieramy dom! Jupii! Nareszcie. To znaczy bardzo się cieszę, choć mam mnóstwo obaw. Po pierwsze inwestycja nie została skończona (tak wiem....) - brakuje części rzeczy. Po drugie musimy wpłacić ekstra zadatek 70 tys. zł.... Zaczynamy od pieca - to znaczy musimy kupić, aby włączyć ogrzewanie podłogowe i wygrzać podłogę. Minimum trzy tygodnie. Póżniej dopiero zaczną się prace w środku - gładzie, kafelki itd. Mnóstwo spraw - wybór kuchni, schodów, drzwi.... Mamy już wstępne projekty łazienek i kuchni,a le dalej czuje się jakbyśmy byli w lesie. No i boję się okrutnie bycia oszukaną. Wiecie ja w pracy stykam się z takimi ludźmi i później mam lęki... Płace w sumei 70 tys. zł zadatku i zaczynam inwestowanie w nieruchomość która nie jest moja! Tego się boję najbardziej - kupuje do domu kafelki, ale przecież na papierze to nei jest mój dom... Moi sąsiedzi są odważniejsi - jedni mają magazyn kafelek które kupili i wybrali prawie rok temu... Normalnie dla mnie szok. Ale chyba tylko my odbieramy inwestycję wcześniej. Innym się nie spieszy, a my z naszego mieszkania musimy się wyprowadzić 20 grudnia. Wiadomo - chcielibyśmy szybciej. Co jeszcze u nas?
Kamil rośnie jak na drożdżach. jest coraz bardziej kumaty. Jest bardzo sprytny - wie czego chce. A jak coś chce to nie ma zmiłuj. Jest krzyk i tyle. Twardy charakter, ale chyba za to też go kocham. Bo Patryś jest uległy, na wszystko się zgodzi - a teraz mamy takiego buntownika. Patryk domator, Kamil non stop byłby na polu, chodził, zwiedzał. Mówię Wam - ogień i woda... Kocham ich obu. Cieszę się z różnorodności. Zastanawiam się nad trzecim dzieckiem - to znaczy cały czas mówi mi o tym M, bo marzy mu się trójka chłopców.... A ja nie wiem - jestem szczerze zmęczona. Wracam z pracy i mam co robić. Kawy się nie napiję. Idziemy na spacer, bawimy się. Zwykle do ok. 18-19. Później kąpiel i usypiania. Jak jest M to on kąpie itd. Jak nie - ja. Wczoraj kąpiel, mleko od mamy i usypianie zajęło mi czas do prawie 21. Później kilka spraw na kompie, a potem padam na twarz. Zasnęłam o 22.30. O 23.30 Kamil wpadł w histerię. Próbowałam go uspokoić - wzięłam na ręce, tuliłam... Sąsiadka i Patryk obudzeni... W końcu się uspokoił zjadł. Ja nie mogłam zasnąć. Zresztą - Kamcio budził się jeszcze trzy razy. Ale wystarczyło poszumieć mu. Mówię Wam - tak jestem wyćwiczona, że potrafię szumieć z 30 minut
bez przerwy
... O 6.15 pobudka - Kamcio był niedospany, ale wzięłam go z nadzieję do cyca, że uśnie. Zjadł, ale do łóżeczka nie dał się odłożyć. Histeria. I tak jęczał sobie - bo z jednej strony by pospał, z drugiej nie. Próbowałam go położyć obok siebie - ale on od razu siada, a potem kombinuje i schodzi z łóżka uciekając do kuchni. Przy tym jest taki jęczący.... Jak sobie pomyślę, że miałabym jeszcze jedno takie dziecko to chyba szybko bym osiwiała... I dom i praca i porządki... Jak? Wiecie co kocham w pracy najbardziej - kiedy przychodzę mogę zjeść śniadanie, napić się ciepłej kawy i poczytać jakieś newsy na kompie... Jest tak spokojnie, cicho. Nikt nie wchodzi mi na kolana, nie szarpie za włosy, nie wyrywa mi bułki, bo też chce spróbować...
Ciąża zakończona 27 sierpnia 2019
11dc
Wracam z kliniki, pierwsza wizyta po stracie. Doktorek zbadal, wszystko u mnie w normie, pecherzyki ladne.
Nie uwierzycie, w nastepnym cyklu podchodzimy do transferu!! Mam rozpisane leki, do powtorzenia milion badan juz dzis zrobilam wymazy, bo na nie dlugo sie czeka.
Badania z krwi zrobie juz bez pospiechu.
Nie spodziewalam sie takiego obrotu sprawy!
Jak to powiedzial lekarz trzeba sie pozbierac po traumie i dzialac dalej.
Byłam u rodziców, spędziłam trochę czasu z siostrą. We wtorek wracam do Holandii mimo, że chciałabym zajac głowę pracą, będę tęsknić. Może uda się nam przyjechać początkiem listopada, a później aż na święta.
Jutro kolejny monitoring po co mam tam jechać?. żeby kolejny raz pooglądać kwitnące panie z brzuszkiem,w towarzystwie szczęśliwych mężów? A może po to aby przypomnieć sobie,że w obecnej chwili jestem niepłodna...
Dlaczego choć raz nie mogę być mile zaskoczona,a nie rozczarowana? Jestem zrezygnowana na maca, moje małżeństwo balansuje na krawędzi..nie mam ochoty na nic, wczoraj dotarło do mnie ,że nawet seks uprawiałam w jednym celu, teraz nawet na to nie mam ochoty, choć wczoraj k usilnie próbował. Pomyślalam sobie po co, przecież i tak nie mam owulacji.
Wiem zakrawa to na obsesję, chorobę, nazywajmy jak chcemy.
Najgorzej,że nie wiem w którą stronę iść żeby znaleźć spokoj, żeby mieć siłę walczyć o siebie o k o nasze dziecko...
Dzisiaj taka symboliczna data, bo Ernest skończył 6 miesięcy więc może pora coś się tutaj odezwać. Regularnie czytam co tam u Was, ale zbyt wiele się nie udzielam. Ernest obraca się już w obydwie strony. Z pleców na brzuch zaczął obroty około 4 miesiąca, a świadome obroty z brzucha na plecy jakieś 2 tygodnie temu.Bo to co wcześniej robił było raczej przypadkowe. Pełza obrotowo i podnosi kuper na kolankach do góry. Nie umie tego jednak połączyć z rękami. Wszystko go ciekawi.Lubi sobie pogłużyć, pośmiać się i pojęczeć. Jednego dnia jęczy więcej, drugiego mniej, ale generalnie jest jęczybułą. Czekam aż zacznie czworakować to może zacznie eksplorować świat a nie jęczeć żeby wziąć na rączki
Ale nie narzekam. Ernest to mój złoty bobas. Jakiś czas temu zaczęłam bardzo powolne rozszerzanie diety i zaczęły mu wyskakiwać czerwone plamy. Byliśmy wczoraj u alergologa. Powiedziała, że to nie azs a jakaś lżejsza forma zapalenia skóry i że wg niej to nie jest alergia, ale kazała porobić badania w kierunku alergii i przyjść znowu. Raczej zrobimy... ale jak sobie myślę, że to kolejne trzaskanie po portfelu to mi się słabo robi. Sama wczorajsza wizyta to 150zł a wykupienie leków 50 ziko.
Dalej chodzimy do fizjo... tutaj też kasa leci, stówka raz w tygodniu, eh. Poprawa jest duża, sama fizjo tak mówi. Ale jak zapytałam czy może więc chodzić raz na 2 tygodnie to powiedziała,że nie, eh. A mi się czasami wydaje, że niepotrzebnie go męczę i mógł po prostu iść własnym tempem. Przestał płakać na widok innych ludzi, daje się nawet im brać na ręce, uf. Oby mu się znowu nie odmieniło. Ale faktem jest, że ostatnimi czasy zaczęłam go więcej brać do ludzi. Dzisiaj byliśmy pierwszy raz na sensoplastyce, a za tydzień idziemy na sensorytmike. Nie wiem na ile robię to dla niego, a na ile dla siebie żeby wyjść do ludzi 
Złość, złość, złość. Nie rozumiem.
Mija rok.
Cykle w miarę regularne, jednorazowy monitoring cyklu bez zastrzeżeń- owulacja była. Męczą mnie tylko nawracające infekcje.
Dostałam skierowanie na hsg, będę szukać teraz szpitala, żeby zrobić badanie na NFZ.
A teraz do rzeczy.
DLACZEGO MAJĄC 2 PRYWATNE PAKIETY UBEZPIECZEŃ ZDROWOTNYCH NIE MOGĘ DOSTAĆ SKIEROWAŃ NA BADANIA HORMONALNE I BAKTERIOLOGICZNE? Argumentem jest brak podstaw do takich badań...
Miałyście tak samo? Czy naprawdę mam zrobić te badania na własny koszt lub zgłosić się do kliniki specjalizującej się w leczeniu niepłodności?
A może przesadzam i po prostu powinnam czekać, aż wszystko naprawi się samo i wreszcie znajdę w ciążę?
Doradzcie 
Wróciłam do smutnej rzeczywistości. W pracy koszmar. Najchętniej już bym szukała czegoś nowego ale skoro planuje laparoskopię to lepiej żeby był ktoś kto mi zapłaci za 2 tygodnie zwolnienia. Także zaciskam zęby i tyram.
Góry były cudne! Pogoda dopisała, można było cały dzień śmigać w krótkich spodenkach. Bosko... fajny pensjonat z widokiem na szczyty, śniadania i kawka podczas zamglonych poranków. Zwiedzanie, spacerowanie, długie rozmowy. A wieczory? Co tu dużo mówić... ognisko, kiełbaski, pieczone ziemniaki i winko
nie mogło być lepiej 
Tak sobie mysle dzisiaj, ze ten swiat to jest jednak pokrecony na maksa. Cale zycie staramy sie dbac o zdrowie i nie chcemy miec zadnych objawow ktore moglyby sie kojarzyc z choroba. a tu nagle BAAAAAAM chcemy zajsc w ciaze. Od tego momentu, co miesiac wkraczajac w faze lutealna i jedyne czego chcemy to, zeby zaczely sie objawy kojarzace z choroba badz w tym przypadku z ciaza. Szukamy wszelakich zawrotow glowy, nudnosci, podwyzszona temperatura, bolu krzyza, brzucha , i tym podobnych. Naprawde jakie to wszystko jest porabane ....
Ogolnie czuje sie dobrze ....w jak najlepszym porzadku. Moze to ja przestalam sie doszukiwac jakichkolwiek oznak z mojego ciala. Tyle razy juz bylam oszukana i nie chce juz wiecej chyba, ze to juz bedzie naprawde i zobacze te dwie kreski na tescie.
Nigdy mi nie bylo dane zrobic testu, bo @ sie spoznial.....czy kiedys sie uda.....
Do tej pory ovufriend nie wyznaczyl mi owulacji, mierze temperature codziennie i dziwnie sie zachowuje.
Wedlug lekarki juz to sie stalo, bo inseminacja byla w poniedzialek, a wedlug wykresu nic sie nie dzieje.
aaaaaa trace cierpliwosc do wszystkiego.
Jutro ważny dzień. Po 4 latach wracamy do tematu, czuje stres i podekscytowanie 
Ciekawa jestem jak to będzie , kiedy zaczniemy itp
Wpadam na chwile, po wizycie u immunologa. Reset od ovu dał mi wiele spokoju. Ale dzisiaj ten cholerny immunolog go zburzyl. Ale do rzeczy. Na wizytę czekałam 3 miesiące. W tym czasie zrobiłam badania, które, sądziłam, dadza pewien oglad sprawy, a mianowicie ana1, asa, kardiolipiny, tocznia, anty tg i tpo, cytokiny i nk. Mąż test MAR. Zacznę więc od tego, że do immunologa umówiłam się w Gyncentrum. Nie chodze tam, ale mial najwcześniejszy termin właśnie tam. Przy formalnosciach na recepcji baba gadala przez komórkę i byla to prywatna rozmowa, a Kiedy skonczylam juz wypełniać formularz, ona klepala jeszcze smsa. Ani przepraszam, ani pocaluj mnie w dupe. Poinformowała mnie, że wizyta jest opóźniona o pół godz. Ostatecznie weszłam 1h 15min po godzinie wizyty. Lekarz nawet nie chciał oglądać moich wyników boleriozy, stwierdzil, że skoro lekarz mi zlecil igm, to jest niedouczony i wypadaloby przeczytać, że po chorobie zleca sie igg. Szok. Co za arogancja, wyjeżdżać tak na innego lekarza. Zapytał o wit d czy oznaczalam. Mówię, że tak, ale dawno i wtedy nie brałam supli i miałam 30. Teraz biore d 4000 j.m. Zapytal po co biorę jak mam w normie. Powiedzialam mu, że slyszalam, że tyle powinno się brać. Powiedział mi, że tylko sobie krzywde tym robię, bo powyżej 50 to jest dawka toksyczna i powoduje zaburzenia owulacji i może sie transfer nawet nie udać. Seriously? Czy bralam suple czy nie to w ciążę nie zaszlam. A amh mi mega uroslo i myślę, że zawdzieczam to wit d. O co cho?? Wszedzie trabia żeby brać jej dużo. Powiedział, że Internety tak piszą. Zapytał kto mi zlecił te wszystkie badania. Powiedzialam, że sama sobie zleciłam. Stwierdzil, że dużo mam tych badań i że zazwyczaj tyle badań robia ludzie po poronieniach lub nieudanych transferach. A dlaczego ja niby mam czekać na poronienie lub nieudany transfer? Zapytalam o cytokiny. Powiedział, że są ok. Pytam o co w ogóle chodzi w tym wyniku cytokin. Stwierdził, że ma taki zwyczaj, że jak pacjentka robi badania na wlasna rękę lub ktoś inny je zleci to ich nie omawia, bo czesto pacjentki robia badania będąc na lekach itd i wyniki są totalnie od czapy. No dobrze, ale ja nie bylam na lekach i robiłam w 2 fazie cyklu. No cóż, nie dowiedzialam się i tak. Nk mam nie najgorsze, ale na pewno sa nadaktywne, więc zaleca 2 intralipidy do transferu. Zapytalam w jakiej dawce mam go brać to powiedział że jak bede chciala go brać to żebym zadzwonila do placowki w której on przyjmuje i on zapisze wtedy dawke i sobie podjade na kroplowke. Na koniec powiedzial, że nie wie czemu nie jestem w ciąży z takimi wynikami. Jedyne co, no to to nk. Wow Ameryke odkrył. Zalecil jeszcze 2 IUI, bo 3 to za mało. No way, nigdy więcej IUI, stres jak przy ivf, szanse prawie żadne. Jedyny pozytyw tej wizyty to to, że powiedzial, że jestem młoda. Ja na to że jestem stara, a on, że nie, że jestem młoda i tez młodo wygladam. Tyle. Cytokiny ok, ale nic z wyniku nie wiem, intralipid mam podać, ale nie znam dawki. Za wizyte 200 zl. Wyszlam i sie poryczalam. Poszlam do apteki po diostinex, gdzie przede mna jedna baba kupowala leki dla dziecka, a druga pieluszki. To mnie dobilo. W weekend pytanie dziadka męża: a nie chcecie chrzcin zrobić? Wtf??? Tym bardziej, że on wie, że sie staramy dlugo i bez skutku. Jak tak można? Jakim trzeba być czlowiekiem? Nie rozdrapuje już tego w sobie. Starszy człowiek, gada głupoty, ale zabolało cholernie. Dzisiaj mamy spotkanie z przyjaciolmi w domu pary z blizniakami. Ja sie chyba nie nadaje dziś żeby tam iść. Z plusow, zaczęłam druga prace, zgodna z moja pasja. 2 prace wow jak ja to z ivf pogodze? Jakoś muszę... Tymczasem już 15.10 histero. Krasi, zajrzalam do Ciebie, bo pamiętam, że miałaś transfer. Trzymaj sie dziewczyno, kobieta wiele jest w stanie zniesc, a kobieta z dobrym mężem to juz w ogóle!
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 września 2019, 20:05
Po tych pięknych wyśnionych wakacjach, wraca codzienność, której strasznie nie chcę. Czas leci coraz szybciej, za chwilę pn i powrót do pracy, do której nie mam wcale ochoty wracać. Nie mam ochoty wracać do rzeczywistości, bo ciągle się z nią nie zgadzam. Moja rzeczywistość trochę nie jest moja, a nie mam na nią niemalże wpływu. Czuję się gdzieś wewnętrznie obrażona na tor jakim idzie moje życie, a jednocześnie bardzo je kocham. Czuję taki wewnętrzny bunt.... No bo ile to wszystko może trwać...
Czwartek 19 dc / 30 cs - 2 cykl po histeroskopii
Syty głodnego nie zrozumie... To co ja będę dyskutowała z dziewczynami, co się zapładniają na samą myśl o dziecku. Mam wrażenie, że i tak nikt nie rozumie, a słucha jedynie "bo wypada". Psycha chyba na wykończeniu, depresja? Może, ale jeszcze się myję, jem, i chodzę do pracy, więc chyba jednak jeszcze do niej mi daleko. Niemniej jednak jestem już prawie na dnie... Dosłownie.
Owulacja 5 dni temu, wczoraj potwierdzona. Endometrium 9 mm. Nie czuję, że jestem w ciąży, ani nie czuję, że nie jestem w ciąży. Jeśli zapytam intuicji co ona na to, to odpowiada mi " nie nie jesteś. Bez szans".
Od ovu miałam przerwę. Nic mi nie dała. Jestem w tym samym punkcie, fizycznie, psychicznie. Nie wiem ile jeszcze dam radę...
Wszystko jest h*** ostatnie badania wychodzą tylko źle... Allo mlr na poziomie 24,5 % jakby nie mogło być już trochę wyższe, te 10-15 %.... Kir Bx niby, czyli ten lepszy, ale i tak na 6 ważnych kirów, mam tylko 1 (z 3 odpowiedzialnych za implantację). Nic nie wiem, nie wiem czy te badania mają sens, co usłyszę od lekarza, co mi zleci - podobno przy tym bierze się accofil, który też nie jest zwykłym dropsem tylko poważną ingerencją w organizm. Ja już tak dalej nie wytrzymam, nie mam siły zwyczajnie... Nie wierzę nawet że to wszystko trwa już tyle czasu i nie wyobrażam sobie, żeby miało trwać jeszcze dłużej...
Moja siostra wychodziła za mąż w sobotę, a ja będąc na ślubie przypominałam sobie jakby to było wczoraj - nasz ślub. Przez całą mszę chciało mi się płakać, czułam co jakiś czas, że oczy robią mi się mokre. To dziwne uczucie, jakbym to ja brała ten ślub, marzyła o założeniu z moim mężem rodziny... I tak mnie to bolało, że to już 3 lata i dalej nic.... Każda rocznica jest bardziej bolesna od poprzedniej. Rok temu mieliśmy się cieszyć, bo była nas 3, a okazało się, że jednak 2... Pamiętam ten dzień jak wczoraj... Czuję, że wszystko odpuszczam, że sobie nie radzę... Wszędzie jestem jak 5 koło u wozu. Nie potrafię myśleć pozytywnie, nie potrafię sobie wyobrazić jakby miało wyglądać to moje życie bez dzieci. Wiem, że nigdy się nie uda... Szkoda że tak dużo czasu marnuję na myślenie o tym, ale w sumie co za różnica? Do niczego w tym życiu nie dojdę, bo tak myśląc się nie da.
Jedyny plus jest taki, że cykl miałam obecnie 26 dniowy, nie zdążyłam nawet zrobić testu. Szok. Zobaczymy jak będzie tym razem. Może ta dieta działa? Znając moje szczęście to i tak mi nie da dziecka...
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 sierpnia 2019, 19:35
Jestem w pracy i probuje nie doszukiwac w sobie zadnych objawow. Ja nawet nie wiem czy owulacja juz byla czy nie. Moj wykres pokazuje, ze nie, a pani doktor w piatek powiedziala, ze praktycznie jestem gotowa plus w niedziele wziela Gonasi przed inseminacja. Moj maz nie dawno dzwonil sprawdzic jak sie czuje raczej mentalnie niz fizycznie, bo to dopiero 24h po. Chcialam powiedziec, ze ok i ze co jak......znow......
a on mi przerwal w pol zdania i powiedzial, ze nie mam konczyc bo jeszcze nie nie wiadomo i trzeba czekac. On bardzo wierzy w sztuke pozytywnego mysle i nie wypowiadanie pewnych mysli na glos, bo je sie przyciaga. Ta nasza rozmowa uswiadomila mi, ze musi mu bardzo zalezec, mimo, ze jak sie na niego spojrzy z boku to jakby nic go nie obchodzilo.
no nic.....czekamy!
W odpowiedzi Krycha tak inseminacja byla wczoraj!
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 sierpnia 2019, 22:06
No cóż. Metoda Frufru na wywołanie okresu zadziałała
rano dalej brak objawów małpy. Teścik negatywny, no to szoruję na betę i proga. Mam plan, żeby od 10:00 dzwonić do gina i próbować się wbić na monitoring, żeby sprawdzić, czy w środku jest wszystko ok.
Małpa przyszła już w pracy.
No i jeszcze elementy ku mej pamięci, jakiego mam fajnego Człowieka u swojego boku.
Sytuacja numer 1: piszę smsa wczoraj o braku okresu, negatywnym teście i tym, że martwię się ewentualnymi torbielami. Sms zwrotny od Mężusia: "Nie ma żadnych dziadostw. Nasz przydział pecha wykorzystaliśmy w pełni. Po prostu nic nie zostało. Deficyt, Pani Dobrodziejko, pecha mamy.".
Sytuacja numer 2: Mężusia klient zmarł i musiał znaleźć jego rodzinę. Znalazł 2 ciotki, od których dowiedział się, że klient miał też ojca. Co prawda, gdy jego klient (zmarł mając 33 lata!) miał pół roku, to ojciec stwierdził, że się wymiksowuje z tego układu i nie utrzymywał żadnego kontaktu z synem. Prawdopodobnie nawet nie wiedział, że ten nie żyje. Wniosek Mężusia: "Co takiego może Ci zrobić półroczne dziecko, że się na nie obrażasz na całe życie? No co? Bo nie potrafię sobie wyobrazić!".
Na 6 września już się umówiłam do lekarza prowadzącego. Z uwagi na mój średnio dobry - średnio zły układ immunologiczny, prawdopodobnie zrobimy transfer już teraz, tj. po pierwszym szczepieniu, drugie szczepienie 16 września. Już wiem, że wszystko jest tu płynne i nie można mieć stałego planu, więc póki co trzymam się daty 6 września, że wtedy mam wizytę. W zależności od objawów, możliwe, że dzień wcześniej zrobię sobie badania z krwi. Od 5 do 25 września planuję urlop i przynajmniej nie będę się musiała z pracy urywać, brać pojedynczych dni urlopu czy zostawać po godzinach. Tyle dobrego.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.